Człowiek zagubiony między paragrafem a procedurą
Milena
Johnová opublikowała w Pradze książkę, która może zainteresować nie tylko
pracowników socjalnych, lecz także pedagogów społecznych: Plánování zaměřené
na člověka v sociální práci a službách (2026). Jej główne przesłanie jest
proste, choć dla współczesnych instytucji coraz trudniejsze do przyjęcia: pomoc
ma być zorientowana na człowieka, a nie na procedurę.
Brzmi
to niemal banalnie. A jednak wystarczy przyjrzeć się funkcjonowaniu służb
społecznych, by zobaczyć, że człowiek coraz częściej pojawia się w nich jako
załącznik do dokumentacji. Najpierw trzeba go zakwalifikować, następnie opisać,
przyporządkować do kategorii, ustalić poziom niesamodzielności, zweryfikować
uprawnienia, sporządzić plan, zebrać podpisy, uzyskać zgody, przeprowadzić
monitoring i wykazać realizację wskaźników.
Dopiero
gdzieś pomiędzy jednym formularzem a drugim może pojawić się pytanie, czego
właściwie ta osoba potrzebuje.
Johnová
zna instytucjonalny świat pomocy społecznej od środka. W latach 2018–2022 była
radną, a następnie wiceprezydentką Pragi odpowiedzialną za sprawy socjalne i
zdrowotne mieszkańców czeskiej stolicy. Wie zatem, jak łatwo pomoc staje się
administrowaniem cudzym losem, a troska — skrupulatnym zabezpieczaniem
instytucji przed odpowiedzialnością.
Współczesne
służby społeczne coraz częściej nie pytają bowiem: „Jak pomóc człowiekowi?”,
lecz: „Czy wszystko wykonaliśmy zgodnie z procedurą?”. Nie chodzi już o to, czy
wsparcie było skuteczne, lecz czy zostało prawidłowo udokumentowane. Nie o to,
czy człowiek odzyskał wpływ na własne życie, lecz czy system posiada jego
podpis we właściwej rubryce.
Johnová
już we wstępie stwierdza, że praca socjalna — „królewska dyscyplina” — cierpi
na formalizm wynikający z niezrozumienia, czemu ma służyć. Jest to diagnoza
celna, lecz można ją jeszcze wyostrzyć. Formalizm nie jest dzisiaj
przypadłością uboczną. Stał się metodą funkcjonowania instytucji.
Pomoc
pod nadzorem paragrafu
Jurydyzacja
życia społecznego miała chronić słabszych przed arbitralnością urzędników i
instytucji. Z czasem jednak zaczęła rodzić nową formę bezradności. Pracownik
służb społecznych coraz częściej nie może kierować się rozeznaniem sytuacji,
doświadczeniem ani odpowiedzialnością zawodową, ponieważ każda decyzja musi
znaleźć oparcie w przepisie, instrukcji lub standardzie.
Im
więcej procedur, tym mniej zaufania.
Im
mniej zaufania, tym więcej kontroli.
Im
więcej kontroli, tym mniej miejsca na relację.
W
ten sposób pomoc przestaje być spotkaniem osób, a staje się procesem obsługi
przypadku. Pracownik nie ma już towarzyszyć człowiekowi, lecz zarządzać
ryzykiem. Nie ma rozumieć jego biografii, lecz sprawdzać zgodność działań z
regulaminem. Nie ma szukać rozwiązania dobrego, lecz rozwiązania bezpiecznego
dla instytucji.
Powstaje
swoista biurokracja troski. Wszystko odbywa się w imię dobra człowieka, ale bez
jego realnego udziału.
Najpierw
diagnoza, potem człowiek
Johnová
pokazuje, jak osoby z niepełnosprawnością intelektualną i osoby wykluczane
społecznie były przez dziesięciolecia redukowane do przypisanych im ról:
wiecznego dziecka, ciężaru dla otoczenia, obiektu litości, chorego organizmu,
zagrożenia albo istoty niezdolnej do samodzielnego życia.
Współczesny
język jest ostrożniejszy, lecz mechanizm nie zawsze się zmienił. Dzisiaj
człowieka nie nazywa się już „nienormalnym”, ale można go skutecznie zamknąć w
diagnozie. Nie odbiera mu się podmiotowości wprost. Robi się to za pomocą
fachowego opisu jego deficytów.
Najpierw
stwierdza się, czego nie potrafi. Później ogranicza się jego wybory. Następnie
podejmuje się decyzje w jego imieniu. W końcu jego bierność staje się dowodem,
że rzeczywiście nie jest zdolny do samostanowienia.
System
sam produkuje niesamodzielność, którą następnie profesjonalnie obsługuje.
Segregacja
w imię bezpieczeństwa
Mechanizm
wykluczenia jest dobrze znany. Najpierw pojawia się etykieta, później obniżone
oczekiwania, następnie zawężenie ról społecznych, a na końcu segregacja.
Osobom
uznanym za odmienne organizuje się oddzielne placówki, oddzielne zajęcia,
oddzielne harmonogramy i oddzielny świat. Wszystko to bywa przedstawiane jako
rozwiązanie bezpieczne, profesjonalne i dostosowane do potrzeb.
„Wśród
swoich będzie im najlepiej”.
„Nie
poradzą sobie w zwykłym środowisku”.
„Będą
przeszkadzać innym”.
„Pozostali
nie są przygotowani na ich obecność”.
Tak
powstaje segregacja opiekuńcza — miękka w języku, ale twarda w skutkach.
Johnová
przypomina, że specjalna placówka nie musi być miejscem inkluzji. Może być
dobrze finansowaną i poprawnie zarządzaną przestrzenią społecznego oddalenia.
Może zapewniać opiekę, a jednocześnie odbierać człowiekowi dostęp do
zwyczajnego życia.
Klient,
beneficjent, przypadek
Autorka
słusznie zwraca uwagę na język. Terminologia instytucjonalna nie jest niewinna.
Kiedy człowiek staje się „klientem”, relacja pomocy zaczyna przypominać usługę.
Kiedy zostaje „beneficjentem”, jego życie zostaje podporządkowane programowi.
Kiedy staje się „przypadkiem”, przestaje być osobą z biografią, relacjami,
marzeniami i własnym sposobem rozumienia świata.
Za
klientem znika człowiek.
Za
beneficjentem — obywatel.
Za
przypadkiem — niepowtarzalne życie.
Instytucje
lubią te określenia, ponieważ ułatwiają ewidencjonowanie ludzi. Człowiek jest
jednak zawsze bardziej skomplikowany niż rubryka, do której został przypisany.
Planowanie
czy projektowanie cudzego życia?
Planowanie
zorientowane na osobę nie polega na stworzeniu kolejnego „indywidualnego
planu”, który zostanie zatwierdzony, podpisany i odłożony do teczki. Nie chodzi
o wymianę jednego formularza na drugi.
Chodzi
o odwrócenie perspektywy.
To
nie system ma określać, jakie życie jest dla człowieka właściwe. To człowiek
powinien mieć możliwie największy wpływ na decyzje dotyczące własnej
codzienności, relacji, aktywności i przyszłości.
Różnica
jest zasadnicza. Można planować z człowiekiem albo planować człowieka.
Pierwsze
zakłada dialog. Drugie — zarządzanie.
Pierwsze
wymaga cierpliwości. Drugie — procedury.
Pierwsze
dopuszcza niepewność. Drugie domaga się przewidywalności.
Instytucje
wybierają zwykle to, co łatwiej skontrolować.
Kiedy
pomoc zaczyna szkodzić
Szczególnie
ważna jest zasada subsydiarności. Pomoc formalna nie powinna automatycznie
zastępować rodziny, przyjaciół, sąsiadów, wspólnot i lokalnych środowisk.
Powinna wzmacniać istniejące więzi, a nie wypierać je zawodową interwencją.
Tymczasem
system ma naturalną skłonność do przejmowania odpowiedzialności. Każda potrzeba
staje się podstawą do uruchomienia usługi, a każda trudność — uzasadnieniem dla
obecności kolejnego specjalisty.
Człowiek
zostaje otoczony pomocą, lecz traci własne otoczenie.
Ma
opiekunów, ale nie ma przyjaciół.
Ma
terapeutów, lecz nie ma wspólnoty.
Ma
plan wsparcia, ale nie ma wpływu na swój dzień.
Może
otrzymywać coraz więcej usług, a zarazem prowadzić coraz uboższe życie.
Najgorszy
rodzaj pomocy nie polega więc na jej braku. Polega na takim pomaganiu, które
czyni człowieka trwale zależnym od tych, którzy mu pomagają.
Pięć
sposobów ranienia człowieka
Za
Johnem O’Brienem autorka wymienia pięć sił krzywdzących osoby wykluczane:
przymusowe gromadzenie ich w jednym miejscu, myślenie stereotypowe, segregację,
niewystarczające wsparcie oraz kontrolowanie możliwości wypowiadania się i
współdecydowania.
Każda
z tych sił może być usprawiedliwiana profesjonalnym językiem.
Kongregacja
staje się „specjalistyczną opieką”.
Segregacja
— „bezpiecznym środowiskiem”.
Niskie
oczekiwania — „realistyczną diagnozą”.
Ograniczanie
wyboru — „działaniem w najlepiej pojętym interesie”.
Brak
wpływu — „niezdolnością do świadomej decyzji”.
W
ten sposób przemoc instytucjonalna przestaje być widoczna, ponieważ otrzymuje
pieczęć legalności i fachowości.
Kartografia
zamiast ewidencji
Jedną
z ciekawszych propozycji Johnovej jest tworzenie wraz z osobą wymagającą
wsparcia map jej życia: relacji, historii, uzdolnień, marzeń, ważnych miejsc,
sposobów komunikowania się, codziennych rytuałów i wizji przyszłości.
Nie chodzi tu o kolejne narzędzie diagnostyczne, lecz o próbę zobaczenia człowieka poza katalogiem deficytów. Jakie ma zdolności? Komu ufa? Gdzie czuje się u siebie? Co sprawia mu radość? Jakie role chciałby pełnić? Co może wnieść do życia innych?
Instytucje
są przyzwyczajone do pytania, czego człowiek nie potrafi. Znacznie rzadziej
pytają, co potrafi, czego pragnie i czym może obdarować innych.
A
przecież godność nie sprowadza się do prawa do otrzymywania świadczeń. Obejmuje
także prawo do działania, współtworzenia, wzajemności i bycia potrzebnym.
Człowiek
nie jest ryzykiem prawnym
Najważniejsze
przesłanie książki Johnovej można sprowadzić do jednego wezwania: trzeba
odzyskać człowieka spod warstwy przepisów, procedur, diagnoz i standardów.
Nie
oznacza to rezygnacji z prawa. Prawo ma chronić człowieka przed nadużyciami.
Problem zaczyna się wtedy, gdy instytucja bardziej obawia się naruszenia
procedury niż skrzywdzenia osoby.
Nie
oznacza to także rezygnacji z profesjonalizmu. Profesjonalizm nie powinien
jednak polegać wyłącznie na prawidłowym stosowaniu instrukcji. Powinien
obejmować zdolność rozumienia sytuacji, odpowiedzialnego osądu, dialogu i
dostrzegania konsekwencji własnych działań.
Kiedy
wszystko zostaje uregulowane, człowiek staje się dla systemu ryzykiem. Jest
nieprzewidywalny, zmienny, nie mieści się w standardzie. Ma własne zdanie,
czasem odmawia, czasem podejmuje decyzje nieracjonalne z punktu widzenia
instytucji.
Ale właśnie na tym polega jego podmiotowość. Instytucja, która toleruje człowieka tylko wtedy, gdy zachowuje się zgodnie z procedurą, nie służy człowiekowi. Służy samej sobie.
Książka Mileny Johnovej przypomina więc prawdę, którą współczesne służby społeczne powinny wypisać nad wejściem do każdej placówki. Człowiek nie jest dodatkiem do procedury, gdyż to procedura ma być dodatkiem do człowieka.

Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam