sobota, 11 lipca 2020

O nieodpowiedzialnym "schodzeniu na psy" rzekomo naukowych badań (cz.2)



Autorka czytanej przeze mnie książki (kto czyta, nie błądzi), nie powinna już po tak fatalnie rozpoczętej fazie, w o której pisałem wczoraj, czynić cokolwiek więcej. Już na tym etapie wstępnym ktoś powinien  Jej powiedzieć - wróć. Cofnij się, bo tylko krok wstecz uratuje Ciebie i pedagogikę  przed sromotną klęską (nawet wówczas, jeśli ktoś zapewni, że w nauce już nic się nie liczy).

Przypomnę zatem popełnione błędy:

Pierwszy: brak teoretycznego modelu własnych badań.

Drugi: źle określony przedmiot badań.

Trzeci: niewłaściwe sformułowanie dwóch głównych problemów badawczych.

Czwarty: niezdefiniowanie zmiennych  i brak ich operacjonalizacji. 

Nie wystarczy przy tak popełnionych błędach  brnąć dalej, byle tylko  wydawało się, że rzeczywiście uzasadnia się sensowność projektowanej diagnozy. Tymczasem autorka brnie, pisząc:


Sformułowane problemy badawcze wymagają określenia i przyjęcia odpowiednich zmiennych. Zamienną zależną globalną w podjętych badaniach  jest odpowiedzialność zawodowa nauczyciela, zaś zmienną niezależną globalną - podmiotowe i środowiskowe uwarunkowania odpowiedzialność zawodowej nauczyciela (schemat 1). [s.107]  

Przypominam, że w projekcie były dwa główne problemy badawcze. Pani dr Beata Cieśleńska o tym zapomniała, czy może uznała, że to nie ma żadnego znaczenia. Tak czy siak jest to kolejny błąd w tym etapie konceptualizacji własnych badań. W przypadku bowiem pierwszego problemu badawczego, który brzmi: Jaki jest poziom odpowiedzialności zawodowej nauczycieli? 

Jest tylko jedna - znana  badaczce - zmienna, a mianowicie zmienna zależna! Zadaniem naukowca w tym przypadku jest ustalenie - w wyniku badań a nie na bazie samosprawdzającej się hipotezy - poszukiwanych zmiennych niezależnych. Jeśli bowiem zna te czynniki, które determinują poziom odpowiedzialności zawodowej, to po co chce ich dociekać?  

Czym jest ów poziom odpowiedzialności zawodowej? Tego autorka nie raczy nam wyjaśnić, a przecież owa zmienna globalna ją do tego zobowiązuje. Różne bowiem mogą być poziomy: 

- zerowy poziom (brak odpowiedzialności zawodowej)    

- niski poziom (tu należałoby określić, co jet tego przejawem)

- przeciętny poziom (jw),

- wysoki poziom (jw),

- wyróżniający się poziom (jw).

Akurat przelała się przez południową Polskę fala powodziowa. Autorka powinna zdać sobie sprawę z tego, że skoro prowadzi badania w paradygmacie ilościowym, to musi najpierw określić poziom "przypływu wody" na "rzece" swoich dociekań. Kiedy koryto rzeki wyschnie, a kiedy jest tak przepełnione, że zalewa okoliczne domostwa!

Tymczasem B. Cieśleńska już  nawet nie leje przysłowiowej wody. Ona na tym zakończyła jakże kluczową dla dalszego etapu konceptualizacji badań część swoich starań. I to jest kolejny błąd. Kardynalny! Przechodzi bowiem do kolejnego etapu, o którym pisze:

Przedstawiona problematyka badawcza oraz chęć poznania badanej rzeczywistości  wymaga dokonania  wyboru właściwych metod i technik badawczych, które pozwolą na empiryczną weryfikację  postawionych hipotez  oraz realizację przyjętych celów [s.108]. 

Innymi słowy pani doktor przystępuje do wyboru metod i technik diagnostycznych bez metodologicznie poprawnego przygotowania!  Nie wiemy, czym są zmienne globalne, jakie są ich subzmienne? Nie znamy ich wskaźników.

Natomiast dowiadujemy się, że w literaturze naukoznawczej jest bałagan. Jak stwierdza:

Nie ma zgodności w zakresie definiowania tych pojęć [chodzi o pojęcie metody badań - dop. moje] wśród autorów zajmujących się problematyką metodologii badań pedagogicznych [tamże]. Dla wykazania rzekomej kompetencji, a nie udowodnienia powyższej tezy, najpierw cytuje za Mieczysławem Łobockim definicję metody i techniki badawczej, by stwierdzić:

Dla potrzeb niniejszych badań przyjęto klasyfikację  metod i technik badawczych wg. T. Pilcha. Zdaniem autora przez metodę rozumieć będziemy.... [tamże].    

No i co z tego, że wybrała definicję metody i techniki Tadeusza Pilcha, skoro nie wie,  że metoda jest czymś wtórnym do tego, co sama wcześniej zaniedbała? Metoda i technika sama w sobie niczego nie uprawomocnia. Niczego, z wyjątkiem pseudonaukowej publicystyki.

W następnym odcinku pokażę czytelnikom konstrukcję narzędzi badawczych tej Autorki i jej recenzentów, bo w końcu zaakceptowali ten bubel.

Mam nadzieję, że zajrzą do tego wpisu  doktoranci, młodzi badacze, którzy są nadzieją na przyszłość polskiej pedagogiki, skoro ich "nauczyciele" akademiccy są niekompetentni. W okresie wakacyjnym jest szansa na samokształcenie. Nie liczcie na to, że internetowe watchdogi, odwracając uwagę od własnej ignorancji  i patologii badawczej, wyciszą krytykę naukową. Wprost odwrotnie.

Nauka nie może zejść na psy.
c.d.n.