czwartek, 24 października 2019

Chaos na uniwersytetach?


Zmiana ustaw w szkolnictwie wyższym wygenerowała poważny chaos, z którego zapewne wyłoni się dobra zmiana polskiej nauki. Po ostatnim w tej kadencji posiedzeniu Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN mam poważne co do tego obawy, ale związane z nimi problemy obciążą młode pokolenia, a nie kadry w wieku przedemerytalnym. Z głosem, opinią profesorów nikt już się nie liczy, bo rektorzy otrzymali pełnię władzy. Mogą czynić co chcą, byle im ich prawnik przygotował na kolanie odpowiednie uzasadnienie.

Mam poważne zastrzeżenia nie tylko do kompetencji prawników w naszych uniwersytetach, którzy w duchu dobrej zmiany odeszli już od ducha państwa prawa na rzecz kreowania prawa tworzonego pod własne, lokalne, instytucjonalne potrzeby władzy. Trzeba o tym pisać, mówić, bo inaczej tak się rozhuśtają w swojej mocy, że już nikt nie będzie wiedział, co jest zgodne z prawem i sprawiedliwe, a co nie jest. Tak więc nie ma już w Polsce rządów prawa, tylko są rządy prawników, którzy uzasadniają swoim mocodawcom stosowne decyzje. W ciągu co najmniej 22 lat wszystkie partie władzy niszczyły konstytucyjne fundamenty państwa prawa. Teraz są już jego okruchy.

Przytoczę kilka sytuacji z naszych uniwersytetów. Warto poznać stopień destrukcji o niepokojących następstwach dla kształcenia młodych kadr akademickich. NAUKA JEST NIEKTÓRYM OBOJĘTNA:

1. W świetle nowego prawa w naukach humanistycznych i społecznych habilitantów OBOWIĄZUJE KOLOKWIUM HABILITACYJNE. Proszę sobie wyobrazić, że są takie uniwersytety, gdzie w ramach wychodzących poza ustawę regulacji wewnętrznych wprowadza się OBOWIĄZKOWY JESZCZE WYKŁAD HABILITACYJNY. Wraca stare? Na jakiej podstawie prawnej wewnętrzne procedury poszerzają ustawowe wymogi?

2. Habilitant kierował przez wiele lat w swojej uczelni jakąś strukturą - wydziałem, instytutem, katedrą czy zakładem. Jak odmówić tak zasłużonej postaci habilitacji w sytuacji, gdy decydenci mają wobec niej "dług wdzięczności". To, że jest ignorantką, nie rozwinęła się naukowo, a szczególnie metodologicznie, a więc i badawczo, bo musiała więcej podpisywać niż pisać, nie ma dla organów akademickich już od lat żadnego znaczenia. Zniszczono i nadal niszczy się wiarygodność naukową uniwersytetów i jeszcze pracujących w nich uczonych w pełnym tego słowa znaczeniu.

Członkowie - decydenci, a przecież samodzielni pracownicy naukowi (także naukawi) demoralizują młode pokolenie, bo wskazują mu, w jaki sposób można nie liczyć się ze standardami nauk. W końcu to koleżanka, kolega, nad którym trzeba się pochylić w ramach daru wdzięczności. To taka pseudoakademicka korupcja, szara strefa polskiej nauki.

3. W jednych uniwersytetach już przed wakacjami, a więc przed wejściem w życie KDN (Konstytucji dla Nauki) ustanowiono składy osobowe rad naukowych poszczególnych dyscyplin (komisji do spraw stopni naukowych), żeby od 1 października mogły one realizować ustawowe zadania.

Tymczasem są i takie uniwersytety, i to wcale nie prowincjonalne, bo w sferze patologii "prowincją" są także te w stolicy, Krakowie, Łodzi, Gdańsku, Wrocławiu czy Katowicach, w których odpowiedzialny za procedury postępowań organ nadal nie działa.

4. W uniwersytetach toczą się wojny ideologiczne, partyjne m.in. uruchamiane przez pseudonaukowców, także tych zwolnionych już dawno temu z tych uczelni ze względu na brak osiągnięć naukowych (habilitacji), bo uwielbiamy w kraju intrygi, toczenie przez miernoty wojenek z tymi, którzy jeszcze troszczą się o minimum akademickiej przyzwoitości. Publicystyczna szczujnia zabezpieczyła sobie tym procederem dodatkowy dochód do emerytury. Sfrustrowani leczą kompleksy, własne zaburzenia czy starcze problemy.

Dylematy seminarzystów na uczelni