MINISTERSTWO reform edukacyjnych typu PLACEBO
Nawiązuję do poprzedniego wpisu na temat karuzeli zmian w prawie oświatowym, którą analizuję pod kątem teorii McConnella określającej politykę placebo jako politykę tworzoną przynajmniej częściowo „na
pokaz”. Dotyczy ona także edukacji, a tak jest tworzona właśnie po to, aby pokazać, że rządzący coś robią wobec rzekomo trudnego problemu.
Jeszcze mocniej brzmi jego druga definicja: polityka placebo zamiast mierzyć
się z głębokimi przyczynami problemu ma demonstrować aktywność decydentów.
Właśnie
dlatego w oświacie należy odróżnić działanie od działania skutecznego.
Minister edukacji wraz ze swoimi zastępcami (im więcej ich jest tym lepiej dla MEN) może codziennie być obecna w mediach, organizować konferencje prasowe, powoływać zespoły, przedstawiać projekty ustaw, wydawać rozporządzenia, uruchamiać konsultacje, zapowiadać reformę podstawy programowej, zmieniać zasady oceniania, tworzyć nowe przedmioty i likwidować stare. Z perspektywy komunikacyjnej jest to imponująca aktywność.
Tyle że szkoła nie poprawia się od częstotliwości konferencji prasowych ministra/ministerki. W ten sposób pojawia się osobliwa zamiana kryteriów. Zamiast pytać: Czy problem został rozwiązany? zaczynamy przyjmować jako dowód: Ministra zareagowała.
Nie jest to drobna, ale zasadnicza różnica zmiany funkcji polityki publicznej. Polityka placebo może bowiem mieć minimalny wpływ na przyczyny, a nawet na symptomy problemu, ale jej samo istnienie sprawia, że część obywateli odnosi wrażenie, iż problem jest rozwiązywany — tak właśnie ujmuje ją McConnell.
Można
więc powiedzieć, że w polityce oświatowej powstają dwa równoległe systemy.
Pierwszym
jest rzeczywista szkoła — uczniowie, nauczyciele, klasy, relacje,
warunki pracy, różnice środowiskowe, finansowanie, kompetencje zawodowe,
motywacje, kultura organizacyjna.
Drugim
jest szkoła politycznie komunikowana — szkoła, którą właśnie
„odciążamy”, „unowocześniamy”, „odpolityczniamy”, „uszczęśliwiamy”, „chronimy”,
„włączamy”, „cyfryzujemy” albo „uwalniamy od przeciążenia”.
Im
większa odległość między tymi dwoma światami, tym bardziej użyteczna staje się
kategoria placebo.
Nie
znaczy to oczywiście, że każda nietrafna reforma jest polityką placebo.
Politycy mogą się mylić. Eksperci mogą źle prognozować. Złożoność systemu może
sprawić, że rozsądnie zaprojektowana regulacja przyniesie nieprzewidziane
konsekwencje. Wtedy mamy do czynienia z błędem, a nie z placebo.
Problem
zaczyna się tam, gdzie decydent wie albo ma poważne podstawy, by
przewidywać, że zastosowany instrument nie rozwiąże problemu, lecz mimo
tego go stosuje, ponieważ alternatywą byłoby politycznie niebezpieczne
„nierobienie niczego”.
Nawiązuję w tym wpisie do znakomitej rozprawy Mateusza Stępnia, który wyjaśnia idealny związek teorii Gustafssona z niemal
idealnie odpowiadającą mu koncepcją McConnella. Polityk musi wyglądać na kompetentnego i sprawczego.
„Nierobienie niczego” rzadko służy jego politycznej przyszłości. Powstaje więc
hiperaktywność: nie dlatego, że rzeczywistość edukacyjna rzeczywiście wymaga
każdego kolejnego rozporządzenia, ale dlatego, że aktywność sama staje się
komunikatem kompetencji.
W
polskich warunkach dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik — ideokratycznie
generowany przymus permanentnego reformowania. Kolejna formacja polityczna
nie może jedynie zarządzać szkołą zastaną po poprzednikach. Musi zaznaczyć
własną obecność aksjologiczną. Musi zmienić język, symbole, programy,
instytucje, priorytety. Edukacja staje się nie tylko obszarem polityki publicznej,
lecz również przestrzenią prezentowania własnej wizji ładu społecznego.
Wtedy
regulacja oświatowa może spełniać kilka funkcji naraz.
Może
być próbą rozwiązania problemu, może być symbolem wartości, może integrować
własny elektorat, może prowokować opozycję do zajęcia niewygodnego stanowiska,
może przesuwać uwagę opinii publicznej, może wreszcie przedstawiać ministra
jako dynamicznego reformatora.
Skuteczność
edukacyjna staje się tylko jednym z możliwych efektów — i niekoniecznie
najważniejszym politycznie.
Dlatego
nie każde wycofanie się z wcześniejszej decyzji oznacza porażkę. Minister może
najpierw ogłosić regulację jako przejaw zdecydowanego działania, a kilka
miesięcy później jej zmianę przedstawić jako przejaw „wsłuchiwania się w głos
środowiska”. Politycznie można więc wykorzystać zarówno wprowadzenie regulacji,
jak i jej odwołanie.
Koszt
eksperymentu ponosi szkoła.
Dyrektorzy
muszą zmienić organizację pracy, nauczyciele praktykę dydaktyczną, rodzice
swoje oczekiwania, uczniowie zachowania. Po czym dowiadują się, że rozwiązanie
wymaga „korekty”.
Tym
samym ujawnia się jeszcze jeden mechanizm: polityczna korzyść z regulowania
jest skoncentrowana w centrum, natomiast koszty nietrafionych regulacji zostają
rozproszone po całym systemie.
Stąd
być może należałoby inaczej oceniać ministerialną aktywność. Nie pytać, ile
ustaw przygotowano, ile rozporządzeń zmieniono, ile programów uruchomiono i ile
nowych instytucji powołano. Nadmiar tych aktywności może być przecież nie
świadectwem sprawności państwa, lecz symptomem jego problemu.
Może
należałoby pytać:
Ile
problemów rozwiązano bez konieczności kolejnej zmiany prawa?
Które
regulacje utrzymały się dlatego, że okazały się trafne?
Które
poddano rzeczywistej ewaluacji przed ich zmianą?
Ile
razy ministerstwo potrafiło powiedzieć: tego problemu nie rozwiąże
rozporządzenie?
To
ostatnie byłoby może największym dowodem kompetencji.
Bo
dojrzała polityka publiczna powinna znać również wartość powstrzymania się
od interwencji, kiedy nie dysponuje się wiedzą, zasobami albo adekwatnym
instrumentem.
Tymczasem
polityka placebo zaczyna się właśnie wtedy, kiedy ważniejsza staje się potrzeba
pokazania:
„robimy
coś”
niż
odpowiedzialność za odpowiedź na pytanie:
„czy
to coś rzeczywiście może zadziałać?”
(źródło: Obraz wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)
Być może właśnie w tym sensie największym problemem współczesnej polityki
oświatowej nie jest brak reform. Jest nim ich nadmiar — produkowany przez
polityczną potrzebę nieustannego dowodzenia, że bez kolejnej interwencji
ministry/-a szkoła nie mogłaby sobie poradzić.

Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam