20 maja 2026

Marketing prywatnej uczelni przebrany w język troski o przyszłość uniwersytetów

 


(źródło: opracowanie własne z wykorzystaniem narzędzia ChatGPT / DALL·E, OpenAI, 2026)

 

Opublikowany przez Gazetę Wyborczą wywiad z współzałożycielem prywatnego Uniwersytetu skomentował już b. rektor Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Przemysław Wiszewski. Nie dziwię się, bo też jestem zdumiony niespójną logicznie narracją udzielającego wywiadu, który zabiera głos rzekomo o kształcenia wyższego i prowadzenia  badań naukowych w III RP. W istocie jednak oczekuje większych pieniędzy z budżetu państwa dla prywatnego uniwersytetu, mimo iż ten akurat uzyskuje je od lat w bardzo wysokim zakresie właśnie w naukach humanistycznych i społecznych. 

Zabieram zatem głos, bo Piotr Voelkel może - w sensie retorycznym - wprowadzać opinię publiczną w błąd sugerując czytelnikom, że uczelnia prywatna jest systemowo odcięta od publicznych pieniędzy na badania. 

Otóż nie jest. 

Trzeba rozdzielić trzy kwestie: granty badawcze, subwencję podstawową i środki projakościowe typu IDUB. W opublikowanym wywiadzie Piotr Voelkel buduje obraz asymetrii: uczelnie publiczne mają „błogie ciepełko subwencji”, uczelnia prywatna dostaje „strzępy”, gdyż sektor prywatny jest „dyskryminowany”. Jako przykład podaje konkurs IDUB, gdzie — jak twierdzi — USWPS otrzymuje ok. 120 tys. zł, podczas gdy uczelnie publiczne 3,5–9,5 mln zł, bo wysokość wsparcia jest liczona jako procent subwencji. To jest jednak inna kategoria pieniędzy niż granty NCN czy NCBR.

W przypadku NCN USWPS nie tylko ma dostęp do konkursów, ale należy do rozpoznawalnych beneficjentów. Sama uczelnia informowała, że w latach 2011–2021 pozyskała ponad 92,5 mln zł w obszarze nauk humanistyczno-społecznych, zajmując piąte miejsce wśród ośrodków otrzymujących największe środki w tej dziedzinie — za UW, UJ, UAM i UWr. Forum Akademickie, omawiając dane NCN za 2019 r., wskazywało, że badacze Uniwersytetu SWPS uzyskali ponad 14 mln zł na 27 projektów, ze skutecznością 32%, porównywalną z UW i UJ, a wyższą niż większość uczelni publicznych.

To znaczy, że w zakresie konkursowego finansowania badań nie wolno twierdzić, że ta uczelnia jest wykluczana z dostępu do budżetowych środków na badania naukowe. NCN prowadzi statystyki dynamiczne według jednostek, konkursów i kwot, a dane obejmują liczbę wniosków zakwalifikowanych do finansowania oraz wysokość przyznanych środków. W raporcie NCN za 2023 r. głównymi beneficjentami konkursów krajowych były „publiczne i niepubliczne uczelnie wyższe”, które łącznie uzyskały 79% przyznanych wniosków; raport nie przeciwstawia tu sektora publicznego i niepublicznego jako uprawnionego i nieuprawnionego.

 Czym innym jest postulat, by uczelnia prywatna, która pobiera czesne, otrzymywała instytucjonalną subwencję porównywalną z uniwersytetem publicznym. USWPS w dokumentach opłat na rok 2025/2026 wskazuje na przykład roczne czesne rzędu 15 200 zł dla części studiów magisterskich w Warszawie i 23 000 zł dla psychologii w indywidualnej organizacji toku studiów. Uczelnia informuje też, że opłaty mogą być wnoszone w ratach i podlegać waloryzacji, co nie jest detalem, bo student stacjonarny na uczelni publicznej nie wnosi czesnego za regularne studia dzienne.

Dlatego zasadne jest pytanie: dlaczego państwo miałoby finansować studentów, badania naukowe, kierunek strategiczny, czy prywatną instytucję jako taką? Właściciel prywatnej uczelni ma prawo zabierać głos w debacie publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy interes instytucjonalny zostaje przedstawiony jako czysta troska o dobro wspólne. W tym sensie wypowiedź Voelkela jest ważna, ale wymaga dopowiedzenia, że o tym mówi przedsiębiorca, współtwórca uczelni prywatnych, a więc podmiot zainteresowany zmianą strumieni finansowania.

Nigdzie na świecie nie jest standardem, by prywatna uczelnia pobierająca czesne otrzymywała automatycznie taką samą subwencję instytucjonalną jak uniwersytety publiczne. Udzielający wywiadu mówi językiem troski o reformę, ale zarazem oczekuje wzmocnienia pozycji sektora prywatnych szkół wyższych.

W wywiadzie są wątki interesowne i retorycznie jednostronne, ale nie należy ich całkowicie odrzucać. Mają one znaczenie także dla uczelni państwowych, ponieważ dotykają realnych słabości całego systemu szkolnictwa wyższego, w tym sposobu finansowania, jakości kształcenia, relacji ze studentami, efektywności zarządzania i sensu uniwersytetu w epoce cyfrowej.

Najważniejsze jest chyba to, że P. Voelkel prowokuje do pytania o odpowiedzialność uczelni publicznych za jakość dydaktyki. W wywiadzie twierdzi, że kariera akademicka na uczelni publicznej zależy głównie od publikacji i osiągnięć naukowych, a znacznie mniej od jakości prowadzenia zajęć i troski o studenta. To jest teza uproszczona, ale dotyka realnego problemu: polski system awansu, ewaluacji i prestiżu akademickiego premiuje przede wszystkim badania naukowe, publikacje, punkty i projekty krajowe i unijne. Dydaktyka pozostaje często deklaratywnie ważna, lecz instytucjonalnie jest fatalnie wynagradzana w wyższych szkołach państwowych, w uniwersytetach.

Drugim ważnym wątkiem jest krytyka biernej zależności uczelni od subwencji. Pan P. Voelkel mówi o „błogim ciepełku subwencji” i twierdzi, że uczelnie publiczne mają jeden cel: utrzymać dobre relacje z ministrem nauki. To oczywiście publicystyczna przesada, ale odsłania poważny problem: im silniejsza zależność finansowa od centrum polityczno-administracyjnego, tym większe ryzyko konformizmu instytucjonalnego. Uczelnia państwowa może wówczas bardziej troszczyć się o wskaźniki, klasyfikacje, zgodność z oczekiwaniami ministerstwa niż o rzeczywistą jakość wspólnoty akademickiej. Wypowiadający się na temat kształcenia w uniwersytetach państwowych pomija fakt, że są one ograniczone tzw. wskaźnikiem Gowina (1:13), a zatem nie mogą tak, jak czynią to szkoły prywatne, przyjmować na studia stacjonarne i niestacjonarne tylu kandydatów, ilu chciałoby w nich studiować.

Trzeci element dotyczy kosztów kształcenia i gospodarowania środkami publicznymi. W wywiadzie pojawia się zarzut, że uczelnie publiczne otrzymały ogromne środki unijne, rozbudowały infrastrukturę, ale nie zawsze przekłada się to na efektywność, jakość pracy czy dostępność kadry technicznej. Nawet jeśli ta diagnoza jest jednostronna, warto ją potraktować jako pytanie kontrolne: czy inwestycje infrastrukturalne rzeczywiście wzmacniają proces kształcenia i badań w naukach humanistycznych i społecznych, czy czasem stają się widocznym znakiem modernizacji bez wystarczającego zaplecza organizacyjnego, kadrowego i intelektualnego?

Czwarty wątek to drop-out i pozorność studiowania. Voelkel mówi o kierunkach, na których odpływ studentów sięga bardzo wysokiego poziomu, oraz o studentach zapisujących się głównie dla statusu studenta. Warto oddzielić publicystyczną przesadę od problemu zasadniczego: uczelnie publiczne powinny poważnie analizować, dlaczego studenci rezygnują ze studiów. Czy powodem jest nietrafiony wybór? Słaba orientacja kandydatów? Zła dydaktyka? Nadmierna anonimowość? Brak tutoringu, a może niedostosowanie programu do realnych możliwości i aspiracji młodych ludzi? Drop-out nie jest wyłącznie „winą studenta”, lecz także wskaźnikiem jakości relacji instytucji z kandydatem i studentem.

Piąta kwestia ma charakter najbardziej systemowy: P. Voelkel proponuje urynkowienie studiów przez czesne i kredyty studenckie. Tego typu postulat pojawia się w debacie publicznej nie po raz pierwszy, ale w swej istocie grozi przesunięciem edukacji wyższej z kategorii dobra publicznego do kategorii inwestycji prywatnej. Sam postulat zmusza uczelnie państwowe do obrony własnej racji istnienia. 

Jeżeli studia stacjonarne są bezpłatne, to nie dlatego, że „nic nie kosztują”, lecz dlatego, że państwo uznaje je za dobro wspólne: formację obywatelską, naukową, zawodową i kulturową. Uczelnie publiczne powinny lepiej artykułować tę misję, zamiast sprowadzać ją do administracyjnego prawa do subwencji.

Szósty wątek dotyczy elastyczności programów kształcenia. W wywiadzie jest mowa o potrzebie odejścia od sztywnych ścieżek i o możliwości migracji studentów między kierunkami. To jest ważne także w uczelniach państwowych. Dzisiejszy student często nie potrzebuje wyłącznie zamkniętego programu, lecz mądrze zaprojektowanej ścieżki rozwoju: modułowej, interdyscyplinarnej, możliwej do korekty, ale nie chaotycznej czy ustawionej pod zasoby kadrowe szkoły wyższej. Uczelnia publiczna nie powinna odpowiadać na tę potrzebę jedynie rozporządzeniami, sylabusami i efektami uczenia się. Musi stworzyć rzeczywiste warunki doradztwa akademickiego.

Siódmy wątek dotyczy AI i zmiany sensu uniwersytetu. Piotr Voelkel twierdzi, że „uniwersytet według starych reguł nie ma dziś żadnego sensu”, bo sztuczna inteligencja zmienia dostęp do wiedzy. To zdanie jest niebezpieczne, jeśli rozumieć je jako likwidację klasycznej misji uniwersytetu. Jest jednak inspirujące, jeśli odczytać je jako wezwanie do przemyślenia dydaktyki akademickiej. Uczelnia nie może już uzasadniać swojego istnienia samym przekazywaniem informacji. Musi uczyć rozumienia, krytycznej selekcji, metodologii, odpowiedzialności poznawczej, odróżniania wiedzy od symulacji wiedzy.

Ósme zagadnienie dotyczy relacji uczelni ze studentami i nauczycielami akademickimi oraz kadrą administracyjną. Właściciel prywatnego uniwersytetu może mówić językiem klienta, wyboru, konkurencji i satysfakcji. Uczelnia publiczna nie powinna bezrefleksyjnie przyjmować języka klientelizmu. Student nie jest klientem w sensie rynkowym. Nie może być też petentem, przeszkodą albo anonimowym numerem albumu w USOS. W tym punkcie uczelnie publiczne muszą analizować, jak zachować godność relacji mistrz–student, nie popadając ani w paternalizm, ani w usługowy konsumpcjonizm.

Trudno zgodzić się z tezą, że problemem uczelni publicznych jest rzekome niedocenienie dydaktyki wobec parametryzowanej nauki. Dydaktyka i nauka nie są tym samym, choć w klasycznej idei uniwersytetu powinny pozostawać w twórczym związku. Jeśli autor wywiadu odrzuca „uniwersytet według starych reguł”, to w istocie odrzuca także model, w którym właśnie badania naukowe nadawały głębię kształceniu, a kształcenie było wprowadzaniem studentów w żywy proces poznania.

W tym sensie P. Voelkel sam wikła się w sprzeczność. Krytykuje uczelnie publiczne za to, że nauka dominuje nad dydaktyką, ale jednocześnie kwestionuje klasyczną ideę uniwersytetu, w której nauka i dydaktyka były organicznie powiązane. W modelu humboldtowskim wykładowca nie jest usługodawcą, a student klientem, lecz obaj uczestniczą — oczywiście na różnych poziomach — w procesie dochodzenia do prawdy. 

W modelu korporacyjnym dydaktyka łatwo staje się usługą edukacyjną, a nauka — produkcją mierzalnych rezultatów. Wtedy dydaktyka rzeczywiście zaczyna „przeszkadzać” karierze naukowej, ale nie dlatego, że taki jest sens uniwersytetu publicznego, lecz dlatego, że logika korporacyjno-parametryczna rozbiła jego wewnętrzną jedność. 

Uczelnia publiczna jest instytucją państwa i społeczeństwa, powołaną do prowadzenia badań, kształcenia, podtrzymywania ciągłości kultury, przygotowywania kadr, rozwijania dyscyplin także nierentownych oraz zapewniania dostępu do studiów niezależnie od zamożności rodzin. Jej publiczny charakter nie wynika z marketingowej deklaracji jakości, lecz z funkcji ustrojowej.

Uczelnia prywatna może oczywiście prowadzić wartościowe badania i wiele z nich tak czyni, zatrudnia wybitnych uczonych i kształci na wysokim poziomie, ale pozostaje instytucją prywatną: pobiera czesne, działa w warunkach właścicielskich, selekcjonuje ofertę według własnej strategii i nie ma tego samego zakresu zobowiązań wobec państwa, regionu, kultury akademickiej i obywateli, co uczelnie państwowe. Jeżeli chce korzystać z pieniędzy publicznych w trybie konkursowym, to ma do nich dostęp i nie ma w tym nic niewłaściwego. Jeśli jednak chce być finansowana jak uczelnia publiczna, musi przyjąć również publiczne obowiązki.

Zdumiewające jest zatem oczekiwanie P. Voelkela, by uniwersytet publiczny tłumaczył się ze swego publicznego charakteru przed przedstawicielem uczelni prywatnej. To nie dobro publiczne wymaga legitymizacji przez rynek, lecz rynek — jeśli sięga po pieniądze publiczne — musi wykazać, że nie prywatyzuje korzyści przy jednoczesnym uspołecznieniu kosztów.

Wrażliwość na jakość kształcenia nie rodzi się z czesnego, lecz z etosu akademickiego, stabilnych warunków pracy, wolności badań, odpowiedzialności dydaktycznej i odpowiedniego finansowania. Jeśli tych warunków brakuje, to nie dlatego, że uniwersytet publiczny jest „stary”, lecz dlatego, że państwo od lat oczekuje od niego misji publicznej przy środkach niewspółmiernych do tej misji. Zapewne dlatego uczeni uniwersyteccy uciekają do uniwersytetu prywatnego. 

Uniwersytet publiczny nie jest anomalią wymagającą usprawiedliwienia, co nie oznacza, że nie  ma w nim patologii. Anomalią byłoby jednak żądanie publicznej subwencji dla dobra prywatnego bez przyjęcia za nie pełnej odpowiedzialności publicznej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam