15 maja 2026

Granice obiektywizmu i realna autonomia recenzenta

 



Nie ulega wątpliwości, że nawet najlepsze szkolenia i kodeksy dobrych praktyk całkowicie nie wyeliminują subiektywizm recenzentów w ocenie czyjegoś dorobku naukowego. Recenzent nie jest maszyną oceniającą według uniwersalnych wskaźników. Każda/-y uczona/-y jest osadzona/-y w określonym paradygmacie, środowisku, języku i biografii naukowej. Jej/-go sposób widzenia dorobku innego badacza kształtują nie tylko wiedza i doświadczenie, ale także orientacja metodologiczna, przekonania epistemiczne, wrażliwość aksjologiczna, a nierzadko również światopogląd czy zaangażowanie obywatelskie i/lub polityczne.

W tym sensie recenzja naukowa jest aktem interpretacyjnym, a nie algorytmicznym, arytmetycznym. Ustawa "Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce" nie precyzuje kryteriów ewaluacji osiągnięć naukowych. W istocie uznaje nieusuwalny relatywizm zakładając, że dojrzałe środowisko akademickie potrafi to zrównoważyć w duchu rzetelności i odpowiedzialności naukowej. Problem pojawia się wówczas, gdy subiektywność przekształca się w arbitralność, a pełna autonomia recenzenta generuje unikanie samokontroli poznawczej.

Dlatego nie chodzi o ograniczanie wolności recenzenckiej, lecz o kształtowanie świadomości jej granic. Szkolenia akademickie nie mogą narzucać sposobu oceniania, ale mogą uczyć refleksji nad własnymi kryteriami, nad tym, z jakiego paradygmatu i z jakich wynikają one przesłanek epistemologicznych.

 Uczciwy recenzent w naukach humanistycznych i społecznych nie jest „obiektywny” w absolutnym sensie, gdyż te dziedziny nauk nie są Sciences. Powinien jednak być świadomy subiektywności swoich założeń i zdolny do ich jawnego uzasadnienia.

Autonomia uczelni i wolność nauki nie oznaczają więc dowolności, ale dojrzałość interpretacyjną, zdolność do samoograniczenia w imię jakości naukowej. W naukach humanistycznych i społecznych każda z dyscyplin kształtuje własny język, a to właśnie stanowi o świadomości epistemicznej niejednoznaczności, która może stać się warunkiem jej dojrzewania.

Jak pisał Karl Jaspers, „nauka żyje w napięciu między obiektywnością poznania a subiektywnością poznającego”. Kultura recenzencka nie polega na przezwyciężeniu tego napięcia, lecz na tym, by potrafić je uczynić źródłem odpowiedzialności poznawczej – zamiast narzędziem dominacji lub oceny pozornej.


14 maja 2026

Na pograniczu nauk

 






W ubiegłym tygodniu odbyła się interesująca a już trzecia z cyklu "Na pograniczu nauk" Ogólnopolska Konferencja poświęcona interdyscyplinarnym kontekstom adaptacji, socjalizacji i wychowania. Organizatorem była Akademia HUMANITAS w Sosnowcu. Referujący nawiązywali m.in. do wyników dodatkowych badań w ramach programu PISA określanych jako „school life”. Obejmowały one badanie opinii piętnastolatków na temat klimatu szkoły, relacji uczniów z nauczycielami, identyfikowania się uczniów ze szkołą, ale także ich samotność, poczucie wykluczenia, wsparcie nauczycieli, dyscyplinę na lekcjach matematyki, bezpieczeństwo i doświadczanie bullyingu. 

W Polsce ujawnienie tych danych przez IBE-PIB nastąpiło dopiero w lipcu 2024 roku, czego nie można tłumaczyć procedurą badawczą. Władze MEN miały bowiem dylemat, co pokazać od razu, a co pozostawić na później. Nie mogło to być zatem tłumaczone tym, że tych „danych jeszcze nie było”, skoro były dostępne na portalu OECD w wersji oryginalnej w 2023 roku. Poprosiłem AI o wykaz danych z tego dodatkowego pomiaru school life w opinii piętnastolatków, którzy przyszli na świat w byłych państwach socjalistycznych: 

Kraj


Przykładowe dane z PISA 2022

Czechy


73% uczniów czuło przynależność do szkoły; 71% deklarowało łatwość zawierania przyjaźni w szkole.

Słowacja


75% uczniów czuło przynależność do szkoły; 76% łatwo zawierało przyjaźnie.

Węgry


80% uczniów czuło przynależność do szkoły; 81% łatwo zawierało przyjaźnie; tylko 12% deklarowało samotność w szkole.

Estonia


78% uczniów czuło przynależność do szkoły; 17% deklarowało samotność w szkole; nota estońska omawiała też wsparcie nauczyciela, dyscyplinę, bezpieczeństwo i bullying.

Łotwa


77% uczniów czuło przynależność do szkoły; 19% deklarowało samotność.

Litwa


tylko 65% uczniów czuło przynależność do szkoły; 21% deklarowało samotność i 21% poczucie wykluczenia.

Słowenia


79% uczniów czuło przynależność do szkoły; 84% łatwo zawierało przyjaźnie; 11% czuło samotność.

Chorwacja


83% uczniów czuło przynależność do szkoły; 12% deklarowało samotność; 11% poczucie bycia outsiderem.

Bułgaria


75% uczniów czuło przynależność do szkoły, ale aż 24% deklarowało samotność, a 28% poczucie bycia outsiderem.

Rumunia


tylko 50% uczniów czuło przynależność do szkoły; 83% deklarowało łatwość zawierania przyjaźni, co pokazuje ciekawy rozdźwięk między relacjami rówieśniczymi a więzią ze szkołą.

Ukraina, regiony uczestniczące


84% uczniów czuło przynależność do szkoły; 18% deklarowało samotność; 13% poczucie bycia outsiderem.

  (Tab.: ChatGPT / DALL·E, OpenAI, opracowanie własne z użyciem AI)

W tych państwach opublikowano pełne raporty już w 2023 roku. W Polsce, w roku wyborczym (2023) opinia publiczna otrzymała przede wszystkim obraz nastolatków przez pryzmat ich wyników w testach z matematyki, czytania i nauk przyrodniczych. Obraz zaś szkoły przez pryzmat niskiego poczucia przynależności do niej, osamotnienia i słabej więzi uczniów z tą placówką został przesunięty poza moment politycznie najgorętszy, kiedy ówczesna opozycja doszła już do władzy. 

Nadal występuje w upublicznianiu wyników badań quasi autorytarny mechanizm zarządzania prawdą o szkolnictwie publicznym. Demokracja formalna nie gwarantuje jeszcze demokracji epistemicznej. 

Można mieć wolne wybory, pluralizm partyjny i instytucje publiczne, a jednocześnie utrzymywać zwyczaj, że niewygodne dla władzy dane są komunikowane później, bez rozgłosu, technicznie albo w mniej nośnej formie. Nie jest to już cenzura w klasycznym sensie, a raczej administracyjne zarządzanie widzialnością prawdy. 

W krajach postsocjalistycznych można dostrzec kilka mechanizmów: 

po pierwsze, szkoła nadal bywa traktowana jako instytucja państwowej legitymizacji, a nie jako dobro wspólne podlegające obywatelskiej kontroli. 

po drugie, ministerstwo edukacji lub instytut badawczy finansowany przez państwo może odczuwać presję, by nie produkować „amunicji” przeciw rządzącym. 

po trzecie, wciąż silna jest mentalność sprawozdawczo-awansowa: raport ma raczej potwierdzić skuteczność funkcjonowania systemu niż uruchomić trudną debatę o jego porażkach. 

po czwarte, kultura urzędnicza często bardziej boi się konfliktu niż fałszu. 

Problemem krajów postsocjalistycznych nie jest zatem unikanie badań porównawczych, ale brak pełnej odwagi sprawujących władzę wobec ujawniania wyników diagnoz. Państwo demokratyczne potrafi realizować diagnozę, przeprowadzić ją według międzynarodowych procedur, powołać się na OECD i mówić językiem nowoczesnej ewaluacji. 

Gdy jej wyniki - jak w powyższym przypadku - dotykają kultury szkoły, osamotnienia uczniów, niskiego poczucia przynależności, słabej więzi z nauczycielami, to uruchamia się stary odruch: najpierw pokażmy to, czym można się pochwalić, a resztę zostawmy na później. Wprawdzie nie jest to cenzura z czasów totalitarnych, ale postautorytarna pedagogika półprawdy. 

 

Dane o kulturze szkoły nie są już całkowicie ukrywane. Są jednak często neutralizowane językiem technicznym: „kwestionariusze”, „czynniki kontekstowe”, „wskaźniki”, „strategie edukacyjne”. Tylko tam, gdzie raport odważa się nazwać klimat szkoły, relacje i przynależność rdzeniem doświadczenia ucznia, PISA przestaje być rankingiem, a staje się diagnozą pedagogiczną.

 Władze państwowe nie muszą fałszować raportu badań. Wystarczy, że w pierwszym obiegu publicznym eksponuje się wyniki pozwalające mówić o sukcesie uczniów, a dane o kryzysie więzi uczniów ze szkołą przeniesie do późniejszej, mniej medialnej publikacji, kiedy wszyscy są na urlopach. W polityce jest to określane mianem polityki różnicy w ujawnianiu problemu.


   


13 maja 2026

Kultura uniwersytecka w świetle nauk społecznych

 


W dniu wczorajszym miałem okazję do spotkania online z pasjonatami nauki, uczonymi reprezentującymi ponad 30 jednostek akademickich w kraju i kilka dyscyplin nauk społecznych. Inicjatorem i gospodarzem spotkania był członek Zespołu Nauk Społecznych Rady Doskonałości Naukowej prof. dr hab. Bernard Wiśniewski, który organizuje w Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej interesujące debaty naukowe w ramach Centrum Metodologii Badań w Naukach o Bezpieczeństwie. 

Tematem mojego wystąpienia była dość bolesna kwestia, bo dotycząca erozji postaw wobec nauki. Ta zaś jest  rozpoznawalna w wielu sferach funkcjonowania uczelni akademickich. Nie bez znaczenia zatem było rozpoczęcie debaty od studiów naukowych dotyczących kultury uniwersyteckiej, która przestaje być w Polsce pojmowana jako praktykowane obyczaje akademickie w trosce o wartości absolutne a związane z dążeniem badaczy do prawdy. 

W literaturze naukowej ujmuje się kulturę uniwersytecką raczej jako normatywno-instytucjonalny sposób funkcjonowania uczelni, w ramach którego bierze się pod uwagę zespół wartości (misja, cele uczelni), praktyk w relacjach między władzami uniwersytetu a pracownikami badawczymi, badawczo-dydaktycznymi, administracyjno-technicznymi, rytuały, reguły komunikacji, sposoby uprawiania nauki, relacje między mistrzostwem a krytyką, autonomią a odpowiedzialnością publiczną czy wreszcie kolegialnością a stylem zarządzania uczelnią i jej jednostkami. 

Nie ma już jednej kultury universitas, toteż wyróżnia się kilka jej rodzajów, które przenikają do procesów zarządzania szkołami wyższymi i nauką. Polskie uczelnie akademickie cechuje model hybrydowy, ale to, które z tych kultur stanowią dominantę, każde musi samo rozstrzygnąć.  

Jedną z takich kultur jest uniwersytet jako formacja umysłu, kształcenie elit, inteligencji. Nawiązuje się tu do myśli Johna Henry’ego Newmana, dla którego kultura uniwersytecka oznaczała przede wszystkim kulturę intelektu. Tę zaś cechuje orientacja na kształcenie zdolności sądzenia, holistycznego pojmowania wiedzy, prowadzenia sporu i dystansowania się do utylitarnego pojmowania studiów i badań akademickich. 

Newmanowska „liberal education” nie czyni swoim zadaniem kształcenie zawodowe, bo od tego powinny być koledże, szkoły zawodowe. Istotną funkcją uniwersytetu ma być właśnie formacja rozumu, dzięki któremu człowiek staje się zdolny do samodzielnego myślenia. W rozprawach przywołujących tę tradycję podkreśla się, że dla Newmana „culture of the mind” była dobrem samym w sobie i podstawowym celem edukacji uniwersyteckiej. 

W tym sensie kultura uniwersytecka nie jest „kulturą organizacji”, lecz kulturą sądzenia. Uniwersytet istnieje po to, by chronić przestrzeń, w której wiedza nie zostaje natychmiast podporządkowana interesowi rynku, państwa, ideologii czy administracji.  W czasach postprawdy, populizmu i coraz powszechniejszej manipulacji tak pojmowany uniwersytet staje się zagrożeniem dla różnego rodzaju władz państwowych, a nawet akademickich.

Kultura humboldtowska powoli redukowana jest w akademickich środowiskach ze względu na nieprzystawanie do dynamicznych zmian społeczno-politycznych, gospodarczych i militarnych. Wolność badań, jedność nauczania i badań naukowych wyrasta w tym modelu z tradycji Wilhelma von Humboldta, dla którego kultura uniwersytecka oznaczała traktowanie nauki jako sposobu życia akademickiego. 

Kluczowa w tym modelu jest autonomia uczelni jako instytucji, w której szanuje się autonomię uczonych oraz dąży do formowania człowieka przez uczestnictwo w poszukiwaniu prawdy. Humboldtowska idea nowoczesnego uniwersytetu nie godzi się na traktowanie studentów jak klientów, a profesorów jako usługodawców. 


Mistrz i student, choć są nierówni kompetencyjnie, to uczestniczą w tym samym procesie służbie wobec nauki, a nie wobec władzy zorientowanej na heterotelicznie stanowione cele, głównie na osiąganie wartości instrumentalnych. Kultura uniwersytecka jest więc kulturą wspólnoty poznającej, a nie kulturą realizacji mierników kształcenia i parametryzacji badań naukowych. 

Trzeci typ kultury universitas to kultura kolegialna. W jej ramach uniwersytet stanowi republikę uczonych. W naukach społecznych bardzo takie ujęcie kultury uniwersyteckiej  jest w polskim ustroju przeszłością, bowiem ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce z 2018 roku zapoczątkowała niszczenie kultury kolegialności w imię pozorowanej interdyscyplinarności zespołów badawczych

Tymczasem ten typ kultury obejmuje autentyczną samorządność akademicką a nie sterowaną przez wyłączone z niej władze rektorskie, dziekańskie czy instytutowe. To troska o rzetelne recenzowanie osiągnięć naukowych, wzajemne wspieranie się badaczy oparte na zaufaniu, przestrzeganie norm debat naukowych, dyskusji, autonomia podstawowych jednostek akademickich, wydziałów, ale i udział uczonych w podejmowanych przez ich reprezentantów decyzjach, bez ich selekcjonowania, stratyfikowania kadr. Ważne jest tu takie kształtowanie uniwersytetu, by nie był zarządzany tak samo jak przedsiębiorstwo, korporacja.

W badaniach nad zarządzaniem uczelniami często przeciwstawia się kolegialność i menadżeryzm, chociaż klasyczne analizy wskazywały, że kultura akademicka wymaga zarządzania nie tylko strukturalnego, ale także symbolicznego, zarządzania znaczeniami, symbolami i dbania o integrację wspólnoty, a nie wyłącznie o hierarchiczne nią sterowanie. Współczesne prace z nauk o zarządzaniu potwierdzają, że przenoszenie korporacyjnych struktur władzy do uniwersytetu zmienia samą naturę instytucji akademickiej.

W tej perspektywie kultura uniwersytecka to nie pozorowanie „dobrych relacji”, by władze uczelni czy wydziałowe mogły zapewnić sobie zarządzanie w kolejnej kadencji. Kultura kolegialna oznacza ustrój epistemiczny, a więc taki sposób zarządzania środowiskiem akademickim, w jaki wspólnota ma prawo do autonomicznego decydowania, co jest wiedzą, kto ma prawo oceniać, jak prowadzi się spór, jak chroni się mniejszościowe stanowiska i jak zapobiega się przemianie autorytetu naukowego w władzę administracyjną, która zainteresowana jest głównie osiąganiem przez siebie wysokich dochodów. 

Kolejny rodzaj kultury rozwijał się w II połowie XX wieku i jest określany mianem kultury krytycznej. W jej ramach uniwersytet jest miejscem prowadzenia badań naukowych, sporów, demistyfikowania błędów i odpowiedzialności. Najczęściej wskazywanym źródłem tej kultury jest przetłumaczona także na język polski praca Bill Readings pt. The University in Ruins, który twierdzi, że nowoczesny uniwersytet był historycznie związany z ideą kultury narodowej, ale w późnym kapitalizmie ta funkcja jest wypierana przez puste hasło „excellence”, a więc doskonałości mierzonej proceduralnie, rankingowo i administracyjnie.

W świetle tego podejścia w universitas pojawia się pytanie: czy uniwersytet nadal tworzy kulturę, czy tylko zarządza produkcją mierzalnych osiągnięć? Readings nie proponuje powrotu do humboldtowskiej harmonii, lecz raczej „wspólnotę dissensu”, a więc ujmuje uniwersytet jako miejsce nieusuwalnego sporu, w którym sens nie jest zadekretowany odgórnie. 

Podobnie Ronald Barnett traktuje w swoich badaniach uniwersytet nie tyle jako gotową strukturę, lecz jako byt „w stawaniu się”. W Being a University analizuje napięcia między byciem i stawaniem się, przestrzenią i czasem, kulturą i anarchią, autentycznością i odpowiedzialnością. Uniwersytet jest dla niego instytucją ustawicznie zmagającą się z pytaniem o własne możliwości i odpowiedzialność za wyniki badań. W tym ujęciu kultura uniwersytecka nie polega na zgodzie, lecz na zdolności do cywilizowanego niezgadzania się.


Zbliżoną do kultury kolegialnej uniwersytetu jest w literaturze anglosaskiej kultura publiczna szanująca uniwersytet jako dobro wspólne z tej racji, że jest to instytucja publiczna. Stefan Collini w swojej monografii pt. What are universities for? 

 przeciwstawia się redukowaniu funkcji uniwersytetu do tego, by służył wzrostowi gospodarczemu, produktywności i „zatrudnialności” absolwentów. Autor tej pracy podkreśla, że należy ponownie przemyśleć sens uniwersytetu, jego celów i wartości w warunkach postnowoczesnego społeczeństwa, nieprzejrzystości i czasów ryzyka.

Z tej perspektywy kultura uniwersytecka jest kulturą odpowiedzialności publicznej, ale nie w sensie podporządkowania państwu, ale służenia  społeczeństwu właśnie dlatego, że uniwersytet nie powinien być przedłużonym ramieniem władzy państwowej, wymaganiom rynku ani też opinii publicznej. Jego użyteczność polega m.in. na tym, że potrafi być nieużyteczny w doraźnym tego słowa znaczeniu: chroniąc konieczny czas dociekań, myślenia, krytykę, prowadzenie badań podstawowych i dbać o pamięć kulturową.

Kultura akademickiego kapitalizmu (academic capitalism) wpisuje uniwersytet w pole kolonizacji rynkowej. W literaturze krytycznej analizują jej znaczenie Sheila Slaughter i Gary Rhoades. Autorzy "Academic Capitalism and the New Economy. Markets, State, and Higher Education" pokazują, że uniwersytety coraz mocniej angażują się w logikę rynku, komercjalizacji wiedzy, patentów, współpracy z przemysłem i rywalizację o zasoby. Ich książka stanowi analizę coraz bardziej zatartych granic między szkolnictwem wyższym, państwem i geopolityką handlu.


 W tym ujęciu kultura uniwersytecka zostaje poddana interesom       gospodarki wolnorynkowej: wiedza przestaje być przede wszystkim   dobrem publicznym, a zaczyna funkcjonować jako zasób   ekonomiczny. Nie oznacza to, że współpraca z gospodarką jest   czymś niepożądanym. Logika rynku staje się metakulturą uczelni,   czyli nadrzędnym kryterium oceniania wszystkiego: badań, dydaktyki, awansów, relacji ze studentami i sensu pracy akademickiej.

Ostatnią z wymienianych w literaturze kultur jest kultura jakości (quality culture) lokująca uniwersytet między doskonaleniem a audytem. Ten nurt oznacza wspólnotowe, refleksyjne doskonalenie uczelni, oparte na odpowiedzialności, dialogu i zaufaniu. W praktyce często przekształca się jednak w kulturę audytu, w której przeważają procedury, ankiety ewaluacyjne, wskaźniki, raporty, akredytacje i zgodność z nimi uczelnianych dokumentów. 

Ten rodzaj kultury był wdrażany w Polsce z początkiem XXI wieku, w tym powołaniem do życia najpierw Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej a następnie Państwowej (obecnie Polskiej) Komisji Akredytacyjnej, która miała zastąpić humboldtowską kulturę akademicką wyrastającą z tradycji uniwersyteckiej, a nie z samego organu nadzoru państwowego. To rozróżnienie jest kluczowe, bowiem kultura jakości nie jest tym samym co biurokratyzacja jakości kształcenia i prowadzenia badań naukowych. Pierwsza miała wzmacniać uniwersytet w jego samodoskonaleniu, druga zaś skutkuje wewnątrzuczelnianą działalnością pozorną.