niedziela, 8 września 2013

Autodegradacja pedagogiki w niektórych wyższych szkołach prywatnych

Przykre, kiedy dowiaduję się o tym, że jedna z kolejnych wyższych szkół prywatnych w moim mieście, która w swojej misji i fundamentalnym dla niej kierunku edukacji ma pedagogikę, uzyskała w wyniku kontroli Polskiej Komisji Akredytacyjnej ocenę warunkową na kierunku pedagogika z tytułu niespełnienia standardów w zakresie jakości kształcenia. Takiego upadku doświadczyła kilka lat temu ogłaszająca się wszem i wobec jako renomowana także jedna z działających w tym mieście akademii, a groziła jej nawet likwidacja.

Z firmy, która z każdym rokiem pogłębia na własne życzenie jej władz i założyciela na skutek "nowoczesnego" zarządzania i pozorowanej jakości stan rzeczywistego kryzysu, odchodzą kolejni nauczyciele akademiccy, którzy jeszcze rok, dwa lata temu mieli nadzieję, że będzie w niej normalnie. Niestety, szybko się zawiedli, bo pewnych postaw i działań ukryć się nie da. Można je maskować przed zachęcaniem do podpisania umowy o pracę, ale kiedy zaczyna się ją wykonywać i natrafia na patologie, to nie ma innego wyjścia, jak szukać bardziej godnego dla siebie miejsca. Założyciel spotyka się z nimi w Sądzie Pracy i ... przegrywa kolejne procesy. Żałosne, ale prawdziwe. Do właściciela tej szkoły jeszcze nie doszło, że nie ma współpracy między panem a niewolnikiem, gdyż nie jest ona możliwa między pogardzającym a pogardzanym. Można jedynie wyrazić zdziwienie, że niektórzy profesorowie i doktorzy dla własnych korzyści, które uzyskują kosztem naiwnych studentów, legitymizują miejsce, które ze szkolnictwem wyższym i z pedagogiką niewiele ma wspólnego, gdzie ludzie są fizycznie blisko siebie, ale kulturowo i moralnie bardzo daleko od siebie.

Pewnie każda tzw. "wsp" ma swoje wady i zalety, słabości, ale i jakieś mocne strony. Kreowanie edukacji na poziomie wyższym (I i/lub II stopnia) w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością wskazuje na to, że ta odpowiedzialność jest istotnie ograniczona. Kogo zatrudniają te szkoły? Może ktoś się temu przyjrzy, zanim rozstrzygnie, czy warto w nich studiować, bo są to np. osoby, które weszły w Polsce w konflikt z prawem i zostały zwolnione ze swoich macierzystych uniwersytetów, albo takie, które uzyskały habilitację poza granicami kraju (tylko proszę nie myśleć, że w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji lub w USA, wprost przeciwnie, tam, gdzie jest szybko, łatwo i tanio), albo takie, które od lat niczego nie czytają (poza własnymi notatkami), nie prowadzą żadnych badań naukowych i nie publikują, albo pojawiają się w szkole raz na pół roku, gdyż ich miejscem zamieszkania jest ... np. Ukraina (można w razie niezrozumienia wykładu w języku ukraińskim nucić sobie pieśń biesiadną "Hej Sokoły").

W Polsce nic się nie zmieni w ciągu kilku lat na mapie lipnych, biznesowych szkółek wyższych tylko strukturalnie i z nazwy, bo - jak się okazuje - do Polskiej Komisji Akredytacyjnej wpływają kolejne wnioski nie tylko o tworzenie nowych bytów, ale i uruchamianie pedagogiki jako kierunku kształcenia, gdzie tylko się da - w jednostkach ekonomicznych, paramedycznych, politechnicznych, informatycznych a nawet przyrodniczych byle tylko spróbować wyrwać z rynku osoby, którym nie o wyksztalcenie chodzi, ale o przywileje związane ze studencką rolą. Narzekanie zatem przez pracowników MNiSW na to, że za dużo kształci się w naszym kraju na kierunkach humanistycznych i społecznych jest żałosne, bowiem klucz do tego dały różnym firmom jedno-i wieloosobowym oraz różnej maści organizacjom właśnie władze tego resortu.

Trafnie pisze Jacek Grudzień w "Polska. Dziennik. Łódź" (Łodzi potrzeba mądrej edukacji, 6.09.2013, s. 8), "(...) że dziś coraz częściej studia nie służą zdobywaniu wiedzy, tylko dokumentów, które ułatwią zarabianie pieniędzy. To jest jedna z przyczyn tego dlaczego wielu pracodawców nie chce zatrudniać absolwentów i dlaczego padają stwierdzenia: przecież oni nic nie umieją!" A kto powiedział, że oni mają umieć? Mają mieć dyplom, to wystarczy. Na szczęście coraz więcej pracodawców sprawdza w toku naboru nowych pracowników, nie tylko to, jaki mają dyplom, ale i z jakiej uczelni, czy aby nie z tych, które mają mętną przeszłość i wątpliwego autoramentu kadrę.

To nie prawda, że następuje koniec humanistyki i zanik zainteresowania studiami także na kierunku pedagogika. Ono było, jest i będzie na dość wysokim poziomie, ale kandydaci do rzeczywistego studiowania, którym zależy na wykształceniu, a nie "świstku papieru", wiedzą, że trzeba znaleźć (wiary-)godne środowisko akademickie, by bez poczucia wstydu przyznawać się do niego. Nie ma racji Ewa Wesołowska, która pisze w "W Sieci", że "Dziś młodzi już wiedzą, że z dyplomem bibliotekoznawcy czy pedagoga mają mniejsze szanse". Powinna bowiem dodać, że nie jest tu bez znaczenia to, gdzie uzyskali ten dyplom. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, Gdańskim, Wrocławskim, Szczecińskim, Zielonogórskim, UAM, UMK, UWM, UwB czy Warszawskim, jak i na najlepszych akademiach pedagogicznych w Polsce miejsca na studiach stacjonarnych zostały wypełnione przez pasjonatów pożądanego zawodu. Nie jest zatem bez znaczenia to, gdzie są jeszcze wolne miejsca na studiach niestacjonarnych, odpłatnych, ale i w tym przypadku warto kierować się rozeznaniem, kto je oferuje i na jakich warunkach. Oby nie była to szkoła, która jest warunkowo dopuszczona przez Polską Komisję Akredytacyjną do kształcenia na danym kierunku studiów. Jak ktoś raz zawiódł, oszukał, nie spełnił wymagań, to będzie się to za nim ciągnąć, jak przysłowiowy smród...

8 komentarzy:

  1. skoro na wyższych uczelniach zatrudnia się koleżanki i kolegów,którzy w swej wcześniejszej pracy daleko od autorytetów pedagogicznych byli... to nie dziwmy się że nie ma tam autorytetów pedagogicznych dla studentów....

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteśmy rekordzistami w Europie jeśli chodzi o liczbę szkół wyższych. Według publikacji: Polskie szkolnictwo wyższe. Stan, uwarunkowania i perspektywy, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2009, było w Polsce w 2007 r. 457 szkół wyższych, w tym 326 (!!!) niepublicznych. Od tego czasu chyba niewiele się zmieniło. Tu tkwi problem. W całym majestacie prawa, tę największą patologię petryfikuje MNiSzW. Gdyby ograniczyć liczbę niepublicznych szkół wyższych do 50 lub 40, to być może, w jakimś zakresie, moim zdaniem znacznym, wpłynęłoby to na uzdrowienie sytuacji, przynajmniej w naukach społecznych. Ale myślę, że nie tylko w tych naukach. Nie od dzisiaj wiadomo, że niepubliczne szkoły wyższe to w 80% przypadków skok na kasę. Najbardziej irytujące jest to, że trudno uwierzyć, iż sytuacji obecnej nie rozpoznaje Ministerstwo. Ba, o zgrozo, jak Pan Profesor podaje, nowe "wspaniałe" ośrodki ubiegają się o pozwolenie na rozpoczęcie działalności. No, wspaniale! Sukces zatem będzie gonił sukces!!! Już od wielu lat wiadomo z publikacji prasowych, ale także i wielu naukowych, jaka jest sytuacja. Przy czym "wszyscy zgadzają się ze wszystkimi, a będzie dalej, tak, jak jest". NIESTETY... Chyba, że niż demograficzny w sposób naturalny "wykosi" trzy czwarte wyższych szkół prywatnych... Obecna sytuacja jest jednak bardzo przygnębiająca.


    OdpowiedzUsuń
  3. Przykro mi, ale jestem studentem pedagogiki. Studia są bardzo ciekawe, choć studiuję na uczelni małej i prywatnej. Poszerzył się mój horyzont myślowy i postrzeganie humanistyczne rzeczywistości. Może nie znajdę pracy po pedagogice, ale czuję się jako student wartościowszym człowiekiem, bo mam świadomość otaczającego świata większą niż niejeden skupiony na śrubkach i cyferkach...
    O człowieku nie świadczy jaką ukończył szkołę wyższą, ale jak sam brnął do wiedzy, jej zdobywania, poprzez kontakt z fachową literaturą, prądami myślowymi, wymianą spostrzeżeń. Nikt mi tego nie zabierze, mimo że mój dyplom będzie typowo prywatny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie jest Pan typowym studentem! Nie robi Pan błędów ortograficznych, wie Pan co to przecinek i nawet gdzie go postawić. Interesująca frazeologia, nawet kompozycja tych paru zdań jest przyjemnie rytmiczna. Faktycznie, tego Panu nikt nie zabierze! A ja walczę z pracami kandydatów na magistrów, i z sobą walczę, więc wiem, co boli wykładowców i jaka jest skala porównawcza. Jest Pan pewien, że nie jest Pan wykładowcą?

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyższa szkoła w Łodzi ma na swojej stronie w kadrze akademickiej nazwiska profesorów, z których część już nie pracuje i pracować nie będzie, jeden dawno temu zmarł a część została zwolniona przez kanclerz. To dopiero jest szczyt wiarygodności.

    Asia

    OdpowiedzUsuń
  6. Ta lista taka jest jak Asia pisze:
    http://wsp.lodz.pl/Nasi_wykladowcy-93_340-1.html
    Wstyd i bezwstyd!

    OdpowiedzUsuń
  7. http://www.groupon.pl/oferty/lodz/Wyzsza-Szkola-Pedagogiczna-w-odzi/26835729

    OdpowiedzUsuń
  8. "Można jedynie wyrazić zdziwienie, że niektórzy profesorowie i doktorzy dla własnych korzyści, które uzyskują kosztem naiwnych studentów, legitymizują miejsce, które ze szkolnictwem wyższym i z pedagogiką niewiele ma wspólnego (...)" ...A naiwni studenci ślepo brną za swymi mentorami, przepłacając owe dramatyczne wybory z zaufania swoim własnym życiem! Należy to z całą mocą podkreślić, że tu się ważą losy młodego człowieka, rozstrzyga się właśnie czyjeś istnienie, czyjeś BYĆ albo NIE-BYĆ. Owszem, rozwój w trybie pracy samokształceniowej to jedno, ale mam wrażenie graniczące z pewnością, że to nie rozwiązuje problemu. Jestem absolwentką pedagogiki jednej z uczelni państwowych i na szczęście NIE jest mi przykro, bo w porę się opamiętałam i NIE skończyłam w uczelni prywatnej. Moje krótkie doświadczenie z jedną z takich placówek (= kadrą „pedagogiczną”) pozwala mi zrozumieć, jak niewyobrażalną rolę odgrywa miejsce i ludzie, którzy je tworzą w procesie rozwoju młodego człowieka, jak niewyobrażalny ból sprawia gwałt na refleksyjności zadawany przez otoczenie. Dziś jako ocalona patrzę w przyszłość z uśmiechem, lecz jednocześnie wiem, że wielu stanie przed wyborem, jedni spotkają się z rozczarowaniem, inni nie znając życia poza jaskinią będą szczęśliwi, jednak będzie to wciąż tylko szczęście z niewiedzy…

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.