Dokonajmy kolejnej analizy deformy MEN (IBE-PIB) i pójdźmy krok dalej, na
poziom dydaktyki ogólnej, a nie dokumentów politycznych. Wtedy bardzo wyraźnie
widać, że zarówno strategia OECD Learning Compass 2030, jak i Kompas
Jutra nie tworzą nowego paradygmatu kształcenia,
lecz rekonfigurują klasyczną pedagogikę progresywistyczną w formie
systemowego modelu biurokratycznego zarządzania edukacją (governance). Rządzący
usilnie utrzymują centralistyczne władztwo oświatowe, by móc manipulować
społeczeństwem z naiwną wiarą, że można to skutecznie czynić w XXI wieku.
Nie
mamy tu do czynienia z „nową dydaktyką” ale z globalnym
standaryzowaniem progresywizmu w formie ram zarządzania edukacją. W
strategii Learning Compass 2030 nie ma hierarchicznej tabeli
taksonomii celów kształcenia i wychowania, nie ma klasycznego podziału na
domeny operacjonalizowane taksonomicznie, a zamiast tego
jest ekosystem komponentów:
well-being
→ agency → kompetencje → wiedza (umiejętności, postawy, wartości).
Cele
edukacji nie występują zatem jako lista, lecz jako funkcja projektowa,
bowiem edukacja ma prowadzić do zdolności działania w przyszłościowych
kontekstach. To znaczy, że cele są ukryte w profilu absolwenta i
kompetencjach, a nie jawnie sformułowane jako kategorie taksonomiczne. Tym
samym mamy tu przejście od taksonomii do architektury
kompetencyjnej.
Instytut
Badań Edukacyjnych nie skonstruował taksonomicznej struktury celów typu
Bloom, Niemierko, ale prowadził funkcjonalny odpowiednik ("produkt czekoladopodobny"):
profil
absolwenta → kompetencje → obszary kształcenia → wymagania.
Cele
istnieją jako opisy cech absolwenta, jako kompetencje przekrojowe, jako efekty
kształcenia. Natomiast nie istnieją jako autonomiczna, hierarchiczna taksonomia
celów, czyli - podobnie jak w strategii OECD - cele są umieszczone w
konstrukcji profilu absolwenta. Naukowe a nie populistycznie konstruowane
taksonomie dawały jasność poziomów trudności, możliwość stopniowania zadań oraz
precyzyjne konstruowanie sprawdzianów wiedzy i umiejętności. W modelu
"kompasowym" poziomy wiedzy i umiejętności są rozmyte, wiele pojęć
jest opisowych, nieostrych, toteż trudniej będzie konstruować jednoznaczne
narzędzia pomiaru.
W
krajach, w których o reformie decyduje nauka a nie ekonomia, to dydaktyka jako
nauka projektuje cele kształcenia i wychowania. W modelu zaś OECD/IBE cele
wynikają z wizji absolwenta i strategii społeczno-gospodarczej, czyli dydaktyka
staje się narzędziem realizacji wizji, a nie jej źródłem. To sprzyja
temu, by inwestować nie w nauczycieli, nie w naukę, nie w badania jakości
kształcenia i wychowania, tylko w przedsiębiorczych a krajowych beneficjentów
programów OECD.
Odejście
od dydaktyki jako nauki do populistycznie kreowanej dydaktyki na
podstawie profilu absolwenta służy interesom partiokracji, ale nie jakości i
tym samym wyższej efektywności procesów kształcenia. Źródłem odmienności
celów edukacji nie jest nowa teoria dydaktyczna, lecz zmiana ontologii
świata społecznego i technologicznego, a dopiero wtórnie zmiana teorii uczenia
się. Największe niebezpieczeństwo obecnego projektu reform polega na tym,
że mówi się dużo o sprawczości i kompetencjach, a za mało twardo
o minimalnych kanonach wiedzy ogólnej i zawodowej.
Realny
problem nie wynika z tego, że wiedza przestała być ważna, ale z tego, że
język polityk publicznych jest sprymitywizowany, populistyczny, zorientowany na
osiąganie doraźnych zmian kosztem ich odroczonych negatywnych
skutków. Można to nazwać pedagogiką kompetencji w wersji
makroekonomicznego zarządzania uczeniem się w szkole jako nadal
panoptykonie.
Ministra
Barbara Nowacka od ponad roku mówi o „otwartych konsultacjach”, ale gra w
pozory jest tu oczywista, skoro architektura deformy (profil → kompetencje
→ wartości → sprawczość) jest nienaruszalna. Konsultuje się zatem
"wnętrze pudełka", a nie to, czy "pudełko" w ogóle jest
właściwe i kto je wyprodukował.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam