Akademicki savoir-vivre
Mój ostatni wpis i reakcje nań komentatorów sprawił, że postanowiłem - w duchu pedagogicznym - przywołać kwestie, które wiążą się z dobrym wychowaniem. Abstrahuję w tej chwili od faktu, że anonimowa korespondencja z grzecznością wobec adresata ma niewiele wspólnego, ale jestem w tej kwestii tolerancyjny, zdając sobie sprawę z problemów, jakie mogą wynikać dla nadawcy, jego otoczenia czy adresata ze względu na treść listu. Zostawiam to zatem na boku. Podejmę jednak kwestię, na którą zwracają uwagę także językoznawcy, słusznie uczulając nas na właściwy sposób komunikowania się ze sobą, a co jest niewątpliwie częścią wspomnianego przeze mnie dobrego wychowania. Mam też świadomość, że kategoria dobrych manier, konwenansów jest dzisiaj staroświecka, dla wielu de mode , ale jako przedstawiciel nauk o wychowaniu mogę się o nią upomnieć, niezależnie od tego, czy będzie się to komuś podobało, czy nie. Zacznę od korespondencji , bo coraz częściej komunikujemy się ze sobą drogą elektron...

Niesamowity post szanowny Panie profesorze. Jeden z najlepszych od kilku ostatnich lat na Pana blogu, który daje naprawdę wiele do myślenia. Kiedy termometry rtęciowe odeszły do lamusa i dlaczego? - Pierwsze pytanie, które zrodziło się w mojej głowie, kiedy kilkakrotnie przeanalizowałem Pana post. Nie ukrywam, że czuje się przez to staro, ale nie tęsknię za tymi małymi kuleczkami, które pod płomieniem zapalniczki wesoło mogły wpaść w różne zakamarki, np. pod pierzynę, pod biurko, a jeśli nie, to można się nimi było bawić - co, kto bardziej ciekawski i dociekliwy w sposób empiryczny. Czy bezpiecznie było taki termometr brać do ust? - ja zawsze jako dziecko trzymałem pod pachą, a elektryczne wtedy uchodziły w opinii matek i mateczek za "niedokładne". Najgorszy dzień chorobowy, jaki pamiętam, to moment w którym miałem temperaturę prawie 42 stopnie. Nie moglem wtedy nawet usiąść na łóżku. Chorowałem często i "gęsto". Dużą rolę tutaj zapewne odgrywał stres w szkole i palenie papierosów przy mnie w domu. Moją ukochaną zabawą jako chorowite dziecko było bawienie się stopami pod pierzyną w "rodzinę". Jedna stopa to był pan, a druga pani, a gdy jedna ze stóp wyszła na zewnątrz, to "opuszczała jaskinię na mróz", a gdy wracała, to musiała się ogrzać i wtulić w drugą. Pamiętam także bańki na plecach i pamiętam także istotny fakt, że moja chorowitość mijała wraz z mijającym stresem spowodowanym znęcaniem się nade mną psychicznie w przedszkolu i szkole podstawowej, kiedy to zacząłem wyjeżdżać na kolonie i wśród znajomych dobrze się tam bawić, kąpiąc się w basenach i wygłupiając się z nimi. Pamiętam smak węgierskich przysmaków na termach, które kupowałem za kilka forintów, ale nie pamiętam ich nazwy. Na myśl o nich łapie mnie refleksja - "co dzieje się z tymi wszystkimi ludźmi w życiu dorosłym, którzy dzieciństwa przysłowiowo nie mieli?" - da się go nie mieć?
OdpowiedzUsuńAM
Jaką radość może sprawić fotka termometru. Po co się męczyć czytaniem moich wpisów?
OdpowiedzUsuńIronizowałem rzecz jasna, ale tylko w połowie. Od lilku lat wiernie czytam każdy wpis i staram się dogłębnie analizować, choć przyznaję, że oatatnimi czasy wiedza, którą zdobyłem min.dzięki prowadzonemu przez Pana bloga umożliwia mi "wyjście" dalej i wykorzystywanie jej z umiejętnościami praktycznymi do rzetelnego i refleksyjnego działania na rzecz rozwoju oswiaty. Ma to swoje plusy - jak pominę kilka wpisów, to przy bardziej swobodnym dniu mogę usiąść przy dobrym jedzeniu,szyjedzeniu i gorącym mleku z miodem oddając się czytaniu, analizie i zestawianiu z posiadaną już wiedzą i umiejętnościami.
OdpowiedzUsuńAdrian Merchelski