czwartek, 22 kwietnia 2010

Wycieczka non-fiction

Nauczycielka kształcenia zintegrowanego udała się z klasą trzecią na wycieczkę do Muzeum Przyrodniczego. Miałem napisać, że zorganizowała tę wycieczkę, ale byłoby to zbyt wielkie słowo. Zorganizować bowiem wycieczkę do muzeum, to znaczy przygotować się do niej samemu i włączyć w to także uczniów, a nie dowieźć ich do budynku, oddać w ręce przewodnika i mieć zaliczoną formę pracy dydaktycznej. Zapewne jeszcze wpisaną do odpowiedniej tabeli planu własnego rozwoju zawodowego. Przepraszam za zastosowanie w tym przypadku słowa „rozwój”, bo powinienem napisać „niedorozwój”.

A gdzie przygotowanie dzieci przed wycieczką? A gdzie jej omówienie? Czemu ona miała służyć? Pytam dzieci, ale one nie wiedzą. Ot, było mniej lub bardziej fajnie, albo ponuro, mdło. Efektem tej "wspaniałej" wycieczki jest notatka jednego z uczniów w zeszycie:

Dzisiejszego dnia pojechaliśmy do Muzeum Przyrodniczego. Znajdowały się w nim zwierzęta martwe. Gdy na nie patrzyłam myślałam, że zaraz zwymiotuję, lecz nie miałem czym, bo mój żołądek był pusty. Chciałbym już nigdy nie przychodzić do tego muzeum (przez eksponaty).

Pod notatką widnieje podpis nauczycielki. Ma to zapewne oznaczać, że zapoznała się z jej treścią. Niestety, chyba niewiele z niej zrozumiała i jeszcze mniej wyczytała. Nauczycielka nie poprawiła w niej nawet błędów, bo i po co? Nie wykorzystała też treści notatki do wspólnej rozmowy z dziećmi o tym, jak się czuły, co w tym muzeum przeżyły, co zapamiętały. A po co? Było, minęło, odfajkowano!

Niestety, fatalne wykształcenie niektórych nauczycielek, brak tak naprawdę z ich strony rzeczywistej pracy nad sobą, nad własnym warsztatem pedagogicznym sprawia, że już wszyscy stają się coraz bardziej obojętni i przechodzą nad tym do porządku dziennego, a nawet prawnego. Minister K. Hall wydała rozporządzenie, którego litera (bo ducha w nim nie odnajduję nawet za grosz) zezwala dyrektorom szkół zatrudniać na stanowisku nauczyciela kształcenia zintegrowanego niewykształconego do pracy na tym poziomie edukacji absolwenta studiów podyplomowych lub licencjackich z pedagogiki przedszkolnej.

Pani minister o swoje dzieci martwić się nie musi. Znamy ten slogan - wszystkie dzieci są nasze. W końcu ten pseudopedagogiczny eksperyment toczy się na żywych organizmach i duszach cudzych dzieci. Ona nie ponosi za to odpowiedzialności, tylko dzieci muszą dźwigać skutki „nauczycielskiej” niekompetencji i niedouczenia doświadczając zajęć, które są fatalnie prowadzone, niekompetentnie, a nawet bywają dla ich psychiki i umysłów po prostu toksyczne. Skąd jednak te nauczycielki miałyby posiąść owe kompetencje, skoro nie musiały i nie muszą? Wystarczy przecież okazać kwit na prawo do kształcenia innych! A że nie kryje się za nim nic godnego uwagi i docenienia, to już nie jest problemem MEN.

Upadek profesjonalizmu jest coraz bardziej widoczny, a będzie jeszcze gorszy. ZNP natomiast stoi na straży tych – jak rozumiem najlepszych - ale broniąc ich jako całą społeczność nie przyczynia się w niczym do tego, by nie było wśród nich tych najgorszych. A tacy też w niej są, bywają, i co? Nie będzie żadnej odezwy? Nie będzie żadnego protestu? Działacze ZNP mają już własne dzieci wykształcone? Nie muszą się już o nie martwić? Niech one martwią się same o siebie. W końcu jest to związek zawodowy, a nie pajdocentryczna organizacja. Wystarczy zadbać o samych siebie. A o dzieci niech troszczą się inni. Bezskutecznie.

Piszę o tym, bo ostatnio miała miejsce zaskakująca reakcja niektórych nauczycieli i związkowców na opublikowany w „Polityce” przez redaktor Beatę Igielską artykuł „Nauczyciel non-fiction”. http://www.polityka.pl/forum/1044270.thread oraz
http://www.znp.edu.pl/text.php?action=view&id=10446&cat=7

Oni potrafią się tylko obrażać, protestować, bo co ich tak naprawdę obchodzi to, że ktoś z ich „fachu” psuje im dobre imię. A że psuje dzieci, to już nie jest dla nikogo istotne? Lepiej jest przecież zamieść po raz kolejny sprawy pseudonauczycieli pod dywan i obciążyć winą za upadek ich "autorytetu" dziennikarkę.

11 komentarzy:

  1. Ma Pan rację! Pisze o tym także redaktor Artur Radwan we wczorajszym Dzienniku. Gazeta Prawna:
    http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/415362,nawet_zlego_nauczyciela_nie_mozna_zwolnic.html,2

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę off - topic, chociaż nie całkiem:
    od kilku dni chodzę roztrzęsiony faktem, iż pewna znajoma historyczka poświęca wszystkie lekcje w kończącym się tygodniu na przekonywanie uczniów o prawdziwości najstraszniejszych teorii spiskowych na temat tragedii 10 kwietnia i uzasadnianiu, jak to Rosjanie mieli powody do uknucia zamachu stanu.
    To chyba jeszcze gorzej niż milczeć. Jak ktoś ma takie głupoty tłuc uczniom to głów to może lepiej, żeby się zdał na przewodnika.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na forum "Polityki" pod tekstem (skandalicznie niekompetentnym!)Igielskiej ja zauważyłem,że prawie wszystkie wypowiedzi nauczycieli są merytoryczne i racjonalne.Opieranie oceny ponad półmilionowej grupy zawodowej na podstwie jednostkowych przypadków to tak jak ocenianie profesury polskiej na podstawie Jerzego Roberta Nowaka;-) Oczywiście jak się jest oderwanym od szkolnej rzeczywistości profesorem pedagogiki, to łatwiej się moralizuje niż realnie analizuje mechanizmy, które do takiego a nie innego stanu polską oświatę prowadzą...;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj Anonimowy, wypowiedzi nauczycieli są merytoryczne z ich punktu widzenia, a więc tak samo są jednostkowe. Artykuł red. Igielskiej miał charakter publicystycznej przecież, a nie naukowej diagnozy. Powoływała się w niej na wypowiedzi naukowców, którzy nie są oderwani od szkolnej rzeczywistości, choć Anonimowy zapewne wie lepiej, kto jest oderwany, a kto nie jest. Czekamy zatem - Anonimowy na Twoje niemoralizatorskie diagnozy, na analizę realnych mechanizmów. Może przedstawisz własne diagnozy - rzetelne, obiektywne i na próbie obejmującej ponad 600 tys. nauczycieli, a w każdym razie zapewne uczynisz to jako osoba, która nie jest oderwana od szkolnej rzeczywistości. A swoją drogą, czy oderwanie jest zjawiskiem stopniowalnym?

    OdpowiedzUsuń
  5. Do Marcina.

    Proponuję najpierw zapoznać się z teorią relacji z obiektem M. Klein oraz z pojęciem identyfikacji projekcyjnej, zanim zacznie Pan przypisywać innym paranoję.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zgadzam się z tym co napisał Pan Profesor, natomiast nie mogę zgodzić się do tak surowej krytyki ZNP. Choć sama jestem zwolenniczką PiS-u, jestem członkiem ZNP, bo był czas, że moje miejsce pracy na uczelni było zagrożone (i to zaraz po obronie doktoratu! ROzumie to Pan? Zaraz po obronie i po zorganizowaniu na uczelni kilku kursów terapeutycznych dla studentów nauczania wczesnoszkolnego z terapią pedagogiczną. Kursy były prowadzone przez najlepszych terapeutów z mojej specjalności w Polsce.

    Pomimo mojej ponadprzeciętnej aktywności w pracy (byłam pierwszą osobą w historii zakładu, która obroniła doktorat; za wyjątkiem oczywiście kierowniczki zakładu, ale poprzedni pracownicy nie napisali prac naukowych, więc nie odnowiono z nimi umowy+ organizowane przede mnie dodatkowe kursy dla studentów), chciano mnie się pozbyć.

    Dopiero dzięki interwencji przew. ZNP i dokładnym zapoznaniu się z moją sytuacją, okazało się, że podobno mam jakiegoś potężnego wroga (kto to jest, cholercia do tej pory nie mam pojęcia; nie chciała mi tego powiedzieć), który rozpowszechniał na mój temat jakieś szkalujące informacje (nawet nie mam pojęcia jakie!). Ale podobno tak jest.I jak tu nie popaść w paranoję?????

    Całe szczęście, że tej Pani udało przekonać się dziekana i uświadomić jej, że ta osoba, która jest mi niechętna, najwyraźniej chciałaby widzieć na moim stanowisku jakąś jej znajomą.

    Ja tylko pytam się, jak można chcieć pozbywać się pracownika, który dopiero co obronił doktorat???????

    Także ZNP jest potrzebne, żeby m.in. przeciwdziałać mobbingowi.

    Co do jakości kształcenia nauczycieli, zgadzam się w Panem w 100%, ale jak zaczyna się wymagać od studentów, to można wylecieć za to z pracy. Ja zawsze miałam skłonności do surowych ocen, stawiałam wysokie wymagania, więc może byłam percypowana jako osoba, zagrażająca polityce co niektórych nieformalnych układów z Instytucie?

    Nie mam pojęcia. Z opisanej wyżej historii, otrzymałam jedynie informację zwrotną - MAM JAKIEGOŚ WROGA. Żadnych merytorycznych informacji zwrotnych, odnoszących się bezpośrednio do mojej pracy nie otrzymałam. NIe chciano mi udostępnić dokumentów, które dotyczyły mojej osoby!

    Tak więc skazana jestem na paranoje i domysły. I mam być cały czas czujna? Hehe

    I jak tu mieć motywację do dalszego rozwoju naukowego, gdy zaraz po obronie chcą wywalać z pracy?

    Robię teraz dodatkowe szkolenia psychoterapeutyczne; jak wszytko dobrze pójdzie, to zakładam gabinet; a jak na uczelni będzie panować zła atmosfera, to mówię jej "żegnam".

    Jeśli nie docenia się wkładu pracy pracownika naukowego, jeśli karze się go za jego zaangażowanie, jeśli skąpi się pieniądze na szkolenia, które ściśle wiążą się z pracą badawczą, to jak można odczuwać radość z wykonywanej przez siebie pracy?

    Jeśli pomimo zdobytych kwalifikacji, odmawia się nauczycielowi prowadzenia przedmiotu z zakresu posiadanej specjalności, a przydziela się nauczycielowi bez odpowiednich kompetencji (tylko dlatego, żeby więcej zarobił), to jak można mieć motywację do pracy.

    Resumując, związki zawodowe powinny istnieć, tylko rzeczywiście, powinny bronić tych, którym rzeczywiście dzieje się krzywda - nie z braku kompetencji i nieróbstwa, tylko gdy mają miejsce nadużycia w stosunku do pracownika.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. PS.
    Mnie akurat ZNP bronił m.in.za profesjonalizm (posiadam odpowiednie dyplomy, które zdobyłam równocześnie robiąc doktorat; bez nich nie mogłabym m.in. badać tego co chciałam); konflikt w moim przypadku zaczął się m.in.od tego, że interweniowałam w sprawie pominięcia mnie w przydzieleniu mi przedmiotu, do którego JEDYNIE JA miałam odpowiednie kwalifikacje do jego prowadzenia; chodziło o pewien przedmiot terapeutyczny na kier. pedagogicznym.

    Stało się to dosłownie zaraz po tym, jak wróciłam z urlopu naukowego i obroniłam doktorat. Pierwsze co usłyszałam pod swoim adresem:"woda sodowa jej uderzyła do głowy; ledwo obroniła doktorat i już się rządzi!"

    OdpowiedzUsuń
  8. Jest taki dowcip, co potwierdzam 20-letnią pracą w szkole, najwyższymi kwalifikacjami itd, ale trzeba było zwolnić miejsce stażystom- bo tańsi.
    Otóż, do konkursu do pracy w szkole staje kilka osób. Staż, doświadczenie, doskonalenie zawodowe, bogate teczki personalne i portfolia.
    Kto wygrywa konkurs?
    -Znajoma wójta..........
    Chyba komentarz dalszy jest zbędny.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie neguję w swojej wypowiedzi ZNP. Napisałem, że związek ten broni nauczycieli właśnie ze względu na tych najlepszych. Martwi mnie jedynie to, że nie włącza się równie aktywnie w proces wyłączania z tego zawodu tych, którzy go kompromitują. Związki zawodowe potrzebne są szczególnie ze względu na patologiczne procesy urynkowienia edukacji. Najbardziej zaś potrzebne są w uczelniach i szkołach niepublicznych, gdyż poziom matactw i manipulacji jest w nich poza jakąkolwiek kontrolą. Ich właściciele czuwają, by czasami nie doszło do powołania takiej organizacji w ich strukturach.

    OdpowiedzUsuń
  10. Belfer ma rację. Są też i inne sytuacje. Dyrekcja małej, wiejskiej szkoły publicznej chce zatrudnić nauczyciela do kształcenia zintegrowanego. Zgłaszają się kandydatki. Każda z nich słyszy, że zainteresowanych etatem jest wielu, ale jeśli wpłaci kwtotę X..., to prawdopodobnie będzie miała szanse na pracę. Etat otrzymuje ta osoba, która deklaruje wyższe wpisowe. Tu też komentarz jest zbędny.

    OdpowiedzUsuń
  11. @ Venissa
    Ja nie zarzuciłem nikomu paranoi, przepraszam bardzo. To chyba jakaś pomyłka. Słowo paranoja pojawia się jak dotąd na tej stronie dwukrotnie, ale w komentarzach Venissy. Może gospodarz usunął komentarz jakiegoś innego Marcina, który pisał o paranoi?
    Ja pisałem o kimś, kto wmawia uczniom, że Rosjanie chodzili między szczątkami wraku i dobijali ocalałych z katastrofy, co można rzekomo na własne oczy zobaczyć na YouTube, a autor tego filmu został przez tajne służby zamordowany. I co przekazywane jest jako wiedza historyczna. Takiego postępowania nie określiłbym mianem paranoi, są na to inne słowa.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.