Szkoły wyższe i instytuty badawcze powinny być dowodem na to, że istnieją normy, których nie ustanawia się większością
głosów, ale poprzedzają one każdą sensowną debatę. Normy naukowe będące nośnikiem prawdziwości, rzetelności metodologicznej, uczciwości argumentacji mają charakter autoteliczny. Ich istotą nie jest czyjaś pozycja, interes czy
komfort instytucjonalny, lecz sama możliwość rozpoznania, jak jest, dlaczego tak jest, jakie są czegoś skutki itp. Jak się okazuje, w niektórych instytucjach, jednostkach badawczych są one naruszane.
Dlatego szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te, mimo iż są zapisane w w statutach, regulaminach, bywają naruszane. W praktyce przestają pełnić funkcję realnego punktu odniesienia w procesach decyzyjnych. Nie zostają zakwestionowane wprost, nie są też w kraju zniesione przez ustawodawcę. Po prostu przestają zobowiązywać, bo ważniejszy jest dla kogoś prywatny interes, lęk przed utratą autorytetu. Nie jest to kryzys norm, ale erozja postaw wobec nich.
W niektórych uczelniach, instytutach, w których rozstrzyga się o wartości osiągnięć naukowych czy o jakości wyników badań, zdarza się, że procedury demokratyczne przestają chronić prawdę.
W
zdrowej kulturze akademickiej procedury kolegialne pełnią rolę służebną wobec
prawdy. Organizują debatę, umożliwiają konfrontację argumentów, chronią przed
arbitralnością. Problem pojawia się wówczas, gdy procedura zaczyna pełnić
funkcję odwrotną: nie chroni już rozpoznania merytorycznego, lecz staje się
narzędziem jego neutralizacji.
Dzieje
się tak szczególnie wtedy, gdy decyzja kolegialna — podjęta w sprawie
merytorycznej, a nie personalnej — zostaje faktycznie unieważniona nie przez
kontrargument naukowy, polemikę, lecz przez dystans władzy formalnej wobec jej skutków, a więc przez zawieszenie zobowiązania.
Na tym etapie nie mamy jeszcze do czynienia z jawnym nadużyciem, ale z czymś subtelniejszym, z przesunięciem ciężaru z argumentu wiedzy naukowej, czyichś kompetencji na pozycję władzy. Problem nie polega na istnieniu kadr kierowniczych, lecz na pomieszaniu porządków. Władza formalna nie jest i nie powinna być władzą naruszającą standardy naukowe. Jej rolą nie jest rozstrzyganie, co jest prawdziwe, lecz czuwanie nad tym, jak wspólnota dochodzi do rozstrzygnięć.
Gdy
jednak osoba sprawująca władzę formalną zaczyna traktować zgodność z własnym
stanowiskiem jako warunek akceptowalności rozstrzygnięć merytorycznych, pojawia
się dysonans, którego nie da się zmniejszyć samą procedurą. Naukowe standardy nadal obowiązują, ale w wielu przypadkach tylko deklaratywnie, bowiem przestają być realnym punktem
odniesienia dla podejmowanej uchwały.
W tym sensie mamy do czynienia nie z konfliktem poglądów, lecz z rozszczepieniem odpowiedzialności formalnej, która trwa i naukowej, która ulega odroczeniu. Ignorancja, której nie wolno nazwać, rozwija się po cichu, w zaciszu struktur upełnomocniających jej zwolenników. Wkrótce ukaże się mój artykuł na ten temat, skoro cisza bywa też patologią.
Współczesna
kultura publiczna oswoiła nas z faktem, że opinia coraz częściej próbuje
zastępować prawdę o rzeczywistości. Umberto Eco trafnie zauważył, że wiek XXI
przyniósł nie tyle pluralizm, ile ekspansję niekompetencji w obszarach
wymagających specjalistycznych rozstrzygnięć. Tym bardziej jest niepokojące, że placówki odpowiedzialne za wiarygodność własnych działań i postaw nie są od tej
tendencji wolne, choć powinny być szczególnie odporne na pozoranctwo, brudne wspólnoty czy konflikt interesów.
Najbardziej problematyczne nie jest zatem istnienie ignorancji, lecz sytuacja, w której patologię osłania się autorytetem władzy. Wtedy korekta merytoryczna przestaje być traktowana jako element procesu poznawczego, a zaczyna funkcjonować jako zagrożenie dla wizerunku, dla pozycji, dla poczucia kontroli. W takiej konfiguracji prawda naukowa nie przegrywa w otwartym sporze. Przegrywa w ciszy.
W świetle teorii działania komunikacyjnego problem erozji postaw wobec norm prawdy i dobra ujawnia się jeszcze wyraźniej. Habermas przypominał, że racjonalność komunikacyjna nie polega na narzucaniu stanowisk, lecz na gotowości do ich uzasadniania w warunkach symetrycznego dostępu do argumentów. Prawomocność rozstrzygnięć rodzi się nie z pozycji mówiącego, lecz z siły uzasadnienia, które może zostać przyjęte lub odrzucone w toku dyskursu.
Jednostki akademickie są (przynajmniej w swoim samorozumieniu) przestrzenią
uprzywilejowaną dla tego typu racjonalności. Ich sens polega na tym, że argument
może skorygować autorytet, a nie odwrotnie. Gdy jednak rozstrzygnięcie
merytoryczne zostaje zakwestionowane nie w drodze dalszej argumentacji, lecz
poprzez dystans władzy formalnej wobec jego skutków, dochodzi do subtelnego,
lecz istotnego przesunięcia: działanie komunikacyjne zostaje zastąpione
działaniem strategicznym.
Argumenty mogą paść. Procedura może się odbyć. Głosowanie może zostać przeprowadzone. Problem zaczyna się wtedy, gdy wynik przestaje być traktowany jako zobowiązujący element wspólnego rozumowania, a staje się jedynie epizodem bez znaczenia decyzyjnego.
Habermas
nazwałby to sytuacją, w której ważność roszczeń poznawczych zostaje
podporządkowana logice utrzymania kontroli, a nie logice dochodzenia do
porozumienia. W takiej konfiguracji komunikacja nie zanika, lecz traci swój
normatywny sens. Przestaje być przestrzenią, w której prawda może „zadziałać”.
Z
perspektywy wspólnoty akademickiej jest to moment szczególnie krytyczny. Nie
dlatego, że pojawia się konflikt, lecz dlatego, że konflikt zostaje rozbrojony
w sposób pozadyskursywny. Tam zaś, gdzie dyskurs przestaje być źródłem
prawomocności decyzji, znika również fundament zaufania do sensu uczestnictwa w
nim. Widać to po rotacji pracowników w danej instytucji, publicznie ogłaszanej rezygnacji czy odchodzeniu w ciszy, by nie zostać rozpoznanym jako współprawca błędów, nieuczciwości itp.
Gdzie pojawia się presja, szantaż, zastraszanie, czy pokusa realizacji innych interesów, nie działa już autorytet instytucji, gdyż zostaje zastąpiony postawami w najuboższym sensie tego słowa. Jeśli przewodniczący demokratycznie ustanowionego gremium, które poddało pod głosowanie merytorycznie ważną kwestię, uznając jej poprawność, przedkłada wyższej czy innej instancji władczej sprzeczne z tą uchwałą postanowienie, powinien podać się do dymisji albo zostać zdymisjonowanym.
Autorytet naukowy nie polega na nieomylności, ale na gotowości przyjęcia korekty, gdy wspólnota, posługując się uznanymi kryteriami wiedzy, wskazuje granice naruszania przez kogoś normatywnego stanowiska. Odmowa uznania takiej korekty nie wzmacnia autorytetu, ale przeciwnie, ujawnia jego kruchość. W tym sensie zawieszanie skutków rozstrzygnięć merytorycznych nie jest obroną autorytetu, lecz jego cichą delegitymizacją.
Akademia
lubi myśleć o sobie jako o przestrzeni, w której władza nie rozstrzyga prawdy,
a prawda w długim trwaniu potrafi korygować władzę. To
samorozumienie nie jest naiwne. Jest normatywne. Opiera się na przekonaniu, że
istnieją normy, standardy postaw, które mają charakter autoteliczny, a zatem ich sensem nie
jest czyjaś racja, pozycja ani komfort instytucjonalny, lecz dążenie do
możliwie najlepszego rozpoznania rzeczywistości.
Dlatego
szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te mimo ich naukowej nienaruszalności, przestają zobowiązywać w praktyce zachowań niektórych akademików. Procedury są zapisane w ustawach, regulacjach uczelni i ich jednostek, w towarzystwach naukowych. Tam padają argumenty, są przeprowadzane głosowania, a jednak ich skutki mogą zostać
zawieszone nie w drodze polemiki naukowej, lecz przez dystans władzy
formalnej wobec ich konsekwencji.
Zachęcam do refleksji nad czymś znacznie trudniejszym, a mianowicie nad kondycją postaw, które decydują o tym, czy norma naukowej PRAWDY pozostaje żywa, czy jedynie obowiązuje na papierze. Autoteliczność powyższych norm nie chroni ich automatycznie. Chroni je dopiero wspólnotowa gotowość do podporządkowania się im, także wtedy, gdy są niewygodne, korygujące lub podważające czyjś autorytet. Bez tej gotowości akademia zachowuje formę, lecz traci sens, który nie jest tym, co można przegłosować, a tym bardziej penalizować.
Ps. Czytam z niepokojem najnowsze artykuły dotyczące IBE-PIB:
Habilitacja bliskiego stopnia, czyli kto pomógł
reformatorowi polskiej edukacji
MEN żąda wyjaśnień po tekście Zero.pl. Chodzi o konflikt interesów w państwowym instytucie
Instytut Błędów Edukacyjnych, czyli jak IBE tworzy
rekomendacje dla MEN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam