Ministerstwo potocznej edukacji
Jakiś czas temu pisałem, że byłoby lepiej, gdyby nowa ministra edukacji nie zabierała publicznie głosu, bo nie ma nam nic do powiedzenia. Trudno, żeby ktoś, kto nie jest nauczycielem, nie przepracował w szkole chociaż miesiąc, mógł znać się na edukacji. Inna rzecz, że poprzedniczki wcale nie były lepsze, chociaż były nauczycielkami. Żaden polityk, który jest wniesiony w partyjnej teczce do resortu edukacji, znać się na niej nie musi. Im nawet mniej o niej wie, tym więcej może dla niej uczynić... złego, bo nawet nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia. Poziom pełnego sprawstwa (za K. Sośnickim) jest u takiej osoby niemalże zerowy. Takiemu ministrowi, z braku wiedzy nie starcza wyobraźni, stąd i poczucie sprawstwa jest niskie. I tak nikt go nie odwoła, bo przecież jest dla premiera „zderzakiem” lub "ciągnikiem". Ważne, by partia, która wyniosła panią minister na to stanowisko, dotrwała do końca kadencji, a może - jak będzie bardziej ludzka, czyli populistyczna - to kto w...