sobota, 22 czerwca 2013

Bońskie wrażenia z edukacją i nauką w tle


Mój pobyt na Uniwersytecie w Bonn dobiega końca. Każdy, kto studiuje w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie,a ma w sobie pasję prowadzenia badań naukowych, może wyjechać do Bonn czy do Freiburga w ramach bilateralnej współpracy. W kraju przyjdzie czas na analizę literatury, do której miałem tu nieograniczony dostęp. Kilka wrażeń z tego pięknego miasta i ośrodka naukowego wpisuje się w ich postmodernistyczny ogląd.

Samoobsługowa biblioteka, czyli hipermarket źródeł wiedzy

Może nie powinienem o tym pisać, bo jeszcze ktoś zechce to powtórzyć w naszym kraju, ale byłem zdumiony tym, że w portierni budynku Wydziałowej Biblioteki pracuje osoba, która zarazem przyjmuje książki lub je wypożycza. Biblioteka działa jak supermarket z samoobsługowymi kasami. W zamykanych na klucz szafkach wypożyczający lub czytelnicy zostawiają swoje torby/teczki, by móc wejść do części z książkami, do których jest całkowicie swobodny dostęp. Każdy sam obsługuje siebie. Sam wyszukuje interesującą go literaturę – w katalogach, w internetowych bazach danych lub bezpośrednio przemieszczając się między półkami z tysiącami książek.

Budka czy(tel)nicza i pustoszejące księgarnie naukowe


Niedaleko Biblioteki Uniwersyteckiej natrafiam na ulicy na dawną budkę telefoniczną, w której nie ma już automatu telefonicznego, ale są w niej wyłożone przez mieszkańców czy turystów książki im już niepotrzebne. Kto chce, może wziąć sobie dowolny tytuł i przeczytać, a potem oddać, albo przynieść inny. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, że jeszcze do niedawna największe i najlepiej zaopatrzone księgarnie naukowe ... pustoszeją. Na półkach jest zaledwie kilka tytułów. Co się stało? Czyżby nie wydawano książek naukowych? Nie. Naukowcy zamawiają książki w Internecie a do księgarni przychodzą tylko po to, by je odebrać. Jeśli jednak po przejrzeniu ktoś się rozmyśli, nie kupuje zamówionego tytułu, a ten trafia na półkę książek niezakupionych.



Spadł silny i tak obfity deszcz, że zalało w Bonn nie tylko niektóre domy, placówki handlowe, ale i tunele dla samochodowego ruchu. W drodze do metra, w jednym z jego podziemnych korytarzy, natrafiam na zawieszony na haku śpiwór i poduszkę organizacji pomocowej dla osoby bezdomnej. Dzięki temu nie spotkałem tu kartonów i brudnych szmat, które wciśnięte w kąt czy zakamarki ulic stanowią w innych miastach dla wielu bezdomnych swoiste legowisko. Ulice są tu czyste i zadbane, a poszukujący wsparcia otrzymają w usytuowanej blisko dworca kolejowego jadłodajni stosowne informacje.

Cieszą się młodzi i starsi

Na ulicach widać było uczniów, którzy świętowali koniec edukacji w tym roku szkolnym. Nosili t-shirty z wydrukowanymi imionami i nazwiskami swoich koleżanek i kolegów z klasy. Na głównym rynku rozstawione były stanowiska niemieckich organizacji pozarządowych-fundacji, stowarzyszeń, które skupiają swoją aktywność na pomocy ludziom starszym. Każdy mógł tu znaleźć dla siebie jakąś ofertę – zdrowotną, relaksacyjną, rehabilitacyjną, kulturalną czy nawet edukacyjną. Emeryci i renciści mogli przekonać się, że są potrzebni w społeczeństwie i społeczeństwu. Studenci, a ale pewnie i pracownicy uczelni oraz turyści czy mieszkańcy Bonn mogą w czasie pięknej pogody wylegiwać się na trawnikach, które są na tyłach budynku tej uczelni. Wieczorami jest ich w tym miejscu tysiąc, albo i więcej. Przychodzą lub przyjeżdżają rowerami z kocami, a nawet własnym grillem, by w towarzystwie posiedzieć, pogadać, napić się piwa lub wina i spożyć posiłek na trawie.


Uniwersytet nie tylko dla studentów i naukowców


Na Uniwersytecie organizowane są wykłady w ramach tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku, ale także wykłady otwarte i warsztaty dla osób dorosłych w ramach Volkshochschule – Adults Education Center. Zajrzałem do sali seminaryjnej, w której słuchacze z wielkim zainteresowaniem dyskutowali z prowadzącym wykład. Każdy profesor powinien wygłosić w ciągu roku akademickiego dwa wykłady o tematyce, która jest na tyle uniwersalna, chociaż ściśle związana z własnymi zainteresowaniami badawczymi, by mogli je wysłuchać studenci innych wydziałów.

Akademicka parametryzacja


(fot. ks. prof. ChAT Bogusław Milerski w Bibliotece Uniwersytetu w Bonn)


W przewodnikach czy skryptach do studiowania znajdziemy informacje o tym, jak obszerne powinny być prace seminaryjne, zaliczeniowe czy dyplomowe – licencjackie i magisterskie. To sprawia, że żaden student nie musi pytać w czasie pierwszych zajęć w semestrze, ile stron muszą liczyć obowiązujące go prace. Tak więc:

- praca proseminaryjna - zaliczeniowa powinna liczyć do 10 stron maszynopisu (ok. 3 tys. słów/23 tys, znaków)

- praca seminaryjna – zaliczeniowa powinna liczyć do 20 stron maszynopisu (ok. 6 tys. słów/ok. 46 tys. znaków)

- praca licencjacka powinna liczyć do 25-30 stron maszynopisu (ok. 60-70 tys. znaków)

- praca magisterska po studiach II stopnia ok. 60-80 stron maszynopisu.

- praca magisterska po jednolitych studiach 5-letnich powinna liczyć do 80-100 stron maszynopisu (ok. 24-30 tys. słów)

U nas toczy się letnia sesja egzaminacyjna, podobnie jak tu w Bonn. Niestety, najczęściej słyszę lub czytam, że student z jakiegoś powodu nie zdążył napisać swojej pracy dyplomowej, ale nieustannie dopytuje się, kiedy będzie mógł przystąpić do egzaminu licencjackiego-magisterskiego. Jedyna odpowiedź, jakiej mogę udzielić, brzmi: „Jak napisze Pani pracę dyplomową, a ja ją zaakceptuję jako spełniającą wymogi merytoryczne, źródłowe i metodologiczne.”


Ciekawe, jak będzie wygladał powrót z Bonn. Tydzień temu przekonałem się, że Deutsche Bahn (odpowiednik polskiego PKP) nie tylko bywa niepunktualne, ale i nie radzi sobie z informowaniem podróżnych o zaistniałych opóźnieniach. Planowy pociąg z Frankfurtu do Bonn w ogóle nie przyjechał, zaś na kolejny czekałem godzinę. Dla równowagi - polski samolot linii lotniczych LOT odleciał z dwugodzinnym opóżnieniem. Pracownice LOT odprawiające pasażerów już do samolotu nie raczyły nawet wyjaśnić powodów zaistniałego stanu rzeczy. Najgorzej mieli ci, którzy lecieli z przesiadką na inne połaczenie w Niemczech.



Są jednak wspaniałe wrażenia z rozmów z profesorami Uniwersytetu, którzy wyjaśniali skomplikowane przemiany w szkolnictwie wyższym, i to nie tylko w ich kraju. Tak na przykład w Afryce Południowej - jak stwierdził jeden z nich - naukowcom płaci się na podstawie opublikowanych przez nich rozpraw, przy czym, co ciekawe, tam w ogóle nie liczą się monografie naukowe, gdyż te nie są brane pod uwagę w ocenie osiągnięć akademickich. Trzeba pisać artykuły i publikować je w czasopisamach, także z listy A, B i C. Lista A to czasopisma światowe, lista B - kontynentalne, a lista C - to krajowe. W Niemczech nie obowiązuje Web of Science, lista filadelfijska itp. Jeżeli ktoś wydał książkę, to obowiązuje przelicznik - za jedną książkę płaci się naukowcom jak za 10 artykułów w czasopismach specjalistycznych. Wówczas da się żyć.