wtorek, 23 października 2018

Komitet Nauk Pedagogicznych PAN debatował o dokonaniach Rzecznika Praw Dziecka oraz powołał nowe zespoły eksperckie






Wczoraj odbyło się ostatnie w bieżącym roku posiedzenie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, w czasie którego zostały podjęte niezwykle ważne kwestie dla każdego pedagoga, nauczyciela, wychowawcy, opiekuna, terapeuty czy pracownika służb resocjalizacyjnych, a dotyczące PRAW DZIECKA w polskim systemie prawnym, oświatowym i kulturowym. Pan Marek Michalak - urzędujący po dziesięcioletniej misji (dwie kadencje) minister-Rzecznik Praw Dziecka przyjął zaproszenie KNP PAN na to posiedzenie, w trakcie którego przybliżył jego członkom osiągnięcia w kluczowych obszarach kierowanego przezeń urzędu centralnego w latach 2008-2018.

Liczby są odzwierciedleniem zdarzeń, faktów, procesów, z których nie zdawaliśmy sobie sprawy, bowiem pracownicy i siły społecznego wsparcia Rzecznika Praw Dziecka nastawione są na rozwiązywanie najbardziej palących problemów dzieci w naszym państwie, które stały się z różnych powodów, w odmiennych środowiskach ich codziennego życia ofiarami różnego rodzaju sporów, konfliktów, dramatów rodzinnych czy instytucjonalnych patologii.


Spójrzmy jednak na liczby ilustrujące tylko formalnie zakres dokonań czy działań Rzecznika Praw Dziecka:

331 381 podjętych spraw
1 148 Wystąpień Generalnych
2 104 przystąpienia do spraw sądowo-administracyjnych
487 500 spotkań z dziećmi
1 842 patronatów honorowych.

Za danymi kryją się tysiące godzin spędzonych w środkach lokomocji, by dotrzeć do dzieci oczekujących pomocy. To tysiące godzin spędzonych nad aktami spraw sądowych, w wyniku których rozstrzygały się losy dzieci nie zawsze mogących liczyć na miłość, szacunek, sen w bezpiecznym miejscu, naukę czy wyżywienie. Za tymi liczbami kryją się długie rozmowy, negocjacje, poszukiwania ekspertów czy uzgodnienia z władzami kolejnych rządów rozwiązań koniecznych dla dobrostanu dzieci będących przecież ofiarami zdarzeń losowych czy intencjonalnej przemocy.

Mogliśmy usłyszeć o tym, jak ważny jest Rzecznik Praw Dziecka w państwie, w którym dorośli nie liczyli się w swoich decyzjach i działaniach z dobrem dziecka, jego godnością, prawem do szacunku, krzywdząc je czy czyniąc przedmiotem własnych interesów.


Marek Michalak mówił o tym, jakiego rodzaju wysiłki, działania, zabiegi były konieczne, by móc minimalizować straty psychiczne, fizyczne i kulturowe w życiu najmłodszych mieszkańców Polski. W okresie minionych dziesięciu lat służby dzieciom doprowadził do zmian w Kodeksie Rodzinnym i Opiekuńczym, w wyniku których dzieci rozwodzących się rodziców mają zagwarantowane prawo do obojga rodziców. Ograniczona została adopcja sierot, którymi - niestety - także w minionych czasach handlowano.

Zdemistyfikowany został przez Rzecznika upowszechniany w mediach mit o rzekomym odbieraniu dzieci ich rodzicom z powodu ubóstwa. Każdy przypadek został zanalizowany także częściowo przez Najwyższą Izbę Kontroli potwierdzając, że decyzje sądów były powodowane zupełnie innymi uwarunkowaniami. Niezwykle istotne były działania Biura RPD dotyczące sytuacji dzieci poza granicami kraju - np. w wyniku uprowadzeń przez jednego z rodziców czy doświadczania przez nie przemocy.


Na chwilę pojawiła się na naszym posiedzeniu Kandydatka do tego urzędu - dr hab. Ewa Jarosz, która systematycznie prowadzi badania dotyczące przyczyn, zakresu i następstw stosowania przemocy wobec dzieci. Skierowała przy tej okazji podziękowania dla członków KNP PAN popierających jej gotowość do objęcia urzędu RPD w pierwszym podejściu Sejmu RP do wyborów nowego Rzecznika. Ogromnie żałujemy, że polscy parlamentarzyści nie kierowali się kryterium merytorycznym, ale politycznym interesem partii władzy.

Zapewne kampanie społeczne, medialne RPD, jak i upowszechniane wyniki badań śląskiej pedagog na ten temat skutkują tym, że w ciągu tych kadencji poziom przyzwolenia społeczeństwa na bicie dzieci zmalał z 78 proc. do 48 proc.

Kluczowe są też działania RPD na rzecz ochrony dzieci przed naruszaniem ich wizerunku i godności w przestrzeni medialnej. W tym zakresie działania te powinny być kontynuowane, toteż Komitet Nauk Pedagogicznych PAN podjął wczoraj uchwałę o powołaniu na specjalistę-członka KNP PAN prof. APS dr. hab. Macieja Tanasia, by do końca tej kadencji dokonać w gronie specjalistów oceny niepokojących zjawisk w powyższym zakresie oraz wskazać na rozwiązania naukowe z pedagogiki medialnej czy zainicjować nowe kierunki badań pedagogicznych. Zachęcamy badaczy zajmujących się pedagogiką mediów, by w Zespole Pedagogiki Medialnej przy KNP PAN podjęli te wyzwania.

Rzecznik Praw Dziecka - Marek Michalak przypomniał także najważniejsze raporty z badania opinii podmiotów szkolnych: uczniów, rodziców i nauczycieli dotyczące najbardziej niepokojących następstw pospiesznie, bezrefleksyjnie i z wykluczeniem wiedzy naukowej pedagogiki wprowadzonej reformy szkolnej, w wyniku której już sygnalizowane są zjawiska samobójstw, depresji czy innych obciążeń psychofizycznych wśród uczniów-ofiar deformy. Niestety, są nimi tegoroczni ósmoklasiści oraz trzecioklasiści wygaszanych gimnazjów.


Nie ulega wątpliwości że dwie kadencje Marka Michalaka jako świetnie wykształconego i empatycznego pedagoga, także rodzica, a nie tylko urzędującego ministra zaowocowały wyjątkowymi dokonaniami w skali międzynarodowej, że wspomnę tu Rok Janusza Korczaka czy Rok Ireny Sendlerowej, III Światowy Kongres Praw Dziecka oraz VIII Międzynarodowa Konferencja Korczakowska w Warszawie. Świat podziwia polską myśl pedagogiczną, pedagogię Janusza Korczaka oraz efektywne i niespotykane w innych państwach sposoby angażowania się Dziecięcego Ombudsmana w monitorowanie, ochronę i egzekwowanie od władz wykonawczych działań na rzecz praw dzieci do ich praw.

Polska Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka - jak podkreślała to w dyskusji prof. Barbara Smolińska-Theiss - jest "perełką w skali światowej", z której możemy być dumni. Pedagodzy mają zatem za zadanie nie tylko upowszechnianie praw dziecka, w czym pomocne będą wydane przez RPD publikacje na ten temat (każdy zainteresowany może sobie je bezpłatnie ściągnąć z portalu RPD), ale także wzmocnić badaniami naukowymi wiedzę na temat realnego ich przestrzegania.


Musimy być świadomi tego, że są w Polsce dzieci bezdomne (sic!), dzieci nadal głodne, pozbawione miłości i opieki naturalnych rodziców, szykanowane w środowiskach i instytucjach opiekuńczo-wychowawczych czy edukacyjnych itp. Są w kraju dzieci obcokrajowców - rodzin z Ukrainy, Czeczeni, państw dotkniętych wojną czy kataklizmami. Powinny one znaleźć u nas bezpieczne schronienie i wsparcie w rozwoju własnym.

Jak pisał Janusz Korczak - nie wolno dorosłym zostawiać świata takim, jaki jest, jeżeli ten świat staje się toksyczny dla dzieci i młodzieży. Przemoc rodzi przemoc, toteż świat będzie lepszy, jeśli zostanie nasycony tym, o co także walczyła przez wiele lat dr Maria Łopatkowa - miłością, dobrem, szacunkiem i zaufaniem.


Komitet Nauk Pedagogicznych PAN podjął także uchwałę łączącą dotychczasowy Zespół Teorii Wychowania z Zespołem Pedagogiki Ogólnej przy KNP PAN, by kierujący tym połączonym już Zespołem prof. Roman Leppert nadał wzmacniający naukowo charakter. Pozwoli to na pogłębienie myślą współczesnej humanistyki modeli i teorii wychowania, które wymagają reakcji świata nauki na zachodzące w świecie zmiany.

poniedziałek, 22 października 2018

Syndrom "homo sovieticus" wiecznie żywy


Z okazji Sześćdziesięciolecia Pedagogiki Gdańskiej (1958 – 2018) obradowali w minionym tygodniu uczeni z całego kraju. Pisałem o tym w blogu 15 października. Zorganizowana przez dyrektora Instytutu Pedagogiki prof. Romualda Grzybowskiego Ogólnopolska Konferencja Naukowa pod tytułem: "Z pedagogiką przez systemy i ideologie…" - doskonale wpisała się nie tylko w ważne wydarzenia dla polskiej pedagogiki, ale także trwającą właśnie kampanię wyborczą do samorządów terytorialnych.

Przedstawiono i przedyskutowano w trakcie obrad najnowsze osiągnięcia Uczonych z gdańskiego środowiska oraz odbyła się debata panelowa na temat: Nowy człowiek (homo sovieticus) - (zapomniany) klucz do zrozumienia (zakorzenionego w PRL-u) pedagogicznego podłoża wyborów, decyzji i pogłębiających się podziałów wśród współczesnych Polaków?

Prowadzący debatę prof. Romuald Grzybowski sformułował ważne dla niej pytania:

Można by zapytać, czy i dlaczego warto wrócić do idei homo sovieticus. Odpowiadając na tak sformułowane pytanie chciałbym podkreślić, że mimo upływu prawie trzydziestu lat od upadku PRL-u, my, pedagodzy (a także pedagogika jako nauka), nie zmierzyliśmy się z dziedzictwem pedagogicznym i ideologicznym okresu komunistycznego. To, co zrobiliśmy, mieści się w normie podejścia komunistycznego, polegającego na sztucznym zamykaniu długotrwałych, złożonych procesów kształtowania się świadomości społeczeństw w kategoriach zależnych od formy ustrojowej. Zatem, skoro upadł komunizm upadła (zniknęła) idea człowieka sowieckiego, a wraz z nią przeobraziła się świadomość jednostek i całych społeczeństw. Tymczasem tak chyba nie jest.

Aktualna sytuacja społeczna i polityczna w Polsce, głębokie podziały społeczne, niemożność osiągnięcia porozumienia, zablokowanie dialogu, dominacja emocji negatywnych, lęk przed innymi (obcymi), agresja słowna (i nie tylko) jako forma kształtowania relacji z tymi, którzy myślą inaczej, ucieczka od wolności i ryzyko separacji od wolnego świata – to zjawiska, które wiązać można z dziedzictwem edukacyjnym, przejętym przez nasze pokolenia z okresu PRL-u.

Można je zatem kojarzyć z urabianiem kilku pokoleń Polaków w duchu wartości i norm wpisanych w strukturę urzeczywistnianego przez pedagogikę komunistyczną/socjalistyczną ideału nowego człowieka (homo sovieticus, w realiach polskich – budowniczego socjalizmu). Czy nazwanie i krytyczna analiza celów, wartości i metod realizacji tego ideału wychowawczego może przybliżyć nas do lepszego zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości, do tego, co dzieje w Polsce, a także w innych krajach byłego bloku komunistycznego? Czy prawdziwa okaże się teza, że efekty systemowych oddziaływań pedagogicznych ujawniają się w pełni dopiero w kolejnych pokoleniach, a idee pedagogiczne cechuje zdolność do przeżywania w stanie ukrytym (nie w pełni uświadamianym)?


Od początku powstania NSZZ "Solidarność" oraz będącej jej następstwem po 8 latach ustrojowej transformacji kierowałem się w swoich działaniach oświatowych i naukowych wykładnią syndromu homo sovieticus ks. prof. Józefa Tischnera. To on niezwykle trafnie określił stan obciążenia wszystkich dorosłych Polaków mianem UMOCZONYCH, bez względu na to, kim byli w okresie PRL, ile mieli lat, jakiego byli wyznania, w czym (nie-)uczestniczyli oraz jaki wykonywali zawód.

Jak pisał: „Płynęliśmy wszyscy i każdy czuje się zamoczony. Jeden mniej, drugi więcej." (s. 141)

Na pytanie, kim był, jest w pełni, częściowo czy śladowo SOWCZŁOWIEK - ks. prof. J. Tischner stwierdził:

- to zniewolony przez system komunistyczny klient komunizmu, ktoś, kto żywił się towarami, jakie oferował mu ówczesny system totalitarny, a raczej quasi-totalitarny. Dla J. Tischnera trzy wartości były szczególnie charakterystyczne dla powyższego:

1. stająca się iluzją PRACA, a wynikającego z tego marnotrawstwo surowców, energii, ludzi, pozorna zapłata pozornym pieniądzem;

2. udział we władzy – „Kto nie ma majątku, ten chce przynajmniej mieć w ładzę. Bo wtedy tylko, ten, kto ma władzę, czuje, że naprawdę jest. (...). Ideologiczne uprawomocnienie władzy. „Homo sovieticus stracił kręgosłup i czuje się liściem miotanym przez wiatr”. (s. 143-144)

3. poczucie własnej godności – które było naruszane przez podmioty wszelkiej władzy w relacjach z obywatelami. Osoba z tym syndromem nie znała różnicy między swym własnym interesem a dobrem wspólnym. "I dlatego może podpalić katedrę, byle sobie przy tym ogniu usmażyć jajecznicę” (s. 145).

Co ważne, z rozważań J. Tischnera wyłania się także pozytywny aspekt sowczłowieka, umoczonego w minionym ustroju obywatela, który wprawdzie był uzależniany, ale mógł w różnym zakresie i stopniu przyczynić się do upadku komunizmu. Miało to miejsce to wówczas, gdy „komunizm przestał zaspokajać jego nadzieje i potrzeby, homo sovieticus wziął udział w buncie”. (s. 141)

Homo sovieticus – to niewątpliwie syndrom ucieczki od wolności, rezygnacji z dźwigania jej ciężaru i brania odpowiedzialności za siebie w relacjach z innymi. Dzisiaj, po prawie 30 latach wolności ustrojowej od sowieckiego demona, Polacy nadal przejawiają w swoich decyzjach, działaniach i postawach ów syndrom, a partie władzy (od lewicy, przez centrum , po prawicę) robią na tym różne interesy.

W przypadku edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki wciąż jest to mało widoczne, bo niektórzy lubią, jak zakłada się maski i sprawia, że ich własna aktywność staje się iluzoryczna, nie są zaspokajane ich potrzeby wbrew posiadanym kwalifikacjom i osiągnięciom oraz naruszana jest ich godność. Rozejrzyjcie się dokoła i zobaczcie, ile jeszcze jest osób wśród decydentów, którym można przypisać miano reprodukujących syndrom "homo sovieticus"?

Debata w Gdańsku była wprowadzeniem do dalszych sporów na temat tego, co nam, pedagogom w obecnej sytuacji czynić wypada oraz na co powinniśmy zwracać uwagę, by nie tkwić w samoodtwarzającym się "błocie".

niedziela, 21 października 2018

Habilitanci muszą zmienić adresata wniosku

Jeszcze nie wszyscy zainteresowani wszczęciem postępowania habilitacyjnego wiedzą o tym, że od 1 października 2018 r. nie należy wskazywać we wniosku do Centralnej Komisji wybranej przez siebie rady wydziału czy rady instytutu, ale tylko i wyłącznie uczelnię. Jeżeli, przykładowo, ktoś chce, by jego postępowanie habilitacyjne zostało przeprowadzone przez Radę Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego czy Radę Wydziału Nauk Pedagogicznych APS itp., to nie wolno mu już wskazać tej Rady, ale jedynie Uniwersytet, Akademię czy Politechnikę.

Adresatem wniosków jest bowiem teraz - niezależnie od tego, że jeszcze do końca kwietnia 2019 r. będą one przeprowadzane w tzw. "dotychczasowej (sprzed reformy 2.0) procedurze" - tylko i wyłącznie rektor danej uczelni, a nie dziekan wydziału czy dyrektor instytutu, a więc jednostki posiadającej uprawnienie do nadawania stopnia doktora habilitowanego.

Takie rozwiązanie wynika z art. 179 ustaw z dnia 3 lipca 2018 r. Przepisy wprowadzające ustawę – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (DSz.U. poz. 1669). Jeśli więc habilitant kieruje wniosek do Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów o wszczęcie postępowania habilitacyjnego, to musi wskazać w nim uczelnię, a nie konkretną w niej jednostkę organizacyjną.

Centralna Komisja wniosek ten skieruje tylko do rektora uczelni, którą wskazał habilitant. W następstwie takiego pisma rektor przekieruje ów wniosek do jednostki, która ma uprawnienia. Podstawą prawną jest:

„Art.179.1. Przewody doktorskie, postępowania habilitacyjne i postępowania o nadanie tytułu profesora wszczęte i niezakończone przed wejściem w życie ustawy, o której mowa w Art.1., są przeprowadzane na zasadach dotychczasowych, z tym że jeżeli nadanie stopnia doktora, stopnia doktora habilitowanego lub tytułu profesora następuje po dniu 30 kwietnia 2019 r., stopień lub tytuł nadaje się w dziedzinach i dyscyplinach określonych w przepisach wydanych na podstawie art. 5 ust.3 tej ustawy.

2. W okresie od dnia wejścia w życie ustawy, o której mowa w art. 1, do dnia 30 kwietnia 2019 r. przewody doktorskie, postępowania habilitacyjne i postępowania o nadanie tytułu profesora wszczyna się na podstawie przepisów dotychczasowych.

3. W przewodach doktorskich, postępowania habilitacyjnych i postępowaniach o nadanie tytułu profesora wszczętych w okresie od dnia wejścia w życie ustawy, o której mowa w art. 1, do dnia 30 kwietnia 2019 r. stopień lub tytuł nadaje się na podstawie przepisów dotychczasowych, z tym że:

1) Stopień lub tytuł nadaje się w dziedzinach lub dyscyplinach określonych w przepisach wydanych na podstawie art.5 ust. 3 ustawy, o której mowa w art.1;

2) W uczelni czynności związane z postępowaniem o nadanie tytułu profesora prowadzi:

a) Do dnia 30 września 2019 r. – rada jednostki organizacyjnej,

b) Od dnia 1 października 2019 r. – organ, o którym mowa w art.178 ust.1. ustawy, o której mowa w art.1;

3) W uczelni czynności związane z postępowaniem o nadanie tytułu profesora prowadzi:

a) Do dnia 30 września 2019 r. – rada jednostki organizacyjnej,

b) Od dnia 1 października 2019 r. – senat.

Tym samym rektorzy powinni jak najszybciej określić tryb postępowania w okresie do końca kwietnia 2019 r. delegując swoje prawo na radę wydziału./instytutu posiadającą uprawnienie w danej dyscyplinie naukowej. Biorąc pod uwagę to, że z dn. 30 kwietnia 2019 r. zakończy się prawo wszczynania postępowań habilitacyjnych wg powyższego, wciąż jeszcze obowiązującego prawa, możliwość składania wniosków o nadanie tych uprawnień jednostkom jest tylko do 30 czerwca 2020 r.

Nowe reguły gry o awanse naukowe wchodzą w życie zgodnie z przyjętą ustawą.

sobota, 20 października 2018

Jak to Słowacy utajnili prace doktorskie, a niektórzy Polacy - prace magisterskie


Słowacja żyje od kilku miesięcy podejrzeniem o plagiat w pracy doktorskiej z nauk prawnych marszałka Sejmu (predsedu SNS) Andreja Danka. W sieci jest już kilkanaście memów kpiących sobie z rzekomej obrony pracy doktorskiej, której autor nie chce nikomu pokazać. Ba, politycy opozycji zaczęli najpierw od próby uzyskania odpowiedzi na pytanie, jak to jest możliwe, że marszałek Sejmu tytułuje siebie doktorem prawa, skoro nikt nie wie, gdzie ten tytuł uzyskał. On sam nie chciał nikomu ujawnić uczelni, w której rzekomo się obronił.

Niesłusznie przy tym podejrzewano posła Danka także o to, że został doktorem prawa bez ukończenia studiów II stopnia. Dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie Eduard Burda potwierdził, że p. Danko uzyskał w roku 1997 na tym Wydziale pełne wykształcenie prawnicze i tytuł magistra.

Trzeba było jednak dziennikarskiego śledztwa, żeby społeczeństwo dowiedziało się o Uniwersytecie Mateja Beli w Bańskiej Bystrzycy, gdzie owa obrona miała miejsce. Pewnie nikt nie interesowałby się stopniem naukowym marszałka, gdyby nie to, że chce kandydować na prezydenta Słowacji. W dn. 24.9. 2018 r. w gazecie Denník N ukazał się artykuł podający w wątpliwość tytuł doktora prawa kandydata do tego urzędu. Pracę napisał w Katedrze Prawa Karnego, która nie ma nic wspólnego problematyką jego pracy. To zapewne wzbudziło dodatkowe zastrzeżenia.

Danko tłumaczył, że tytuł uzyskał legalnie i nie ma zamiaru się z tego tłumaczyć. Pracy jednak nie zamierza nikomu ujawniać.

Rektor Uniwersytetu Mateja Beli w Bańskiej Bystrzycy Vladimír Hiadlovský - stwierdził, że nie może tej rozprawy ujawnić bez zgody jej autora. Ten jednak tego uczynić nie chce. Cała sytuacja uderza w autorytet uczelni. Nic dziwnego, że jej Rektor opublikował stanowisko, w którym stwierdza:

Uniwersytet Mateja Bela jest instytucją, która przestrzega prawa i szanuje wartości akademickie, dba o etykę i moralność. Władze uczelni wzywają zatem Andreja Danka, aby udostępnił swoją rozprawę doktorską“.

Doskonale pamiętam, jak na tym Uniwersytecie troszczono się o prawo i etykę hołubiąc polskich turystów habilitacyjnych i nie reagując na przekazane przez polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zastrzeżenia do kilku naruszeń rzekomej troski o wartości akademickie i prawo. Jak widać, nadal na Słowacji nie ma transparentnej polityki akademickiej. Rozprawa doktorska powinna być udostępniona każdemu chociażby w uniwersyteckiej bibliotece. To zdumiewające, jak tam troszczą się o skrywanie podejrzanych przewodów naukowych.

Napięcie jest tak duże, że grozi protestami studenckimi. Wraz z nauczycielami akademickimi zbierane są podpisy pod petycją o prawne zobowiązanie władz uczelni o publiczny dostęp do każdej dysertacji doktorskiej. Jeśli to nastąpi, to może wreszcie będzie można zobaczyć, jakież to doktoraty zostały obronione w tym kraju także przez Polaków, Węgrów czy Ukraińców.

Posłanka Lucia Ďuriš Nicholsonová złożyła doniesienie do Prokuratury Generalnej na Słowacji wniosek o sprawdzenie, czy aby A. Danek dlatego ukrywa swoją pracę doktorską, by nie okazało się, że jest plagiatem lub czymś podobnym.

Przypomina mi to toczącą się w Łodzi sprawę mec. Paduszyńskiego, który dopomina się ujawnienia pracy magisterskiej jednego z naszych ministrów. Poseł RP Artur Dunin z Platformy Obywatelskiej złożył 14 lutego 2017 r. zapytanie (nr 2149) do prezesa Rady Ministrów w sprawie wykształcenia Andrzeja Adamczyka - Ministra Infrastruktury i Budownictwa o następującej treści:

Zwróciły się do mnie osoby, które od lipca 2016 r. bezskutecznie usiłują uzyskać informacje o tym, jakie wykształcenie ma Pan Andrzej Adamczyk Minister Infrastruktury i Budownictwa w Pani rządzie, a także o tym w jaki sposób je uzyskał. Wśród pytań na jakie usiłowali uzyskać odpowiedzi są m.in. następujące:
- dlaczego Pan Minister Andrzej Adamczyk odmawia udzielenia odpowiedzi na pytania o swoje wykształcenie?
- jaki był temat pracy magisterskiej pana Ministra Andrzeja Adamczyka i czy prawdą jest, że obronił ją będąc już magistrem?
- kto był promotorem, a także kto był recenzentem pracy magisterskiej pana Ministra Andrzeja Adamczyka?
- jak praca magisterska pana Ministra Andrzeja Adamczyka została oceniona?
- jaki wydział i jaki kierunek studiów ukończył Pan Minister Andrzej Adamczyk?
- ile Pan Minister Andrzej Adamczyk zapłacił za studia na Społecznej Akademii Nauk?
- czy prawdą jest, że Pan Minister Andrzej Adamczyk został od razu przyjęty na III semestr studiów magisterskich?
Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa odpowiadając na pytania zainteresowanych osób podawało jedynie, że Pan Minister Andrzej Adamczyk ma wykształcenie wyższe i odmawiało udzielenia szczegółowych informacji, twierdząc, że nie jest to informacja publiczna. Podobnie odpowiada Społeczna Akademia Nauk. Z kolei wg twierdzeń Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego informacja o wykształceniu osoby pełniącej funkcję publiczną jest informacją jawną i podlega ustawie o dostępie do informacji publicznej.
Mając na względzie fakt, że kompetencje osób wchodzących w skład Rady Ministrów są istotną sprawą, tak samo jak istotną jest transparentność drogi, jaką osoby te uzyskały stopnie naukowe potwierdzające ich kompetencje uprzejmie proszę o udzielenie odpowiedzi:
- na powyższe pytania,
- jak również wyjaśnienie przyczyn, dla których Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa udzielało odmiennych informacji niż Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego na temat możliwości uzyskania dokładnych informacji o formalnych kwalifikacjach pana Ministra Andrzeja Adamczyka oraz o drodze jaką je uzyskał?


Od ponad 18 miesięcy poseł nie uzyskał odpowiedzi na to zapytanie. W Polsce prace magisterskie polityków też są zatem tajne. We wrześniu 2018 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi nakazał Społecznej Akademii Nauk ujawnienie szczegółów dotyczących pracy dyplomowej pana ministra i ... pewnie jest apelacja.

piątek, 19 października 2018

Profesor Zbyszko Melosik - doktorem honoris causa Uniwersytetu Szczecińskiego


Z ogromną satysfakcją przyjąłem zaproszenie na uroczystość nadania tytułu Doktora Honoris Causa Uniwersytetu Szczecińskiego znakomitemu profesorowi pedagogiki, wybitnemu humaniście, a zarazem wyjątkowemu organizatorowi akademickich procesów transformacyjnych nie tylko na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu - Profesorowi Zbyszko Melosikowi.

Od początku lat 90. XX w., kiedy to razem uczestniczyliśmy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu w ogólnopolskim seminarium profesora Zbigniewa Kwiecińskiego pod charakterystycznym dla ówczesnego przełomu tytule „Nieobecne dyskursy”, nie tylko śledzę, studiuję i wykorzystuję we własnych badaniach rozprawy naukowe poznańskiego Uczonego, ale i nie mogę doczekać się każdej następnej jego książki czy wysłuchania referatu z najnowszych badań i warsztatu. Mamy tu do czynienia z świetnie wykształconym interdyscyplinarnie naukowcem, który potrafi łączyć w swoich badaniach wiedzę z różnych dyscyplin i dziedzin nauk.

Profesor Zbyszko Melosik ukończył bowiem w 1979 r. magisterskie studia politologiczne na Wydziale Nauk Społecznych UAM, zaś w latach 1983-1986 studia doktoranckie w Instytucie Socjologii UAM.
W 1986 r. obronił dysertację doktorską na tym samym Wydziale poświęcając ją socjologicznym i politologicznym kontekstom ruchu olimpijskiego w okresie od Pierre’a Coubertein’a do współczesności. Warto zatem zwrócić uwagę na to, jak wspaniałą drogę przeszedł w swoim rozwoju naukowym, zataczając krąg badania myśli humanistycznej od olimpizmu do piłki nożnej, której poświęcił swoją ostatnią (na szczęście nie w ogóle, tylko w wymiarze temporalnym) monografię pt. „Piłka nożna. Tożsamość, kultura i władza” (UAM 2016).

Wszystko to, co wydarzyło się w życiu osobistym i naukowym Kandydata do tak zaszczytnej godności Uniwersytetu Szczecińskiego, jest Jego otwarciem się na pedagogikę jako naukę humanistyczno-społeczną, a zapoczątkowanym habilitacją już na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu w 1995 r., gdzie w swoim dorobku przedłożył m.in. niezwykle interesującą dysertację habilitacyjną pt. „Współczesne amerykańskie spory edukacyjne. Między socjologią edukacji a pedagogiką postmodernistyczną” (UAM 1995).


Był to niewątpliwie kolejny przełom w polskiej pedagogice interdyscyplinarnego myślenia o edukacji w kontekście postmodernistycznej filozofii, socjologii i pedagogice, który zbliżał do siebie te nauki ze względu na transwersalną potrzebę i wartość odczytywania oraz rozumienia swoistości edukacji w ponowoczesnym świecie. Jeszcze w tym samym roku Zbyszko Melosik – już jako samodzielny pracownik naukowy - wydał kolejną monografię pt. „Postmodernistyczne kontrowersje wokół edukacji (Toruń-Poznań 1995), w której poszerzył i pogłębił analizy socjokulturowe i pedagogiczne doświadczanej także w Polsce transformacji politycznej oraz humanistycznej w przestrzeni nauk społecznych.

Analizę postmodernistycznego dyskursu poprzedził krytyką tej części polskich intelektualistów, którzy nie bacząc na własną ignorancję lub fałszywie pojmowany prymat własnej pedagogii usiłowali zaprzeczyć jego wartościom. Zapewne było bolesne dla nich ujawnienie mechanizmów rywalizacji o status lokującego się wówczas w centrum badań dyskursu postmodernistycznego na tle walki dyskursów o prymat w świecie naukowym. Podejście postmodernistyczne pomagało nam wszystkim dostrzec spory teoretyczne w naukach o wychowaniu z perspektywy walk różnych wersji rzeczywistości o to, która z nich stanie się tą "obowiązującą" i "naturalną".


Dzięki niezwykle pogłębionym o światową literaturę badaniom mogliśmy śledzić wraz z prof. UAM Z. Melosikiem, jakie problemy i pytania stawia lub wyostrza dyskurs postmodernistyczny, które mogłyby być ważne dla zrozumienia (i przekształcenia) rzeczywistości kulturowej i społecznej, w tym szczególnie dla współczesnej edukacji. Jest to możliwe, gdyż Profesor należy do elitarnego grona stypendystów Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta, wielokrotnie zapraszanym jako visiting professor na uniwersytety w Holandii, Niemczech, Szwecji, Norwegii, Hiszpanii, Argentyny, Australii czy Włoch. Nie miał zatem problemu z badaniem odmienności perspektyw teoretycznych, normatywnych poszczególnych dyskursów postmodernistycznych czy modernistycznych.



Od 2010 r. Z. Melosik należy do grona członków norweskiej (regionalnej) Agder Academy of Science and Letters. W każdej ze swoich rozpraw, a to należy do rzadkości w polskiej humanistyce, wyraźnie określa własne stanowisko epistemologiczne i aksjologiczne. Prowadzone przez niego badania socjopedagogiczne pozwalają zrozumieć zmiany w świecie cywilizacji Zachodu, demokracji, społeczeństw otwartych, pluralistycznych o najwyższym poziomie rozwoju gospodarczego i naukowego, a do których III Rzeczpospolita usilnie zmierzała z nadzieją na co najmniej zbliżenie się do jak najwyższych w powyższym zakresie standardów zachodnioeuropejskich i amerykańskich.


Każda kolejna książka tego Profesora rozchwytywana była przez środowisko nauk humanistycznych i społecznych będąc zarazem świadectwem ogromnego skoku kulturowego i metodologicznego w badaniach pedagogicznych. Każdy, kto jako pedagog chciał na zrekonstruowanych w tej monografii przesłankach kreować lokalną, nietotalizującą politykę i edukację w Polsce, mógł także uświadomić sobie czekające go problemy i dylematy.

Jakże oczywistą stała się rekomendacja Rady Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu Profesora Zbyszko Melosika w 1998 r. do nadania mu tytułu naukowego profesora, co zresztą zostało potwierdzone w toku postępowania w tej Radzie i Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów. W czasach, kiedy pedagogika lokowała się w rankingach krajowych na I miejscu najbardziej obleganych studiów w naszym kraju (k. lat 90.XX w. i pocz. pierwszej dekady XXI w.), a większość samodzielnych i pomocniczych pracowników nauki podejmowała się zatrudnienia w drugim czy trzecim miejscu akademickiej przestrzeni, prof. Z. Melosik także pracował dodatkowo.

Tworzył nowe, a paralelne do uniwersyteckiego w UAM środowiska naukowo-badawcze, uruchamiał kolejne projekty badawcze i wydawał znakomite rozprawy naukowe. Przykładowo, kierując Katedrą Nauk o Zdrowiu w Akademii Medycznej im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu nie tylko wypromował doktorów nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika, ale także wydawał z nimi kolejne publikacje.


Jedną z wielu takich rozpraw była praca zbiorowa pod Jego redakcją pt. Ciało i zdrowie w społeczeństwie konsumpcji (Poznań-Toruń 1999) poświęcona problematyce ciała i zdrowia w społeczeństwie konsumpcji, w której połączył tym razem swoje własne badania z prowadzonymi w tym samym zakresie przez jego współpracowników z Wydziału Nauk o Zdrowiu Akademii Medycznej w Poznaniu. Dzięki nieustannemu przekraczaniu pól badawczych, wydawałoby się zarezerwowanych dla autonomicznych w sensie scjentystycznym nauk, mieliśmy możliwość pogłębienia powyższego dyskursu o nowe perspektywy i sposoby badań.

Nie sposób nie dostrzec w jakże bogatym dorobku naukowym Profesora Zbyszko Melosika rozpraw, w których sięga po teorię reprodukcji ekonomicznej i kulturowej, by lepiej zrozumieć współczesną szkołę uprawomocniającą narzucenie arbitralności kulturowej grupy dominującej określonej społeczności oraz potwierdzając zarazem występowanie nierówności społecznych w tym zakresie. Lepiej dostrzegamy dzięki publikacjom tego Uczonego, że edukacja powszechna staje się bezradna wobec podziałów czy różnic społecznych, kulturowych i ekonomicznych wśród dzieci i młodzieży czy ich środowisk socjalizacyjnych, uporczywie starając się narzucić wszystkim pożądany styl (zdrowego) życia tak, jakby wszyscy w istocie mieli do tego równy dostęp.

W bogactwie przedmiotów i problemów badawczych znalazła się u Z. Melosika kwestia akademicka. Pełniąc przez dwie kadencje funkcję dziekana Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, kształcąc kadry naukowe w kraju w roli promotora ponad dwudziestu rozpraw doktorskich, recenzenta habilitacji i wniosków o tytuł naukowy profesora, pełniąc trzykrotnie funkcję członka Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów, od kilkunastu lat angażując się czynnie w Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN, gdzie obecnie jest jego wiceprzewodniczącym, poświęcił universitas znakomitą rozprawę naukową pt. Uniwersytet i społeczeństwo. Dyskursy wolności, wiedzy i władzy(Poznań 2002).

Ta z niebywałym talentem analityczno-syntetycznym książka o społecznych przemianach w zakresie funkcji i roli uniwersytetu ukazała się w niezwykle ważnym dla polskiego środowiska akademickiego i związanej z nim polityki oświatowej państwa momencie, gdyż z jednej strony wpisała się w nurt zainicjowanej przez ówczesny resort edukacji, nauki i sportu społecznej debaty nad resortowym projektem „Strategia rozwoju szkolnictwa wyższego w Polsce do roku 2010”, z drugiej zaś strony odpowiadała na szereg dylematów w zakresie toczącej się, z chwilą powołania w naszym kraju Uniwersyteckiej oraz Polskiej (dawniej Państwowej) Komisji Akredytacyjnej, dyskusji na temat jakości kształcenia w szkolnictwie wyższym. Profesor Z. Melosik został zresztą członkiem UKA, a po dzień dzisiejszy jest ekspertem PKA uczestnicząc w ocenie kształcenia na kierunku pedagogika w krajowych uczelniach akademickich i szkołach wyższych.
Doktor Honoris Causa należy do pokolenia transformatywnych intelektualistów wykorzystując dany mu czas na potęgowanie twórczego zaangażowania w sprawy istotne dla poznańskiej Alma Mater, polskiej pedagogiki oraz dla całego jej środowiska akademickiego! Został liderem zarządzania Wydziałem Studiów Edukacyjnych w gronie kierujących izomorficznymi jednostkami w całym kraju, który w tym okresie zdobył palmę pierwszeństwa nadając zupełnie nowy wymiar budowaniu szkół uniwersyteckiej nauki, a przy tym znakomicie łącząc tradycję z przyszłością, doceniając, eksponując i kontynuując najlepsze tradycje swoich poprzedników (dziekanów: Zbigniewa Kwiecińskiego, Kazimierza Przyszczypkowskiego, Wiesława Ambrozika) oraz otwierając swoim wsparciem nową kartę rozwoju tej jednostki pod kierownictwem koleżanki prof. Agnieszki Cybal-Michalskiej.


Jest genialnym tłumaczem rozpraw anglojęzycznych i moderatorem międzynarodowych kongresów, wnikliwym recenzentem w ponad 30 przewodach doktorskich i w ponad 40 łącznie postępowaniach habilitacyjnych oraz na tytuł naukowy profesora. W roku 2005 został redaktorem wydawniczym, a potem naukowym (także współautorem wstępu) do wydanego przez PWN polskiego tłumaczenia fundamentalnego dzieła amerykańskiego z zakresu socjologii pt. „Women, Men and Society” autorstwa C. Renzetti i D. Curran. Monografia ta miała wiele wydań w USA, a w Polsce już dwie edycje ciesząc się ogromnym zainteresowaniem naukowców kilku dziedzin nauki.

Pracowitością, często bezinteresownemu oddaniu sprawom uniwersytetu jako dobra wspólnego Doktor Honoris Causa Uniwersytetu Szczecińskiego jest źródłem akademickiej kultury i troski o ponadczasowe wartości. Ma to miejsce zapewne właśnie dlatego, że przeszył swoimi badaniami do samego jądra kulturę popularną, świat migotania potocznych znaczeń, pozoranctwa, zanikania w wyniku globalizacji etosu badań oraz błędy w polityce publicznej państwa wobec szkolnictwa wyższego i nauki.

Wyróżniony 18 października 2018 r. profesor nauk społecznych znakomicie służy polskiej pedagogice ucieleśniając typ uczonego z pasją badającego kolejne fragmenty edukacyjnej rzeczywistości. Jego wiedza, umiejętności i kompetencje przyciągają rzesze młodych uczonych, których potrafi zachwycić dążeniem do PRAWDY jako wartością autoteliczną. Oby młodsi adepci nauki, także w jego środowisku, skorzystali z tych dokonań i doświadczeń Mistrza.




czwartek, 18 października 2018

Komisja habilitacyjna on-line, ale nie via SKYPE


Ustawodawca zapewnił już w 2011 r. profesorom - członkom komisji habilitacyjnych możliwość uczestniczenia w posiedzeniach na odległość, bez konieczności przemieszczania się z jednego krańca kraju na drugi. Komisja habilitacyjna liczy 7 członków, z czego najczęściej trzech stanowią samodzielni pracownicy naukowi jednostki, w której prowadzone jest postępowanie habilitacyjne.

Trudno, by członkowie Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów włączali do komisji habilitacyjnych profesorów kierując się względami geograficznego pobliża do miejsca obrad (jednostki akademickiej zatwierdzonej przez CK do przeprowadzenia postępowania). Mają to być jednak najlepsi specjaliści w danej dziedzinie i dyscyplinie nauki. Są zatem powoływani z różnych ośrodków akademickich w kraju. Mamy świadomość, że postępowanie prowadzone w Krakowie jest niezwykle daleko od miejsca pracy i zamieszkania profesora-eksperta ze Szczecina czy Białegostoku.

Właśnie w takich sytuacjach istnieje możliwość skorzystania z kodowanych, bezpiecznych łącz internetowych w ramach programu Pionier. Każdy uniwersytet, każda Politechnika i Akademia dysponują specjalnym pomieszczeniem do przeprowadzania obrad właśnie z wykorzystaniem tego łącza. Nie wolno korzystać z aplikacji SKYPE, gdyż jest to publicznie, a więc i powszechnie dostępna możliwość naruszenia tajemnicy posiedzenia komisji habilitacyjnej!

Nie ma problemu z włamaniem się do sesji w programie Skype i nagranie posiedzenia komisji habilitacyjnej, by następnie wrzucić je do sieci. Zgodnie z RODO, jeśli gospodarz posiedzenia, a zarazem administrator danych korzysta z usług podmiotów komunikacji, muszą one zapewniać wystarczające gwarancje wdrożenia odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, by przetwarzanie danych spełniało wymogi odpowiedniego rozporządzenia i chroniło prawa osób, których dane dotyczą.

Szanowni Dziekani, nie wyrażajcie zgody sekretarzom komisji habilitacyjnych na to, by posiedzenie on-line odbywało się z naruszeniem RODO. Grozi to bowiem konsekwencjami prawnymi. Dziekan jako administrator danych osobowych może otrzymać ostrzeżenie lub upomnienie od Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO). Urząd może też nałożyć na dziekana karę pieniężną. Upowszechnienie zaś przez włamującego się do Skype'a jakiegokolwiek pliku z posiedzenia Komisji może skutkować oskarżeniem m.in. z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych.

Po to zostało zakupione specjalne oprogramowanie, a uniwersytety, politechniki i akademie zostały połączone siecią światłowodową, by zapewnić ochronę danych osobowych i przebiegu obrad także komisji habilitacyjnych.

Inna rzecz, że uniwersytety nie mają jeszcze nowych statutów, a złożone w CK wnioski habilitantów przesyłane są przez ten organ nie do jednostek akademickich, ale do rektorów. Zaczyna się niezły chaos.

środa, 17 października 2018

Solidaryzuję się z antropologami kulturowymi i etnologami




Reforma Jarosława Gowina jest w zakresie projektowanej parametryzacji dyscyplin naukowych dewastacją polskiej nauki.


Uświadamia nam to m.in. protest tych środowisk naukowych, które zostały pominięte w rozporządzeniu ministra o dziedzinach i dyscyplinach naukowych. Rzecz dotyczy antropologii kulturowej i etnologii, które powinny być zachowane w klasyfikacji na tej samej zasadzie, jak astronomia. Tyle tylko, że ich siła sprawcza jest nieporównanie mniejsza. Znalazły się "nauki o rodzinie", bo mają swojego protektora ponad władzą MNiSW.

Socjologię sprowadzono do "nauk socjologicznych", co zadziwia socjologów na świecie, bo oni nie chcieliby być przedstawicielami nauk socjologicznych. Aż dziw bierze, że nie ma zamiast psychologii - "nauk psychologicznych", czy zamiast pedagogiki - nauk pedagogicznych. Może zamiast filozofii powinny być nauki filozoficzne? Czemu nie?

O tym, czym zajmuje się astronomia, wie chyba każdy Polak, ale już antropologii kulturowej czy etnologii nie rozumie nawet minister wraz ze swoim sztabem administratorów. No to przytaczam solidarnie "Protest Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu z dnia 15 października 2018 w sprawie odmowy prawa do istnienia dyscypliny naukowej antropologia, etnologia

PROTEST

Z oburzeniem przyjęliśmy do wiadomości Rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 20 września 2018 r. w sprawie dziedzin nauki i dyscyplin naukowych oraz dyscyplin artystycznych usuwające ze szkolnictwa wyższego i struktury nauki ‘etnologię’, dyscyplinę, za której twórcę powszechnie w świecie uznawany jest Bronisław Malinowski, i która nieprzerwanie uprawiana jest na polskich uniwersytetach od 1910 roku – najpierw na Uniwersytecie Lwowskim, a później, w niepodległej już Rzeczpospolitej, na Uniwersytecie Poznańskim, Jagiellońskim, Warszawskim i Wileńskim.

Etnologia, przemianowana na pomocniczą wobec historii etnografię, przetrwała czasy stalinizmu, następnie stopniowo odradzała się, by w końcu, znów jako etnologia, a z czasem etnologia/antropologia kulturowa, ponownie stać się samodzielnym kierunkiem studiów i dyscypliną naukową (Rozporządzenie z dnia 8 sierpnia 2011 r. w sprawie obszarów wiedzy, dziedzin nauki i sztuki oraz dyscyplin naukowych i artystycznych, Dz. U. Nr 179, poz. 1065).

Obecnie etnologia i antropologia nauczana jest na ośmiu wiodących uniwersytetach (UAM, UW, UJ, UŁ, UWr, UŚ, UMK, UG), z których trzy posiadają uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego w tej dyscyplinie. Jej likwidacja, poprzez włączenie do sztucznie stworzonej kategorii ‘nauki o kulturze i religii’, nie tylko wymazuje dyscyplinę i neguje tradycję i dorobek wielu pokoleń badaczek i badaczy, lecz jest również lekceważąca wobec kilkuset studentek i studentów, którzy wybrali ten kierunek studiów.

Decyzja Ministerstwa dziwi szczególnie w czasach, w których powszechnie pisze się o antropologizacji nauk społecznych i humanistycznych. Wykreślenie etnologii z listy dyscyplin godzi także w międzynarodową współpracę naukową, podważając np. wiarygodność Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, zrzeszającego przeszło siedmiuset członków, które w sierpniu 2019 roku, wespół z naszym Instytutem, organizuje Kongres Światowej Unii Nauk Antropologicznych i Etnologicznych (IUAES), na który przybędą tysiące uczestników.

Istnienie IUAES, założonej w l934, a od 1948 roku afiliowanej przy UNESCO, jest dowodem na to, że dyscyplina antropologii i etnologii funkcjonuje na całym świecie. Jakiż jest powód, aby nie była uznawana tylko w Polsce?

W myśl deklaracji MNiSW nowa klasyfikacja wzorowana jest na liście OECD. Nie widzimy żadnej racjonalnej przyczyny, aby od niej odbiegać. Dlatego domagamy się umieszczenia ‘antropologii, etnologii’ jako odrębnej dyscypliny w dziedzinie nauk społecznych, bądź też zaklasyfikowania jej wraz z socjologią, jako ‘socjologia i antropologia’, jak ma to miejsce w wykazie OECD.

Liczne argumenty przemawiające za tym rozwiązaniem zostały przedstawione w liście podpisanym przez kilkudziesięciu przedstawicieli środowiska antropologicznego przesłanym do Ministerstwa w ramach tzw. konsultacji społecznych w sierpniu br. List ten, wyrażający również nasze stanowisko, został niestety zignorowany i pozostał bez jakiejkolwiek odpowiedzi.

Protest, apel i żądanie umieszczenia dyscypliny ‘antropologia, etnologia’ w dziedzinie nauk społecznych przyjęte zostały przez Radę Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu jednogłośnie.
W imieniu Rady podpisał - prof. dr. hab. Michał Buchowski

wtorek, 16 października 2018

Pedagogika i edukacja wobec kryzysu zaufania, wspólnotowości i autonomii






Od trzech lat trwają przygotowania do przyszłorocznego X Zjazdu Pedagogicznego, który odbędzie się w dniach 18 – 20 września 2019 w Warszawie.

Tak jak poprzednie tego typu pedagogiczne debaty jego organizatorem jest Polskie Towarzystwo Pedagogiczne. W przyszłym roku gospodarzem Zjazdu będą jego współorganizatorzy - Wydział Pedagogiczny Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie.

Nowością strukturalną jest poprzedzenie Zjazdu obradami Akademii Młodego Naukowca, które zostały przewidziane na dzień 17 września 2019 roku.

Przypominam pedagogom, nie tylko akademickim, ale także zakorzenionym w praktyce oświatowej, społeczno-wychowawczej, resocjalizacyjnej, terapeutycznej itp., iż Jubileuszowy X Zjazd Pedagogiczny odbywać się będzie pod hasłem „Pedagogika i edukacja wobec kryzysu zaufania, wspólnotowości i autonomii.”

Jak informują Organizatorzy:

Chcielibyśmy zaproponować Państwu podjęcie w trakcie Zjazdu refleksji nad wyzwaniami, jakie stoją przed pedagogiką, edukacją i oświatą w dynamicznie zmieniającym się krajobrazie politycznym, ekonomicznym, kulturowym i społecznym współczesnej Polski i świata. Proponujemy Państwu trzydniowe obrady w siedmiu sekcjach tematycznych:

1. Polityka edukacyjna, szkoła, instytucje edukacyjne.

2. Nauczyciel.

3. Młodzież, uczeń, student, słuchacz.

4. Rodzina, dziecko, opieka, instytucje wychowania.

5. Rynek pracy, rozwój zawodowy, oczekiwania pracodawców.

6.Środowisko globalne, środowisko lokalne, relacje społeczne, grupy społeczne, media, migracje.

7. Metodologia badań humanistycznych i społecznych.

Podczas Zjazdu przewidujemy dyskusje plenarne, obrady sesji problemowych poszczególnych sekcji oraz interaktywne sesje plakatowe. Chcielibyśmy, aby ten Jubileuszowy Zjazd był miejscem spotkania naukowców, którym bliskie są problemy pedagogiki i edukacji, aby sprzyjał dialogowi ludzi nauki i praktyków oraz interdyscyplinarnej dyskusji nad rolą pedagogiki i pedagogów we współczesnym świecie.

Mamy nadzieję, że tematyka przyszłorocznego Zjazdu będzie dla Państwa interesująca i spotkamy się w dużym gronie w Warszawie. Bylibyśmy wdzięczni za rozpropagowanie informacji o planowanym przez nas wydarzeniu naukowym w Państwa uczelniach.


Drodzy pedagodzy! Czas się rejestrować, podjąć decyzję, w której z siedmiu sesji chcielibyście aktywnie uczestniczyć. Będą tez panele dyskusyjne, sesje posterowe, wykłady plenarne itd.

Wraz z profesorem Mirosławem J. Szymańskim zapraszamy do I sesji tematycznej „POLITYKA EDUKACYJNA. SZKOŁA. INSTYTUCJE EDUKACYJNE”. Biorąc pod uwagę temat Zjazdu Pedagogicznego proponujemy skoncentrowanie uwagi zainteresowanych na następujących kwestiach:

1. Efekty 30 lat transformacji społeczno-politycznej w polityce oświatowej w wyniku zmieniających się wraz z kolejnymi wyborami władz państwowych i ustawodawczych oraz ich rzutowanie na funkcjonowanie szkół i instytucji edukacyjnych III RP.

2. Istota i zakres zmian w relacjach między władzami politycznymi państwa a edukacją publiczną i niepubliczną w III RP.

3. Upolitycznienie i upartyjnienie a możliwości autonomii i samorządności edukacji szkolnej oraz pozaszkolnej w sferze publicznej.

4. Demokratyzacja oświaty publicznej wobec tendencji i zmian jej ograniczania przez władze resortu edukacji.

5. Miejsce na innowacje i eksperymenty pedagogiczne w warunkach zmieniającej się polityki edukacyjnej państwa

6. Nierówności społeczne w edukacji - skuteczność lub nieskuteczność ich zmniejszania

7. Curriculum a podręczniki szkolne i środki dydaktyczne

8. Uspołecznienie oświaty publicznej w społeczeństwie sterowanym przez autokratyczne władze

9. Możliwości rozwoju oddolnych ruchów i projektów innowacyjnych w edukacji

10. Dokąd zmierza polityka edukacyjna III RP?

11. Patologie, paradoksy i aporie polityki edukacyjnej państwa.

12. Nowe podejścia w metodologii badań polityki edukacyjnej


Rejestracja elektroniczna jest już możliwa od 1 października 2018 r. Czekamy i zapraszamy.

poniedziałek, 15 października 2018

60.lecie gdańskiej pedagogiki


W roku 2018 pedagogika gdańska obchodzi jubileusz 60. lecia swego istnienia. Jak odnotowuje w zaproszeniu na konferencję dyrekcja Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego:

W 1958 roku ówczesne kierownictwo Ministerstwa Oświaty podjęło decyzję o uruchomieniu w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku studiów na kierunku pedagogika. Potwierdzeniem tego było zarządzenie nr 97 Ministra Oświaty z 29 maja 1958 r., na mocy którego - z dniem 1 lipca tegoż roku - na Wydziale Filologiczno – Historycznym WSP utworzona została sekcja pedagogiki. Studia pedagogiczne w Gdańsku stały się faktem.

Wspomniane decyzje zapoczątkowały systematyczny rozwój strukturalny i kadrowy gdańskiej pedagogiki. Zintensyfikowały też badania naukowe prowadzone przez pionierów gdańskiej pedagogiki – uczonych tej miary, co prof. dr Romana Miller, prof. dr Kazimierz Kubik, prof. dr Ludwik Bandura, prof. dr Kazimierz Sośnicki. Byli oni współtwórcami dorobku subdyscyplin pedagogicznych i autorami fundamentalnych dzieł z ich zakresu. Dzieło wymienionych podjęły kolejne pokolenia pedagogów gdańskich, wśród których nie brakowało uczonych światowego formatu.
Akcentując wątki jubileuszowe mamy pełną świadomość, że wiele doświadczeń i intelektualnych przygód pedagogów gdańskich stało się udziałem całego środowiska pedagogicznego w Polsce. Chcemy zatem, korzystając z okazji, jaką stwarza nasz jubileusz, zaprosić Państwa do dysputy akademickiej poświęconej skomplikowanym losom pedagogiki polskiej w ostatnim sześćdziesięcioleciu, ujmowanym zarówno w perspektywie historycznej, jak i współczesnej.


Na stronie Instytutu Pedagogiki przywołuje się w dziale "historia" następujące wydarzenia:

Historia Instytutu Pedagogiki związana jest z chlubną tradycją uprawiania pedagogiki jako dyscypliny naukowej w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku. Po powołaniu 20 marca w 1970 roku Uniwersytetu Gdańskiego, który powstał z połączenia Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Gdańsku i Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Sopocie, pedagogowie skupili się w Instytucie Pedagogiki i Psychologii. Jego dyrektorem został prof. dr Ludwik Bandura, wieloletni pracownik WSP.

W 1972 roku został utworzony Instytut Pedagogiki, a jego dyrektorem do 1978 roku była doc. dr Irena Jundziłł. W kolejnej kadencji (1978-1981) funkcję dyrektora pełnił prof. dr hab. Klemens Trzebiatowski. Działalność naukowo-badawcza i dydaktyczna Instytutu Pedagogiki była realizowana w pięciu zakładach: Zakładzie Dydaktyki, Zakładzie Teorii Wychowania, Zakładzie Historii Nauki, Oświaty i Wychowania, Zakładzie Pedagogiki Specjalnej i w Zakładzie Nauczania Początkowego.
Pod względem kadrowym i naukowym Gdańsk był drugim po Warszawie prężnym ośrodkiem nauk pedagogicznych w Polsce. Ważnymi postaciami środowiska byli między innymi profesorowie: Ludwik Bandura, Kazimierz Kubik, Romana Miller, Kazimierz Podoski, Kazimierz Sośnicki, Klemens Trzebiatowski; docenci: Halina Borzyszkowska, Marian Grochociński, Irena Jundził, Kazimierz Kurpis, Bolesław Maroszek, Tadeusz Mądrzycki, Lech Mokrzecki, Leon Niebrzydowski, Marian Pyrz, Józef Rembowski, Irena Szumielewicz, Elżbieta Zawadzka.

W latach 80. funkcje kierownicze Instytutu Pedagogiki pełnili: prof. dr hab. Lech Mokrzecki (1981-1990) i doc. dr hab. Jan Żebrowski (1990-1996). W kolejnych latach Instytutem Pedagogiki kierowali: prof. dr hab. Tomasz Szkudlarek (1996-2002) i prof. UG, dr hab. Maria Mendel (2002-2008). Struktura Instytutu ulegała zmianie – powstawały kolejne zakłady i pracownie. Kultywowano najlepsze tradycje badań, ale także odważnie podejmowano nowe ich kierunki.

Znaczący stał się udział pracowników Instytutu Pedagogiki we współpracy naukowej z zagranicą. Honorowy Doktorat, jaki przyznano w 2006 roku prof. dr. hab. Tomaszowi Szkudlarkowi na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Linkőping (Szwecja), stanowiący wyraz uznania dla Jego zasług, stał się dumą gdańskiego środowiska pedagogów. Znakiem wyróżniającym i charakteryzującym gdańskie środowisko pedagogiczne stały się cykliczne konferencje i seminaria naukowe. Dzięki działaniom kadry naukowej Instytut Pedagogiki stał się ważnym miejscem rozwoju pracowników nauki.

Przestrzenią, która przez wiele lat łączyła gdańskie środowisko naukowe pedagogów był budynek przy ulicy Bolesława Krzywoustego 19 w Gdańsku Oliwie. Z tym miejscem związane były osoby, które do dzisiaj utrzymują bliski kontakt z Instytutem. Są to między innymi profesorowie: prof. dr hab. Joanna Rutkowiak, prof. dr hab. Henryk Machel, prof. UG, dr hab. Ewa Rodziewicz. W 2009 roku nastąpiła przeprowadzka do nowego obiektu przy ulicy Bażyńskiego 4. Dyrektorem Instytutu Pedagogiki był wówczas prof. UG, dr hab. Romuald Grzybowski (2008-2012). Symboliczne pożegnanie siedziby przy ulicy Krzywoustego nastąpiło 11 czerwca 2008 roku. Już w nowym obiekcie Instytut Pedagogiki poszerzył kształcenie o nowe kierunki studiów i specjalności.



Już miały miejsce na mniejszą skalę, ale znaczące naukowo seminaria poświęcone wspomnieniom o Mistrzach i ich dziełach oraz poruszające aktualność ich dokonań czy pedagogicznego credo. W minionym tygodniu odbyła się debata o dziełach jednego z najwybitniejszych polskich pedagogów - Kazimierza Sośnickiego, który w ostatnich latach swojego życia służył pedagogice akademickiej i oświacie właśnie w Gdańsku. Notę na temat powyższego seminarium zamieściła w Facebooku prof UG Maria Szczepska-Pustkowska:





niedziela, 14 października 2018

O kondycji polskich nauczycieli... także w Islandii



Kondycja – jak podaje Wikipedia – to aktualny stan fizjologiczny organizmu podlegający zmianom pod wpływem czynników środowiska zewnętrznego. Wynika ona ze stanu odżywienia i wytrenowania organizmu, a także zabiegów pielęgnacyjnych.

Spróbujmy znaleźć odpowiedź na pytanie: Jaka jest kondycja nauczycielskiego stanu pod wpływem czynników środowiska zewnętrznego, skoro jest ono nie tylko zróżnicowane co do siły i zakresu wywierania wpływu na innych, ale także generuje skutki uboczne, odroczone w czasie? Co jest dla nauczycielskiego organizmu jego siłą odżywczą, a co wynika ze stanu wytrenowania i zabiegów pielęgnacyjnych ze strony wskazanych w definicji czynników zewnętrznych?

Jest też w definicji opisowej mowa o rodzajach kondycji, toteż można tę kategorię wykorzystać jako metaforę do analizy nauczycielskiego stanu wyróżniając w ślad za tym następujące rodzaje jego kondycji:

kondycja fizyczna, cielesna - możność wykorzystania przez nauczyciela własnego organizmu w pracy, jego wytrzymałość na trudy pełnionej profesji;

kondycja "grantowa" – typowa dla nauczycieli zarabiających z tytułu udziału lub kierowania projektami dydaktycznymi w ramach Narodowej Strategii Spójności i Europejskich Funduszy Społecznych. To maksymalnie rozwinięta tkanka grantowa, dzięki której można mówić o wyrazistości rozwiniętego Kapitału Ludzkiego.

kondycja głodowa – widoczne zarysy żeber i zewnętrznych guzów pohospitacyjnych, niska wydajność lub dzielność pracy, słaby rozwój tkanek profesjonalnej autonomii i funkcjonowania pomimo wypalenia zawodowego;

kondycja hodowlana – pożądana ze strony Ministerstwa Edukacji Narodowej kondycja specjalistów od tzw. dobrych (dla władzy) praktyk, a więc nauczycieli wyselekcjonowanych przez nadzór pedagogiczny do reprodukcji interesów MEN. Nauczyciele o tej kondycji mają dobrze rozwiniętą tkankę uległości, lojalności, konformizmu przy słabo rozwiniętej tkance osobistej godności i profesjonalizmu.

kondycja wystawowa – wizerunek nauczycieli w społeczeństwie, ich image oraz ich postrzeganie i stosunek do nich.

Każdy nauczyciel dysponuje kondycją, tylko może ona mieć różny stan ogólny: słaby, przeciętny czy wysoki. Kiedy dyskutuje się w sferze publicznej o stanie nauczycielskim, to najczęściej jest on pochodną uogólnionej opinii o profesji w sondażach tak, jakby nauczycielski stan nie był wewnętrznie zróżnicowany.

Tymczasem nauczyciel nauczycielowi nie jest równy. Różnią się oni wiekiem, stażem pracy, stopniem awansu zawodowego, płcią, dochodami, stanem cywilnym, dochodami, rodzajem zatrudnienia (Karta Nauczyciela, Kodeks Pracy czy tzw. umowy śmieciowe), miejscem pracy (miasto-wieś), typem placówki (publiczna, niepubliczna), w przypadku szkół – typem szkoły, a nawet wewnątrz niej przydzieloną do prowadzenia klasą szkolną, byciem wychowawcą lub tylko przedmiotowcem, a w tym prowadzeniem zajęć z dyscyplin egzaminacyjnych lub nie (tzw. "michałki"), naukowych, artystycznych, technicznych, religijnych lub fizycznych itp.

Na Facebooku krąży nauczycielski żart, bowiem ministra edukacji Anna Zalewska przebywa w Dniu Edukacji Narodowej w Republice Islandii, gdzie weźmie udział w I Zjeździe Nauczycieli Polskich w Islandii i spotka się z nauczycielami polskich szkół na Islandii. Czyżby był to nowy kierunek emigracji nauczycielskiej za chlebem?


W związku z tym, ze minsitrzyca edukacji nie złożyła Państwu jeszcze życzeń, kieruję je do wszystkich nauczycieli we własnym imieniu. Niezależnie od stanu Państwa osobistej i profesjonalnej kondycji składam w Dniu Edukacji Narodowej korczakowskie życzenie, by zatroszczyć się o własną wolność, autonomię, gdyż "nie da się wychowywać innych w wolności i do wolności samemu będąc zniewolonym".

Nauczyciele! Bądźcie ODLOTOWI!

Ponoć premier Mateusz Morawiecki chce się pozbyć 5 ministrów:

Jak tylko będzie mógł, premier z rządu usunie wicepremier Beatę Szydło, ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, szefową MEN Annę Zalewską i minister bez teki Beatę Kempę.

Nawet, jak pozbędzie się Anny Zalewskiej oferując Jej ambasadorstwo w Islandii, to rodzice rozliczą tę partię w wyborach parlamentarnych za deformę edukacji, za cofanie polskiego szkolnictwa w mroki PRL.

sobota, 13 października 2018

Humanistyka - po coś, czyli recenzja na ekranie krytycznego myśłenia


Po co nam humanistyka? Zdaniem autora książki prof. Lecha Witkowskiego humanistyka musi być po coś, a więc stanowić wartość heteroteliczną, a nie autoteliczną. Wynika to tak z tytułu jego najnowszej monografii - "Humanistyka stosowana" oraz z wprowadzenia do jej zawartości. Jego zdaniem naiwne, sentymentalne i niedojrzałe jest przekonanie, że humanistyka może być zarówno bezinteresowna, jak i wdrożeniowa.

Jej bezinteresowność jest pozorem, gdyż "(…) staje się de facto interesownym utrwalaniem prawa do zaślepiającej odmowy poważnego pogłębiania własnego bycia w świecie i do wygodnego, a maskowanego spłycania w odbiorze największych dzieł humanistów "kompletnych" w ich dawaniu do myślenia , odnoszących refleksję do życia, jego obszarów i pułapek (aż po zło - zbrodnię i ludobójstwo).". (s.19)

Dali Bóg, nie rozumiem tej argumentacji, skoro nie wszyscy humaniści ... utrwalają prawo do zaślepiającej odmowy poważnego pogłębiania własnego bycia w świecie i do wygodnego, a maskowanego …". Skąd Autor czerpie tę rację? Co jest jej przesłanką, w wyniku której odmawia humanistyce i jej twórcom prawa do jej bezinteresowności, ani do bycia po nic, ani do bycia dla kogoś czy czegoś?


Nie budzi sprzeciwu natomiast tłumaczenie, że humanistyka traci swoją autoteliczność, kiedy "(…)ulegający tej interesowności i kierujący się mierzalnym zyskiem nie są w stanie(i to jest ich nierozpoznana często strata ) uświadamiać sobie własnych ograniczeń ani dostrzegać alternatyw projektujących inny sens i wartość własnego zaangażowania. Tacy "humaniści", nieświadomi szkodzenia humanistyce, stają się argumentem przeciw otwarciu na pełnię refleksji, skoro to "bezużyteczne głupstwa, jakaś historia, jakaś filozofia, po co to komu?" (tamże)

A jednak takie odczytanie jest mylne, gdyż L. Witkowski upomina się o humanistykę, która jest pochodną wirtuozerii, pasji i inicjacji, o ile są te fenomeny takimi, jakimi on ich doświadcza w kontakcie z dotychczasowymi wytworami, dziełami poddanych własnym badaniom wytworom humanistyki. Jego perspektywa jest - jak twierdzi - radykalnie odmienna, upominająca się "(…) o zrozumienie jej wagi i stosowanie... w samej humanistyce w interesie jej samej i jakości praktyki społecznej w profesjonalnym wydaniu rozmaitych sfer życia oraz form instytucjonalnych" (s. 20)


Wydawałoby się zatem, że dla tego filozofa humanistyka stosowana to taka, która jest zaangażowana w autoteliczny sens i wartość humanistyki jako takiej. To, czy stanie się ona impulsem dla szeroko pojmowanej praktyki społecznej, "ekologii umysłu", to już jest inna kwestia. Humanistyka nie jest w kontrze do czegokolwiek, co nią nie jest, ale co może czerpać z jej źródeł, zaś Humanista "(…) nie uniknie ani źródłowych powrotów, ani uwspółcześnionych dzięki nim przewrotów, gdy odważy się czytać wielkich ponad głosami ich następców, nie zawsze zdolnych oddać im sprawiedliwość w nowych kontekstach" (s. 21).

W takim miejscu zawsze pojawia się pytanie o rozstrzygające i rzekomo obiektywne kryteria rozpoznawalności WIELKICH od ich następców, skoro z dziejów humanistyki wiemy, że cecha wielkości zależy w dużej mierze od tych, którzy ją komuś przydają (najczęściej zresztą lokując samych siebie w tym gronie). Po co mieszać sprawiedliwość do odczytywania dzieł innych? Jaką sprawiedliwość ma autor na myśli? Może sprawiedliwością być przecież spychanie do niepamięci, nieobecności tych, którzy ustawicznie upominali się także w swoich rozprawach o wyróżnienie ich jako wybitnych, wielkich z powodów zakorzenionych w kontekstach historycznych, prawnych, politycznych, społecznych, kulturowych itp.?

Czy przedstawiciel nauk humanistycznych, a tym bardziej społecznych powinien tak samo jak L. Witkowski organizować dyskurs humanistyczny, podejmować wysiłek pozyskiwania (...) instrumentów przydających tej przestrzeni potencjału zupełnie innej siły sprawczej, a nawet zbawczej wobec prób przekreślania wartości humanistyki w funkcjonowaniu uniwersytetów i w wyposażeniu kulturowym adeptów wielu obszarów szkolnictwa wyższego" (s. 22)?

Autor przywołanej tu monografii nie musi zapewniać czytelników o własnych zasługach w walce z otwartą przyłbicą z psychologami, pedagogami czy filozofami, by niejako zobowiązać ich do wdrożenia jego studiów do "humanistycznych zastosowań w Polsce", gdyż czytelnicy mają prawo do osobistego odczytania także jego publikacji, bez powyższego imperatywu. Nikt nie będzie klonem L. Witkowskiego , dzięki czemu może przekroczyć stan jego dokonań na miarę własnej metodologii badań oraz przyjętych przez siebie założeń czy posiadanych instrumentów poznania.

Właśnie dlatego warto czytać książki także tego filozofa, by móc nie zgadzać się z jego miejscami dość autorytatywnym stylem perswazji osadzonej w niezrozumiałych dla zdecydowanej większości uwikłaniach osobistych dróg i problemów autora w różnych środowiskach akademickich. Po co je nieustannie przywoływać? Czyż na tym ma polegać humanistyka stosowana, że stosuje się miejscami jej treść jako oręże do zadawania ran minionym przeciwnikom, przełożonym, merytorycznym krytykom, a unikania ostrza krytyki wobec tych, których ani dzieła, ani dokonania tego nie usprawiedliwiają? Może w tym kryją się konteksty jakiejś sprawiedliwości?

Znamy humanistów, dla których nauka jest w stylistyce felietonu orężem do zastosowania jej w walce politycznej o władzę w państwie, stąd ich nawet partyjne zaangażowanie w próbę ingerowania w politykę i ludzi władzy albo opozycyjną wobec niej aktywność. Jedni konsekwentnie trzymają się własnej formacji politycznej (np. Jan Hartmann - lewicy) a inni zmieniają swoje afirmację w zależności od tego, czy uprawiana polityka im odpowiada (np. Jadwiga Staniszkis - raz za prawicą, innym razem za lewicą). Czyż nie są humanistami? Są. Czy powinni zajmować się Gregory Batesonem lub Erikiem H. Eriksonem, by odczytywać ich dzieła z taką samą pasją, która natchnęła do twórczej pracy Lecha Witkowskiego? Nie.


Niech każdy, kto z pasją prowadzi badania, sam dokonuje wyborów ich przedmiotu, określa ich cele, formułuje własne problemy i stara się je rozwiązywać bez naśladowania tak L. Witkowskiego, jak i innych humanistów, których tu nie wymienię, by nie być posądzonym o stronniczość. Warto czytać książki L. Witkowskiego, podobnie jak książki wielu innych autorów, byle właśnie czynić to z pasją, wirtuozerią i inicjując własne, niezależne podejście badawcze.

Autor przyznaje, że określenie "humanistyka stosowana" jest pochodną postulatu Marii Janion, która przypisała temu określeniu miano praktyki i myśli pomagającej tej praktyce "(…) rozumieć samą siebie w różnych sferach działania kulturowego i społecznego." (s. 37). Nie jest to słuszne podejście do humanistyki, gdyż każda nauka stosowana jest nauką praktyczną, aplikacyjną. Tak jest z psychologią, socjologią, pedagogiką, naukami o polityce czy mediach itd.

Przypisanie zatem humanistyce zwrotnej relacji między nią a praktyką skutkuje imperatywem typowym dla inżynierii społecznej czy psychicznej manipulacji, tymczasem humanistyka w zakresie swoich badań podstawowych staje na straży człowieczeństwa, humanum i autotelicznych wartości. Rozumiem intencję M. Janion i jej epigona w tym zakresie, by praktycy zaczęli myśleć, czerpać z idei, teorii i modeli inspiracje do własnych praktyk. Jednak humanistyka musi być w swej istocie poza zobowiązaniem do jej aplikacji w praktyce. Inaczej będzie dalej redukowana do zastosowań jako jedynie zasadnych naukowo i godnych finansowo wsparcia.

Mam nadzieję, że nie znajdą się inżynierowie środowisk czy dusz ludzkich, którzy po przeczytaniu niezwykle interesującej monografii Lecha Witkowskiego postanowią wdrożyć ją do naszej rzeczywistości społecznej czy psychoduchowej. Pozwólmy czytelnikom suwerennie rozpoznać sens zawartych w książce przesłań, idei czy teorii, by kontynuować ich nowe odczytanie. Aplikując je bowiem w praktyce zaprzeczą temu, co jest kluczowe dla humanistyki.












piątek, 12 października 2018

NARODOWY OPERATOR ODROCZONYCH W CZASIE "USŁUG" - POCZTA POLSKA


Poczta Polska straciła w moich oczach swoją wiarygodność i markę. Na swojej stronie chwali się, że jest największym polskim operatorem pocztowym z ponad 459-letnią tradycją. Chyba zarządzający tą firmą nie wiedzą, co się w niej dzieje i jak ona funkcjonuje, albo są na tyle niekompetentni, że naruszają dobre imię tak ważnego operatora usług pocztowych!

Jestem już od kilku lat mocno sfrustrowany faktem braku odpowiedzialności i profesjonalizmu pracowników Poczty Polskiej, która kompromituje urząd, państwo i służby publiczne. Mało kto przejmuje się tym faktem, że ze środków instytucji państwowych wydatkowane są pieniądze na opłaty pocztowe, wcale nie takie małe, ale listy trafiają w terminie, który dewaluuje ich zawartość.

Wysłana pocztą korespondencja z Łodzi do miejscowości w okolicach Częstochowy "idzie" cały tydzień. Mamy kolejny rok akademicki. Rektorzy, dziekani kierownicy jednostek akademickich wysyłają do różnych instytucji i osób zaproszenia na uroczyste inauguracje, ale także na konferencje, sympozja, debaty naukowe, posiedzenia komisji awansowych itp. Dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego pisze: "Sprawdziłam dzisiaj. 2 października wysłany został list do Pana Profesora na adres domowy. Jeśli nie dotarł, to ogromnie mi przykro."

List do tej pory nie doszedł. Zaproszenia otrzymuję na dzień lub kilka po wydarzeniu, w którym miałem uczestniczyć. Nie przypuszczałem, że może mieć miejsce tak zła usługa Poczty Polskiej, że zaproszenia trafiają do mnie po terminie.

Kto zarządza tą firmą? Kto odpowiada za tak skandaliczne opóźnienia? Po co instytucje i obywatele wydają pieniądze na usługę, która nie ma żadnego sensu? To rzeczywiście jest już teoretycznie Poczta Polska, bo po I wojnie światowej listy dostarczano znacznie szybciej niż dzisiaj. Dziekan ze Szczecina zapewnia o wysłaniu pisma i przeprasza, że od ponad tygodnia jeszcze do mnie nie dotarło. Teoretyczne państwo w państwie?

Dla zainteresowanych podaję:

ILE ZARABIA PREZES POCZTY POLSKIEJ?

Prezes Zarządu Spółki zarabia 49 tys. zł miesięcznie – tyle wynosi jego podstawowe wynagrodzenie, oprócz tego w skład wynagrodzenie wchodzi wynagrodzenie uzupełniające, które w skali roku nie może przekroczyć 25% wynagrodzenia podstawowego. Maksymalna kwota wynagrodzenia uzupełniającego może wynieść 147 tys. złotych za rok obrotowy.

Wiceprezes Zarządu Spółki zarabia 47 tys. złotych miesięcznie, maksymalna kwota wynagrodzenia uzupełniającego w jego przypadku może wynieść 141 tys. złotych. W skali roku wiceprezes otrzymuje 564 tys. złotych wynagrodzenia podstawowego, jeżeli doliczymy do tego maksymalną kwotę wynagrodzenia uzupełniającego, to może zarobić nawet 705 tys. złotych.

ILE ZARABIAJĄ CZŁONKOWIE ZARZĄDU POCZTY POLSKIEJ?

Członek Zarządu Spółki otrzymuje 47 tys. zł miesięcznie, maksymalna kwota wynagrodzenia uzupełniającego wynosi tak jak w przypadku wiceprezesa 141 tys. złotych, z tym, że te wszystkie kwoty należy pomnożyć razy cztery, bo tylu jest członków zarządu spółki. A więc w skali rok wszyscy członkowie zarządu otrzymują 1,13 mln złotych, a jeżeli doliczymy do tego wynagrodzenie uzupełniające to koszt wynagrodzeń wyniesie 1,41 mln złotych.

Całkowita roczna suma wynagrodzeń dla tego organu wynosi 2,85 mln złotych. Wynagrodzenie Zarządu Poczty Polskiej i Banku Pocztowego łącznie kosztuje nas 7,11 mln zł rocznie.


Przepraszam nadawców, że nie odpowiadam na listy, zaproszenia czy przesyłane do mnie pisma, bo dochodzą z tak dużym opóźnieniem, że nie mam możliwości na terminową reakcję. Korzystam służbowo z usług i płacę operatorowi, który nie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Nie wszystkie pisma czy publikacje mogę wysłać drogą elektroniczną.

Być może przymus zamieszczania w uczelnianych repozytoriach rozpraw sprawi, że książek też już nie będziemy wysyłać. Prezesowi Poczty Polskiej sprawię większą przyjemność, bo nie będzie musiał w ogóle przychodzić do pracy.

czwartek, 11 października 2018

Nauczyciel Roku 2018 vs wyklikany Nauczyciel Na Medal 2018

Ogromnie mnie cieszy każdy akt wyróżniania nauczycieli w skali kraju czy regionu. Najlepsi powinni być obecni w przestrzeni publicznej, by promieniować na innych, otwierać na ich dokonania, doświadczenia, sukcesy, ale i zapewne niepowodzenia.

Nie jest - rzecz jasna - łatwo ubiegać się o zaszczytny tytuł "NAUCZYCIELA ROKU 2018", gdyż konkuruje ze sobą ponad 600 tys. nauczycieli. Jury corocznego konkursu, który ogłaszany jest przez redakcję "Głosu Nauczycielskiego", a patronuje mu także członek Komitet Nauk Pedagogicznych PAN reprezentowany w składzie Kapituły przez wiceprzewodniczącego KNP PAN - prof. dr. hab. Stefana M. Kwiatkowskiego (Rektora Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie), dokonuje selekcji zgłoszeń dziesiątek kandydatów.

W tym roku o powyższy tytuł ubiegało się 13 nauczycieli. Nie wiem, czy liczba oznacza pech dla "przegranych", skoro już sam fakt nominacji stał się znaczącym wyróżnieniem. Dla jednego z nich trzynastka okazała się szczęśliwa. Zwycięzcą został w tym roku nauczyciel filozofii, etyki, wiedzy o kulturze oraz historii sztuki z II Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego w Sopocie - mgr Przemysław Staroń.

Laureat jest z wykształcenia psychologiem i kulturoznawcą po studiach na tych kierunkach w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim w Lublinie, które ukończył w 2010 r.


Nieobecna na tej uroczystości minister edukacji mgr Anna Zalewska zlekceważyła Konkurs, bo jego organizatorem jest od samego początku Związek Nauczycielstwa Polskiego, a więc opozycyjny i - co gorsza dla tej władzy - lewicowy związek branżowy. Szkoda. Polacy dowiadują się zatem przed wyborami, jak nie szanuje się nauczycieli w naszym kraju dzieląc ich na "swoich" i "obcych", na tych, którym ministra poda rękę i na tych, którym nie prześle nawet listu gratulacyjnego.

To tylko potwierdza jak głęboko rządzący dzielą polskie społeczeństwo, przedstawicieli poszczególnych zawodów według kryterium - political correctness. Kto jest ZA "dobrą zmianą", temu minister dłoń uściśnie. Laureat Konkursu - P. Staroń urodził się w 1985 r., a ponoć dla obecnej władzy nie jest to najlepsza legitymacja. Jak twierdzi jeden z polityków obozu władzy - tylko urodzeni po 1989 r. mogą być osobami zacnymi, jako nieskażone tamtym ustrojem.

Minister edukacji lekceważy ten konkurs, bo ogłosiła własny, prawicowy. Nauczyciele są dla MEN lewoskrętni i prawoskrętni,a przecież trzeba opowiedzieć się za jednym i jedynie słusznym kierunkiem r(d)eform.

Mnie bardzo cieszy każda nominacja i wyróżnienie dla nauczycieli z polskich przedszkoli i szkół. Ten zawód jest nadal sproletaryzowany, nędznie opłacany, szykanowany politycznie, dewaluowany przez władze wszystkich opcji politycznych, których reprezentanci pamiętają o nauczycielach najczęściej w okresie kampanii wyborczej i Dniu Edukacji. Potem szybko o nich zapominają, bo chyba mają jakieś uprzedzenia, kompleksy albo negatywną pamięć z własnych lat szkolnych.

Nie martwmy się. Ten stan nie ulegnie poprawie.

Wczoraj spotkałem się z środowiskiem ludowców w Instytucie Macieja Rataja w Warszawie. Rozmawialiśmy i dyskutowaliśmy o edukacji w kontekście zachodzących w niej zmian i jej uwarunkowań politycznych. W zróżnicowanym pokoleniowo środowisku byli też emerytowani już nauczyciele. Wspominali złe traktowanie ich profesji przez rządzących w różnych okresach III RP, bo o czasach PRL nie było sensu już mówić, skoro wracają wielkimi i kompromitującymi "krokami" w polityce oświatowej A. Zalewskiej.

Zastanawiali się, jak to jest możliwe, że w wyborach do samorządów kandydują także nauczyciele, a kiedy zostają już wybrani, to jakby nagle zapomnieli, po co stali się radnymi. Nie zmieniają oblicza polskiej szkoły, edukacji, nie uruchamiają procesów demokratyzacyjnych. Czyżby zadowalali się, jak posłowie czy członkowie rządu, poprawą własnego statusu społecznego i finansowego? Tak łatwo się alienują od własnego środowiska? Czy może są tak ulegli wobec każdej władzy, że nie ośmielają się być forpocztą koniecznych zmian w szkołach?

Mamy w kraju jeszcze jeden konkurs na NAUCZYCIELA NA MEDAL 2018! Nie po raz pierwszy wypowiadam się na temat takich konkursów, które w gruncie rzeczy są niczym innym, jak promocją towarów i usług, na które nie ma w kraju szczególnego popytu. Proszę zobaczyć, że Nauczycielem na Medal zostanie ten, który uzyska najwięcej kliknięć! To popkulturowy wybór. Nie ma potrzeby merytorycznego analizowania dokonań. Liczą się kliknięcia.


Zwycięzca i wyróżnieni będą mieli swoje 5 minut w lokalnych mediach i kolumnę w prasie organizującej ten niby-konkurs. Na laureatów czekają medale Marszałka Województwa (...), które zostaną wręczone podczas uroczystej gali oraz "wspaniałe" nagrody - wśród nich studia podyplomowe, wyjazdy do SPA i zagraniczne wycieczki, etui na karty kredytowe oraz kosmetyczkę. Są też słowniki czy voucher na kolację w hotelowej restauracji.

Jakie to upokarzające. Rządzący wypłacają sobie wysokie nagrody finansowe, a jak trzeba, to bankier sypnie stówką dla syna czy córki polityka, załatwi wysoko płatne stanowisko. Piłkarze, siatkarze, lekkoatleci są przyjmowani w Pałacu Prezydenckim, a nawet dostają nie etui na karty kredytowe, ale znaczący przelew na konto.

A nauczycielom.... no cóż, klikajmy... i gratulujmy, bo przecież każdy ma swojego ulubionego pedagoga z czasów własnej edukacji.

środa, 10 października 2018

Mimo już 8 lat obowiązującego prawa wciąż są błędy proceduralne w postępowaniach habilitacyjnych



Za rok dziekani kończą swoją kadencję, a niektórzy nawet drugą z rzędu. Ich rola w postępowaniach awansowych nauczycieli akademickich czy osób spoza tego środowiska, ale prowadzących eksternistycznie prace naukowo-badawcze, jest istotna, bowiem to oni wystawiają umowy o dzieło recenzentom rozpraw doktorskich, recenzentom z komisji habilitacyjnych w postępowaniach na stopień doktora habilitowanego czy wreszcie w postępowaniach na tytuł naukowy profesora.

Od 2011 r. obowiązuje ustawa o stopniach i tytule naukowym oraz przypisane do niej rozporządzenia ministra nauki i szkolnictwa wyższego, z których wynika, że kierownik jednostki akademickiej mającej uprawnienia w powyższym zakresie, przyjmuje recenzje od profesorów i/lub doktorów habilitowanych dotyczące oceny osiągnięć naukowych kandydata czy kandydatki do stopnia lub tytułu naukowego. Każda recenzja musi kończyć się jednoznaczną konkluzją, a więc stwierdzeniem, że na podstawie oceny osiągnięć naukowych habilitanta recenzent jest albo ZA nadaniem stopnia naukowego, jeżeli jego/jej zdaniem zostały spełnione wymagania (a nie kryteria) naukowe, albo jest ZA ODMOWĄ nadania stopnia doktora habilitowanego w sytuacji niespełnienia obowiązujących wymagań naukowych przez ubiegającego się o ten stopień.

Niemalże każdego miesiąca spotykamy się w Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów z odwołaniami habilitantów, którym z różnych powodów jednostki odmówiły nadania stopnia naukowego dra hab., ale w dokumentacji tych wniosków odnajdujemy recenzje z niedopuszczalną już konkluzją o "dopuszczeniu habilitanta do dalszego toku postępowania". To by oznaczało, że recenzent nie wie, iż nie ma już dalszego toku postępowania, gdyż takowy miał miejsce do 2011 r. w poprzedniej procedurze rozstrzygającej właśnie o dopuszczeniu habilitanta do kolokwium habilitacyjnego.

Nie ma już kolokwiów, więc do czego profesorowie chcą dopuszczać habilitantów? Jeszcze nie nauczyli się czytać ze zrozumieniem obowiązujących ich umów? Niektórzy dziekani także nie potrafią czytać zawartej w niektórych recenzjach niezgodnej z prawem konkluzji? Od 2019 r. czeka nas nowa procedura. Pojawią się nowe problemy. Warto zatem już teraz uważnie czytać nowe prawo mając zarazem nadzieję, że resort wyda klarowne akty wykonawcze do ustawy, by uprzedzić kolejne rodzaje potencjalnych błędów tak zarządzających nauką, jak i członków komisji habilitacyjnych.

Drugim z najczęściej pojawiających się błędów dziekańskich w postępowaniu habilitacyjnym rady wydziału - na etapie głosowania w tej sprawie po przedłożeniu przez komisję habilitacyjną własnej opinii - jest błędnie sformułowany wniosek poprzedzający głosowanie. Musi on być bezwzględnie zgodny z wnioskiem komisji habilitacyjnej. Jeżeli ta komisja podjęła negatywną uchwałę, a więc w wyniku debaty i analizy wszystkich aspektów osiągnięć naukowych kandydatki/kandydata do stopnia dra hab. rekomenduje radzie ODMOWĘ NADANIA STOPNIA naukowego doktora habilitowanego w dziedzinie i dyscyplinie naukowej, to przewodniczący obrad rady musi poddać pod głosowanie - oczywiście, po zapoznaniu członków rady z protokołem obrad Komisji i syntetycznym uzasadnieniem jej uchwały - taki właśnie wniosek, a więc "Kto z członków rady jest za odmową nadania stopnia doktora habilitowanego".

Większość bezwzględna jest tu rozstrzygająca. Jeżeli członkowie rady nie popierają tego wniosku, a znajduje to swoje merytoryczne uzasadnienie w następnie zaprotokołowanej dyskusji, to kolejne głosowanie musi być w sprawie O NADANIE stopnia doktora habilitowanego. Wynik tego głosowania także musi być rozstrzygający. Jeżeli to nie nastąpiło, należy podjąć rzetelną dyskusję, ponowić argumenty za lub przeciw. Dopiero wówczas powraca przewodniczący posiedzenia rady jednostki do pierwszego wniosku, a więc kto z członków rady jest za ODMOWĄ nadania stopnia dra hab.

Głosowania muszą być powtarzane do uzyskania rozstrzygającego wyniku.

Błędy w procedurze głosowań sprawiają, że rozpatrujący w Centralnej Komisji wniosek odwoławczy habilitanta od odmowy nadania mu stopnia doktora habilitowanego musi przyjąć jego zasadność z tego powodu, nawet gdy merytoryczne zastrzeżenia nie są przez superrecenzenta CK zakwestionowane. Sprawa wówczas powróci do jednostki, by ta naprawiła swój błąd w głosowaniu.

To, o czym piszę, nie jest kwestią tylko straty czasu wszystkich uczestników takiego postępowania. Prowadzi to bowiem także do wydatkowania z budżetu państwa środków finansowych na naprawę procedur, których sprawcami są zarządzający jednostkami akademickimi. Drodzy dziekani! Czytajcie ze zrozumieniem nadesłane przez profesorów recenzje i w przypadku niewłaściwej konkluzji zażądajcie uzupełnienia treści recenzji o jednoznacznie sformułowane rozstrzygnięcie.