niedziela, 6 września 2015

Eksperci od wszystkiego





Znają się na szkole, mimo że w niej nie pracowali. Potrafią komentować sytuację nauczycieli, stan ich samopoczucia czy kompetencji, chociaż sami zarabiają wielokrotnie więcej i nie "splamili się" pracą w przedszkolu czy szkole. Podstawą ich kwalifikacji do wypowiadania się na temat szkoły jest albo pamięć własnych lat szkolnych, albo przeżycia z posyłania własnych pociech (dzieci, wnucząt) do szkoły. Oni zawsze lepiej wiedzą, niż nauczyciele czy pedagodzy szkolni, jaka jest prawda o edukacji.

Pamiętam, jak jeden z psychologów społecznych w swojej potocznej diagnozie rzeczywistości szkolnej w okresie rządów Romana Giertycha twierdził w udzielonym dziennikarzowi prasy codziennej wywiadzie, że źródłem problemów polskiej szkoły jest filozofia „róbcie co chcecie”. Perrorował, jak to wahadło za bardzo się wysunęło w kierunku zupełnej wolności młodych ludzi, toteż program ówczesnego ministra "Zero tolerancji dla przemocy w szkole " wpisywał się w ogólnoświatowy trend odchodzenia od filozofii permisywizmu wobec młodych, niedojrzałych ludzi. To się nie sprawdziło - jak mówił - i doprowadziło we wszystkich krajach naszej kultury do dominacji uczniów agresywnych.

Dzisiaj ten sam ekspert doradza minister Joannie Kluzik-Rostkowskiej, bo w końcu, co za różnica komu wciska się dyrdymały. Ważne, by można było zabezpieczyć byt swoim bliskim, a też ignorantom. Poproszony o wypowiedź, operuje banałami, wskazując na rozwiązania, które miałyby uzdrowić szkołę. Zdaniem takiego eksperta nadal do szkoły będą trafiać nieudacznicy, którzy traktują pracę w niej jako przymusową zsyłkę, bo nic innego nie potrafią. Ważne, że on coś potrafi.

Wreszcie do gry politycznej demagogii wkraczają uniwersyteccy wykładowcy, którzy nie mają żadnych kompetencji i kwalifikacji w zakresie edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, ale za to z przyjemnością wypowiadają się na temat objęcia sześciolatków przymusem szkolnym. Oto dr nauk matematycznych z Uniwersytetu Łódzkiego Katarzyna Lubnauer opublikowała w "Rzeczpospolitej" (3.09.2015, s. A13) tekst, któremu zapewne redakcja nadała chwytliwy tytuł "Cynicznie wykorzystane lęki". Autorka powtarza te same bzdury, co premier rządu i ministra edukacji na temat rzekomego zadowolenia 87% rodziców, których dzieci uczą się już w szkole, twierdząc, że "to powinno zamykać rozmowę w tej sprawie".

Skrajnie cyniczne jest jej zdaniem "wykorzystywanie lęków rodziców do kampanii politycznej. Szczególnie jeśli efektem może być zaszkodzenie samym dzieciom". Moim zaś zdaniem, skrajnie cyniczne jest zabieranie głosu w sprawie, o której nie ma się zielonego pojęcia, natomiast zamierza się debatę na ten temat wykorzystać do autopromocji własnej aktywności... politycznej. Pani Katarzyna Lubnauer jest kandydatką do Sejmu z NowoczesnejPL (numer jeden na łódzkiej liście), a przed laty była członkiem Unii Wolności. O programie banałów na temat edukacji tej formacji pisałem w minionym miesiącu.

Bardzo szybko zareagowała na jej pseudonaukową opinię na temat reformy edukacji lokalna prasa, w której ukazał się artykuł Macieja Kałacha o tym, jak to pani doktor nauk matematycznych zaproponowała zaliczenie praktyki swoim studentom dziennikarstwa w zamian za wsparcie w prowadzonej przez nią kampanii politycznej pod szyldem Ryszarda Petru. Dziekan Wydziału Filologicznego prof. Piotr Stelmaszczyk stwierdził, że tego typu praktyki są niedopuszczalne. (M. Kałach, Zaliczenie praktyk za wsparcie kandydatki Petru? Polska. Dziennik Łódzki 5-6.09.2015, s. 05) W pełni się z nim zgadzam.

Czekam z niecierpliwością na wypowiedzi kolejnych mentorów na temat edukacji, stanu i skutków dotychczasowych reform oświatowych w III RP.

13 komentarzy:

  1. Bardzo słuszna opinia o tekście p.Lubnauer i jego czysto politycznej genezie! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze, polityka, polityką, ale wszelkie (pseudo) reformy oświaty mają swój grunt w szkołach. To tam prowadzona jest polityka kadrowa, która każdą reformę, czy inicjatywę jest w stanie zrujnować. Szkoła to m.in. uczniowie i nauczyciele. Uczniowie na każdym etapie edukacji są jacy są. Problemy moim zdaniem wywołują też nauczyciele i wspomniana polityka kadrowa, np. nauczyciel matematyki od przeszło 10 lat wystawia w klasach uczniom około 30-40% ocen niedostatecznych (w poprzednim roku szkolnym na 94 uczniów - 30 poprawek w sierpniu), zatrudnianie nauczycieli na emeryturze z lekko rozchwianą pamięcią (żadni specjaliści, ot przepracowali z P. Dyrektor przecież 30 lat) itd. Ograniczanie etatów dla młodych nauczycieli (skąd wiem jaki będzie, a starych znam i wiem co mogę się po nich spodziwać). Tak to wygląda z mojej 15. letniej praktyki przy tablicy. Powiem więcej, długo jeszcze nic się nie zmieni, koledzy nie muszą przekładać się na jakość. Muszą być karni i podnosić rękę na radzie pedagogicznej zgodnie z linią dyrekcji. Trochę pesymizmu, ale kocham szkołę, ot tak.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne! Nauka na 3 zmiany w podstawówkach "młodych dzielnic" to oczywiście wina tych wrednych belfrów, a nie paniuś ministerek Szumilas i wielopartyjnej Kluzik, które 2(!) lata temu ustaliły bezmyślnie taki kalendarz posyłania 6-latków do szkół. Widząc już ile dzieci teraz pójdzie do szkoły.... ;-) "Reforma" gimnazjalna to też oczywiście wina tych głupich belfrów, a nie specjalisty od produkcji sedesów i umywalek Handkego ... ;-)

      Usuń
  3. Panie Profesorze, ma Pan absolutną rację. Na edukacji, tak jak na medycynie, znają się wszyscy. Politycy; oj, jakże zna się droga pani ministra, dziennikarze (ze szczególnym uwzględnieniem pani Wielowieyskiej), rodzice i górnicy, i hutnicy, marynarze i dekarze...słowem wszyscy. Najbardziej jednakże znają się (przepraszam, za to co powiem) TZW naukowcy od pedagogiki, których kariera "pod tablicą" , jeśli w ogóle taka zaistniała, to lekcje w klasach ćwiczeniowych, wyselekcjonowanych, w warunkach cieplarnianych. Myślę, że gdyby pozwolić im pofunkcjonować w rzeczywistości szkolnej choć przez miesiąc, dwa przez, a niech tam, 20 godzin tygodniowo, dołożyć papierologię, problemy wychowawcze oraz DYŻURY, myślę, że mieliby niezapomnianą szansę zweryfikować swoje teorie. Po 20 minutach dyżurowania wśród krzyku i zamieszania klas I-III SP nie pamiętaliby numeru buta i może przestaliby wygłaszać ex cathedra te głupoty.
    Drogi panie Anonimie, pracuję w szkole blisko 30 lat, wobec tego zbliżam się już powoli do wieku, w którym kiedyś stawało się emerytem. Proszę zważyć, ze będę jaeszcze pracowała kilkanaście lat. I proszę wyobrazić sobie siebie w wieku 66-7 lat, wciąż pod tablicą. Wszystkim nam będzie szwankowała pamięć, Panu także, no chyba, ze uczy Pan wychowania fizycznego, musi Pan wtedy tylko pamiętać, gdzie schował piłki (wiem, to nieładne z mojej strony, taj jak nieładne z Pana jest obrażanie Panskich kolegów).

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy z 11.23 - nie piszę o nauczycielach aktywnych przed meryturą, lecz o tych z emeryturą. Jacy będziemy w wieku 60+ nikt nie wie. Piszę o polityce kadrowej, która zaniża jakość kształcenia przez indywidualne korzyści dyrekcji. Nikogo nie obrażam. Poddaję krytyce te obszary, które hamują rozwój szkoły, dla których uczeń jest przyczynkiem do realizowania swoich spektakularnych interesów. Jest to typowy przykład (pseudo) solidarności nauczycielskiej, bo takie jest NASZE środowisko. Tolerujemy w większości to, co w innych zawodach jest nie tolerowane. Mało który nauczyciel ma tzw. plan B. Szkoła jest jego jedynym miejscem i to jest tragiczne. Od młodzieży wymagamy mobilności zawodowej, a sami co robimy? Uczymy ich umiejętnego poruszania się po rynku pracy, a sami? Może Pani będzie tkwić przy tablicy do 67 roku życia, ja nie. Proszę zauważyć, że piszę w liczbie mnogiej o tych zjawiskach i nie zaprzeczy Pani, że są Pani obce. Nauczmy się mówić o sprawie, a nie o sobie. To takie tam dla zrozumienia. Pozdrawiam zdrowia życząc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne! Wszystkiemu te wredne belfry winne! Po prostu koło 60-tki powinny popełniać samobójstwo, żeby budżet miał lżej .... ;-) Ktoś na serio wypowiada ironiczne kiedyś "Popierajmy władzę czynem, umierając przed terminem!" ... ;-)

      Usuń
  5. Dwa lata temu sprawdziłem jakie są zawody polskich polsłów. Dane wziąłem z rządowej strony PKW a więc przypuszczam, że to sami posłowie określali swoje zawody. Największą grupą zawodową wśród posłów (16.5%) okazali się nauczyciele. Jeżeli zatem kogoś można obwiniać za braki w stanowionym prawie i głupotę w rządzeniu Polską to nie hydraulików. Zgodnie z własnymi słowami tychże posłów (bo nie przypuszczam, aby ktoś w PKW miał taką wyobraźnię), tak oni sami nazywają swoje zawody:
    *
    1___nauczyciel akademicki - nauki humanistyczne
    1___nauczyciel dyplomowany
    1___nauczyciel historii
    1___nauczyciel konsultant
    1___nauczyciel politolog
    1___nauczyciel WF
    33__nauczycieli
    28__nauczycieli akademickich
    2___nauczycieli wychowania fizycznego
    5___pedagogów
    2___wykładowców akademickich
    *
    No cóż, zdanie 5 sejmowych pedagogów nie zrównoważy opinii 30 sejmowych akademików; 28 nauczycieli akademickich, 2 wykładowców akademickich a nawet 1 nauczyciela akademickiego nauk humanistycznych.
    Szkoda też, że wśród 76 nauczycieli znalazł się tylko jeden dyplomowany.
    Kpię?
    Ależ akąd!
    Jaka tam znowu negatywna selekcja do zawodu. Wystarczy tylko popatrzeć na to, kto z naszych szkolnych znajomych uczy w szkole.
    Wystarczy przypomnieć sobie jakie kompromitujące byki pozostawiali nauczyciele naszych dzieci w ich zeszytach. Że co? Że rodzinna próbka statystycznie mała? Pewnie, że mała. W końcu co tam znaczy doświadczenie obuczania swoich dzieci w 7 liceach (w tym 2 niepubliczne), 3 gimnazjach (1 niepubliczne) oraz 4 podstawówkach. Tylko tyle, gdyż niektórzy chodzili do tej samej szkoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są zawody wyuczone, które się podaje, bo tak stanowi prawo. Ale to nie znaczy, że były choćby w nieodległej przyszłości wykonywane. Na tej zasadzie Stalin wpisałby sobie teolog (uczęszczał do seminarium), Hitler - malarz, Pol Pot - socjolog (nawet miał doktorat Sorbony). No i prosty wniosek - za ludobójstwo odpowiadają teolodzy, malarze i socjolodzy ... ;-)

      Usuń
    2. Tak na marginesie - wielu (polskich!) polityków to historycy (np. Tusk czy Komorowski) - czyli za całe zło ostatnich 7 lat III RP odpowiadają historycy ... ;-) Nauczycieli jest 650 tysięcy, papiery ma pewnie z milion. kilkudziesięciu z nich trafiło do Sejmu według mechanizmów polskiej polityki(!). Co to mówi o tym milionie??? ;-)

      Usuń
  6. Polecam Państwu lekturę zamieszczonego na oficjalnej stronie internetowej MEN biogramu miłościwie panującej nam Minister JKR. Jakież tam zatrzęsienie informacji o Jej kompetencjach merytorycznych...i politycznych do "żondzenia polskom oświatom"...

    OdpowiedzUsuń
  7. @Anonimowy6 września 2015 18:51
    "To są zawody wyuczone, które się podaje, bo tak stanowi prawo."
    Następną po nauczycielach grupę zawodową w aktualnym Sejmie stanowili posłowie i parlamentarzyści. Według ich własnych słów:
    *
    26__parlamentarzystów
    1___poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej
    6___posłów
    2___posłów na Sejm
    15__posłów na Sejm RP
    6___Posłów na Sejm RP
    *
    Razem 56-ciu, czyli 12.2% z 460.
    Według ciebie "parlamentarzysta" to "zawód wyuczony"?
    A może gdzieś dają dyplom na "posła'?
    Nie mówiąc już o "Pośle"...
    *
    W Sejmie jest/było też 22 "przedsiębiorców."
    Oraz jeden "wyższy urzędnik samorządowy" (sic).
    Zapewne absolwent Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu...


    OdpowiedzUsuń
  8. Było też 16-tu "historyków" oraz jeden "mgr historii".
    Jeden "emeryt" oraz jeden "student".
    O zawodzie "student" sam słyszałem będąc na studiach. O zawodzie "emeryt" dowiedziałem się ze spisu posłów.
    *
    Żarty żartami, jednakowoż pomimo panującego w tym spisie chaosu to wydaje mi się, że posłowie podawali swoje zawody jednak z pzewagą tych wykonywanych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Istnieje kategoria posła zawodowego po rezygnacji z innej pracy(poza dydaktyką akademicką!) - wtedy poza dietą 2700 zł miesięcznie wypłacają pensję odpowiadającą zarobkom wiceministra. Więc jak ktoś jest wiele lat posłem.... ;-) Pewnie nikt specjalnej uwagi nie zwracał na ttę rubrykę w formularzu dla kandydatów do parlamentu, więc wpisywano co chciano. Co do związków z zawodem tych co wpisali nauczyciel - są ich życiorysy, można sprawdzić. Ot takie np. życiorysy co bardziej prominentnych w oświacie posłów:
    Szumilas - 15 lat była nauczycielką w podstawówce - w PRL dokładnie do 91 roku. A potem już urzędnikiem w gminie lat 10 od 15 lat jest posłem.Czyli ostatni raz była w szkole 24 lata temu.
    Augustyn (obecna sekretarz stanu w MEN) -była sobie 15 lat nauczycielką podstawówki, ale i dziennikarką katolickich pism i rozgłośni (zgadnij koteczku co ważniejsze!), a potem poszła w posły i od 10 lat jest w Sejmie;
    Ławrynowicz(szefowa zespołu programowego PO ds edukacji) - najpierw 9 lat uczyła w podstawówce bez dyplomu, potem wygrała konkurs piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu (1992) - od tego czasu pracuje w domach kultury, muzeach itp. itd. bez związku ze szkołami. Ale za to w roku 2000 zdobyła (wreszcie) dyplom magistra pedagogiki. Była radną, od 2011 jest posłem. Oczywiście figuruje wszędzie jako nauczyciel bądź pedagog. Ot tacy "mistrzowie" i "tuzy" nauczycielskiego zawodu zasiadają w Sejmie i nie są to "prości" posłowie... ;-) Co można na podstawie ich intelektu i dorobku powiedzieć o tych 650 tysiącach pracujących w szkołach oraz odpowiedzialności tych 650 tysięcy za pracę parlamentu ? ;-)

    OdpowiedzUsuń