O współczesnej cenzurze m.in. w oświacie i nauce

 


Wczoraj pisałem o tym, jak w PRL funkcjonowała cenzura nie tylko polityczna, ale także kulturowa, aksjonormatywna, którą legitymizował urząd, pieczątki, wykaz książek zakazanych i zamknięte szafy w bibliotekach. Dzisiaj tak rozumiana cenzura może nie mieć niczego z tych rzeczy, a właśnie dlatego bywa trudniejsza do uchwycenia.

W PRL sprawa była przynajmniej brutalnie jasna. Książkę władze wycofywały z obiegu, odpowiednio ją oznaczały, czyniły je niedostępnymi, bo umieszczone w osobnym katalogu. Cenzor nie musiał udawać, że go nie ma. Pozostawiał ślady.

 

Dzisiaj takich śladów może nie być, bowiem nie ma zakazu, nie ma pieczęci, nie ma wykazu prohibitów. Jest za to coś znacznie bardziej „eleganckiego”, a mianowicie komunikat: „Nie spełnia standardów”, „Nie mieści się w profilu”, „Nie odpowiada priorytetom”, „Nie uzyskało rekomendacji”, „Nie znajduje się w podstawie programowej”, „Nie otrzyma finansowania”, „Nie rokuje zainteresowania”, „Nie jest zgodne ze strategią” itp.

Wszystko wygląda normalnie, profesjonalnie, proceduralnie, naukowo, oświatowo, demokratycznie. Problem polega jednak na tym, że każde z tych zdań może być prawdziwe, a zarazem każde może być też znakomitym opakowaniem dla czegoś zupełnie przeciwnego.

Erich Fromm pisał o przejściu od władzy jawnej do anonimowej. Dawniej człowiekowi mówiono wprost: zrób to, bo zostaniesz ukarany. Nowoczesna władza woli, aby człowiek sam uznał oczekiwane zachowanie za własną decyzję. Fromm przywołał metaforę gorzkiej pigułki pokrytej lukrem. Pigułka nadal pozostała gorzka, tylko zmieniło się jej opakowanie.

To samo dotyczy współczesnej cenzury. Najbardziej prymitywna wyraża się następująco: „Nie wolno”. Dlatego pamiętam, jak dziekan wydziału kazał usunąć z sylabusów wszystkie publikacje swojego adwersarza. Najbardziej skuteczna cenzura mówi: „Oczywiście wolno, ale czy naprawdę warto?” To zasadnicza różnica.

Badacz może krytykować raport instytucji publicznej, może wskazać błędy metodologiczne, merytoryczne, wykazać wadliwy dobór próby, zakwestionować sposób interpretacji wyników, ujawnić rozbieżność między danymi a komunikatem prasowym itp. Nikt mu tego formalnie nie zabrania, tyle że po pierwszym wezwaniu prawnym (przedsądowym), pierwszej skardze, pierwszym postępowaniu wyjaśniającym, pierwszym telefonie z pytaniem, czy „naprawdę musiał pisać tak ostro”, zaczyna kalkulować: nie czy ma rację, ale czy warto.

Tak właśnie pojawia się efekt mrożący. Cenzura nie musi już przyjść do badacza, bo uczony sam zaczyna ją nosić w sobie. Dlatego niektórzy profesorowie odmawiają recenzowania bubli akademickich, by nie znaleźć się w aroganckiej krytyce autora/-ki pseudonaukowej rozprawy, który/-a zastrasza rzekomym naruszeniem jego/jej wizerunku.

Jeszcze ciekawsza jest cenzura kwalifikacyjna. Państwo nie zakazuje wydania książki, nie zabrania druku podręcznika, nie wysyła policji do wydawnictwa. Po prostu decyduje, co uzyska status jedynie słusznego, poprawnego podręcznika, który ma adnotację: „dopuszczony do użytku szkolnego”. 

Przykładowo MEN decyduje, co znajdzie się w wykazie, co zostanie uznane za obowiązujące, co uzyska instytucjonalną pieczęć legalności. Reszta może istnieć, tyle że poza głównym obiegiem.

To jest bardzo wygodny mechanizm dla każdej partiokracji. Minister nie musi niczego zakazywać, bo wystarczy kwalifikować, dofinansować wydawcę, zapłacić „swoim” recenzentom itd.

Jeszcze skuteczniejsza jest cenzura kulturowo-programowa. Każda podstawa programowa kształcenia ogólnego coś wybiera i coś pomija. Wydaje się to oczywiste, skoro nie można dzieci i młodzieży nauczyć wszystkiego. Pytanie brzmi jednak: kto decyduje o kryteriach wyboru?

Jeżeli wraz ze zmianą władzy ideologicznej zmienia się nie tylko liczba godzin dla poszczególnych czy niektórych przedmiotów, ale także hierarchia wartości, język opisu człowieka, sposób ujmowania rodziny, zdrowia, seksualności, historii, obywatelstwa, odpowiedzialności czy wspólnoty, to przestajemy mieć do czynienia wyłącznie z rzekomo neutralną ideowo reformą szkolną.

Zmienia się oficjalna mapa kultury. Jedne treści awansuj, a inne zostają zdegradowane. Jeszcze inne znikają z obowiązkowego obiegu. Nikt ich nie zakazuje. Po prostu przestają być obowiązkowe, a po kilku latach to, co nieobowiązkowe, zaczyna wyglądać jak nieistotne. Chyba, że powraca w ramach karuzeli władzy ta opcja, która były tak wykluczana.

Na tym polega właśnie współczesna subtelność cenzury. Nie trzeba palić książek. Wystarczy nie wpisać ich do programu. Nie trzeba zakazywać autora. Wystarczy nie zapraszać go na konferencje, letnie szkoły, otwarte wykłady. Nie trzeba usuwać teorii. Wystarczy nie umieszczać jej w sylabusach. Nie trzeba zabraniać cytowania. Wystarczy stworzyć środowisko, w którym wszyscy wiedzą, kogo „się cytuje”.

Uniwersytety znają ten mechanizm doskonale. Kogo uznajemy za ważnego? Kogo zapraszamy? Kto recenzuje? Kto otrzymuje grant? Kto znajduje się w programie studiów? Kto pojawia się w bibliografii? Kto znika, nie zawsze dlatego, że jest słaby? Czasem dlatego, że jest nie swój. Nie mieści się w dominującym paradygmacie. Nie pasuje do środowiskowego gustu. Nie reprezentuje obowiązującej w danym miejscu wizji świata.

To już nie jest klasyczna cenzura, ale zarządzanie legitymizacją treści, norm, a to bywa skuteczniejsze, bo książka formalnie istnieje, tyle że nikt jej nie czyta, bo nawet nie wie o niej. Autor publikuje, ale nikt go nie zaprasza. Badacz ma prawo mówić, tyle że nauczył się milczeć. Na tym polega prawdziwy sukces anonimowej władzy. Cenzor w państwie staje się zbędny.

Podobnie działa ekonomia. Treść nie zostaje zakazana. Po prostu nie dostaje pieniędzy, nie uzyskuje zamówienia, nie trafia do dużego obiegu, nie zostaje kupiona przez instytucje, nie doczekuje się przekładu, nie pojawia się w bibliotekach. Może istnieć, na marginesie. Bywa, że lepiej, by nie istniała.

Analogicznie dzieje się w przestrzeni cyfrowej, choć tutaj trzeba uważać z łatwym oskarżeniem o cenzurę. Mały zasięg jakiejś publikacji nie jest jeszcze cenzurą. Niska pozycja w wyszukiwarce też nie jest tego przejawem, ale celowe ograniczanie widoczności ze względu na stanowisko może już pełnić funkcję cenzuralną.

Najważniejsza zmiana polega więc na czymś innym. Dawna cenzura pytała: „Czy wolno to opublikować?” Współczesna częściej pyta, „Czy uznamy to za wartościowe?” „Czy dopuścimy to do oficjalnego obiegu?” „Czy damy na to pieniądze?” „Czy będziemy to cytować?” „Czy pokażemy to studentom?” „Czy warto temu dawać widzialność?”

To jest przejście od kontroli publikacji do kontroli legitymizacji, od zakazu do selekcji, od pałki do procedury, od cenzora do komisji, od indeksu ksiąg zakazanych do tabeli kryteriów. Dlatego dzisiejsza cenzura może być znacznie trudniejsza do wykrycia, gdyż skutkuje nieopublikowanym tekstem, niewłączoną do obiegu czy kształcenia książką, niezaproszonym autorem, niezadanym pytaniem, niepodjętym tematem, niewygłoszoną krytyką.

Po latach mało kto pamięta lub zdaje sobie sprawę z tego, że właściwie nauczył się, by „lepiej czegoś nie ruszać, nie krytykować”. Może więc najdoskonalsza cenzura zaczyna się nie wtedy, gdy ktoś mówi: „zakazuję”, ale wtedy, gdy wszyscy mówią: „przecież nikt niczego nie zakazuje”. Gorzka pigułka nadal leży na stole, tylko lukru na niej jest coraz więcej.

No i jeszcze niektorzy rektorzy zamiatają pod przysłowiowy dywan kompromitujące stanowiska niektórych organów władzy czy niezgodną z prawem aktywność lub twórczość naukowców. 

 


Komentarze

Najczęściej czytane

Akademicki savoir-vivre

Odeszła PEDAGOG SERCA, SAMARYTANKA MIŁOŚCI - MARIA ŁOPATKOWA

Absolwent pedagogiki nie ma kwalifikacji pedagogicznych, czyli polski paragraf 22