sobota, 31 marca 2012

Absurdy szkolnictwa wyższego na Słowacji, ale nie tylko...


to tytuł książki Jána Dudáša, który wydał w 2011 r. niezwykle interesujące studium socjo-pedagogiczne o szkolnictwie i kształceniu na terenach Europy, w tym szczególnie poświęcając jedną część tej problematyce na Słowacji od średniowiecza aż po współczesność.

Mnie zainteresowała ostatnia część tej publikacji, dotycząca absurdów szkolnictwa wyższego w tym kraju po 1989 r., które doprowadziły do kulturowej degradacji edukacji i całego szkolnictwa. Autor ujawnia przy tym kulisy polityki edukacyjnej nowej władzy, która dogadała się z funkcjonariuszami byłej partii komunistycznej nie po to, by dokonać w kraju rewolucji czy przewrotu, ale by kontynuować zasadę: "Kto nie kradnie, to okrada własną rodzinę". (s. 190) To przysłowie cytowali w kuluarach byli działacze partii rządzącej doby totalitarnej.

Wszyscy ci, którzy wykładali marksizm i leninizm oraz tzw. naukowy komunizm, po słynnej "aksamitnej rewolucji" otrzymali w darze od nowej władzy dostojne stanowiska docentów i profesorów w blasku nowych dyscyplin nauk społecznych - socjologii, kulturoznawstwa, politologii itp. Wśród nich wielu było tajnymi funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, która liczyła w 1990 r. - 15 tys. osób. Większość tych działaczy zachowano na funkcjach kierowników katedr w szkolnictwie wyższym, a niektórym zaoferowano szybki awans, określany mianem "docentskej rychlovki", czyli "przyspieszonej docentury" (odpowiednik polskiej habilitacji), kiedy to już po roku od uzyskania stopnia magistra, nawet bez doktoratu, uzyskiwały one samodzielność akademicką.

Przyjęte w 1990 r. nowe prawo o szkolnictwie wyższym (tak samo jak w Polsce) zabezpieczało te osoby aż do osiągnięcia wieku emerytalnego. To oni stawali się gwarantami dla prowadzenia przez uczelnie kierunków studiów i przeprowadzania awansów naukowych. Życie szkół wyższych zostało oddane w ręce mafii, loż i innych struktur, ale w małym stopniu samych nauczycieli akademickich. (s. 202) Do dnia dzisiejszego rzeczywiste osiągnięcia naukowe nie są brane pod uwagę przy mianowaniu w uczelniach kandydatów na kierowników katedr. Wśród nich są bowiem tacy, którzy pełnią funkcje w wyniku rozstrzygnięć dziekanów i innych osób czy przewodniczących komisji konkursowych, a zostali namaszczeni przez władze (zasada bizantyjska).

Absurdem stało się wprowadzenie kształcenia blokowego, czyli niestacjonarnego, które sprowadza się do organizacji zajęć studentom niestacjonarnym w weekendy. Takie rozwiązanie miało już miejsce w okresie socjalizmu. Autor wymienia wśród uczelni sprzyjających degradacji edukacji akademickiej Katolicki Uniwersytet w Rużomberku i Techniczny Uniwersytet w Koszycach, gdzie łamane były wszelkie zasady higieny pracy umysłowej. Tak podstępne rozwiązania podtrzymywane były przez wydziałowych funkcyjnych, byle tylko jak najwięcej na tym zarobić. (s.203)

Kolejne nowelizacje ustaw w szkolnictwie wyższym (1994, 1996, 1997) doprowadziły do podziału szkół wyższych na państwowe i niepaństwowe wraz z przyznaniem im prawa do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Zarządzanie uczelniami zostało przesunięte z akademickiego senatu na organ władzy jednoosobowej, jaką jest rektor czy dziekan. Także zatwierdzanie programów kształcenia zostało odebrane senatom, a przekazane radom wydziałów. Wprowadzenie trzystopniowego modelu kształcenia na wzór brytyjskiego systemu, a wzmocnione bezkrytycznym przyjęciem przez władze wszystkich państw postsocjalistycznych Deklaracji Bolońskiej, miało tylko jeden powód - polityczny. Chodziło o to, by osłabić zainteresowanie młodzieży jednolitym kształceniem magisterskim, na rzecz kształcenia bakalarskiego (odpowiednik naszego kształcenia licencjackiego). Ma to miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie 70% osób kończy studia I stopnia, z czego tylko 30% je kontynuuje na poziomie studiów magisterskich, zaś 10% może podejmować studia doktoranckie - III stopnia. Ukrytym celem takiego rozwiązania było to, by nie łożyć tak dużych nakładów na pełen cykl edukacji akademickiej z budżetu państwa oraz by absolwenci studiów I stopnia jak najszybciej znaleźli się na rynku pracy. (s. 204)

Innym absurdem jest "zabetonowanie funkcji kierowniczych" w ramach tzw. kadencyjności władz dziekańskich. Prawo określało wprawdzie maksymalny czas 2x4 lata dla dziekanów, ale wystarczyło, że ktoś po dwóch kadencjach przeszedł na funkcję prodziekana, by mógł być znowu u władzy na wydziale w okresie 2 x 4 lata. W grę wchodziło jedynie dogadanie się w parach (dziekan-prodziekan), by możliwe było trwanie u władzy przez 16 kolejnych lat.

"Szycie stanowisk uczelnianych pod siebie" - jako kolejny rodzaj absurdu akademickiego - to nic innego, jak prawne zagwarantowanie mianowania na stanowiskach docentów i profesorów osób, które mają koneksje, w tym także tzw. "marnych docencików" czy "funkcyjnych profesorów". Wreszcie, na co zwraca uwagę autor wspomnianej rozprawy, zmiany w szkolnictwie wyższym na Słowacji nie mają nic wspólnego z tym, co ma miejsce w krajach parlamentarnej demokracji, gdzie na pierwszym miejscu funkcjonowania uniwersytetu jest jakość badań naukowych, dalej nauka, a z tego dopiero wynikający proces kształcenia. Na Słowacji, ale także w Polsce, te procesy odwrócono. Na pierwszym miejscu stawia się proces kształcenia, bez względu na to, kto w nim uczestniczy jako edukator, jaki sam reprezentuje poziom, potem dopiero są brane pod uwagę w finansowaniu szkolnictwa wyższego - nauka i badania naukowe.

Kolejnym absurdem jest na Słowacji radykalny spadek poziomu wiedzy i moralności wśród studentów szkół wyższych. Z badań wśród młodzieży akademickiej tego kraju wynika podział młodzieży na dwie grupy: pierwszą, a przy tym najliczniejszą (70-80%) reprezentują ci, którzy przyszli na studia tylko i wyłącznie po dyplom, drugą zaś, jakże nieliczną (ok. 20%) reprezentują osoby zainteresowane nie tylko dyplomem, ale przede wszystkim uzyskaniem wiedzy i umiejętności. Nastała zatem doba kształcenia uniwersyteckich dyletantów.

Profesorowie oszuści - masowy wyrób neoprofesorów i psuedoprofesorów - to kolejny absurd okresu transformacji w tym kraju. Są w tej grupie "zręczni rzemieślnicy", ale i plagiatorzy, osoby stosujące podwójne kryteria oceniania dorobku naukowego (inne, łatwiejsze dla osób z grupy tzw. "swoich") i mające podwójną moralność. Wystarczyła taka nowelizacja prawa, by niektóre osoby mogły "obejść" niektóre kryteria wymagane na habilitację czy profesurę, zastępując je np. pełnieniem funkcji kierowniczych w uczelni. Każdy wydział mógł bowiem mieć własne kryteria do uznawania czyjegoś dorobku za wystarczający do powyższego awansu.(s. 216)

Niebywały jest - zdaniem autora tej książki - wzrost na Słowacji zjawiska nieuczciwości akademickiej, plagiatorstwa i korupcji. Biorąc pod uwagę badania w środowisku akademickim tego kraju - Ján Dudáš wymienia następujące typy profesorów:

1) profesorowie de jure i de facto - to z osiągnięciami porównywalnymi do kolegów z państw zachodnich ;

2) profesorowie tylko de jure, ale już nie de facto - nielegitymujący się odpowiednim dorobkiem naukowym;

3) profesorowie pająki - osadzeni w pajęczej sieci kolesiów;

4) profesorowie karpaccy - to profesorowie z "osiągnięciami" typu udział w konferencjach na ternach górskich (Karpat) i publikujący w tzw. "karpatskich" czasopismach, czyli lokalnych, prowincjonalnych;

5) profesorowie aż po Hornad, czyli tacy, których osiągnięcia nie przekraczają granic własnej szkoły wyższej.
(s. 218)

Akademicki skandal goni na stronach tej książki jakiś absurd za absurdem, toteż trzeba mieć dużą odporność psychiczną, by spokojnie ją czytać, jeśli zna się Słowację i także uczciwych uczonych tego kraju. Autor niniejszej rozprawy sięga w swojej narracji do opisywanych (także w publicystyce czy publikowanych wyroków sądowych) naruszeń prawa, patologicznych a konkretnych przypadków osobowych i instytucjonalnych (uczelni). Kończy ją cytat z G. Orwella: "W czasach wszechobecnego kłamstwa mówienie prawdy jest działaniem rewolucyjnym" (s. 346)