piątek, 24 maja 2019

0 raporcie Najwyższej Izby Kontroli p.t. "Zmiany w systemie oświaty"


Najwyższa Izba Kontroli jako najwyższy organ kontroli państwowej słusznie dokonała oceny stanu wprowadzania zmian w szkolnictwie w związku z wdrażaną w nim od 2017 r. reformą. Ta nie jest bowiem żadną reformą polskiej edukacji, tylko jej deformą, dewastacją, o czym piszę od początku, kiedy zapowiadano jej wprowadzenie, jak i w trakcie zmian natury jurydycznej, administracyjnej i programowej.

Informacja NIK o wynikach przeprowadzonej kontroli jest mocno spóźniona, bo o rok. Gdyby bowiem ów organ dokonał rzetelnej diagnozy w 2018 r., to być może uzyskane już wówczas wyniki diagnoz zmusiłyby rząd do koniecznych zmian organizacyjnych, które są związane z wygaszaniem gimnazjów i podwójnym rocznikiem absolwentów tych szkół oraz ośmioletniej szkoły podstawowej.

Z końcem maja 2019 r. mamy porażające dane, które kompromitują władze Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz rzecznika rządu usiłującego wraz z wicepremier Beatą Szydło i premierem Mateuszem Morawieckim zakryć skandaliczny stan zmian "płaszczem" nierzetelnej propagandy. Dziwi mnie to, że rządzący są w stanie traktować społeczeństwo polskie jak nieuków, analfabetów, którzy nie są w stanie odróżnić prawdy od fałszu.

To zdumiewające, że tego samego dnia, kiedy został opublikowany raport NIK ukazał się na stronie MEN zapis samych sukcesów, samozachwytów i poczucia satysfakcji z rzekomych dokonań tej władzy. Nie ulega wątpliwości, że prezes NIK udostępnił ów Raport ministerstwu zanim ten został upubliczniony, żeby władze resortu mogły przygotować swoją replikę.

Czy rzeczywiście jesteśmy tak głupi, żeby bez raportu NIK wierzyć w komunikat fałszujący przecież szkolną rzeczywistość? Mamy uwierzyć, że czarne jest białe a białe jest czarne?

Zapewne ma to służyć wyborom do Parlamentu Europejskiego, w których ministra Anna Zalewska rzeczywiście ucieka od odpowiedzialności za chaos, dewastację i fundamentalne błędy pedagogiczne w zarządzaniu oświatą publiczną. Uczestniczący w negocjacjach ze stroną strajkującą w kwietniu i maju br. minister Michał Dworczyk (szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów) nie musi martwić się o swoje dzieci, bo te uczęszczają do elitarnej szkoły prywatnej.


Tym samym nie przeszkadza mu - mówiąc potocznie - "wciskanie kitu" obywatelom, gdyż jego dzieci nie będą ofiarami "dobrej zmiany". Podobnie było z reformowaniem szkolnictwa w l. 2006-2007 przez ministra edukacji Romana Giertycha, który posyłał swoje dzieci też - nawiasem mówiąc - do tej samej szkoły prywatnej, a dla 98 % dzieci i młodzieży kreował szkołę o zdecydowanie gorszych parametrach.

Sięgnijmy jednak do Raportu NIK. Co możemy w nim odczytać?

Po pierwsze, inspektorzy NIK w ogóle nie interesowali się w swojej diagnozie zasadnością tak fundamentalnej zmiany, jak powrót do ustroju szkolnego sprzed 1999 r. Ich to w ogóle nie obchodziło. Odnotowali jedynie, że wzbudziło to silne emocje w dyskusji publicznej oraz mediach" (s. 6). Dlaczego nie odnotowali, że ta sprzeciw wyrażany był przede wszystkim przez samych nauczycieli i naukowców, specjalistów od reform szkolnych?

Kluczowy dla tej "reformy" błąd polegał zatem na wprowadzaniu jej ze względów ideologicznych i ze względu na interes partii władzy, dla której upór miał być wskaźnikiem poszanowania własnego elektoratu i wiarygodności spełniania przedwyborczych obietnic. Co to jednak ma wspólnego z sensownością zmiany? Czy szkoły publiczne i przedszkola mają być w Polsce środkiem, narzędziem do manipulowania własnym elektoratem politycznym?

Nie mam wątpliwości, że zmiana ustroju szkolnego nie miała nic wspólnego z projektowanym celem stworzenia systemu oświaty na miarę XXI wieku, bo został ów system cofnięty do wieku XX.

Po drugie, autorzy Raportu postrzegają zbyt krótki okres wprowadzenia zmiany za budzący największe kontrowersje oraz obawy wśród nauczycieli wygaszanych gimnazjów i rodziców uczniów. Słusznie odnotowują, ze minister Anna Zalewska nierzetelnie przygotowała i wprowadziła zmiany w systemie oświaty, skoro nie dysponowała koniecznymi do tego celu analizami potrzeb finansowych i gwarancji organizacyjnych dla przekształcania ustroju szkolnego.

Po trzecie, mamy twarde dane na temat obciążenia samorządów terytorialnych kosztami reformy przy świadomości, że i bez niej muszą one każdego roku dopłacać do edukacji publicznej często na poziomie dalece wyższym od 50% uzyskanej subwencji oświatowej. Czyżby rolą rządu było wykazanie, że oto samorządy nie radzą sobie z wdrażaniem zmian, a więc są zbyteczne i trzeba powrócić do stanu sprzed 1990 r.? Jak wynika z Raportu: "W latach 2014-2017 wydatki organów prowadzących na zadania oświatowe wzrosły o 12,1%, przy wzroście subwencji o 6,1% (...)".(s. 7)

Po czwarte, niezwykle bulwersująca jest konstatacja NIK, że "(...) proces przygotowywania nowych podstaw programowych był nierzetelny. W zawieranych umowach z ekspertami nie wskazano etapu edukacyjnego i typu szkoły, którego mają dotyczyć treści nauczania zawarte w założeniach" (s. 7). Zupełnie zlekceważono szczególną sytuację uczniów, którzy rozpoczęli swoją edukację w wieku sześciu lat.

No tak, ale pamiętamy, jak to MEN musiało być zmuszone wyrokiem sądu do ujawnienia listy ekspertów, wśród których część nie powinna w ogóle podpisywać umów i otrzymać wynagrodzenia za opublikowane curriculum.

Po piąte, mamy porażające wnioski z badań terenowych: "Pomimo dużego zaangażowania wszystkich podmiotów odpowiedzialnych za reformę, zmiany te nie przyczyniły się do zasadniczej poprawy warunków nauczania, opieki i wychowania w polskim systemie szkolnym (56% kontrolowanych szkół) lub wręcz odnotowano ich pogorszenie (34% kontrolowanych szkół)".

Pamiętamy, że ministra edukacji Anna Zalewska otrzymywała premie za wspaniałe osiągnięcia, tymczasem z Raportu dowiadujemy się o skandalicznych warunkach lokalowych, w zakresie wyposażenia szkół, ergonomii, poziomu bezpieczeństwa uczniów, higieny w procesie kształcenia i realizacji podstawy programowej. Zmieniano sieć szkolną bez jakiejkolwiek metodologii, która obowiązuje w takich zdarzeniach.

W co trzecim i niemalże co drugim powiecie nie podjęto działań mających na celu rozwiązanie problemu podwójnego rocznika uczniów w roku szkolnym 2019/2020, co przejawiało się brakiem pełnej oferty edukacyjnej dla kandydatów do klas pierwszych oraz brakiem diagnozy stanu potrzeb kadrowych. W prawie 60% skontrolowanych szkołach stwierdzono poważne nieprawidłowości natury organizacyjnej, infrastrukturalnej i związanych z brakiem pomocy dydaktycznych. W aż 87% szkół zdiagnozowano niewłaściwe plany lekcji, zaś w co piątej placówce niezrealizowanie programu kształcenia.

Inspektorzy NIK w ogóle nie zajęli się szkolnictwem zawodowym, tymczasem tam będą znacznie poważniejsze a negatywne następstwa powyższych zmian. Ba, na stronie 11 czytamy: "Minister nie posiadał rzetelnych informacji o przekształceniu lub likwidacji gimnazjów. Wiedzę w powyższym zakresie Minister czerpał z ankiet wypełnianych przez dyrektorów szkół na początku 2017 r. (...). To nadaje się do pociągnięcia ministry A. Zalewskiej do odpowiedzialności nie tylko politycznej. Na co wydawano zatem publiczne środki? Za co kuratorzy oświaty i wojewodowie otrzymywali premie?

Po szóste, nie rozumiem dlaczego inspektorzy NIK przeszli do porządku dziennego nad prekonsultacjami i cyklem debat w 2016 r.twierdząc, że miały one szeroki charakter, chociaż - jak już wiemy - były to w większym zakresie tzw. "ustawki", czyli jednokierunkowe przekazywanie podwładnym sobie urzędnikom i powiązanym z władzą nauczycielom-członkami partii oraz związków zawodowych

Nie było w tym przypadku ani rzetelnych konsultacji zmian oświatowych, ani tym bardziej uzasadnionych naukowo reform. Nawet zgłoszone z tego grona uwagi zostały w MEN wykorzystane zaledwie w 1/3.

Po siódme, chaos organizacyjny, poczucie niepewności wśród nauczycieli, liczne braki finansowe i przedmiotowe skutkowały m.in. zmniejszeniem aż o 50% oferty zajęć pozalekcyjnych. Do tego dochodzi pogorszenie dostępu do biblioteki i lektur szkolnych, do opieki pielęgniarskiej w szkołach, itd.

Po ósme, ministra edukacji podejmowała decyzje nie na podstawie ustalonych faktów, rzetelnych danych, ale kierując się deklaracjami z ankiet np. w sprawie losów gimnazjów (sic!). To jest dopiero kompromitacja urzędu ministra.

Czego NIK nie ustalił? Przede wszystkim brakuje w tym Raporcie rzetelnej analizy finansowej w badanych gminach. Nie zbadano poziomu płac nauczycieli i adekwatności wykształcenia do stanowisk pracy. Stereotypowo odnotowano, że nauczyciele i dyrektorzy szkół nie uczestniczyli w żadnych szkoleniach na temat zmian ustrojowych w oświacie. A niby po co mieliby uczestniczyć? Czego mieliby się z nich dowiedzieć, skoro reforma nie miała żadnych przesłanek psychologicznych i pedagogicznych, nie wiązała się ze zmianą paradygmatu kształcenia?

Dziwi mnie wniosek na temat braku kompleksowego monitorowania reformy - a raczej deformy - szkolnej, skoro prezydent powołał ponoć ekspertów do tego zadania, na czele którego stoi prof. Andrzej Waśko. Ten jednak wypełnia zadania prezydenta wręczając medale pracownikom szkół wyższych, bo nigdzie nie znalazłem jakiegokolwiek raportu z rzekomego monitoringu reformy.

Mając na uwadze poprawę warunków kształcenia w szkołach NIK uznaje za niezbędne to, co niezbędnym być nie powinno, w związku z czym kompromituje ów organ. Rzecz dotyczy zalecenia podjęcia w szkołach "(...) działań zmierzających do zapewnienia porównywalności zasad uzyskiwania ocen przez uczniów w szkołach w całym kraju" (s. 26)

Prezes K. Kwiatkowski powinien najpierw sam odbyć szkolenie na temat czynników warunkujących proces kształcenia, by zrozumiał, że w szkołach właśnie nie powinny być te same wewnątrzszkolne systemy oceniania uczniów. To było w PRL. Jak można takimi wnioskami ośmieszać urząd?

Nie rozumiem, jakim prawem NIK wypowiada się na tematy pedagogiczne? Dlaczego zupełnie pominięto krytyczną analizę ustanowionego prawa szkolnego?! Czyżby zabrakło ekspertów w NIK? Jak można tolerować ustawę, która jest totalnym bublem konserwującym patologię w szkolnictwie? Inspektorzy NIK znają się na metodyce kształcenia zalecając np. większą indywidualizację, ale już zupełnie nie widzą fundamentalnych błędów w polityce oświatowej MEN!

NIK całkowicie pominął reformowanie szkolnictwa branżowego. Dlaczego? Czyżby prezes NIK wiedział, że tu jest jeszcze więcej zaniedbań i nierzetelnych działań? Reforma nie dotyczyła tylko szkół podstawowych, ale wprowadziła zmiany w szkolnictwie ponadgimnazjalnym/ponadpodstawowym! Co to zatem za kontrola, w której inspektorzy wypowiadają się na temat zmian w szkolnictwie, ale nie całym, jak sugeruje to tytuł Raportu, tylko jego części?!

Tytuł Raportu jest nieadekwatny do treści, bowiem nie obejmuje systemu oświaty tylko jego część.

Po co nam zatem taka kontrola? Po co wydatkowano sto cztery tysięcy złotych na raport, który potwierdza wszystko to, o czym wcześniej pisali dziennikarze, analizowali i oceniali naukowcy?

Co nam po stwierdzeniu NIK, że minister nierzetelnie sporządziła umowy z ekspertami opracowującymi założenia do podstaw programowych, skoro w ogóle nie weryfikowano ich kwalifikacji i kompetencji? Może właśnie dlatego umowy sporządzono tak ogólnikowo, żeby byle kiep mógł na tym zarobić? Ocena zawartych umów jest tak ogólnikowa, że w gruncie rzeczy powinno pociągnąć się do odpowiedzialności tak niektórych ekspertów, jak i ministrę edukacji, skoro wydatkowała środki publiczne z tak fatalnym efektem.

Tu prokurator powinien z urzędu wszcząć śledztwo, skoro np. podstawę programową do przedmiotu "wychowanie życia w rodzinie" przygotowywał pracownik ministerstwa przy udziale eksperta (jakiego?), pomimo powołania przez A. Zalewską zespołu ekspertów do tego przedmiotu. Czyżby zatem w ten sposób potwierdzano fikcyjność nie tylko pracy tych zespołów? Za co zatem zapłacono tym osobom? Czy prokurator zainteresuje się przekrętem, o którym jest mowa na stronie 27 w przypisie nr 51?

Zawarte w Raporcie zastrzeżenia są i tak piorunujące:

- chaos organizacyjny i programowy;

- nierzetelny dobór i zasady finansowanie ekspertów;

- "przeładowanie" programu kształcenia oraz zmian prawnych;

- ograniczenie wymiaru zatrudnienia czy przewidywanych zwolnień;

- wzrost współczynnika zmianowości pracy szkół;

- zmniejszona dostępność do pracowni przedmiotowych;

- niskie podwyżki płac, wydłużenie ścieżki awansu zawodowego;

- niemerytoryczna rekonstrukcja sieci szkół;

- nieadekwatne do zmian środki finansowe, itd. itd.

Z treści Raportu wynika, że podobnie, jak miało to miejsce w okresie rządów PO i PSL, treść umów była dostosowana do znacznie wcześniejszych ustaleń między ministrem a zleceniobiorcami, co tylko wskazuje na fikcyjność rzekomych przetargów czy konkursów (zob. s. 28). W Raporcie NIK bardzo często pojawia się określenie nierzetelności ministra edukacji. Właściwie w każdej sferze działań minister edukacji ma miejsce nierzetelność lub nieposiadanie rzetelnych informacji do podejmowanych decyzji.

Minister Anna Zalewska powinna stanąć przed Trybunałem Stanu za dewastację polskiego systemu oświatowego i za te ujawnione już tylko w tym Raporcie finansowe malwersacje. Tymczasem ta pani kandyduje do Parlamentu Europejskiego, gdzie ma się zajmować odnawialną energią. Kto odnowi energię polskich nauczycieli?