wtorek, 8 lipca 2014

Strusiowa polityka oświatowa ministry edukacji


Wielokrotnie przekonaliśmy się, że kiedy wyniki egzaminów państwowych uczniów są niepokojąco coraz niższe lub po prostu niskie, i to niezależnie od tego, jaka formacja partyjna jest u władzy, minister edukacji zachowuje się jak struś, czyli chowa głowę w piasek i szuka kukułczych jaj (kazusy tych najzdolniejszych). Zdarza się, że usiłuje uprzedzić krytykę publiczną i rzuca na wiatr powody niskich wyników szkolnych naszych dzieci lokując je - a to po stronie nauczycieli, a to po stronie samorządów, a to po stronie rodziców czy samych uczniów, tylko nie dostrzega belki także we własnym oku.

Czytam wyniki egzaminu gimnazjalnego w województwie łódzkim. Po raz kolejny, bo tak jest od lat, pierwsze miejsca lub większość w pierwszej dziesiątce zajmują uczniowie szkół niepublicznych. Jedynie z języka polskiego ten sam wynik co uczniów Katolickiego Gimnazjum Jana Pawła II uzyskali absolwenci Publicznego Gimnazjum nr 1 im. Króla Bolesława Chrobrego. Ci z publicznego gimnazjum na egzaminie z historii i WOS zajęli 6 miejsce, z matematyki i z przedmiotów przyrodniczych 10 miejsce zaś z języka angielskiego są poza pierwszą dziesiątką.

Nie widzę wypowiedzi "dumnego" z tych osiągnięć w szkolnictwie publicznym kuratora oświaty. Ministra też szuka kukułczych jajek, byle podreperować kiepską reputację resortu. Społeczeństwo finansuje bowiem urząd i urzędujących ministrów dla ich dobra i dobra ich partii. Oby tylko do następnych wyborów. Ta młodzież - niestety - staje się pokoleniem wytrąconych w szkolnictwie publicznym szans, które wraz z nauczycielami nastawia swoje "radary" na moc perswazyjną władzy. Nauczycielstwo traci siłę profesjonalnego i suwerennego kształcenia polskiej młodzieży nie dlatego, że nie potrafi, tylko z powodu centralistycznego zakażenia pozoranctwem, indoktrynacją, nieustannym udowadnianiem swojej pracy w kolejnych formularzach sprawozdań, przeregulowaniem prawnym i dysfunkcjonalnością strukturalną.

Niestety, z polską edukacją nie będzie lepiej, nawet przy nasileniu działań osłonowych zatrudnionych w MEN specjalistów od propagandy politycznej, dopóki nie nastąpi radykalna zmiana zarządzania polskim systemem oświatowym. Ten niewiele różni się od socjalistycznego, centralistycznie sterowanego i nieustannie podporządkowywanego ideologicznym i ekonomicznym celom rządzących. Musi zatem przechodzić fazy kryzysów odbijając się od ściany hipokryzji rządzących do ściany nieodpowiedzialnego konsumowania środków budżetowych na doraźne, parcjalne, niewiele zmieniające w całości systemu modernizacje czy tzw. reformy.

Po ogłoszeniu wyników matur i wyników egzaminu gimnazjalnego ministra edukacji schowała głowę w piasek. Podobnie jest z kuratorami oświaty, którzy administrują pod centralne dyktando środowiskiem szkolnym bez własnej polityki, bez obrony lokalnych racji pedagogicznych. Top-down, to jedyna strategia w centralistycznym ustroju szkolnym, która niszczy możliwości lokalnego doskonalenia procesu kształcenia i wychowania, odpowiadania na potrzeby i możliwości rozwojowe dzieci tak, by je maksymalizować i sprzyjać ich szansom rozwojowym. Całe ministerstwo wraz z kuratoriami oświaty od 1993 r. systematycznie wzmacniało orientację radarową, by dyrektorzy przedszkoli i szkół posłusznie reagowali na sygnały nadchodzące z centrum władzy.

Nic dziwnego, że wraz z reformą ustrojową M. Handke i "czyszczącą" w kolejnych nowelizacjach ustawy o systemie oświaty oraz ustawy karta nauczyciela przez jego następców samorządność i autonomię nauczycielską, rodzicielską i uczniowską, coraz bardziej przykręcano jeden lub drugi "kurek" koniecznej w edukacji profesjonalizacji, by szczycić się "reformami" - trafnie określanymi przez prof. Z. Kwiecińskiego mianem - epidemii sterowanej. Wyćwiczono i utrwalono zwrotność nauczycieli na sygnały, by bezwzględnie podporządkowywali się ich mocy i treści. Wystarczyło to obudować systemem egzaminów zewnętrznych, pod kontrolą MEN, a więc manipulowalnych politycznie oraz procesami pseudoewaluacji placówek oświatowych, by móc nieustannie chwalić się troską o jakość polskiej edukacji.

Tyle tylko, że z każdym rokiem trwania centralistycznego systemu zarządzania, pozbawionego jakiejkolwiek już kontroli społecznej, bo nawet zmanipulowano roszczenia obywateli o referenda, skompromitowano (jako pozoranckie) ciała doradcze, które nie będą krytykować (kąsać) karmiącej je "ręki", utrwalania systemu klasowo-lekcyjnego, wysysania środków na projekty cyfryzacji przy głębokiej zapaści infrastrukturalnej szkół na wsi, w małych ośrodkach, brniemy ku edukacyjnej katastrofie.

Niestety, żaden rząd nie chce rzeczywistej reformy systemu szkolnego, bo musiałby zacząć od swoich, a więc od uwolnienia edukacji od partyjniackich interesów. To właśnie ze względu na nie utrzymuje się polską oświatę pod butem partyjnych struktur, by móc rozdawać miejsca pracy dla swoich a zasłużonych w kolejnych kampaniach wyborczych. Polska edukacja nie jest dobrem ogólnonarodowym, nie podlega kontroli merytokracji tylko partiokracji, a zatem każdy mierny, ale wierny będzie odgrywał w niej istotną rolę.

Społeczeństwo ludzi uczących się - jak pisze w jednym ze swoich studiów Steward Ranson - powinien wspierać silny system zreformowanej demokracji lokalnej, w której edukacja będzie stanowić lokalny system demokratyczny. Tylko wówczas może ona służyć interesom publicznym społeczności i odpowiadać przed nią jako całością. Kiedy rodzice, uczniowie i nauczyciele jako lokalni mieszkańcy mogą wyrażać swoje poglądy na temat edukacji w szkole publicznej i będą traktowani przez zarządzających placówkami jak partnerzy a nie problem, to sami aktywnie włączą się do współpracy na rzecz lepszych efektów kształcenia i wychowywania młodych pokoleń.