W
środę zaczynają się na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu obrady
Zespołu "Pedagogika Szkolna" przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN.
Dzielę się zatem recepcją artykułu autorstwa socjologów, by pokazać, jak oni
postrzegają i badają szkołę w naszym kraju.
W
najnowszym numerze periodyku Komitetu Socjologii i Instytutu Studiów
Politycznych Polskiej Akademii Nauk - "Kultura i Społeczeństwo" (2026
nr 1) ukazał się artykuł autorstwa Krzysztofa Lepczyńskiego, Arkadiusza
Karwackiego, Joanny Felczak i Tomasza Leszniewskiego pod intrygującym tytułem:
"„SZKOŁA NIE ISTNIEJE, ISTNIEJĄ NAUCZYCIELE” JAKOŚĆ ŻYCIA W PRACY
NAUCZYCIELI W PERSPEKTYWIE KRYZYSU PANDEMICZNEGO".
Covid-19
jest już dawno za nami, a wszystkie generacje odczuwają jego skutki do
dzisiaj. Kto by dociekał dzisiaj, jak przeżywali pandemię rodzimi
nauczyciele?
Niniejszy
tekst, mimo ukazania się w wiele lat po tym wydarzeniu globalnym, jest wynikiem
badań w ramach projektu „Gospodarstwa domowe w czasach koronawirusa. Praca
zawodowa, edukacja i wsparcie w warunkach niepewności”, który był realizowany
na podstawie grantu Narodowego Centrum Nauki przyznanego zespołowi badawczemu
Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie w konkursie OPUS 20 nr
2020/39/b/HS5/03121.
Pewnie
nie zwróciłbym nań tak szybko uwagi, gdyby nie to, że jeden z współautorów
podzielił się nim ze mną, zachęcając tym samym do lektury tekstu. Cieszy ta
otwartość socjologów na recepcję ich badań przez pedagoga. Byłoby jeszcze
lepiej, gdyby socjolodzy czytali rozprawy pedagogów szkolnych, którzy
prowadzili w czasie i tuż po pandemii koronawirusa własne badania oświatowe
oraz polemizowali z wynikami międzynarodowych badań w krajach Unii
Europejskiej.
Co
autorzy w/w artykułu faktycznie twierdzą na podstawie własnych badań? Trzeba
pokrótce poinformować, że uruchomili konkurs na pamiętnik z czasów pandemii, w
ramach którego wpłynęło 700 tekstów (sic!). Rzeczywiście, uzyskali ogromny
zasób intro- i retrospekcyjnych opisów przeżyć, refleksji, wspomnień, które
wymagały analizy. Jednak do analizy wykorzystali zaledwie 57 tekstów.
Autorzy
artykułu nie twierdzą (wbrew tytułowi), że szkoła w ogóle nie istnieje, ale
że formalny system edukacji wykazał w tamtym okresie
dramatyczną niewydolność. Oświata działała, bo była podtrzymywana przez
równoległy, nieformalny system oparty na prywatnych zasobach nauczycieli. Tytuł
artykułu jest cytatem z pamiętnika jednego z nauczycieli, a nie wnioskiem z
badań zespołu socjologów.
Kluczowy
argument socjologów sprowadza się do rekonstrukcji relacji pasożytniczej,
a nie symbiotycznej między nauczycielami a systemem szkolnym. Regulacje prawne,
ustrój szkolny, jego finansowanie nie wzbogacają nieformalnego systemu
szkolnego, który tworzy zaangażowanie nauczycieli w pracę. Rządzących nie
interesuje poświęcenie przez nauczycieli własnego i zawodowego czasu, ich
odporność emocjonalna na trudności i kryzysy czy wyposażenie szkół w odpowiedni
sprzęt.
Nauczyciele
maskują swoim poświęceniem realne dysfunkcje szkolnictwa, co
paradoksalnie odracza potrzebę jakichkolwiek reform. System
tak "działa", bo ludzie dopłacają do niego własnym zdrowiem i
pieniędzmi, są przezeń eksploatowani. Skoro są i chcą być siłaczkami, to tym
lepiej dla MEN.
To
tyle, jeśli chodzi o powód, dla którego socjolodzy postanowili sprawdzić, czy
jest on czymś realnym. W tym miejscu zaczyna się moja dyssatysfakcja nie tylko
z przyjętych przez badaczy założeń, ale i wyprowadzonych przez nich wniosków z
analizy pamiętników. Z zasady analiza pamiętników, dzienników nie jest
materiałem badawczym, na podstawie którego można wyprowadzać generalne opinie.
W tym przypadku socjolodzy wybrali z 700 pamiętników bez wskazania kryteriów
zaledwie 57.
Wniosek
o sfinansowanie badań wymaga postawienia hipotezy, a ta z definicji badań
jakościowych nie może być ani sformułowana, a ani tym bardziej potwierdzona czy
odrzucona. Badacze formalnie deklarują podejście jakościowe, bo mają pamiętniki
i wywiady, a faktycznie realizują logikę weryfikacyjną, bo zapewne wymaga tego
od nich system rozliczania projektów w NCN.
Powstał
zatem twór metodologicznie hybrydowy, który nie spełnia wymogów ani podejścia
jakościowego ani ilościowego, ale wygląda naukowo i uzyskuje pozytywną opinię,
bo recenzenci działają w tym samym systemie. Problem pojawia się tam,
gdzie autorzy artykułu przechodzą od subiektywnego opisu doświadczenia pandemii
przez nauczycieli do twierdzeń systemowych, które
podporządkowali operacjonalizacji pojęcia jakości życia wg Roberta A.
Cumminsa. Jednak ani ten paradygmat badań, ani ów autor badanego fenomenu niewiele
mają wspólnego z polską rzeczywistością szkolną.
Cummins
jest przedstawicielem australijskiej psychologie pozytywnej i badań nad
niepełnosprawnością intelektualną. Jego zdaniem o jakości życia świadczą
następujące cechy: dobrostan emocjonalny, zdrowie, relacje, zabezpieczenie
materialne, bezpieczeństwo, funkcjonowanie w społeczności, inne aktywności.
Takie ujęcie powstało w odpowiedzi na bardzo konkretne pytania kliniczne i
polityki społecznej w bardzo konkretnym kontekście kulturowym i
ustrojowym. Zastosowanie zatem tak pojmowanej kategorii pojęciowej w odniesieniu
nie tylko do polskich nauczycieli jest z kilku powodów
jednocześnie intelektualnie kłopotliwe.
Po
pierwsze polska szkoła ma specyficzną historię instytucjonalną, której Cummins
nie uwzględniał i uwzględniać nie mógł. Autorytarna tradycja zarządzania
oświatą, dziedzictwo PRL-owskiej pozorności, specyficzny etos nauczycielski
zbudowany na poświęceniu jako wartości samej w sobie, są zmiennymi, które nie
mieszczą się w zbiorze w/w cech jakości życia nauczycieli w III RP.
Po
drugie pojęcie zabezpieczenia materialnego ma zupełnie inną treść w
australijskim państwie dobrobytu niż w polskiej oświacie publicznej, w której
wielu nauczycieli musi kumulować godziny do pełnego etat pracując w kilku
szkołach. Używanie tej samej kategorii analitycznej do obu rzeczywistości daje
złudzenie porównywalności tam, gdzie jej nie ma.
Po
trzecie, autorzy nie zadali sobie pytania, czy tak definiowana kategoria
pojęciowa jest adekwatna do poszukiwania odpowiedzi na własny problem badawczy.
Przyjęli ją jako gotowe narzędzie, bo była dostępna, jest cytowana i daje
analizie ramę kategorialną do interpretacji treści. To jest dokładnie
mechanizm, w świetle którego import obcej kategorii pojęciowej zastępuje
własną, która nie musi być adekwatna do własnego przedmiotu badań.
Paradygmat
zbudowany na polskim materiale byłby korzystniejszy ze względu na
kilkudziesięcioletnie doświadczenie działań pozornych w polskim szkolnictwie.
Autorzy wprawdzie przywołują i cytują łódzkiego socjologa Jana Lutyńskiego, ale
nie korzystają z jego modelu działalności pozornej, który byłby tu znacznie
lepszym punktem wyjścia, gdyż uwzględnia nieefektywność, biurokrację, ale
także wypieranie treści przez formę. Dzisiaj odczuwamy to szczególnie, gdy z
braku nauczycieli zatrudnia się każdego, byle tylko zgadzała się liczba. Pozór
realizacji funkcji edukacyjnych jest ważniejszy niż jej realna
wartość.
Działania
pozorne wg J. Lutyńskiego pełnią funkcję społeczną, bowiem pozwalają trwać
patoedukacji, a zarazem zachować nauczycielom twarz, mimo że oni sami wiedzą,
iż uczestniczą w grze pozorów. Jednak socjolodzy nie sięgnęli po model J. Lutyńskiego,
gdyż ten jest w systemie finansowania badań przez NCN mniej wart niż
australijskiego psychologa, który publikuje w indeksowanych czasopismach.
Przypomnę
zatem, że do działań pozornych jako polskiej kategorii analitycznej znakomicie
nawiązała Maria Dudzikowa w rozprawie "Sprawcy i/lub ofiary działań
pozornych w edukacji szkolnej" (Kraków, 2013). Socjolodzy jednak nie
czytają pedagogów, a szkoda, bo wpisują się w działania pozorne (w sensie
Lutyńskiego), skoro wolą simulacrum zamiast rzeczywistego poznania polskiej
szkoły w refleksji nauczycieli.
Stanisław
Ossowski powiedziałby, że to jest dokładnie ta sytuacja, przed którą sam
przestrzegał przed wielu laty. Gdy nauka społeczna przestaje być odpowiedzialna
wobec rzeczywistości, którą bada i wobec społeczeństwa, które ją finansuje,
sama staje się działaniem pozornym. Nie jest to działanie nierozsądne, ale
pozorne.
Szkoda,
że nie pozwolili, by kategorie wyłoniły się z pamiętnikarskiego materiału, nie
byli gotowymi na odkrycie, że polscy nauczyciele w 2020 roku konstytuowali sens
swojej pracy przez kategorie, których australijski psycholog nie mógł
przewidzieć. Może okazałoby się wtedy, że kluczową kategorią jest coś w
rodzaju profesjonalnej godności mimo upokorzenia.
Po
raz kolejny przekonujemy się, że system akademicki nagradza zakotwiczenie w
zagranicznej literaturze bardziej niż w rodzimej oryginalności myślenia o
polskiej edukacji. Brakuje zaufania do własnej tradycji intelektualnej jako
źródła kategorii pierwszorzędnych, a nie tylko ozdobników w przypisach. Cudze
chwalimy, a swego nie doceniamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam