piątek, 19 lipca 2013

Docenci pracy socjalnej to nie są socjolodzy i pedagodzy, czyli o turystyce habilitacyjnej Polaków w wakacyjnym klimacie




Od kilkunastu lat niektórzy Polacy przeprowadzają tzw. przewody habilitacyjne na Słowacji z dyscypliny, która w naszym kraju nie jest nauką. Wykorzystują zadziwiające regulacje prawne MNiSW, w wyniku których "praca socjalna" została uznana jako odrębny kierunek kształcenia. Tym samym dla zapewnienia minimum kadrowego zatrudnia się na tym kierunku Polaków, którzy nie mogli uzyskać ani habilitacji, ani tym bardziej tytułu naukowego profesora z "pracy socjalnej" w naszym kraju. Na Słowacji ta dyscyplina jest aplikacją wiedzy z różnych nauk społecznych, humanistycznych, a nawet medycznych, które służą diagnozowaniu i rozwiązywaniu problemów tej sfery rzeczywistości naszego życia. Mamy w końcu Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, które zajmuje się także sferą socjalną społeczeństwa. Pięć lat temu polskie i słowackie media ostrzegały MNiSW przed dość dziwnym procederem. I co? I nic. Trwa on nadal.

Niektórzy rodacy wyczuli koniunkturę i zamiast prowadzić badania naukowe w zakresie socjologii, pedagogiki społecznej czy nauk o polityce, gremialnie wyjeżdżają do Rużomberoku, Bańskiej Bystrzycy, Nitry czy Bratysławy, by na tamtejszych uniwersytetach uzyskać tak zwaną habilitację, czyli Dekret mianujący ich docentami z pracy socjalnej. Nie jest to prawdziwa, pełna habilitacja, która mogłaby odpowiadać polskim wymogom na ten stopień naukowej samodzielności, ale ktoś w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego silnie lobbował na rzecz tego, by ów dyplom na stanowisko docenta został koniecznie dopisany jako równoważny polskiej habilitacji. Równoważny jednak nie jest, co widać po jego statusie na samej Słowacji i po wymaganiach, jakie należy tam spełnić, by go otrzymać. To rodzaj awansu w ramach danej uczelni będący obroną pracy podoktorskiej (tam nazwanej habilitacyjną), która ma charakter publiczny, a do jej spełnienia wystarczy przedłożyć jako habilitację - m.in. maszynopis (a nie wydaną rozprawę naukową) jakiejś monografii, publikację metodyczną, popularno-naukową, materiały dydaktyczne itp. Każdy uniwersytet , który uzyskał uprawnienia Słowackiej Komisji Akredytacyjnej do przeprowadzania przewodów i postępowań naukowych, określa własne kryteria na stanowisko docenta. Właśnie dlatego w jednym uniwersytecie wymaga się na to stanowisko czegoś więcej, a w innym czegoś mniej. Mianowanie na docenta dotyczy danej uczelni a nadaje je jej rektor. Ot, taka jest prawda To tak, jak u nas na mocy ustawy o wyższych szkołach zawodowych z 1997 r. rektorzy tych szkół mogli mianować profesorami osoby ze stopniem doktora. Nie miały one jednak tożsamych uprawnień w całym kraju jako samodzielni pracownicy naukowi.

Nic dziwnego, że nasi jadą tam mikrobusami i zabiegają o tzw. habilitację, póki jeszcze w Polsce władze uczelni nie zorientowały się w tym procederze. Prawdziwa habilitacja to uzyskanie stopnia naukowego "doktora vied" - „doctor scientiarum", o czym doskonale wiedzą urzędnicy MNiSW, ale komuś chciano "zrobić dobrze" i załatwić mu godną posadkę w szkolnictwie wyższym. Wwożone do kraju dyplomy słowackich docentów są w istocie jedynie w tym kraju i w danej uczelni potwierdzeniem kompetencji naukowo-pedagogicznych (metodycznych) lub naukowo-artystycznych. Nie powinny być zatem uznawane jako równoważne polskiej habilitacji, gdyż dla jej uzyskania absolutnie nie bierze się pod uwagę po pierwsze prac nieopublikowanych, a zatem pozbawionych możliwości ich publicznej, akademickiej weryfikacji (recenzji), a po drugie nie są uznawane jako naukowe wszelkie prace metodyczne, programowe, które dotyczą doskonalenia metod, form czy technik pracy pedagogicznej lub artystycznej.

Jeśli zatem dziekani uczelni publicznych kierują zapytanie, czy uzyskany przez Polaków na Słowacji dyplom docenta z pracy socjalnej jest odpowiednikiem polskiej habilitacji z socjologii lub z pedagogiki, odpowiedź musi brzmieć jednoznacznie - NIE. Dyplom docenta pracy socjalnej nie ma nic wspólnego z socjologią czy pedagogiką jako nauką, a zatem ten dyplom może być wykorzystywany tylko i wyłącznie do prowadzenia zajęć dydaktycznych na kierunku "praca socjalna", ale w żadnej mierze na socjologii czy pedagogice. Z socjologii lub z pedagogiki trzeba bowiem uzyskać habilitację, by móc prowadzić prace doktorskie z tych dyscyplin, recenzować dorobek naukowy młodszych naukowców itp. Po prostu trzeba mieć kwalifikacje i odpowiadający im dyplom. A ten można sobie powiesić na ścianie we własnym gabinecie i czarować innych, że jest się habilitowanym docentem.

Właśnie w wakacje, bo 7 lipca br. kolejnym polskim docentem na Uniwersytecie Katolickim w Rużomberoku w ramach "pracy socjalnej" został ks. dr Andrzej Kryński
- jak podają Słowacy - odborny asistent Akademii Polonija, Czestochowa, Poľsko), czyli - a to podaje już baza OPI: profesor Akademia Polonijna; Wydział Interdyscyplinarny; Instytut Nauk Humanistycznych. Nowy docent pracy socjalnej wygłosił tzw. wykład habilitacyjny pt. Smery rozvoja neštátnych katolíckych škôl (Kierunki rozwoju niepublicznych szkół katolickich) oraz obronił pracę habilitacyjną (czyli jej maszynopis) pt. Katolícka výchova na vysokých školách v Poľsku v rokoch 1990-2000 (Wychowanie katolickie w szkołach wyższych w Polsce w latach 1990-2000). Gratulujemy i życzymy udanych wykładów z tej problematyki tak w Rużomberoku, jak i w naszym kraju na kierunku "praca socjalna".

51 komentarzy:

  1. zastanawia mnie to, czy faktycznie ma Pan rację, że te habilitacje słowackie są nieprawdziwe - i w Polsce nieważne. Czy tylko "doktor vied" - „doctor scientiarum", jest prawdziwą habilitacją?
    Jest jeden szkopuł. Nie znam ani jednego Słowaka przed 50 ze stopniem: "doktor vied" - „doctor scientiarum" i jak wprost o to pytałem, to Słowacy twierdzą, że "doktor vied" - „doctor scientiarum" nie jest w praktyce nigdzie przez żadną z uczelni przyznawany.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie napisałem, że te habilitacje nie są w Polsce prawdziwe czy że są nieważne, bo chyba są ważne - ale w ramach kształcenia na kierunku "praca socjalna". W końcu ktoś uzyskał kwalifikacje z tego przedmiotu kształcenia. To się zgadza. Ma prawo do kształcenia na tym kierunku studiów. Ciekaw jestem, jak sobie z tym radzi PKA? Praca socjalna jest na Słowacji w dziedzinie nauk humanistycznych, a tymczasem w Polsce - socjologia i pedagogika są w dziedzinie nauk społecznych. Tym samym nawet od tej strony owe dyplomy nie są odpowiednikiem prawnym polskich doktorów habilitowanych z pedagogiki czy socjologii. To zamieszanie stworzyło MNiSW, więc tam trzeba szukać wyjaśnień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że gdyby prawdziwym problemem była habilitacja w "naukach humanistycznych" co implikowałoby brak kwalifikacji do prowadzenia wykładów na kierunku pedagogika, to wielu profesorów pedagogów z roczników urodzenia 40-tych, 50-tych straciłoby uprawnienia i zapewne dlatego prowadzone są inicjatywy zakwalifikowania pedagogiki jako nauki dwudziedzinowej, że nie wspomnę o tym, że są uniwersytety i RW, które nadal uchwalają awans habilitacyjny z pedagogiki w naukach humanistycznych lub są sławy humanistyczne, którym odebrano by uprawnienia prowadzenia wykładów ponieważ są np. filozofami, filologami etc. Iga

      Usuń
    2. Nie pisałem o tym, że te osoby nie mają kwalifikacji do prowadzenia wykładòw. Te mają już jako doktorzy.

      Usuń
    3. Tak, wiem o czym napisał Pan Profesor. Zauważyłam pewne absurdy już dziejące się w środowiskach akademickich. Tak, filozof lub filolog mogą kształcić studentów, prowadzić wykłady nawet jako doktorzy lecz na kierunkach w dziedzinach nauk humanistycznych i... już. Taka twarda rzeczywistość :) Iga

      Usuń
  3. Panie Profesorze,
    a co z ludźmi, których słowaccy "profesorowie" są promotorami? Czy osoba, która przygotowuje pracę magisterską lub doktorską z pedagogiki lub socjologii w Polsce pod naukowym kierunkiem takiego promotora będzie mogła posługiwać się uzyskanym tytułem? Pytam tylko o tytuł, bo w kompetencje naukowo-badawcze wątpię niestety ("uczył Marcin - Marcina").

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osoby z tytułem naukowym uzyskanym na Słowacji czy w Czechach w określonej dziedzinie nauk jak najbardziej, formalnie mają pełne prawa do promowania i recenzowania, także w Polsce. O pozostałych kwestiach nie wypowiadam się, bo nie mam takiej wiedzy, jak Anonimowy.

      Usuń
  4. Nie obchodzi mnie "praca socjalna". Mi chodzi o habilitację słowacką z fizyki, a dokładnie z zastosowania biofizyki w rolnictwie. Profesor ze Słowacji obecnie, nie ma po drodze doktora vied jako etapu przejściowego. Oczywiście, że są na Słowacji profesorowie poniżej 50 roku, ale ich droga kariery przebiegała według schematu - docentura, i potem profesura - bez "doktora vied" - „doctor scientiarum", zresztą starczy wejść na uniwersytety słowackie na ich strony internetowe, na przykład na:
    www.uniag.sk/en/habilitation-and-inauguration-acts/
    do profesora wymagają bycia docentem, można alternować "doktorem vied" - „doctor scientiarum", jeśli ktoś ma - ale podstawowa ścieżka kariery, to docentura (uważana przez sliwerski-pedagog za coś nierównego habilitacji) i na to profesura (wręczana przez prezydenta Republiki Słowackiej).
    Starsi, którzy robili "habilitację" - z użyciem "doktor vied" - „doctor scientiarum" - najczęściej mają inne skróty na wizytówkach i większość z nich jest już pełnymi profesorami. Młodsi profesorowie nie mieli "doktor vied" - „doctor scientiarum" jako ich etapu.
    Pana wpis zdaje się sugerować, że słowacka docentura - każda - jest nieaktualna w Polsce. Powstaje paradoks, że lepiej polskiemu uczonemu, który przez 6 lat kierował w Słowacji zespołem naukowym, jeśli chce w Polsce być liczony jako pełnoprawny, stosować ścieżkę nie przez to, że ma habilitację słowacką a przez to, że jako niehabilitowanego zaliczą go jako równoprawnego z habilitowanymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój wpis dotyczy - co wynika z treści - docentów "pracy socjalnej" a nie każdej ichniejszej habilitacji. Wyraźnie zaznaczam, że w rozporządzeniu min. B. Kudryckiej nie ma takiej dyscypliny naukowej jak "praca socjalna", a zatem jak można w Polsce promować czy recenzować prace naukowe z innych dyscyplin z dyplomem - widmo. Fizyka natomiast jest dyscypliną naukową.

      Usuń
    2. Proszę nie mieszać Anonimowych.
      Mi nie chodzi o "fizykę" a o niewystępującą w polskich rozporządzeniach "biofizykę w rolnictwie". To takie samo "widmo" jak praca socjalna. Po prostu w każdym kraju mają inne nazwy. Gdyby to u nas habilitacja była za darmo (jak w Czechach) lub do 4000 (jak na Słowacji) a w Czechach i na Słowacji za 24000 - to byłoby odwrotnie. Ludzie jeżdżą do Słowacji i Czech robić habilitację bo jest dla habilitanta taniej. W prywatnych uczelniach jak w Akademii Polonijnej w Częstochowie, płacą 2000 na rękę i za habilitację trzeba sobie zapłacić samemu ze swoich - proszę się więc nie dziwić, że zamiast w Polsce płacić 24000 zł habilitanci wolą zapłacić do 1000 EURO w Słowacji. Po prostu co dwie pensje to nie roczne dochody.

      Usuń
    3. To mają wybitny dorobek, tylko brakuje im kasy.... Ciekawa argumentacja. To w uniwerku w Polsce dziekan nie byłby zainteresowany ich habilitacją w Polsce i nie zapłaciłby za nią??

      Jola

      Usuń
    4. No przecież nie płaci - takie są fakty. Nie płaci i już. Koszty pokrywa zainteresowany habilitant. I nie chodzi o wybitność - wystarczy sprawdzić w Web of Science polskich habilitowanych, że polska habilitacja ma się nijak do wybitności - to zwykły stopień awansowy od którego jest uzależnione zatrudnienie po upływie 8 lat od ostatniego stopnia naukowego. Niestety wymaga się od habilitanta, aby za opcję uzyskania prawa dalszego zatrudniania go, zapłacił 12 swoich pensji.
      Na Węgrzech i w Czechach jest za darmo. Przewaga Słowacji jest taka, że na Ruzomberoku znają język polski i można składac prace habilitacyjne po polsku. A wystarczy w nowym trybie obejrzeć recenzje aby zobaczyć, że puszcza się ludzi z zerowym hirszem według Web of Science, zerową liczbą cytowań w czasopismach JCR, bez jakichkolwiek publikacji notowanych na liście filadelfijskiej. Na Słowacji trzeba mieć minimum 2 takie publikacje z JCR, częściej wymaga się aby były minimum 3 z JCR i aby mieć minimum 10 zagranicznych cytowań w tym minimum 5 cytowań w JCR. To są twarde miary, których w Polsce niemal nikt nie spełnia. Możliwe, że komentarz o wstydzie uczestniczenia w kolokwium habilitacyjnym w Polsce jest rzadziej słyszany, ale wątpię. Od lat była bowiem pewna grupa u mnie na wydziale, która zawsze głosowała na nie i zawsze marudzi, że wstydzi się za Radę Naukową, ale sami ani jednego doktora od lat nie wypuścili, a ich profesury nadawała jeszcze Rada Państwa PRL. Na całe szczęście chyba wszyscy z tej grupy odeszli a po nich katedrami rządzą p.o. kierownika w stopniu doktora, gdyż za aktywności zawodowej tych geniuszy nie umieli pokierować żadnym młodszym kolegą i nie wykształcili następców. Możliwe, że na Słowacji podobni geniusze te obelżywe dla habilitantów opinie wygłaszają. Geniusze z zerową liczba cytowań w JCR.

      Usuń
    5. Bo to są typy i typki z zakupionym dyplomem. Dlatego nic nie znaczą w nauce. Te ich publikacje w pismach JCR to 3stronicowe tekścidełka. Widze ze strasznie ich Profesor wnerwił wypominaJąc to czego są świadomi.

      Usuń
  5. Właściwie to nie wiadomo o co Panu tak naprawdę chodzi? W ciom dielo? Gdzie Pan widzi problem? Niech raz na zawsze Pan to napisze, określi się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, a w jakim zakresie mam się określać? Chyba można ten tekst przeczytać ze zrozumieniem?

      Usuń
    2. Panie Profesorze, anonimowy słabo zna język polski, więc nie rozumie, o czym Pan pisze. Może jest po pracy socjalnej i nie wie jak sobie pomóc?

      Joanna

      Usuń
  6. Panie Profesorze, PAKA radzi sobie doskonale, jak dowodzi życie - przecież nasza ministra werbuje do komisji akredytacyjnej wyhabilitowanych właśnie na Słowacji i oni mają czelność oceniać tych, którzy habilitowali się w polskich uczelniach!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Żenada.

    OdpowiedzUsuń
  7. Tu habilitowany i tu habilitowany- czyli każda konkurencja, nawet zagraniczna to źle??? Dlaczego anonimowy potępia w czambuł wszystkie habilitacje zagraniczne, a gloryfikuje polskie? Zna choć jednego habilitowanego na Słowacji że tak pisze?
    To można ciągnąć w nieskończoność bo:
    Niemcu źli, bo wywołali wojnę
    Żydzi bo macę robią z dzieci
    Cykliści za brak rowerów
    Ale poważnie pisząc- nie można kopać całej grupy ludzi za to, że habilitację robiła za miedzą. Te same standardy UE, wszystko zgodnie z prawem. Przecież bezprawnie tego nie robią?
    Czym różni się habilitowany w Polsce od tego na Słowacji? W Polsce tym, że nie robił w Polsce- czyli gorszy, czyli Żyd i cyklista.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To demagogiczna argumentacja dalece odbiegająca od treści wpisu. Mnie konkurencja nie przeszkadza i nie drażni. Może ktoś ma takie problemy. Chętnie przeczytałbym nawet po słowacku dzieła naszych habilitowanych. To prawda że nie dotyczy to wszystkich.

      Usuń
  8. Nie nauka a reszta nowy trend CK w habilitacjach
    http://www.ck.gov.pl/images/PDF/Awanse/JaworskiJacek/zal5.pdf
    Zwracam uwagę na tę pozytywną recenzję z dwóch powodów, po pierwsze, bo pisana przez członka CK, członka prezydium CK w poprzedniej kadencji CK, a po drugie dlatego, że recenzja zawiera negatywną ocenę części naukowej, ale pozytywną konkluzję opartą na wkładzie w dydaktykę i inne pozanaukowe składniki, ale niską ocenę miejsc publikacji, zerowe hirsze, brak JCRów i ... no jest to bardzo ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam własną teorię i obserwację
      [1] postępowanie dr. Biecia, SGH
      Przewodnicząca PTE, dr hab. Mączyńska, napisała bardzo bardzo pozytywną recenzję, podobną w budowie do tej recenzji jaką napisał prof. Jajuga w postępowaniu dr. Jaworskiego
      W tamtym postępowaniu (postępowanie dr. Biecia, SGH) prof. Jajuga był przeciwko, i dr hab. Mączyńska była autorką jednej pozytywnej recenzji [http://www.ck.gov.pl/images/PDF/Awanse/BiecAlfred/zal5.pdf] na dwie negatywne [negatywne od prof. Czekaj i od prof. Jajuga]. Pozytywna recenzja dr hab. Mączyńskiej była sporządzona na podstawie wystarczy by habilitant odhaczył cokolwiek z listy z rozporządzenia ministerstwa, habilitacja się należy jak psu miska. dr Bieć to teraz już dr hab. Bieć.
      [podejrzewam, że była jakaś dyskusja, która wykazała, że w świetle obowiązującego prawa, wystarczy by habilitant odhaczył cokolwiek z listy z rozporządzenia ministerstwa, habilitacja się należy jak psu miska.]
      [2] postępowanie dr. Jaworskiego, WSB
      prof. Jajuga pisze omawianą recenzję, gdzie stosuje zasadę dr hab. Mączyńskiej: wystarczy by habilitant odhaczył cokolwiek z listy z rozporządzenia ministerstwa, habilitacja się należy jak psu miska. [BJ]

      Usuń
    2. A Pani to wklei jeszcze na kilkunastu forach?

      Usuń
    3. Odwołanie do recenzji w w/w przewodzie nie ma nic wspólnego nie tylko z sekcją nauk humanistycznych i społecznych, ale także z omawianym tu problemem nieistniejącej dyscypliny naukowej.

      Usuń
  9. http://uv.ku.sk/index.php/neperiodicke/vedecke-studie-pf.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i gdzie tu są Polacy i ich publikacje? Jedynie pani Zacharuk, ale i tej nikt na Słowacji nie kupi i nie wypożyczy. Dlaczego? Zapytajcie w Rużomberoku.

      Sławek

      Usuń
  10. O turystyce habilitacyjnej pisze się od dawna. Tego rodzaju turystyka wynika z patologii zarówno awansu naukowego jak też polityki zatrudniania na stanowiska akademickie w Polsce. Często pisze Pan na swoim blogu o braku przełożenia wdrażanych zasad stojących na straży jakości. Czy stoi Pan również na straży właściwego doboru kadry akademickiej na Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie? Konkursy na stanowiska akademickie na APS nie są przecież przeprowadzane rzetelnie. Właściwy dobór kadry naukowej stanowi podstawę normalność w nauce. Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym z dn. 16.03.2011 Artykuł 118 a mówi iż zatrudnienie nauczyciela akademickiego dokonuje się na podstawie otwartego konkursu. Warunki konkursu określa statut uczelni. Chociaż konkursy zaczęły być ogłaszane, czyli upublicznianie na stronie MNiSW, to sposób przeprowadzania tych konkursów w żaden sposób nie jest kontrolowany. Poniższa ankieta pomoże zbadać ten problem: http://www.ankietka.pl/ankieta/109518/konkursy-na-stanowiska-akademickie-w-polsce.html
    Liczę, że w trosce o właściwy poziom dydaktyki na polskich uczelniach, link do powyższej ankiety przekaże Pan właściwym adresatom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nietrafiona jest ta próba odwrócenia kota ogonem, bo nie uczestniczę w żadnych konkursach. Natomiast znam polskie publikacje naukowe tylko kilku na prawie 100!!! tzw.docentów po słowackich przewodach. W Polsce wszystkie prace są publikowane. Ot,różnica jakościowo kolosalna. Prosze mnie nie rozśmieszać ponoć mającymi miejsce publikacjami w czasopismach JCR.

      Usuń
    2. Dokładnie. Jakiś zawistnik usiłuje przypisywać profesorowi to, na co nie może mieć wpływu. Do jednej z katedr APS był rozpisany konkurs i nikt się nie zgłosił. Tak więc powyższe supozycje są prymitywne. Pewnie nie wie Anonimowy kto jest rektorem, kto dziekanem w APS. niech sobie sprawdzi jaki tu jest znakomity dobór kadry naukowej a nie naukawej. To boli???

      Marian

      Usuń
    3. Mój kolega z Łodzi odchodząc z jednej z wyższych szkół prywatnych w tym mieście zgłosił się na konkurs do Wrocławia, na Uniwersytet. I co? I wygrał. Dlaczego? Bo ma znakomity dorobek naukowy. Tak więc, większości krytykantom przeszkadza wszystko, tyle jakoś nie potrafią zatroszczyć się o własny dorobek naukowy.

      Usuń
  11. Dzień dobry!

    Sprawy, o których Państwo piszecie nie są czarno-białe. Jak się zaakceptuje ten fakt, to łatwiej będzie dyskutować :). Nie chcę się wypowiadać o pedagogice, bo się na niej po prostu nie znam (choć to co czytałem o Rużomberoku - "masówki", błyskawiczne habilitacje po niezbyt szybkich doktoratach - wygląda nieciekawie), mogę natomiast opisać sytuację w naukach ścisłych. I akurat w tym przypadku zarówno Słowacy jak i Czesi wymagają i publikacji w czasopismach posiadających IF i cytowań (w tym tzw. "kwalifikowanych"). Nie są to przy tym jakieś wyśrubowane wymagania i często spełniają je osoby habilitujące się w Polsce. Często, ale nie (nawet prawie :)) zawsze. Spora część np. matematyków posiadających polskie habilitacje nie miałaby bowiem szans na uzyskanie jej u naszych południowych sąsiadów. Oczywiście podobnie sprawy się mają ze słowackimi czy czeskimi docentami - wielu z nich przepadłoby (a część nawet już zdążyła to zrobić) w Polsce. Proszę też zwrócić uwagę na to kto robi habilitacje na Słowacji czy w Czechach. Zwykle są to doktorzy ze słabszych uczelni (co wbrew pozorom wcale nie implikuje, jak zdają się niestety zakładać niektórzy, że i oni tacy są), którzy w polskich radach wydziałów ze stosownymi uprawnieniami nie są "swoi" (takich utrąca się nawet przy 3 pozytywnych i 1 negatywnej recenzji (stara ustawa)). Inną kategorię stanowią ludzie pracujący w niepopularnych wśród "decydentów" specjalnościach. Znam kilka przypadków gdy (wbrew zaleceniom jakiejś rady przy ministrze NiSW) CK powołuje wówczas niekompetentnych recenzentów, którzy piszą kompromitujące ich negatywne recenzje (tu akurat nowa ustawa może zadziałać pozytywnie, bo teraz recenzje są publiczne), a osoby ubiegającej się o habilitację (lub profesurę) nikt nie broni, bo i po co (niby jaki interes ma w tym obca rada). I akurat w tej sprawie przewaga jest "na południu", bo w znanych mi postępowaniach recenzenci to zwykle specjaliści w tematyce rozpraw (w tym 1 - z tytułem - z Polski). W szczególności często po habilitację do naszych południowych sąsiadów wybierają się dydaktycy przedmiotowi. Prawdę powiedziawszy z nimi faktycznie jest kłopot, bo ich nie chcą chyba ani pedagodzy ani "przedmiotowcy". Może Autor bloga zająłby się kiedyś tą sprawą?

    I na koniec krótko o konkursach. Otóż tu także nie jest ani tak dobrze jak pisze część osób ani tak źle jak piszą inni. Prawda jest chyba taka, że jak potrzebny jest np. "samodzielny" do zdobycia/utrzymania jakiś uprawnień, to konkurs jest faktycznie otwarty, natomiast bardzo często konkursy są nadal "awansowe" (nasz pracownik "zrobił" doktorat, habilitację lub profesurę, więc "pisze się" konkurs pod niego). Moim zdaniem akurat w tej sprawie nowa ustawa niczego nie zmieniła.

    Pozdrawiam anonimowo :).

    OdpowiedzUsuń
  12. Ilu matematyków z Polski uzyskało habilitację na Słowacji w ciągu ostatnich 5 lat? O sytuacji w Czechach nie piszę, bo tam jest b.trudno uzyskac habilitację. Właśnie dlatego Czesi, podobnie jak Polacy gnają na Słowację. Akurat w tym przypadku czerni jest więcej niż bieli.

    OdpowiedzUsuń
  13. Słyszałem o kilku Polakach, którzy uzyskali habilitację na Słowacji. To samo dotyczy Czech. Nie wydaje mi się przy tym, żeby w Czechach stawiano (a już na pewno nie zdecydowanie) wyższe wymagania (to zależy od konkretnych uczelni). Co więcej znam (dwóch) matematyków słowackich z habilitacjami i profesurami uzyskanymi w Czechach, a nie znam czeskich awansujących na Słowacji :). Być może akurat sytuacja w matematyce nie jest zła dlatego, że chyba uprawnień habilitacyjnych na Słowacji nie mają prowincjonalne uczelnie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruzonberk podobnie jak polskie rzymskokatolickie wydziały teologiczne czy uczelnie teologiczne, to specyficznie uprzywilejowane środowiska. Dlatego jak na KUL tak na Ruzonberoku jest lokalne zakrzywienie czasoprzestrzeni.
      Szkoda tylko, że ktoś wymyślił, że te dyplomy wydawane z pobudek religijnych są równe dyplomom naukowców.

      Znam przypadek jednego Słowaka, który robił habilitację w Czechach. Nie znam ani jednego Czecha, który robił habilitację na Słowacji. O profesurze nawet nie ma co mówić, bo w Czechach o profesurę można wnioskować 2 lata po habilitacji, a na Słowacji dopiero 5 lat po habilitacji. W Czechach postępowania habilitacyjne i profesorskie są bezpłatne dla kandydata i są dobrym zarobkiem dla uczelni, są prestiżem dla recenzentów, minister nauki jest oceniany jako lepszy i ma wyższe wynagrodzenie gdy habilitacji i profesur jest więcej. Na Słowacji postępowania habilitacyjne i profesorskie są płatne mniej niż w Polsce dla kandydata (rząd 800 - 1200 EUR dla obcokrajowca) i są dobrym zarobkiem dla uczelni, są prestiżem dla recenzentów, minister nauki jest oceniany jako lepszy i ma wyższe wynagrodzenie gdy habilitacji i profesur jest więcej. Nie zapominajmy też o tym, że Słowacy mają podpisane umowy o równoważności ich habilitacji z Węgrami, Bułgarią, Austrią a nie tylko z Polską i Czechami.
      Na Węgrzech i w Austrii postępowania habilitacyjne i profesorskie są bezpłatne dla kandydata. Stąd Słowacy robią habilitacje i profesury na Węgrzech i w Czechach - bo 1000 EUR to jest jednak pieniądz, który warto zaoszczędzić. Gdy zaproponowałem im, gdy narzekali, że u nich wymaga się publikacji w "karentovanych casopisach" aby zacząć przewód i że trzeba przejść przez minimalną tabelkę (oni mówią: 'priloha 2a'), w której są niealternowane 10 cytatów zagranicznych i 20 cytatów krajowych w tym minimum 5 cytatów w czasopismach karentovanych, to zmroziły ich stawki, jakich wymagają na polskich uczelniach - i zrozumieli dlaczego mają tak sporo pytań od Polaków o habilitację w Czechach i Słowcji.

      Usuń
    2. To Anonimowy ma kiepskie rozeznanie w sytuacji. Wystarczy poczytać komentarze do tego, jak i wcześniejszych wpisów poświęconych turystyce habilitacyjnej. Znam osobiście czterech docentów z Czech, którzy uzyskali profesurę na Słowacji, bo w ich kraju było to niemożliwe. W Polsce te postępowania też są bezpłatne dla kandydatów do tytułu czy do habilitacji, bo koszty wszystkim rzetelnie pracującym naukowo w uczelniach, pokrywają w 100% bez względu na wysokość, dziekani czy rektorzy ze środków na ten cel przeznaczonych. Tak więc operowanie kategorią - bo tam jest taniej - jest tym, co prof. Hartman określił w jednym ze swoich felietonów mianem "profestytucji". Doskonale wiedzą o tym ci, którzy przechodzili ścieżkę habilitacyjną na Słowacji. Jeśli uczynili to rzetelnie, a nie tylko zgodnie z formalnymi wymogami, to dzisiaj w kraju są nadal aktywni naukowo, publikują, organizują konferencję, a nawet kierują jednostkami akademickimi w uniwersytetach. Jak ktoś "ma za uszami", to chowa się po "krzakach
      (to analogia do firm typu krzak) i czerpie korzyści z faktu posiadania dyplomu, bo przecież i tak na nic innego go nie stać.

      Usuń
  14. Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze (przynajmniej dla Polaków, którym w większości płacą uczelnie). Moim zdaniem olbrzymią zaletą rozwiązania czesko-słowackiego jest właśnie ta tabelka. U nas można przepchnąć każdą miernotę, a u nich (przynajmniej teoretycznie) jest to niemożliwe. Wielka szkoda, że w Polsce nie zdecydowano się na podobne rozwiązanie, no ale wówczas byłoby mniej uznaniowości i w efekcie "władzy".

    OdpowiedzUsuń
  15. Tu nie masz racji. Być może zdarza się, że gdzieś jakaś rada wydziału przepchnie miernotę, ale po pierwsze jest to sporadyczne i jeśli Centralna Komisja otrzymuje na ten temat wiarygodne dane, to wszczyna kontrolę, a potem pojawiają się konsekwencje np. zawieszenie uprawnień jednostce. Niektórym jednostkom odebrano uprawnienia do habilitowania czy nadawania stopni doktora. Po drugie, na Słowacji żadna rada wydziału nie doświadczyła żadnych sankcji z powodu przepuszczania miernot, a jest to nagminne. Różnica zatem między naszymi krajami jest istotna. Od 1 .10.br anonimowy przekona się, że znikną resztki tzw. "uznaniowości", bo przeczyta sobie na stronach uczelni i CK treść recenzji i protokół z przebiegu postępowania habilitacyjnego i doktorskiego. A na Słowacji - już nie.

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety nie podzielam wiary w wysokie standardy polskich procedur. Silne wydziały awansują kogo chcą i nikt się w to nie wtrąca (słabsze rzeczywiście się pilnują i to nawet za bardzo - często wystarczy jedna negatywna opinia recenzenta "z nazwiskiem", żeby reszta przestawała się liczyć). A CK też nie jest święta. Znam przypadek kiedy pewna habilitacja upadła, bo nie podobała się jednemu (z czterech) bardzo szacownemu recenzentowi, który "próbował ją czytać, ale go nudziła" (może nie jest to dosłowny cytat, ale z pewnością dobrze oddający sens jego sformułowania). Słaba rada wydziału nie dopuściła delikwenta do kolokwium (zadecydował jeden głos), ale później poparła jego odwołanie. Ale CK stanęła po stronie szacownego recenzenta ... Na Słowacji z pewnością nie jest idealnie, ale w Polsce również tak nie jest. A zaniknięcie starej procedury polepszy sytuację, ale nie aż tak bardzo. O tym jak działa nowa można sobie poczytać np. tutaj: http://habilitant2012.blox.pl/html.

    OdpowiedzUsuń
  17. Tego typu sądy wymagają jednak merytorycznego uzasadnienia. W przypadku awansów na Słowacji ministerstwo dysponuje bardzo dokładną dokumentacją fałszerstw, jakie tam miały miejsce. Tu doprawdy nie ma czego bronić. U nas mimo wszystko jest większa dbałość o jakość, a nie ma takiej możliwości, by pod wpływem jednego recenzenta, żeby nie wiem, jaką miał pozycję, rada musiała w tajnym głosowaniu podporządkować się jej czy jego opinii. Doprawdy aż tak złe zdanie ma Anonimowy na temat odwagi i mądrości członków rad wydziałów? Może trzeba samemu być bardziej dzielnym? A może ten jeden jest sprawiedliwy, a ci pozostali usiłowali coś "przekręcić"? Ja też nie podzielam wiary w same standardy, ale nie wierzę w moc wpływu jednej osoby na całą radę wydziału. To jest absurd, więc jednak dobrze jest się przyjrzeć temu, czy aby jednak rada nie poszła za głosem prawdy, wiarygodności i rzetelności tej jednej opinii?

    OdpowiedzUsuń
  18. Ależ się ubawiłem sformułowaniem "przewody habilitacyjne na Słowacji z dyscypliny, która w naszym kraju nie jest nauką". Coś na Słowacji jest nauką, a w Polsce nie jest, bo grono urzędników nauki nie dało imprimatur. Boże! Ty widzisz i nie grzmisz? Na szczęście świat nie przejmuje się polska "nauką" i folklorem lokalnym znanym pod nazwą habilitacja/profesura tytularna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem tym ubawiona, że pogaduszki spod gruszki na Słowacji traktuje się jako naukę.
      Basia

      Usuń
    2. To chyba jednak nieporozumienie. Tak jak ja to rozumiem nie chodzi bowiem o to, że polska klasyfikacja dyscyplin jest lepsza od słowackiej, a o to, że nie można tego sobie dowolnie "tłumaczyć". Jak ktoś ma stopień z pracy socjalnej (uzyskany gdziekolwiek), to ma go z pracy socjalnej, a nie z pedagogiki, socjologii czy biologii. I tyle.

      Usuń
  19. Ależ ja niczego nie bronię. Uważam jednak, że trzeba zachowywać umiar i nie generalizować. A przy okazji - czy polskie MNiSW nie wie co się dzieje z habilitacjami (z pedagogiki, teologi, ...) na Słowacji? Wie, choćby od Pana. A co zrobiło, żeby zmienić tę sytuację? Więc czy na pewno jesteśmy tacy doskonali?

    Natomiast sprawę nieudanej habilitacji znam bardzo dobrze i wiem o czym piszę. Oczywiście, że czasami mniejszość może mieć rację, ale to nie był ten przypadek. Recenzent o którym pisałem to osoba zasłużona, o dużym dorobku i bardzo znana w środowisku. Nie była on jednak kompetentny w dziedzinie z której była rozprawa, napisał żenującą recenzję a jedyne jego merytoryczne zastrzeżenia dotyczyły spraw doskonale znanych radzie (nikła cytowalność, nie najlepsze czasopisma w których publikował habilitant). Co więcej - jak pisałem - nie przekonał całej rady. No i w końcu poszła ona po rozum do głowy i poparła odwołanie. Tylko, że wtedy o "właściwe" rozstrzygnięcie zadbała już CK (która przecież mogła dać tej radzie szansę na ponowne rozpatrzenie sprawy lub przekazać ją radzie innej jednostki).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam sprawy więc nie mogę jej komentować. To że rada poparła odwołanie nie musi mieć merytorycznej podstawy. Odwołanie przysłguje każdemu nawet jak ma 4 negatywne recenzje (co już miało miejsce). Tak więc wnioskowanie z fałszywej przesłanki jest błędne. W CK nie ocenia jedna osoba tylko dwie jeżeli pierwszy recenzent nie przyjmuje odwołania habilitanta czy doktoranta.

      Usuń
  20. Oczywiście, że odwołanie przysługuje każdemu. Jasne jest także, że jego poparcie nie musi mieć merytorycznej podstawy. Tyle tylko, że to samo dotyczy pierwotnej decyzji rady, nieprawdaż? A działanie CK mi się nie podoba, bo załatwiają sprawę w swoim gronie broniąc stanowiska wyznaczonego przez siebie (bo to on napisał negatywną recenzję) recenzenta. I na tym etapie nie daje się już szans obrony habilitantowi ...

    OdpowiedzUsuń
  21. Myli się Anonimowy. Nie ma możliwości, by CK załatwiało cokolwiek we własnym gronie. Po pierwsze w przypadku odwołania powołuje się superrecenzenta spoza CK, a po drugie, jeśli członkowie CK mają wątpliwości, to ich głosowanie nigdy nie jest jednogłośne, a tym samym powołuje się jeszcze jednego rzeczoznawcę, a na posiedzenie zaprasza recenzentów z toku postępowania. Takie mity można upowszechniać, jak się nie uczestniczyło nigdy w posiedzeniu sekcji CK. Niektórzy tak nawet czynią, by uzasadnić, że niesłusznie zostali skrzywdzeni. Otóż głosowanie rady wydziału w sprawie odwołania nie musi mieć merytorycznej podstawy, tylko administracyjną.. Często rady popierają odwołanie, bo ich członkowie są świadomi, że gdyby nawet się temu sprzeciwili, to i tak sprawa musi trafić do Centralnej Komisji. Nikt tu łaski nie robi. Tak więc myli się Anonimowy. Poparcie może, ale nie musi mieć podstawy merytorycznej. Oczywiście, każda sprawa jest inna. Żaden przewód nie jest taki sam, więc tym bardziej budowanie fałszywych mitów na temat tego, jak to wszyscy profesorowie i doktorzy habilitowani padają na kolanach przed jedną tuzą, jest śmieszne. Wszyscy głosujemy w sposób tajny, a tu - jak w wyborach politycznych - wiele osób mówi, że głosowało na PO, a poparli kandydata SLD lub PiS.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i się mylę, ale nie do końca. I gwoli ścisłości:
      - we własnym gronie nie oznacza wcale, że superrecenzent jest z CK (tak jak i recenzenci powołani wcześniej przez CK, więc nie wiem skąd taka interpretacja). Tak więc ja tu żadnych mitów nie upowszechniam. I przy okazji pytanie do członka CK - czy na to posiedzenie zaprasza się wszystkich recenzentów z toku postępowania czy też tylko tych wyznaczonych przez CK? (czytałem pismo CK o odrzuceniu odwołania i z niego nie można było wywnioskować nawet czy byli dodatkowi recenzenci, ale taka niestety jest właśnie przejrzystość działań CK).
      - napisałem wyraźnie, że habilitant przepadł jednym głosem, nie wiem więc skąd sformułowanie o WSZYSTKICH padających na kolana członkach rady (o tych kolanach też chyba nie wspominałem). Nie wiem czy takie "cytowanie" jest śmieszne czy żałosne. I po co to budowanie mitów o mitach ...

      I na koniec jeszcze jeden kamyczek do procedur awansowych w naszym kraju. Wniosek o którym pisałem przepadł (jednym głosem), bo komisja wnioskowała o dopuszczenie habilitanta do kolokwium. W związku z tym (liczne) głosy wstrzymujących się zadziałały na niekorzyść habilitanta. Gdyby wniosek był o niedopuszczenie do kolokwium głosy wstrzymujących się zadziałałyby przeciwnie i najprawdopodobniej delikwent zostałby dopuszczony do kolokwium (bo wniosek o niedopuszczenie nie uzyskałby większości)! I tak się zdarza - widziałem postępowanie z 3 (na 4) negatywnymi recenzjami i wnioskiem komisji o niedopuszczenie do kolokwium, który nie przeszedł, bo większość członków rady wstrzymała się od głosu. W efekcie habilitanta dopuszczono do kolokwium! Czy to nie jest absurdalne? Czy normalna jest sytuacja kiedy sformułowanie wniosku a nie względy merytoryczne decyduje o dopuszczeniu do dalszych etapów postępowania? No ale pewnie znowu się mylę i buduję mity ...

      Usuń
  22. Żeby wyjaśnić sprawę do końca ponawiam pytanie: czy na ww. posiedzenie zaprasza się wszystkich recenzentów z toku postępowania czy też tylko tych wyznaczonych przez CK?

    Jeśli zaś chodzi o sformułowanie wniosku, to jak rozumiem chodzi o to, że "Zgodnie z interpretacją przepisów przez prawnika z CKds.SiT wszystkie uchwały (nawet jeśli wniosek Komisji jest negatywny) powinny być poddawane pod głosowanie w brzmieniu pozytywnym" (cytat za http://www.fil.ug.edu.pl/upload/files/595/protokol_zatwierdzony_8122011.pdf). Ale:
    1) w praktyce wnioski negatywne były głosowane i sprawy toczyły się dalej (może jednak było to przed interpretacją, nie wiem bowiem z kiedy ona jest),
    2) nie do końca wierzę w interpretacje CK. Powód? Znam przypadek kiedy CK zinterpretowała (na piśmie) inny przepis. Tak się jednak złożyło, że zrobiło to także (w odmienny sposób!) MNiSW. Po skonfrontowaniu tych dwóch interpretacji CK przyznała się do błędu,
    3) to kolejny dowód niedoskonałości polskich procedur i postępowań. Nie wiem jak Pan, ale ja nie chciałbym być na miejscu dra S. (którego najpierw dopuszcza się do kolokwium, a po 3 tygodniach mówi mu się, że to była pomyłka).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie odpowiem Anonimowemu na to pytanie, bo nie wiem, o jaką sprawę chodzi. Pomyłki wszędzie się zdarzają, także w polskim sądownictwie. Na szczęście, co Anonimowy sam potwierdza, udaje się je - przynajmniej w CK - naprawiać. Każda sprawa ma swoją specyfikę, historię. Nie ma takich samych odwołań. Procedury są klarowne i dostępne. Każdy zainteresowany może wnioskować o wgląd w treść opinii.

      Usuń
    2. Czy to znaczy, że jednak procedury nie są takie klarowne (raz się zaprasza a raz nie)? :)
      I raz jeszcze proszę o precyzję i nie stosowanie nadinterpretacji. Po pierwsze, nie wiadomo czy interpretacja CK była wcześniejsza czy pojawiła się po pierwszej uchwale rady. W tym drugim przypadku byłoby to bowiem nie naprawienie a skrzywdzenie człowieka (w pierwszym zrobiła to rada przez swój brak kompetencji). A po drugie, chyba dość jasno przedstawiłem (motywując to) jak bardzo ufam interpretacjom CK.

      Usuń
    3. Procedury są bardzo jasne. Proszę zajrzeć do regulacji prawnych CK, które są na jego stronie, do ustawy o stopniach i tytule naukowym oraz do komentarzy profesorów H. Izdebskiego i J. Zielińskiego. Resztę musi sobie Anonimowy sam dopasować do sytuacji, którą zna. Nie będę komentował domniemań, sugestii, insynuacji, bo jest to niepoważne, czego Anonimowy tu oczekuje. Każde postępowanie podlega KPA, toteż może Anonimowy złożyć do Sądu Wojewódzkiego wniosek w sprawie, która go tak bulwersuje Nie jestem tu ani sędzią, ani jasnowidzem.

      Usuń
  23. Jak już pisałem, tego typu sprawy wymagają rzetelnego zbadania wszystkich faktów i okoliczności. Rzeczoznawcy CK nie uczestniczą bezpośrednio w postępowaniu, bo to toczy się w konkretnej jednostce, tylko badają procedury i merytoryczną zawartość dorobku naukowego odwołującej się osoby. Być może w tym przypadku nie było czego bronić, bo dorobek był kiepski.
    Anonimowy nie ma racji, kiedy twierdzi, że gdyby rada głosowała w sprawie niedopuszczenia do dalszych etapòw postępowania, to byłoby dobrze. Otóż radzie nie wolno głosować w sprawie o niedopuszczenie do... To byłoby złamaniem prawa. Postępowanie habilitacyjne, jak i inne musi być zgodne z KPA.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.