sobota, 28 lutego 2015

Współczuję rodzicom sześciolatków

(źródło: Fb 1424871760_q4kjjw_600.jpg)

Za nami są ostatnie dni, w trakcie których rodzice sześciolatków mogli uzyskać w poradni psychologiczno-pedagogicznej odroczenie startu szkolnego własnego dziecka. W świetle stanowionego przez władze prawa, a nie tego naturalnego, które wynika z psychofizycznych właściwości rozwoju dziecka w tym wieku, na 7 miesięcy przed 1 września poradnie miały i "mogły" wydać swoim "klientom" orzeczenie wskazujące na niedojrzałość do edukacji szkolnej. Jak tego nie uczynią, to dyrektorzy i/lub ich pracownicy mogą liczyć się z utratą miejsca pracy. Nie po to rząd ustanowił prawo, by teraz podlegli mu pracownicy jego nie przestrzegali. Odroczenie od obowiązku szkolnego mogą uzyskać jedynie dzieci z ciężkimi zaburzeniami rozwoju.

Każdy uczciwy psycholog potwierdzi, że dzieci sześcioletnie istotnie różnią się poziomem dojrzałości emocjonalnej i społecznej od siedmioletnich. Młodsze są mniej odporne na porażki, labilne emocjonalnie, nie są w pełni sprawne we wszystkich funkcjach psychofizycznych. Tym samym, im wcześniej muszą być poddane presji obcej grupy społecznej (wejście do szkoły określane jest drugim progiem traumatycznym w życiu dzieci, bo pierwszym jest przedszkole, a zerowym żłobek), tym dotkliwiej mogą być zranione i uprzedzone do uczenia się, wbrew nawet najlepszej woli nauczycieli. Właśnie dlatego w Finlandii, a do niedawna jeszcze w Polsce rok szkolny zaczynał się w 7 roku życia dziecka. Finowie są najlepsi w edukacji, a nasze pociechy za kilka lat będą wymagały terapii pedagogicznej lub/i psychologicznej.

(źródło: .facebook_1418226130438_resized.jpg)

To, że to prawo oraz rozwiązania instytucjonalne są sprzeczne albo z biologicznym, albo/i społecznym, albo fizycznym czy psychicznym poziomem rozwoju dzieci nie ma dla władzy żadnego znaczenia. Politycy, którzy zainkasowali już z tytułu tej reformy odpowiednie honoraria, nie wycofają się z podjętej decyzji. Osobiście nie ponoszą żadnych strat ani też żadnej odpowiedzialności. Ich dzieci są wiekowo już poza tą decyzją, gdyż zdążyły rozpocząć swoją edukację szkolną w siódmym roku życia. Pociechy większości ministrów czy wysokich rangą urzędników nie uczęszczają do szkół publicznych, tylko do elitarnych szkół prywatnych. Kogo nie boli, temu powoli - głosi ludowe porzekadło.

Problemem nie jest wiek uczęszczania do szkoły, tylko to, czy dzieci są do niej w pełni dojrzałe, jakie w niej czekają obowiązki, jakie formy koniecznej aktywności będą dopuszczalne, a jakie nie, kto będzie się nimi opiekował i w jakim stopniu zróżnicuje swoje oddziaływania w zależności od poziomu ich dojrzałości we wszystkich sferach codziennego życia? Uczęszczanie do szkoły zawsze wiązało się z względnie systematycznym, zdyscyplinowanym, podporządkowanym normom programowym i metodycznym udziałem dzieci w zajęciach edukacyjnych i dopuszczalnymi w czasie ich realizacji formami aktywności.

(źródło:z5744522Q,--Nasze-dzieci-to-nie-kurza-ferma--Dajcie-im-czas.jpg)

Jeżeli pierwszy rok pobytu dziecka w szkole jest oparty na metodyce wychowania przedszkolnego sześciolatka, której podstawą jest przygotowanie jego do edukacji szkolnej, to nie ma w tym nic szkodliwego. Gorzej, kiedy dziecko jest włączone w tryb szkolnego kształcenia tożsamy z tym, jaki obowiązywał i obowiązuje w pracy z siedmiolatkami. Edukacji w szkole podstawowej jednak nie wydłużono o rok, toteż nie wydaje się, a i podstawa programowa kształcenia ogólnego na to nie wskazuje, by w szkole podstawowej AD 2015 był czas i miejsce na wychowanie przedszkolne.

Tym samym niepokój rodziców jest w pełni uzasadniony, bowiem to oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich dziecko albo jest utalentowane, w pełni dojrzałe do szkoły, albo nie osiągnęło jeszcze dojrzałości emocjonalnej, społecznej, nie jest w pełni sprawne fizycznie, manualnie, językowo itp. Byłoby zatem zdecydowanie lepiej, gdyby w tym drugim przypadku jeszcze nie było włączane w tryb szkolnej edukacji. A może to władzom MEN zależy na tym, żeby rodzice posyłali sześcioletnie pociechy do sieci szkół prywatnych pani Katrzyny Hall, Marii Lorek, itd.? Tyle tylko, że nie są one wszędzie i dla wszystkich dostępne. Trzeba za edukację w nich zapłacić z własnej kieszeni... mimo dotacji celowej z budżetu państwa na każdego ucznia także w tym sektorze oświaty.


(źródło: .facebook_1414154578294_resized.jpg)

11 komentarzy:

  1. Właśnie dlatego uczę swojego syna systemem edukacji domowej... Moje dziecko uczy się we własnym tempie, dyktowanym mu przez naturę. Moja rola sprowadza się do stwarzania warunków, wspierania, bycia obok. Dziecko samo zaczyna interesować się czytaniem, pisaniem, liczeniem. Interesuje się Egiptem? Nie ma sprawy! Kupujemy książkę o mumii, oglądamy filmiki na youtube, rozmawiamy. Myślę, że coraz więcej zatroskanych rodziców zacznie poszukiwać alternatywnych form nauczania. Niestety nie każdego na to stać, może to również oznaczac, że będzie się pogłębiać przepaść pomiędzy dziećmi "państwowymi" a "prywatnymi". Na szczęście edukacja domowa nie kosztuje tyle - o ile któreś z rodziców jest w domu i jest gotów podjąć taką odpowiedzialność. Ale warto! Moje dziecko kwitnie:-) Nikt nie każe mu rysować "domku z płotkiem i z kwiatuszkami", rysuje to, co aktualnie przeżywa ("przerabia"), nawet jeśli są to sarkofagi z mumiami w środku;-).

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Profesorze, ja jestem psychologiem i pedagogiem na UMK i potwierdzam, że jest istotna różnica między dojrzałością emocjonalną sześciolatków i siedmiolatków. Jestem także mamą sześcioletnich bliźniąt, które w tym roku poszły do I klasy, bo urodziły się w pierwszym półroczu 2008 roku. Moje dzieci radzą sobie w szkole bardzo dobrze , podobnie jak reszta klasy, ale jest to zasługa wspaniałej Pani, która indywidualizuje działania, zdarza się, że każde z moich dzieci ma inne zadania, dostsowane do swoich możliwości. Pani wspiera dzieci jak tylko może, chwali, nagradza, nie pędzi z programem, mimo, że klasy siedmiolatków są dużo dalej. gdyby nie jej postawa nie byłoby tak różowo. mam opinie innych mam sześciolatków z tzw. renomowanych szkół, którym zależy na utrzymaniu statusu. Tam dzieci ślęczą po kilka godzin w domu nad zadaniami, są zmęczone, a rodzice sfrustrowani. Cała nadzieja sześciolatków leży w rozsądku nauczycieli i szkół, które dostosują się do dzieci, a nie będą dzieci dostosowywać do ambicji szkoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz. Ma Pani rację, że tylko od talentu i pracy nauczycieli zależy to, czy dzieci nie zostaną zablokowane w swojej naturalnej pasji uczenia się.

      Usuń
  3. Przeprowadziłam retrospekcję i ze smutkiem odkryłam, że nauczycieli z pasją spotkałam na swojej drodze edukacyjnej zaledwie trzech, i to dopiero na studiach. Nie mam powodu podejrzewać, że teraz z tą pasją u nauczycieli jest lepiej. Więc jaką szansę na wzrost ku szczęściu mają nasze dzieci? Pozdrawiam, Ania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co z tego, że mam pasję kiedy nie ma możliwości jej rozwijania....ostatnio pracuję w szkole stowarzyszeniowej, która ma warunki i potencjał (kosztowało nas to 2 lata osobistego zaangażowania, mnie moje koleżanki i naszych mężów). Kiedy wszystko zaczęło działać jak należy władze stowarzyszenia zaczęły nas się pozbywać!!!!! Wszyscy pracownicy mają po kilka specjalizacji, jesteśmy młodzi chętni do pracy i pełni pomysłów......tylko tego w naszym kraju nikt nie docenia !!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      Usuń
  4. witam.czy te cwiczenia z literka" d" sa prawdziwe,bo ja sie juz w tym gubie

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe jak będzie, gdy będą w czwartej klasie lub gimnazjum...

    OdpowiedzUsuń
  6. Mój siostrzeniec, klasa 1 szkoły podstawowej w podwarszawskiej miejscowości, korzysta ze szkolnej stołówki, bo chodzi na dwie zmiany. Na pytanie jak smakują obiady dostałam odpowiedź, że jada tylko drugie danie, bo zupy nie doniesie do stolika... Czego nauczy się takie dziecko? Czy poda starszej osobie kubek z wodą? Czy powie: "nie dam, bo rozlejesz"? nauczycielka z prowincji

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzieci rodzą się geniuszami. Później przestają nimi być gdy zaczną chodzić do szkoły. Bardzo ciekawy artykuł, który porusza tematykę dość intensywnie komentowaną w mediach. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam. Jestem emerytowanym nauczycielem oraz swego czasu przewodniczącym klasy córki, ówczesnej gimnazjalistki. Problem, który chcę poruszyć zapewne Państwa zainteresuje. Otóż, gdy ministrem edukacji był R. Giertych powstał problem tzw. przemocy w szkole. Uczestniczyłem w wielu naradach i szkoleniach jako nauczyciel i ojciec. Jednym z wniosków była konieczność obniżenia wieku szkolnego. Dlaczego? To proste. Kiedy mieliśmy podstawówkę siedmioletnią a pózniej ośmioletnią to problemu przemocy w szkole nie było, bo tzw. rejonizacja szkolna obowiązywała li tylko szkołę podstawową. Uczniowie kontynuujący naukę w szkołach średnich /bez rejonizacji/ wkraczali w wiek buntu, braku autorytetów, negacji wszystkiego etc. Jednostki mocno zapusz-czone przez rodziców stawały się wulgarne, chamskie o cechach zwykłych chuliganów. W dziewiątej klasie, czyli pierwszej klasie szkoły średniej brak rejonizacji powodował, że dyrektorzy mieli możliwość wyrzucania takich chuliganów ze szkół! Co zatem się dzieje w gimnazjach? Gimnazja mają rejonizację ze względu na obowiązek szkolny. W dziewiątej klasie czyli trzeciej gimnazjum chuligana nie można wyrzucić! On musi tę szkołę ukończyć! Dlatego obniżenie wieku szkolnego jest w tym wypadku nieodzowne i wręcz zbawienne. Dzieci nie napotkają na uczniów w tzw. wieku cielęcym.
    Ponadto wg badań sześciolatki są nad wyraz rozwinięte psychicznie dzięki obcowaniu z nowoczesnymi technikami audiowizualnymi. Stare chińskie przysłowie mówi: usłyszałem – zapomniałem, zobaczyłem – zapamiętałem. Sześciolatki mają jedynie słabo wykształconą motorykę, którą można w trzy miesiące w sposób właściwy wykształcić. Zatem problem tkwi jedynie w sposobie kształcenia we wstępnym etapie nauczania.
    Ci rodzice, którzy teraz protestują odnośnie obniżenia wieku obowiązku szkolnego są moim zdaniem albo sfrustrowani, albo zmanipulowani. I to oni za sześć lat podejmą kolejne larum, że ich dzieci napotkały na falę przemocy w obowiązkowym gimnazjum!!! Dlatego jedynym słusznym rozwiązaniem jest obniżenie wieku szkolnego lub kompleksowa zmiana systemu kształcenia i nauczania. I jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Te dzieci, których rodzice teraz protestują są praktycznie skazane na szkolną banicję, bowiem wyniosą z domu właśnie takie nastawienie, czyli niechęć, frustrację, agresję. Przecież tyle się w domu mówiło o głupiej szkole! A co ze starszymi dziećmi, które się karmi takimi treściami? Przecież one na co dzień używają internetu, a ten wręcz przeładowany jest buntem rodziców na złą szkołę! Czy o to aby chodziło p. Elbanowskim ? Polecam trochę psychologii rozwojowej dzieci i młodzieży np. wg Żebrowskiej. Trochę fachowej wiedzy nie zaszkodzi. Moim zdaniem to nie dzieci są za małe! To rodzice nie dorośli do swych ról! Serdecznie współczuję panu profesorowi braku dobrych doświadczeń. Ja mam satysfakcję, że córka jest na 3 -cim roku AWF mając 21 lat. Nie miałem obaw. 40 lat doświadczenia spowodowało, że nie mogę się z Panem i z państwem Elbanowskim zgodzić! Niemniej pozdrawiam i mam nadzieję, że Państwo w jakimś stopniu zechcecie moje spostrzeżenia wykorzystać
    - Jan

    OdpowiedzUsuń
  9. Szanowny Panie, nie musi Pan polecać podręcznika z psychologii rozwojowej Żebrowskiej. Trzeba czytać rozprawy naukowe na temat dojrzałości szkolnej, a ta obejmuje także sferę dojrzałości emocjonalnej, społecznej, z którą absolutnie, właśnie dzisiaj nie radzą sobie sześciolatki. Tak więc nie tylko intelekt, nie tylko motoryka są tu ważne.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.