piątek, 25 kwietnia 2014

Cyberprzestrzeń i światy wirtualne, konsekwencje osobowe, społeczne i kulturowe



(fot.1. Uroczyste otwarcie konferencji. Od lewej profesorowie : S.M. Kwiatkowski, J. Łaszczyk i M. Tanaś)






To frapujący tytuł interesującej konferencji ogólnopolskiej, jaką zorganizował zespół naukowy pod kierownictwem prof. APS dra hab. Macieja Tanasia w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie w dn. 24 kwietnia 2014 r. Szczególny wymiar akademickiej debacie nadali wybitni specjaliści nie tylko z nauk pedagogicznych, ale i nauk współdziałających, w tym nauk technicznych, nauk o sztuce, nauk o zarządzaniu i ekonomicznych. Na jednodniową sesję przybyli eksperci od mediów, cyberprzestrzeni, cyberkultury, pedagogiki kultury, pedagogiki szkolnej, psychologii mediów, itp. jak i profesorowie: Henryk Depta, Włodzimierz Gogołek, Maryla Hopfinger, Jan Madey, Janusz Morbitzer, Stanisław Juszczyk, ks. Janusz Miąso, Ryszard Pęczkowski, Maciej M. Sysło, Mirosława Wawrzak-Chodaczek oraz wielu młodych naukowców całego kraju. Całość debaty otworzył J.M. Rektor prof. APS dr hab. Jan Łaszczyk, a wsparli znaczenie problematyki cyberprzestrzeni w edukacji przedstawiciele centralnych urzędów władz państwowych z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej.


Debatę zainaugurował panel dyskusyjny pt. „Nauka o edukacji medialnej” z udziałem gospodarzy konferencji (S.M. Kwiatkowski,, A. Frączek, B. Śliwerski, M. Tanaś) i gości w osobach M. Hopfinger i J. Morbitzera. Jedyna w tym gronie kobieta wprowadziła uczestników debaty w genezę i ewolucję ludzkiej kultury w wyniku nieustannie toczącej się w toku dziejów gry między ciągłością a zmianą. Zwracała uwagę na niewłaściwe nadawanie przewagi któremuś z tych procesów, gdyż prowadzi to w swoich skutkach do wypaczeń. Nie można skupiać się tylko na przeszłości, lekceważąc nowoczesność, jak i na odwrót. Konieczne jest zachowanie równowagi między procesami przemian kulturowych , których kierunek wyznaczało przejście od oralności do piśmienności, od piśmienności do wizualności i od wizualności do wirtualności (od analogowej ku cyfrowej). Każda z tych zmian następowała w innym czasie, rytmie i z innym natężeniem, tworząc w każdej z swoich form nowy wymiar kultury, na którą nie można się obrażać.

Tym bardziej żadnej z tych przemian nie udało się powstrzymać, więc i cyfryzacja staje przed nami jako wyzwanie, zadanie do podjęcia w procesie socjalizacji, edukacji i (samo-) wychowania. Profesorowie A. Frączek i S.M. Kwiatkowski wskazywali na pozytywne strony Internetu i nowych technologii komunikacyjnych nie tylko w pierwszym okresie dostępu do nich przed kilkudziesięciu laty, kiedy pojawiła się pokusa, by zablokować młodym pokoleniom dostęp do niego i jego zawartości, ale także dzisiaj. Informatyzacja powinna iść w poprzek programów kształcenia szkolnego, a nie tkwić w strukturze jednego przedmiotu, gdyż dzieci, a młodzież w szczególności przychodzą do szkoły z elementarną już samowiedzą o posługiwaniu się komputerem czy innymi narzędziami elektronicznej komunikacji. Trzeba zatem umiejętnie kształcić z zastosowaniem mediów, także by wzmacniać poczucie bezpieczeństwa, redukować wykluczenie cyfrowe, integrować się międzygeneracyjnie, a wreszcie stosować media jako środek dydaktyczny do lepszego poznawania i rozumienia złożonych procesów i zjawisk w naszym świecie. Edukacja informatyczna nie powinna być zdominowana celami technicznymi, ale wzbogacać realizację celów społeczno-kulturowych.

(fot. 2. Paneliści. Od lewej prof. A. Frączek. S.M. Kwiatkowski i M. Hopfinger)


Prof. J. Morbitzer nakreślił własny model edukacji medialnej, sprowadzając go do skrótu PZU, czyli by media pozwalały nam świat lepiej POZNAĆ, ZROZUMIEĆ I UNIKNĄĆ ZAGROŻEŃ. Słusznie wskazał też na odzywającą się już coraz silniej potrzebę informatycznej detoksykacji, wprowadzania do naszego codziennego życia swoistej „diety cyfrowej”, by nie zatracić poczucia rzeczywistości i wartości, które kreują humanum. To właśnie na edukacji szkolnej ciąży szczególna odpowiedzialność, by nie zaniedbując nowe nowe media nie prowadzić zarazem do mediotyzmu, który to stan kulturowego ubóstwa sprzyja uległości osób wobec różnych rodzajów i źródeł manipulacji.

Mój głos w tym panelu poświęcony był właśnie mechanizmom manipulacji władzy III RP na przykładzie „sześcioletniej wojny o sześciolatków”. Wywołało to wśród części odbiorców niezwykle silne emocje, łącznie z wypowiedzią jednego z panelistów, iż naukowcom nie wolno wyrażać własnych poglądów. Antagonista przypisał sobie prawo do wyłączności wyrażania takowych zgodnie z tezą znaną mi z okresu PRL, że władzy w ogóle nie wolno krytykować. Niestety, po 25 latach wolności powraca u niektórych osób, także dyskutantów, tęsknota za jedynie słusznym poglądem na świat, także władzy. No, ale jak ktoś sam był urzędnikiem ministerstwa, to trudno, by nie przypisywał obecnej władzy nieomylności. W ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” (2014 nr 17, s. 29) Jan Wróbel - nauczyciel historii, publicysta, autor podręczników i książek na temat edukacji trafnie pisze, że dyskusja nad jednym, świętym, niepodzielnym i oczywiście państwowym podręcznikiem (...) w swej istocie dotyczy istoty pracy nauczyciela. Od niepamiętnych czasów króluje u nas przekonanie, że edukacja jest państwowa, uczniowie należą do państwa, do państwa należą też wykonawcy poleceń ministerstw z Warszawy, np. nauczyciele. Miarą jakości edukacji jest powszechność wdrażania (tfu!) schematów edukacyjnych narzucanych gminowi przez Tych, Którzy Wiedzą Lepiej. Od lat wraca też dawna peerelowska praktyka: dobry nauczyciel to nauczyciel posłuszny. Taki, który gorliwie wdroży.


Nic dziwnego, że każda tego typu wypowiedź, także moja analiza polityki oświatowej MEN, praca badawcza z wykorzystaniem naukowych kryteriów do analizy manipulacji politycznej władz oświatowych - natrafia na opór u osób nierozumiejących już tych procesów. Powiadają wówczas: „wiedza naukowca musi być zimna, chłodna, zdystansowana – TAK, ale już ocena rozpoznanego stanu rzeczy – NIE”. Jak stwierdziła jedna z osób: „Naukowcy nie są od tego, by wypowiadali swoje poglądy polityczne”, co przecież jest równoznaczne z prawem tej właśnie osoby do wypowiedzenia poglądu stricte politycznego, a usiłującej unieważnić język krytyki naukowej.


Nie mam już cienia wątpliwości, że musimy powrócić do badań, których celem będzie odczytywanie kłamstw władzy. W przeciwnym razie kłamstwo będzie zakorzeniać się nie tylko w strukturach zarządzania państwem, ale i mentalności części naszego społeczeństwa tylko dlatego, że władza za wszelką cenę stara się unieważnić manipulacją nie tylko kryteria poprawnego myślenia, logikę, ale i w taki sposób skrywać własne kłamstwa, by neutralizować ich negatywne skutki, unieważnić krytykę i rzeczywistość. Znakomicie odsłaniał przed prawie trzydziestu laty mechanizmy kłamliwego wobec narodu sprawowania władzy Piotr Wierzbicki w publikacji pt. Struktura kłamstwa (nie bez powodu wydanej naonczas w Londynie w Oficynie „ANEKS” w 1987 r.). Pisze w niej o tym, jak – niezależnie od ustroju politycznego państwa - wprowadza się w błąd opinię publiczną, by odwrócić jej uwagę od treści zwalczanych wypowiedzi ku osobom ich autorów oraz jak unieważniać system etyczny opozycji, odmienne poglądy na świat czy ważność norm moralnych i kryteriów poprawnego myślenia. Spróbujcie Państwo wykonać ćwiczenie mysłowe - jak powiedziałby F. Trentowski – i przyłóżcie sześcioletnią wojnę MEN o obniżenie wieku obowiązku szkolnego do mechanizmów wielkich kłamstw, a przekonacie się, że to działa. Może dlatego denerwuje tych, którym to uświadamiamy....

4 komentarze:

  1. Ile to już lat minęło, kiedy Marek Wroński zaczął pisać w „Forum Akademickim” artykuły o nierzetelności naukowej? Te kadry są nadal w szkołach wyższych.
    Tak pisał w 2009 r. w Forum Akademickim:

    "Niestety, mam wrażenie, że mało się w tym okresie zmieniło. Co więcej, polskie środowisko akademickie oraz decydenci naukowi są obojętni wobec coraz powszechniejszych i coraz bardziej bezczelnych kantów naukowych.
    Okazuje się, że nawet opisanie sprawy plagiatu habilitacji na łamach „Forum Akademickiego” (vide: sprawa dr. Henryka Budzenia) nie powoduje „ruszenia” tego skandalu. Na początku listopada 2005 prof. Budzeń został promotorem dwóch polskich doktoratów w Uniwersytecie Mateja Beli w Bańskiej Bystrzycy. Polski recenzent tych prac, prof. Henryk Bednarczyk z Instytutu Technologii Eksploatacji w Radomiu (dyrektor: prof. dr hab. Adam Mazurkiewicz), publicznie oświadczył przed tamtejszą słowacką Radą Wydziału, że moje zarzuty nie zostały potwierdzone przez dwie komisje uczelniane: jedną w Politechnice Radomskiej, a drugą w Akademii Świętokrzyskiej.
    Rzecz w tym, iż takich komisji nie było, a plagiat, który jest faktem, został potwierdzony nawet przez władze Uniwersytetu w Nitrze. Te jednak nie kwapią się podjąć działań, argumentując, że u nich nie ma prawa, które by pozwoliło odbierać nierzetelne stopnie doktorskie i habilitacyjne. Rektor tego uniwersytetu, prof. Daniel Kluvanec, jest nawet wiceprzewodniczącym Słowackiej Konferencji Rektorów i to on zatwierdził plagiatową habilitację dr. Budzenia oraz autoplagiatową (z doktoratu) habilitację dr. Andrzeja Słomki."
    I co pan panie profesorze na to?

    OdpowiedzUsuń
  2. O patologii w niektórych przypadkach na słowackich uniwersytetach pisałem już wielokrotnie. Mój obecny wpis dotyczył konferencji naukowej o cyberprzestrzeni, bardzo ciekawej, chociaż nie mogłem uczestniczyć w całości.. Proszę zwrócić się z tym pytaniem do pana M. Wrońskiego, który chętnie odpowie na tę kwestię, bo przecież kontynuuje cykl swoich analiz na łamach Forum Akademickiego dotyczących nieuczciwości akademickiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fragment komentarza ze strony: http://presscafe.eu/archives/8723:

    "Bardzo dziękuję za to spotkanie! Wczorajsza konferencja Cyberprzestrzeń i światy wirtualne. Konsekwencje osobowe, kulturowe i społeczne na Akademii Pedagogiki Specjalnej to wspaniały dowód, że moja praca ma sens. Na pewno ma sens mówienie o wychowaniu do mediów, o edukacji medialnej pojętej humanistycznie. Poza tym chwała organizatorom!
    Emocje to jedno, drugą sprawą jest nauka. W dyskusjach po sesji głównej dało się wyczuć pewnego rodzaju napięcie. Bo jest kłopot, czy można wypreparować edukację z bieżącego życia lub przestawiać dany koncept jako jedynie słuszą drogę postępowania. Prof. Śliwerski podejmując temat krytyki współczesnej edukacji w Polsce podał przykłady z obecnego życia politycznego. Poruszył drażliwy temat sześciolatków i obowiązku szkolnego. Jego wypowiedź wywołała kontrowersje na sali. Prowokowała jednak do refleksji własnej. Mocne – pomyślałem. Szkoda, że upolitycznił w przykładach, że o Platformie – opowiadałem Koledze z ławki pierwsze wrażenia. Dobrze rozgranicza! Badacz ma być krytyczny – mówiłem po chwili, po jego odpowiedziach na zarzuty o upolitycznianiu dyskursu. Mówił tak przecież, za wielu rządów, czego dał świadectwo. Prof. Śliwerski obudził dyskurs edukacyjny, poddał go krytyce naukowej. Był na granicy subiektywizmu. Według mnie granicy tej nie przekroczył. Tylko pytania graniczne mają sens. A w przypisie napisałbym, dlaczego doświadczenia pedagogów tak mało wykorzystuje się przy projektowaniu zmian w edukacji. Proszę, służę, zapraszam."

    OdpowiedzUsuń
  4. Wystąpienie Profesora potwierdziło to, o czym pisze w Gazecie Wyborczej prof. Górlikowski, że rola humanisty jest myśleć, mówić i pisać, nie pytając, czy się ma prawo do myślenia. Dziękuję za wystąpienie.

    OdpowiedzUsuń