02 lipca 2022

"Recenzje w postępowaniach o awans naukowy. Poradnik" - także na czas wakacyjnej przerwy

 


Znakomicie, że po wydaniu poradników dotyczących postępowań na stopień naukowy doktora habilitowanego i na tytuł naukowy profesora Rada Dyscypliny Naukowej wydała kolejny, a dopełniający nie tylko powyższe procesy Poradnik. Recenzje w postępowaniach o awans naukowy. Niniejsza publikacja została przygotowana (...) z myślą o wsparciu obszaru recenzowania w postępowaniach o awans naukowy, została opublikowana na stronie internetowej RDN w zakładce „Dobre praktyki”.   

Przewodniczący Rady Doskonałości Naukowej prof. dr hab. Grzegorz Węgrzyn zwrócił się do Członków tego organu z prośbą o upowszechnianie wiedzy dotyczącej procesu recenzowania w szeroko rozumianym środowisku akademickim. Czynię to z wielką satysfakcją, tym bardziej że w ubiegłym roku wydałem książkę poświęconą krytyce naukowej i związanej z nią patologią w polskim środowisku akademickim, głównie w naukach społecznych i humanistycznych, ale ze szczególnym zwróceniem uwagi na pedagogikę.     



Od przyszłego tygodnia zamykam bloga na okres wakacyjny, by poświęcić czas wolny od akademickiej dydaktyki i bieżących obowiązków w szkolnictwie wyższym między innymi na recenzowanie naukowych dysertacji, tak wydawniczo jak i w ramach postępowania na stopień naukowy doktora. Wielu znajomych uczonych już zasygnalizowało w sieci swoją nieobecność, gdyż okres wakacyjny jest częściowo spożytkowany na rekreację, ale też na proces, który określamy jako re-kreację, czyli możliwość powrotu do wyhamowywanej w czasie roku akademickiego pracy twórczej.     

Życzę zatem wiernym, niewiernym, przypadkowym jak i doraźnym Czytelnikom odpoczynku także od moich wpisów. Powrócę tu z dniem 1 września, chociaż miesiąc zbliżającego się końca lata będzie owocował wieloma wydarzeniami w akademickiej pedagogice. Przypominam o Letniej Szkole Młodych Pedagogów w Dąbrowie Górniczej, o Zjeździe Pedagogicznym w Poznaniu, jak i o kolejnych spotkaniach u prof. Romana Lepperta w Zaciszu Akademickim

Co nas czeka w nowym roku szkolnym i akademickim? Zapewne już z końcem lipca będziemy mieli wreszcie ujawnioną stratyfikację dyscyplin naukowych w uczelniach, które poddały je ewaluacji za lata 2017-2021.  

Do zobaczenia, do usłyszenia!   

 

01 lipca 2022

Orwell na steroidach

 





Trafiła do mnie książka będąca zbiorem wywiadów z ekonomistami, naukowcami, biznesmenami i intelektualistami, których poproszono o podzielenie się swoją wizją świata w roku 2050. Za wiodące motto przyjęto myśl Charlie Chaplina: Troszczę się o swoją przyszłość, gdyż zamierzam w niej spędzić resztę swojego życia (s.7).

Pierwszym rozmówcą analityka mikroekonomii Martina Kupki jest pisarz, autor książek science fiction Ondřej Neff. Jak stwierdza Kupka - horyzont 2050 roku jest zbyt odległy, żeby można było formułować racjonalne predykcje. Dynamika zmian jest tak duża, że nawet makroekonomiści nie są w stanie przewidywać w horyzoncie dłuższym niż 5 lat. Inna kwestia, to jaka generacja będzie decydować o świecie w 2050 roku, skoro urodziła się w czasach pokoju, dobrobytu, wolności, swobody podróżowania, możliwości realizowania własnych zainteresowań itp.? 

 

Jednak nie mogli przewidzieć, że dwa lata później właśnie ci milenialsi doświadczą także bezrobocia, kryzysu ekonomicznego, energetycznego w wyniku wojny na Ukrainie. Tyle są warte przewidywania przyszłych zdarzeń. Nie unikniemy - zdaniem ekonomisty - procesów migracyjnych ludności, gdyż jest to naturalny proces, tak jak padający deszcz. Wprawdzie Somalijczycy nie zadomowią się na wsiach czy w małych miasteczkach, ale opanują metropolie, które przekształcą się w megapolis z etnicznymi gettami (np. w Paryż, Mediolan, Harlem w Nowym Jorku). 

 

Będziemy musieli wyżywić tych ludzi, utrzymać ich w pokoju, żeby nie mordowali więcej, niż można będzie im zabronić i by nie doszło do wojny domowej. Zapewne pomocne okażą się technologie cyfrowe, które wygenerują sztucznych ludzi stojący na straży naszego bezpieczeństwa. Będziemy chodzić z wirtualnymi okularami, coś zjemy i będziemy happy (...) Zachód jest zasadniczo pod wpływem zielonej lewicy i szykuje się do kontynuowania autodestrukcji. Sądzę, że nastąpi przyspieszenie cyfryzacji społeczeństw. Covid wykazał, że osobiste kontakty nie są konieczne, a nawet są niebezpieczne. Wirtualna rzeczywistość ma stuprocentową ochronę, więc czemu do niej nie wejść?   (s.23-24).

 

Padło w rozmowie pytanie o edukację, o to, co może się w niej zmienić. Zdaniem Neffa nie powróci już model klasycznego kształcenia, gdyż człowiek może dzisiaj znacznie szybciej pozyskać konieczne informacje. Jednak nowe technologie, a nawet doświadczenia e-learningu nie wyprą z procesu kształcenia bezpośredniego kontaktu uczniów z nauczycielami. Tej "ludzkiej sztafety" żaden robot nie będzie w stanie zastąpić nawet w trzecim tysiącleciu, gdyż nie da się sztucznie kształtować u innych empatii, ludzkiej symbiozy.

 

Zapewne zmieni się typ relacji na rzecz zbliżenia między nauczycielami a uczniami, by mogli efektywniej sprzyjać uczeniu się. Zawodem przyszłości już jest biotechnologia i inżynieria genetyczna oraz energetyka jądrowa, którą Neff uważa za (…) czystą, bezpieczną, racjonalną i pożądaną (s.30).  

 

A co z demokracją? Neff z niepokojem obserwuje wzrost nieufności do demokracji parlamentarnej i możliwość pojawienia się jakiegoś władcy, który podporządkuje sobie ministra sprawiedliwości i poszerzy przestrzeń do manipulowania społeczeństwem. Gdybym miał to opisać metaforą, to byłaby to gra bez reguł, która zawsze kończy się sińcami i wypaczeniami (s.29).

     

Wywiad z geopolitykiem Janem Kofroňem nie tylko nie wnosi niczego nowego do naszej wiedzy o megatrendach w polityce światowej, ale potwierdza, że jako realista nie miał zielonego pojęcia o zagrożeniach ze strony Federacji Rosyjskiej. Przewidywał bowiem, że USA porzuci Europę przenosząc swoje interesy w kierunku azjatyckim, zaś wkrótce dojdzie do rozpadu czy dezaktywacji NATO ze względu na brak zainteresowania Europą. Jak widać, mocno się mylił. 

 

Podobnie słabo prognostyczny jest wywiad z ekonomistą Uniwersytetu Karola w Pradze - Janem Lamserem, który niewiele ma do powiedzenia na temat przyszłego systemu finansowego na świecie. Jak mówi: w zasadzie nic się na świecie nie zmieni, nie znikną dolary i euro, chociaż będzie dochodzić do doraźnych wahań na rynku finansowym i wielkich kryzysów. Trzeba liczyć się z tym, że może dochodzić do nieoczekiwanych rzeczy (s. 66). Tak może wyrokować każdy maturzysta.  

 

Kolejną rozmówczynią - tym razem docenta Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Pradze Pavla Hnáta - jest Bublu Sarbani Thakur-Weigoldova, wykładowczyni na Wydziale Logistyki i Zarządzania na Uniwersytecie w Zurichu. Przedmiotem zainteresowań stała się globalizacja, której czesko-szwajcarska asystentka nie postrzega jako kontrowersyjnego procesu, jakiegoś zła czy formy kolonializmu. Dzięki globalizacji wiele miliardów ludzi na świecie nie żyje już w ubóstwie, co jest jej fenomenalnym osiągnięciem. Jej zdaniem (...) ów trend jest z nami od początku historii, jak tylko dochodziło do skracania odległości i przenikania światów (s. 69). 

 

Rozmówczyni dodaje jednak, że w wyniku otwarcia granic wielu ludzi, a nawet całe regiony doświadczyło obniżenia standardu życia. Ludzie ci wybrali w USA, Wielkiej Brytanii, na Węgrzech i w Polsce oraz w innych krajach populistyczną władzę, która przeciwstawia się swobodnemu przepływowi towarów i ludzi (s.83)

  

Trzy cechy wyznaczają ekonomiczną swoistość globalizacji, a mianowicie: konwergencja cen towarów, zdolność do zniszczenia monopoli i realokacja źródeł (s. 70). Na pytanie, jak będzie wyglądać globalizacja w 2050 roku, Thakur-Weigoldová mówi: 

 

Niewątpliwie nastąpi proces deglobalizacji. Nie myślę, że doczekamy się kompletnego czy w większości wycofania globalnych produktów i rynków do regionów, gdyż jest to nierealne. Rozbitego jajka już nie zamkniemy z powrotem w skorupie. Nawet wówczas, gdyby pojawiły się w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii czy USA jakieś autorytarne rządy, to nie uda im się całkowicie zmienić ekonomicznej logiki, na której opiera się globalizacja. Nikt nie będzie chciał mieć jutro mniej niż ma dzisiaj. (s. 82-83).    

   

Trendsetterka Marian Salzmanova uważa, że chaos stanie się czymś normalnym, o czym świadczy m.in. zaskakująca świat pandemia Covid-19, chociaż ona pisała o tym niebezpieczeństwie piętnaście lat temu, podobnie jak o zagrożeniach związanych z wzrostem nierówności społecznych i systemowym rasizmem. Ludzkość już nie wróci do minionych kolein życia. Pojawia się wreszcie w rozmowie z nią kwestia edukacji. Zmieni się szkoła w przyszłości na sutek rewolucji cyfrowej. 

 

Szkoła i kształcenie na każdym poziomie już nigdy nie będą zamknięte w sali lekcyjnej. Chciałoby się powiedzieć, a jednak, mieliśmy rację z Michałem Paluchem, by wywołać dyskusję w tym zakresie także w naszym kraju.


Podstawą będą wirtualne wykłady, mentoring i współpraca. Trzeba będzie wynaleźć dla tego rozwiązania bezpieczną przestrzeń fizyczną i mentalną, w której uczniowie. studenci będą mieli możliwość poznania realnego świata (s. 146).      

 

Jednak, jak twierdzi trendsetterka: Jeszcze tak niedawno rodzice dążyli do tego, by ich dzieci miały jak najwyższe wykształcenie, by miały wysoką inteligencję poznawczą i emocjonalną. Dzisiaj najbardziej oczekiwanym przez rodziców i pedagogów celem kształcenia jest nauczenie dzieci odporności (s.143).  Powraca zatem problem zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży, skoro żyjemy w świecie pełnym złości i agresji, które prowadzą do polaryzacji społeczeństw. 

 

Zanika zdolność do racjonalnej dyskusji. Trzeba zatem przygotować młode pokolenie do radzenia sobie w świecie, w którym do władzy dochodzą populiści nadużywający kontroli i megafonów. Populiści dostają się do władzy dlatego, że mówią to, co ludzie chcą usłyszeć (a są w tym naprawdę dobrzy). Nie będą jednak w stanie rozwiązać niektórych problemów społecznych, które bezspornie istnieją, a zatem w następstwie ich rządów społeczeństwa będą nieco bardziej poranione (s.144).          

 

Jednak o edukacji w XXI wieku rozmawiają Lenka Čabelová z Bobem Kartousem, który jest badaczem wirtualno-fizycznej społeczności naszego stulecia. Jego zdaniem szkoła sama z siebie się nie zmieniJest instytucją społeczną, która cierpi na wysoki poziom konserwatyzmu, gdyż tworzy ją ok. 150 tys. nauczycieli, milion uczniów i średnio 2 miliony rodziców (dane dotyczą Czech - dop. BŚ). Potwierdzają to ostatnie dwie dekady, w czasie których byliśmy świadkami pojawienia się internetu, nowych technologii, mobilnych technologii, rozwoju sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości - a szkoła z zasady niczego z nich nie wchłonęła. Postęp dzieje się poza nią.         

 

Čabelová ma rację, że nawet ci nauczyciele, którzy w wyniku pandemii Covid-19 musieli opanować prowadzenie lekcji online, nie zmienili podejścia dydaktycznego. Nadal instruowali swoich uczniów i zadawali im prace domowe. Zaletą tego okresu było uświadomienie sobie przez część rodziców, że do uczenia się nie jest potrzebne ich dzieciom uczęszczanie do szkoły. Tym samym wzrosło zainteresowanie edukacją domową (flexischoolingiem). 

 

Z każdym rokiem coraz większa część umiejętności, wiedzy i cech osobowości staje się domeną nieformalnego kształcenia, które omija szkołę. Tak będzie też w przyszłości. Grozi to rozpadem społeczeństwa na różne kasty. Trzeba zatem przyznać, że szkoła jest jednym z ostatnich miejsc, w których spotykają się ze sobą dzieci z różnych warstw społecznych. Natychmiast, jak tylko zaniknie szkoła, a poszczególne warstwy społeczne będą rozwiązywać problemy wykształcenia swoich dzieci we własnym środowisku, zaniknie podstawowa, naturalna komunikacja między różnymi warstwami, co doprowadzi do rozpadu społeczeństwa (s. 177).

 

Ciekawe, bo 12 czerwca przywoływałem w blogu wypowiedź profesor socjologii UW Anny Gizy-Poleszczuk, która uważa, że już nie istnieje społeczeństwo (w sensie ogólnym).  Jednak szkoła będzie potrzeba ze względów socjalnych i konieczności przygotowywania młodych pokoleń do radzenia sobie z zachodzącymi zmianami na świecie oraz do współpracy z innymi. Przyparta do muru, by spróbowała sformułować bardziej radykalną wizję szkoły.  

 

Jej wizja szkoły przyszłości opiera się na założeniu powstania sztucznej inteligencji zdolnej do komunikowania się z ludźmi na wysokim poziomie. Dzięki temu w szkołach pojawią się osobiści asystenci edukacyjni. Jeśli przykładowo uczeń będzie miał problemy w matematyce, to rozwiąże je taki asystent wraz z robotem, który na podstawie kilku przykładów będzie potrafił perfekcyjnie zdiagnozować, co jest przyczyną tych problemów a następnie zaproponuje rozwiązania odpowiadające danemu uczniowi. Będzie też potrafił go motywować za pomocą grywalizacji (gamifikacji) lub temu podobnie. Będzie mógł też dokładnie stwierdzić, kiedy uczeń traci koncentrację uwagi, a zatem jak należy dawkować jemu wiedzę (s.181).   


Szkołę można zacząć zmieniać już dziś, chociażby parcjalnie, czy - jak mówił 30 czerwca  w Akademickim Zaciszu u Romana Lepperta wybitny humanista prof. Tadeusz Sławek - po partyzancku, tylko trzeba więcej odwagi i wsparcia rodziców, by wiedzieli, na kogo głosować w przyszłych wyborach parlamentarnych. 

30 czerwca 2022

Akademicka dydaktyka na skraju przepaści

 



To jest zawsze interesujący dla mnie okres, kiedy mogę z seminarzystami dokonać podsumowania ich wielomiesięcznych studiów literatury przedmiotu i przyjąć wyniki badań terenowych. Wiele zmieniło się w uniwersytecie od strony organizacyjnej, formalno-prawnej i ekonomicznej. 

Wyłączając uwarunkowania ustrojowe PRL muszę z sentymentem przyznać, że jednak wówczas bardziej dbano o jakość akademickiej edukacji. Mam tu na uwadze tylko kwestie organizacyjne, a nie merytoryczne, gdyż te ostatnie były obciążone niedostępnością do światowej literatury naukowej. Polska literatura naukowa była pocięta skalpelem cenzorów, a zatem  częściowo była mało wiarygodna, w niewielkim stopniu wartościowa poznawczo.

Dzisiaj studenci mają do dyspozycji niemalże wszystkie biblioteki świata, wydawnictwa, redakcje czasopism naukowych, które udostępniły swoje zbiory w ramach Open Access. Młodzież akademicka ma zatem luksusowe warunki do autentycznego studiowania. W naukach przyrodniczych prace licencjackie są na moim uniwersytecie pisane właśnie na podstawie tylko najnowszych artykułów z najwyższej półki periodyków amerykańskich, brytyjskich, a nawet chińskich czy singapurskich.            

Niestety, nie ma szans, żebym zadał takie prace studentom na pedagogice, bo albo nie znają języków obcych, albo mają bardzo obniżoną samoocenę, brak wiary w to, że zrozumieją i będą potrafili skorzystać z zagranicznych źródeł wiedzy. Tym samym okres cenzury, niedostępności źródeł wiedzy dla mojego pokolenia został wyparty przez lęk, obawy, lenistwo, brak kompetencji czy zainteresowania młodych ludzi dotarciem do najnowszych źródeł wiedzy. 




Pozostaje mi zatem polskojęzyczna literatura, przy czym też jej dobór przez studentów jest pochodną ich gotowości do dotarcia do niej, zapoznania się z nią i pogłębienia własnej wiedzy tak, by mogli o sobie powiedzieć, że przynajmniej na tej podstawie są już znawcami problematyki badawczej. Króluje jednak redukcjonizm działań, wysiłku umysłowego, w tym twórczego i krytycznego. 

Ma to zapewne swoje różne przyczyny, wśród których sa także nasi nauczyciele akademiccy. Reforma szkolnictwa wyższego i nauki z 2018 roku określana mianem Konstytucji 2.0 prowadzi na skraj przepaści uniwersytecką dydaktykę. Uczelnie państwowe chcą/muszą bowiem zabiegać o status najwyższej rangi uczelni badawczych, który uzyskują tylko dzięki osiągnięciom naukowym swoich pracowników. 

Każdy naukowiec przypisany do liczby N musi wykazać się najwyżej punktowanymi publikacjami, a nie także jakością osiągnięć dydaktycznych. Moi współpracownicy nie mają wyjścia. Albo będą prowadzić badania i publikować ich wyniki w naukowych, najlepiej zagranicznych czasopismach (za minimum 140 pkt.), albo spadniemy do rangi B lub C w procesie ewaluacji reprezentowanej dyscypliny naukowej. Funkcjonujemy w grze o sumie zerowej w ramach której, żeby wygrać, ktoś (inny lub także my sami) musi na tym stracić. 

Do czego mamy uczyć naszych studentów? Do bycia w przyszłości badaczami? Czy może do twórczego, refleksyjnego, transformatywnego funkcjonowania w przyszłej roli zawodowej? W tym drugim przypadku muszą mieć wiedzę i umiejętności w zakresie diagnozowania procesów w przyszłym środowisku zawodowym lub aktywności publicznej. Jeśli mieliby zostać naukowcami przez przygotowywanie się do podjęcia studiów III stopnia w szkole doktorskiej, to tym bardziej potrzebują więcej czasu i możliwości praktycznych do uczenia się przez działanie, w działaniu pedagogicznym. 

Jak mają wywiązać się z takich zadań, skoro przewidziano w toku studiów kilkadziesiąt przedmiotów, w większości teoretyczno-refleksyjnych, ale pozbawionych możliwości praktykowania wiedzy, by tak jak mają z tym do czynienia studenci medycyny, mogli sprawdzić się w warunkach terenowych, w konkretnych środowiskach społeczno-oświatowych, edukacyjnych, formalnych czy pozaformalnych. Na to nie ma ani czasu, ani środków. 

Tymczasem w okresie PRL miałem obowiązkowy, dwutygodniowy obóz badawczy, który nie mógł odbywać się w miejscu zamieszkania i istnienia uczelni. Trzeba było nauczyć się pokonywania trudności w obcym terenie, a nie tylko merytorycznie i metodologicznie przygotować się do badań naukowych w obcym miejscu. Uniwersytet pokrywał koszty dojazdu, zakwaterowania i wyżywienia studentów, dzięki czemu można było być pewnym, że przynajmniej tego typu bariery nie staną na przeszkodzie do realizacji zadań (auto-)dydaktycznych.   

W roku 2022 studiujący uciekają z diagnozą do sieci internetowej, w której starają się pozyskać respondentów do swoich badań. Coraz więcej placówek, instytucji państwowych i samorządowych, wyznaniowych i społecznych odmawia przyjęcia studentów, bo a nuż zobaczą to, czego nie widziały władzy gały. Co gorsza, ich krytyczna wiedza może zniechęcić do podjęcia w przyszłości pracy w jednym z takich miejsc.  

Mojego studenta przeganiają od Annasza do Kajfasza, byle tylko zniechęcić go do zainteresowania się środowiskiem oświatowym, z którego członami kontakt jest mu niezbędny do przeprowadzenia obserwacji i wywiadów. Czas biegnie w swoim tempie, ale dla studentów ma on swoje granice. Muszą zdążyć, bo inaczej nie zaliczą semestru, roku, a nawet studiów, a przecież chcą i są gotowi do działań nawet w minimalnym wymiarze. 

Jeszcze trochę potrwa wojna polsko-polska, a trzeba będzie mieć poparcie sekretarza partii, by wpuszczono studenta do danej instytucji czy środowiska. Wrócimy do rozwiązań z czasów PRL? Być może zagości nowa forma cenzury ideowo-politycznej?  


29 czerwca 2022

Czego możemy spodziewać się w polskiej edukacji w 2022 roku?

 



  


Na to pytanie odpowiadałem jednoznacznie, że możemy spodziewać się kontynuacji deformy szkolnej. Jak szkoła ma być uczącą się wspólnotą nowoczesnej edukacji, skoro wciąż obowiązuje w niej posłuszeństwo dyrektorów szkół wobec kuratorium oświaty, nauczycieli wobec dyrektorów szkół, „małych” uczniów wobec „wielkich” pedagogów, słabszych wobec silniejszych, podwładnych wobec zwierzchników? W sieci krąży mnóstwo memów, które trafnie oddają najbardziej argonackie wypowiedzi resortowego ministra i jego zastępców.  

Jakiś internetowy pseudooświatowiec astronomiczny uważa, że nie mam prawa wypowiadać się na temat szkoły i edukacji, gdyż nie prowadzę badań w tym zakresie. Jak siedzi w domu na emeryturze, niczego nie czyta poza tym, co się znajdzie na portalach  internetowych, a przy tym wylewa żółć nienawiści za własne niespełnione akademickie aspiracje, to wypisuje takie bzdury. Nie pozostaje nic innego, jak tylko współczuć komuś, kto jest ofiarą własnego nieudacznictwa i polityki oświatowej wielu ministrów.      

Po 33 latach budowania państwa prawa na zasadach ustroju demokratycznego, już tylko oświata opiera się jego procesom, ale i prawo zostało w nim zinstrumentalizowane politycznie przez partię władzy. Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, że instytucje powszechnego kształcenia, które powinny być „kołem napędowym” przemian społeczno-ustrojowych i kulturowych, stają się inhibitorami reform, czyli czynnikiem opóźniającym zaistnienie zmian. Pomimo przesłanek prawnych, jakie udało się wprowadzić do oświatowego ustawodawstwa w III RP ogromny wysiłek i podziemna walka czołowych przedstawicieli świata kultury, nauki i edukacji w okresie PRL nie zostały właściwie wdrożone w życie.

Akceptowana i wdrażana przez także obecną formację polityczną zasada zwiększania poziomu autokratyzmu władzy, zastraszania nauczycieli, dyscyplinowania uczniów i wycofywania się z dotychczasowych reform o charakterze nie tyle liberalnym, co warunkowanych rozwojem nauki, trafia w podzielonej Polsce na podatny grunt. Nie jest bowiem prawdą, że w ciągu trzech dekad transformacji ustrojowej doszło w polskiej oświacie do rozprzężenia systemu wartości, anarchizacji zachowań uczniów czy zaniedbań dydaktyczno-wychowawczych. 

Nie przypominam sobie, by którakolwiek z ekip rządzących tak właśnie formułowała naczelne cele swojej polityki oświatowej jak czyni to obecna władza. Polska szkoła jeszcze nie wyszła z pozostałości po systemie totalitarnym okresu PRL, a już powraca w rozwiązaniach oświatowych do sprawdzonych w minionym ustroju rozwiązań organizacyjnych, choć osadzonych w odmiennym systemie wartości. Współczesna, polska szkoła jest społecznością pozornie solidarną, gdyż częściej jednoczy ją strach i przymus, pozór i nuda, wypalenie zawodowe nauczycieli i zniechęcenie uczniów do uczenia się, aniżeli zjednoczenie sumień, autentyzm działań, dobra wola, profesjonalizm i wspólnota ludzkich serc. 

O ile wcześniej nauczyciele i dyrektorzy szkół nie chcieli pogodzić się z możliwością przenikania do szkół demokracji uważając, że nie są one do tego powołane, o tyle teraz będą angażowani na rzecz autokracji i indoktrynacji. Nadal o sprawach uczniów stanowić się będzie bez ich aktywnego i rzeczywistego udziału (o nich bez nich), lekceważąc także najważniejszych rzeczników ich interesów i potrzeb, jakimi są ich rodzice. Ci bowiem też mają niewiele w szkole do powiedzenia poza przyzwoleniem (ukrytym naciskiem) władzy na materialne ratowanie instytucjonalnego ubóstwa i nędzy infrastrukturalnej w szkole publicznej. 

Nauczyciele nie uzyskali samorządności własnej grupy zawodowej, naiwnie licząc na załatwienie ich spraw przez związki zawodowe oraz nieskutecznie prowadzone akcje strajkowe. Najlepsi, najbardziej wrażliwi, krytyczni i kreatywni pedagodzy będą mogli odejść ze szkół na wcześniejsze emerytury, by swoją postawą nie denerwować władzy. Niska płaca skutkuje niską motywacją, a zatem (prze-)trwaniem w zdewastowanym przez Annę Zalewską systemie szkolnym.

 


28 czerwca 2022

Tradycje i przesunięcia w akademickiej andragogice



Wczorajsze obrady plenarne IV Zjazdu Andragogicznego zbiegły się z 42-leciem łódzkiej szkoły naukowej badań andragogicznych i geragogicznych oraz dwudziestoleciem kierowania zespołem naukowym w tej dyscyplinie nauk pedagogicznych przez  prof. Elżbietę Kowalską-Dubas

Uczciliśmy minutą ciszy odejście w okresie między Zjazdami Andragogicznymi profesorów: Olgi Czerniawskiej, Józefa Półturzyckiego i Lucjana Turosa.    

W części plenarnej reprezentował środowisko klasyków polskiej andragogiki w nurcie badań teriopoznawczych, paradygmatycznych jako fundamentalnych dla badań empirycznych i praktyk oświatowych prof. Mieczysław Malewski.  W swoim wystąpieniu skoncentrował uwagę na ewolucji kulturowej w toku dziejów wyrażającej się przejściem od mądrości (w czasach starożytnych), przez zastąpienie ją w Oświeceniu wiedzą ku dominującej w obecnych czasach informacji.

Kto ma informację, ten ma władzę. Nie znaczy to, że ma wiedzę, ani tym bardziej mądrość. Ktoś skomentował w czasie przerwy, że kto wie, czy to nie ze wstydu zapaliła się w czasie tego wystąpienia jedna z hal produkcji informacji w TVP... . 

Zdaniem M. Malewskiego za wiekowymi zmianami nie nadążają słowniki andragogiczne, skoro są takie pojęcia jak: uczące się organizacje, całożyciowe uczenie się, uczące się społeczeństwo, ale... nie ma w nich kategorii: społeczeństwo wiedzy

Określenie to jednak nie musi występować w andragogicznych słownikach, skoro jest w Wikipedii i kluczowych podręcznikach do socjologii. Ktoś zadbał o to, by o nim nie zapomniano. To, że nie ma w rzeczywistości społeczno-politycznej "społeczeństwa mądrości", to widzimy na co dzień. Gdyby takie miało istnieć, to chyba tylko jako utopijna lub dystopijna wspólnota mędrców. 

Dla M. Malewskiego pojęcie (...) społeczeństwo wiedzy mogłoby jednak zaistnieć w słownikach andragogicznych, gdyż jest znaczeniowo najszersze (w triadzie: mądrość-wiedza-informacja), stanowiąc ramę epistemologiczną dla wszystkich pozostałych kategorii pojęciowych współczesnej andragogiki. 

Dlaczego tak się stało, że nie operujemy już tym terminem? Otóż, kiedy ono się pojawiło, jego koncepcja była już przebrzmiała. W uniwersytetach nie ma już szlachetnego konserwatyzmu, dostojeństwa mądrości, którą przed wielu laty reprezentowali jeszcze przedwojenni profesorowie. Epistemiczną epokę mądrości starożytnych wyparła oświeceniowa epoka wiedzy, która odchodziła od tradycji tracąc swój humanistyczny blask, głębię, troskę o dobro wspólne. 

Miejsce wiedzy zajęła informacja, zyskując status starożytnej arche, która zapoczątkowała filozofię (za M. Hetmańskim). W konsekwencji następuje dewaluacja wartości i wiedzy, a intelektualiści tracą swoją centralną pozycję. Zamiast społeczeństwa wiedzy żyjemy w społeczeństwie informacji, przy czym dodałbym, że także pseudowiedzy i dominacji propagandy na użytek wojny polsko-polskiej, którą prowadzą w naszym kraju główne siły polityczne.  

Żyjemy zatem w epoce władztwa informacyjnego, którego dysponenci - choć nie wybrzmiało to w żadnym stopniu w referacie M. Malewskiego - mogą w przemyślany sposób użyć do sterowania społeczeństwem. Informacja stała się bowiem wartością przeliczalną na zyski lub straty dla tych, którzy mają do niej dostęp i mogą ją wykorzystać do realizacji własnych interesów. Społeczeństwo informacji nie jest już społeczeństwem wiedzy, gdyż do tego stadium nie zdążyło dojrzeć ze względu na dynamiczny rozwój technologii komunikacyjnych, a dzięki nim także względnie powszechny dostęp do wiedzy, ale już dla nielicznych.


Tym kwestiom poświęciła uwagę prof. Ewa Solarczyk-Ambrozik (UAM) wskazując na tzw. cichą rewolucję edukacyjną ze względu na dostrajanie się szkolnictwa wyższego, zawodowego i instytucji społecznych do potrzeb, oczekiwań oraz wymagań rynków pracy. Referująca użyła kategorii "adekwatności edukacyjnej" wskazując na jej znaczenie ze względu na zachodzące zmiany w gospodarce, ale i w instytucjach społecznych czy oświatowych.  Fenomen ten odzwierciedla sprzeczność między edukacją rozumianą jako wyrównywanie szans a edukacją rozumianą jako źródło nierówności społecznych. 

Faktem jest, że w gospodarce, transporcie, komunikacji, mediach czy nawet usługach mamy do czynienia z cichą rewolucją. Ta jednak nie zaistniała w polityce, w sposobie sprawowania władzy przez kolejne formacje rządzące, których liderzy od lat zdają sobie sprawę, że jeśli społeczeństwo będzie pozbawione dostępu do szerokoprofilowej wiedzy i kluczowych dla podejmowania decyzji informacji, tym łatwiej będzie nawet przy tak otwartym dostępie do różnych źródeł wiedzy i informacji manipulować nim, by powiększać własny elektorat oraz dobra niedostępne dla wszystkich.                      

Rolą edukacji jest jednak - jak stwierdziła E. Solarczyk-Ambrozik - dostarczanie wiedzy i kształtowanie umiejętności, które są kluczowe do godnego życia, zgodnego ze standardami w tych czasach. Wiąże się to z możliwością uzyskania niezbędnej wiedzy i dostępu do praktyki koniecznej także do własnego rozwoju. Dlatego tak ważna jest jakość oferowanych różnym pokoleniom programów edukacyjnych.  Zapewne niektóre z nich były przedmiotem szczegółowych obrad i dyskusji w sekcjach, bowiem konferencje to mają do siebie, że referujący mają zawsze za mało czasu na własną wypowiedź. 

Na szczęście wiele kwestii można było doprecyzować w czasie kuluarowych spotkań, rozmów, gdyż piękna a upalna pogoda pozwoliła uczestnikom obrad na nocne Polaków rozmowy. Zapewne treść referatów i doniesień z badań będzie opublikowana na łamach wielu czasopism andragogicznych. Wówczas będziemy mogli znaleźć odpowiedź na pytanie: 

Czy andragogika trzeciej dekady XXI wieku sprzyja nie tylko trosce o ochronę życia ludzi na Ziemi w epoce antropocenu, o której  mówiła prof. Agnieszka Stopińska-Pająk, ale także czy w ramach kształcenia dorosłych na rzecz zrównoważonego rozwoju poradzimy sobie z zagrożeniem wojennym, w tym także z fake newsami. O tych ostatnich mówił prof. UŁ Arkadiusz Wąsiński.        


Podzielę się jeszcze jedną, dobrą informacją, że na prezeskę Akademickiego Towarzystwa Andragogicznego została ponownie wybrana prof. UMK Hanna Solarczyk-Szwec. Zapewni to kontynuację działań i projektów, które stanowiły podstawę poprzedniej kadencji, ale okres pandemii zablokował lub osłabił urzeczywistnienie niektórych z nich.  


Ps.
W ostatnim zdaniu wprowadziłem fake newsa, by sprawdzić zasadność obaw A. Wąsińskiego, ale dostrzegła go 29.06.  tylko p. Prezes. To znaczy, że zjawisko jest groźne.


 

    

27 czerwca 2022

IV Zjazd Andragogiczny w Łodzi o edukacji na rzecz zrównoważonego rozwoju




Prof. dr hab. Elżbieta Dubas - kierowniczka Katedry Andragogiki i Gerontologii Społecznej Uniwersytetu Łódzkiego kieruje tegorocznym wydarzeniem naukowym, które odbędzie się w dn. 27-28 czerwca 2022 roku. IV Zjazd Andragogiczny jest zarazem jedną z najważniejszych debat polskich andragogów w kraju. Jak informuje się w poprzedzającym obrady komunikacie:

W czasach niezwykle intensywnych i, co szczególnie trudne, zaskakujących przemian, jakim podlega współczesna cywilizacja i życie każdego człowieka z osobna, trzeba myśleć o edukacji dorosłych. Namysł nad edukacją dorosłych, jak i w ogóle edukacją, jest konieczny jako część humanistycznego namysłu nad człowiekiem: jego jednostkowym życiem, ziemską egzystencją a nawet kosmicznym umiejscowieniem. Pytania o edukację dorosłych to kluczowe pytania w dobie intensywnych przemian i niepewności. 

Eduakcja dorosłych może bowiem towarzyszyć człowiekowi dorosłemu w czasach wirowania znaczeń, niepewności sensów i cywilizacji „nad przepaścią” czy na „bezdrożu”. Pytania, które stają przed uczestnikami IV Zjazdu Andragogicznego, są zasadniczo bardzo trudne, ponieważ obok zapytań o samą edukację, są także pytaniami o (zmieniającą się?) istotę człowieka, człowieczeństwa i ludzkiej egzystencji. Pierwsze z nich, stosunkowo najprostsze, dotyczą diagnozy współczesnej edukacji dorosłych: 

· Jaka jest współczesna edukacja dorosłych? Na ile realizuje jednostkowe potrzeby dorosłych i społeczne, także globalne oczekiwania? 

Te pytania wymagają jednak kontynuacji w odniesieniu do przyszłości, uwzględniając ich prognostyczno - futurologiczny kontekst: 

· Czy w ogóle edukacja dorosłych będzie dorosłemu jeszcze ( w przyszłym i trudnym do przewidzenia świecie) potrzebna? Jeśli tak, jaka edukacja może ułatwić mu życie w trudnych i nieprzewidywalnych czasach? 

Wreszcie, rodzą się pytania o charakterze aksjologiczno – wartościującym: 

· Jaka edukacja dorosłych byłaby w stanie towarzyszyć dorosłemu w czasach niepewności? Jaka edukacja dorosłych pozwoliłaby człowiekowi dorosłemu kreować świat jego życia wypełniony sensem?

Pragnę przy tej okazji podziękować Rodzinie 
śp. prof. dr hab. Olgi CZERNIAWSKIEJ 
za przekazanie naukowcom - andragogom i geontologom  Wydziału Nauk o Wychowaniu UŁ części prywatnych zbiorów  bibliotecznych. Ten niezwykły dar posłuży kolejnym pokoleniom uczonych do prowadzenia dalszych badań z uwzględnieniem treści  gromadzonych przez wiele lat książek i czasopism z wkładem Mistrzyni i Uczniów w rozwój m.in. łódzkiej szkoły naukowej andragogiki i gearagogiki pedagogicznej.   

 


26 czerwca 2022

Docenci i profesorowie po słowackich tytułach nie dadzą o sobie zapomnieć?


 


 

    Kończąc monografię na temat turystyki habilitacyjnej Polaków na Słowację w latach 2006 - 2016 napisałem: 

Tymczasem czas zakończyć studium turystyki habilitacyjnej, której skutki już są widoczne, ale będą jeszcze bardziej odczuwane za kilka lat. Wówczas będzie można sięgnąć do źródeł, by odpowiedzieć sobie na pytania: Po co im to było? Komu i czemu służyło? 

Od 1 czerwca 2016 r. zainteresowani upełnomocnieniem w kraju słowackich habilitacji bądź profesur muszą nostryfikować swoje dyplomy, wydane na Słowacji już po tym terminie, w jednostkach dysponujących odpowiednimi uprawnieniami do nadawania stopnia doktora habilitowanego oraz opiniowania wniosków o nadanie tytułu naukowego profesora w adekwatnej do dorobku naukowego dyscyplinie i dziedzinie nauk. Nieuczciwi lub nierzetelni naukowo nauczyciele akademiccy – nie tylko z Polski, ale także z Republiki Czeskiej – doprowadzili do tego, że naukowcy sumiennie współpracujący ze słowackimi uniwersytetami utracili szansę kontynuowania starań awansowych w ramach uprzedniej umowy. 

Teraz nadchodzi czas prawdy, odsłony realnych osiągnięć naukowych. Wśród niektórych nauczycieli akademickich w Polsce i na Słowacji, którzy byli zaangażowani w awans u naszych południowych sąsiadów znalazłem nie tylko akceptację dla potrzeby przeciwstawienia się temu procederowi, ale i pomoc przy ujawnieniu wielu faktów oraz pozyskaniu materialnych dowodów w sprawie. 



Jak to dobrze, że minister Jarosław Gowin zamknął granice dla tego typu przypadków. Szkoda, że ci, którzy habilitowali się na Słowacji rzetelnie, na podstawie podoktorskiego dorobku naukowego, mają z powodu takich zdarzeń mniejsze poczucie satysfakcji. Rząd Republiki Czeskiej anulował podobne porozumienie z rządem Republiki Słowackiej już w 2014 r. i nie uznaje słowackich tytułów naukowo-pedagogicznych docenta i profesora. Głównym powodem podjęcia takiej decyzji stał się fakt, że na Słowacji można je było uzyskać z kierunków kształcenia, które nie występują w Czechach. Dlaczego podobnie nie zareagowano w Polsce, skoro największy problem tworzą ci akademicy, którzy uzyskali słowacką docenturę nie z dyscypliny naukowej, ale kierunku kształcenia? 

Już Monteskiusz pisał, że „[…] istnieją dwa rodzaje zepsucia: jedno, kiedy lud nie przestrzega praw; drugie, kiedy same prawa przynoszą ze sobą zepsucie. To zło jest nieuleczalne, bo tkwi w samym lekarstwie”. Dobrze zatem się stało, że skoro nie potrafiliśmy, jako środowisko naukowe, powstrzymać turystyki habilitacyjnej w jej patologicznym wymiarze, to znalazł się wreszcie rząd, który przeciął te praktyki. 

Jak się okazuje, powyższe praktyki zostały zablokowane sześć lat temu, ale... . Na jaw wychodzą sprawy, które w jakiejś mierze są niepokojącym stanem nauki i szkolnictwa wyższego w kraju. "Habilitacyjne Eldorado" nabrało nowego wymiaru - jak twierdzą autorzy  artykułu w najnowszym tygodniku NEWSWEEK.  

 


Zadzwonił do mnie młody pracownik naukowy pytając, czy czytałem artykuł o Collegium Humanum. Nie czytałem i nie przeczytam, bo losy słowackich profesorów i docentów są widoczne na co dzień w wielu państwowych i prywatnych uczelniach oraz szkołach wyższych. Widzę, jak wiele jest naukowej fikcji, pozoranctwa, pseudonaukowych tekstów i referatów u wielu osób z dyplomami po Rużomberoku czy innych szkołach  wyższych na Słowacji. 

Akademickie środowisko nie reaguje, nie przeciwstawia się temu, nie odsłania "lipy", a ministerstwo przykłada do tego rękę.  

Mogłem z wsparciem wielu uczonych oraz dzięki odwadze politycznej byłego wicepremiera Jarosława Gowina doprowadzić do zablokowania turystyki habilitacyjnej i profesorskiej na Słowację. Od połowy 2016 roku reszta należy do uczonych w gremiach krajowych, uczelnianych, wydziałowych, w naszym resorcie, a nawet w strukturach PAN-owskich. 

Nie ma co przerzucać sprawstwa w zakresie demaskowania patologicznego stanu polskiego szkolnictwa wyższego i nauki na dziennikarzy.  Oni mogą co najwyżej informować społeczeństwo o tym, co się dzieje "za zamkniętymi drzwiami". Jednak to konkretne społeczności akceptują taki stan rzeczy.  Ktoś pamięta sprawę plagiatu b. rektora Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Targu - ks. dr.hab. Stanisława Gulaka?  

 




  

25 czerwca 2022

Celowa polityka MEiN wymiany kadr oświatowych i naukowych

 

Jeśli ktoś sądzi, że nieodpowiedzialna wypowiedź ministra czy któregoś z jego wiceministrów jest lapsusem, czymś, co przypadkowo wymknęło się im z ust, to jest w błędzie. Od 2015 roku obowiązuje polityka radykalnego odwrócenia teleologii kształcenia i wychowania, a zatem trzeba doprowadzić do usunięcia ze szkół, w tym także z uczelni państwowych wszystkich tych nauczycieli i nauczycieli akademickich, którzy byli wykształceni na pograniczu ustrojów politycznych, a szczególnie w paradygmacie lewicowej i liberalnej ideologii edukacyjnej. Jak pisał krytyk teorii literatury Stanley Fish: Wygraj język, a wygrasz w polityce. W demokracji bowiem propaganda jest tylko częścią rzeczywistości przedstawionej, ale kontrolowanej społecznie, a w totalitaryzmie jest jej sercem. 

Jeśli jeszcze ktoś się łudzi, że tak nie jest, to polecam studia z makropolityki (nie tylko)  oświatowej. Obejmujące rząd kolejne formacje polityczne stosują od przeszło trzydziestu lat planowe oddziaływanie na psychikę ludzi za pomocą bodźców o charakterze informacyjnym, które mają przekonać ich o słuszności określonego programu politycznego lub wykazać niesłuszność innego programu. 



W debacie publicznej każda władza odwołuje się wyłącznie do sądów potocznych takich, jakie są jej niezbędne nie po to, by dociekać jakiejkolwiek prawdy o szkolnej rzeczywistości, ale by ją naznaczyć językiem zrozumiałym i czytelnym dla większości polskiego społeczeństwa, a więc językiem typowym dla potrzeb propagandy politycznej. Kolejni ministrowie czynili wszystko, co w ich mocy, by:

- utrzymywać nauczycielski stan w permanentnej zależności od łaski lub niełaski partii władzy (każdej partii władzy) i w każdym zakresie; 

- zapomnieć o solidarnościowych zobowiązaniach tak w ramach sierpniowych Porozumień (1981), jak i Okrągłego Stołu, podważając ich status i zasadność aksjonormatywnych przesłanek;

- zniszczyć  niepożądane normy w świadomości społecznej w wyniku prowadzonej wszelkimi środkami walki politycznej;

- spychać do sfery życia prywatnego idee opozycyjnych środowisk, ograniczając ich przedstawicielom możliwości społecznego oddziaływania w myśl zasady rewolucji moralnej;

- doprowadzić stopniowo do odwrócenia znaczeń dotychczas dominujących idei, teorii, narracji, itp.   

 - utrzymywać w stałym konflikcie relacje między związkami oświatowymi, by tym samym można było blokować wszelkie formy potencjalnie skutecznego protestu nauczycielskich środowisk;

 


- skutecznie odmówić nauczycielom prawa do oddolnego, autorskiego wprowadzania do edukacji szkolnej innowacji dydaktyczno-wychowawczych;

- włączyć interesy wojny kulturowej, politycznej miedzy sprawującymi władzę a opozycją parlamentarną i pozaparlamentarną do jurydycznego i poddanego penalizacji zarządzania szkolnictwem włącznie;

- wykorzystywać sztucznie wytwarzane i zmanipulowane problemy oświatowe do niemalże codziennej autoprezentacji wybitności i troskliwości ministra edukacji i nauki, by tym samym wzmacniać i poszerzać elektorat partii władzy; 

- finansować pod pozorem zmian oświatowych działalność polityczną formacji rządzącej oraz radykalnie osłabiać dostęp do środków publicznych tych podmiotów, które jej jawnie nie popierają;          


(źródło: https://ciekaweliczby.pl/zarobki_nauczycieli/) 

- wzmocnić centralistyczne sterowanie edukacją, by pozbawić racji samorządność oświatową. Szkoła ma być państwowa, podporządkowana interesom partii rządzącej; 

- stosowanie przez ministrów propagandowych chwytów jest niezależne od ideologicznych podstaw partii władzy;    

utrzymywać społeczeństwo w permanentnej konfrontacji, dzięki której silny bierze wszystko, a słaby ma zginąć. Tu - swój, przyjaciel, a tam – tylko wróg; 

- odwoływać się w wypowiedziach publicznych do emocji, a więc także obrażać nauczycieli, pedagogów, naukowców, opozycjonistów, by niszczyć ich autortytet, by ich ośmieszać, ale także by niepokorni obrazili się i sami odeszli ze służby publicznej;

- "wyrabiać" autorytety osobom, które nie mają kompetencji, ale mają  władzę; 

- dezorganizować prowadzenie badań naukowych dotyczących powyższych kwestii, w tym utrudniać ich finansowanie, by nie docierała do społeczeństwa wiedza o stanie edukacji i nauki; 

- pozyskiwać ze stopniami i tytułami naukowymi usłużnych komentatorów polityki władzy, mających za zadanie utrzymywanie społeczeństwa w fałszywej świadomości;  

- doprowadzić podmioty społeczne, pozarządowe do samoograniczenia i samozniszczenia.