Najbardziej
uderzającą cechą publikacji pod red. Michała Palucha, do której ustawicznie powracam, jest to, że jej autorzy piszą z radykalnie
różnych pozycji i nikt tego nie ukrywa. Ukraińcy, tacy jak Iryna Androshchuk
czy Olha Ovcharenko, piszą z wnętrza traumy: z pamięci babci modlącej się
słowami „oby nie było wojny", z nocnych mszy, z poszukiwań
grobu dziadka poległego w 1945 roku. Polscy uczeni piszą z pozycji świadków, którym
24 lutego 2022 roku „zabrakło słów".
Ta asymetria nie jest defektem książki. Jest źródłem jej siły. Autorzy nie udają, że stoją po tej samej stronie doświadczenia. Zamiast tego — między nimi i razem z nimi — tworzą coś, co można by nazwać pedagogiką słuchania.
Pierwsze
przesłanie: słowo jest czynem
Emilia Śmiechowska-Petrovskij — filolożka — wprost powołuje się na teorię aktów mowy Austina, by dowieść, że słowo nie jest tylko opisem rzeczywistości, lecz jej tworzeniem. Okrzyk „Uciekaj!" ratuje życie biologiczne, ale pojęcie „Mama" — zgłoszone jako słowo wzmacniające ludzką egzystencję — ratuje coś innego: poczucie, że jest się dla kogoś kimś, dla kogo warto przeżyć. W monografii - wspomniane przeze mnie wczoraj dwa poziomy — dosłowny i egzystencjalny — są nieustannie ze sobą przeplatane. Przesłanie zatem brzmi: nie ma ważniejszych i mniej ważnych słów. Są słowa odpowiednie do chwili i do człowieka.
Drugie
przesłanie: wystarczy samo słuchanie
Małgorzata
Przanowska przytacza świadectwo z granicy polsko-ukraińskiej, przekazane przez
dyrektor poradni psychologicznej z Hrubieszowa: młodzież, która pomagała
uchodźcom na przejściach w Zosinie i Dołhobyczowie, odkryła, że przytrzymanie
dłoni i siedzenie w ciszy potrafiło przywrócić równowagę duchową straumatyzowanej osobie. Bez terapii. Bez słów. Wystarczyło samo bycie obok.
To jedno z najważniejszych przesłań tej książki, skierowane wprost do tych, którzy na co dzień spotykają ofiary wojny — nauczycieli, psychologów, wolontariuszy, sąsiadów: nie musisz wiedzieć, co powiedzieć. Ważne, żebyś był obecny. Autorzy nazywają to „determinacją w obecności bliźniego" — i nadają tej frazie rangę osobnej kategorii słownikowej.
Trzecie
przesłanie: nie milczeć po wojnie
To
być może najbardziej polityczne i dalekosiężne przesłanie książki. Paluch pisze wprost, że Polska zna błąd powojennego milczenia z własnej historii, kiedy społeczeństwa były przymuszane do nierozmawiania o sensie cierpienia,
przebaczenia, traumy. Skutkiem tego była trauma przenikająca przez pokolenia w ciszy deformując je od środka.
Dlatego Słownik powstał w trakcie trwającej już wojny, ale także z myślą o czasie, który nastąpi po jej zakończeniu jako świadomy akt
wyprzedzenia. Trzeba bowiem już teraz
kształtować język, którym będzie można mówić o wojnie. Milczenie nie jest neutralne.
Jest sprzyjaniem destrukcji.
Stąd też obecność tak nieoczywistych haseł jak przeklinanie i ekspresja gniewu, autoterapia w walce z autodestrukcją, czy o tym, że można być słabym, ale też dzielnym na co dzień. To słowa, którym tradycyjnie odbierano powagę. Tutaj odzyskują ją jako warunek ocalenia.
Czwarte
przesłanie: „Zło dobrem zwyciężaj" nie jest naiwnością
Autorzy
cytują to chrześcijańskie zawołanie nie jako pobożne życzenie, lecz jako
strategię pedagogiczną i etyczną. Nie chodzi o wybaczenie agresorowi, lecz o
nieuleganie logice nienawiści, resentymentu i nihilizmu, które, jak
ostrzegają, po każdej wojnie mogą pochłonąć więcej dusz niż sama wojna.
W
słowniku pojawiają się dwa wyraźne wątki wizualne, choć każdy ma inny charakter
i inną wagę.
Po
pierwsze, jest dowodem, że twórcze działanie jest formą ratowania życia
psychicznego — nie metaforą, lecz konkretnym mechanizmem. Zosia nie opisuje
traumy. Ona ją przetwarza w działaniu, nieustannie, w czasie rzeczywistym.
Po
drugie, jest przekroczeniem granicy między pokoleniami. Monografia
kierowana przede wszystkim do nauczycieli, pedagogów i psychologów stawia
dziecko jako nauczyciela. Rysunek 14-latki interpretuje w tekście dorosły
uczony — i ta relacja jest odwrócona w stosunku do tego, czego oczekujemy od
publikacji naukowej.
Po
trzecie, rysunki Zosi ilustrują centralne napięcie całej książki: między
zniszczeniem a trwaniem. Paluch i Klimska obudowują jej prace apokaliptycznym
cytatem z Objawienia — koń ognistego jeźdźca — i przeciwstawiają mu obraz
dziewczynki z kredkami, która jest w stanie stanąć na drodze wojennemu
jeźdźcowi. To nie jest naiwna metafora. To propozycja antropologiczna:
człowiek tworzący jest osobą, która nie daje się ostatecznie zniszczyć.
I
w tym sensie kredki Zosi i słowa niniejszego dzieła są tym samym gestem.
Monografia pod red. M. Palucha jest w tym sensie czymś rzadkim: odpowiedzią akademicką, ale i oświatową, która nie udaje chłodnego dystansu, a zarazem nie wpada w emocjonalny chaos. Łączy naukową precyzję — lingwistyczną, pedagogiczną, psychologiczną, filozoficzną — ze świadomością, że piszący są w tym sami, jako ludzie i jako sąsiedni naród. Po przeczytaniu wszystkich esejów rozumie się, że diagnoza staje się zarazem zobowiązaniem dla kolejnych pokoleń.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam