04 marca 2026

Pozornie nierozpoznawalna przebiegłość symulujących naukę

 


(Galeria prac dyplomowych w Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie)


Pseudonauka nie upada z hukiem, chyba że jest plagiatem. Ona potrzebuje wroga, jakim jest rzetelny recenzent. Wówczas tworzy się platformę postprawdy, by ostrzec uczciwych profesorów, że w każdej chwili będzie można obrzucić ich przysłowiowym "błotem", bo w III Rzeczpospolitej gra toczy się o uzyskanie akademickiego certyfikatu, by można było pod tym szyldem realizować biznesowe interesy. Na szerzeniu kłamstw - jak się okazuje - także można zarabiać, więc mamy wybór. 

Przejdźmy jednak do zasygnalizowania tego zjawiska w skali mikro i mezo (instytucjonalnej, środowiskowej), by zdać sobie sprawę z tego,  że pozorna przebiegłość pseudonaukowców nie polega na tym, że ktoś otwarcie lekceważy standardy wydawnicze. Przeciwnie, on/ona je przywołuje w przypisach i bibliografii wraz z rozdziałem o metodologicznych założeniach własnych badań. Nawiązuje do jakiejś wiedzy, terminów, powołuje się na autorytety, buduje aurę naukowości pozyskując pseudorecenzentów swoich prac.

Jest w takiej publikacji nawiązanie do metody badań, wzmianka o terenie i respondentach, żeby czytelnik nie nabrał niepokoju. Tekst wygląda jak naukowy, lecz nie prowadzi do wiedzy. Teoretyczne akapity i pojęcia krążą wokół siebie bez logicznego układu, zaś analogii jest więcej niż dowodów. 

Nieadekwatnie sformułowana do problemu badań hipoteza niepostrzeżenie zmienia się w ustalenie. Milczenie źródeł zaczyna do nas przemawiać. To nie jest już błąd, lecz zabieg. Symulowanie nauki zaczyna się tam, gdzie forma zostaje oddzielona od naukowego stnadardu. Można przecież:

  • przytoczyć wiele nazwisk, nie podejmując z nimi realnego dialogu,
  • zbudować nawet imponującą bibliografię, nie przeprowadzając krytyki źródła,
  • używać języka „paradygmatu”, nie poddając własnych tez weryfikacji,
  • powoływać się na pluralizm metodologiczny, by uniknąć pytania o sens, 
  • streszczać teoretyczną wiedzą bez odwołania się do niej w procesie badawczym itd.

Wtedy tekst przestaje być świadectwem badania naukowego, a staje się konstrukcją retoryczną. Nie trzeba w nim kłamać. Wystarczy przesunąć granicę między tym, co możliwe, a tym, co chce się uzyskać, skoro  i tak nie docieka się prawdy.

Najsubtelniejszą formą pozornej przebiegłości jest nadużycie analogii, by coś mogło wyglądać podobnie, by w innym kontekście zadziałał podobny mechanizm, który będzie można go zastosować w danej pracy. Skoro nie rozpoznano istotnych dla badanego problemu źródeł, to można „ostrożnie przypuszczać” lub nawet twierdzić, że jest to pierwsza tego typu diagnoza.

Słowo „ostrożnie” uspokaja sumienie, zaś sformułowana „hipoteza” daje poczucie bezpieczeństwa, mimo iż powinna być drogą do weryfikacji, a nie jej substytutem. Jeśli zaczyna zastępować fakt, wtedy granica została przekroczona.

Pozorna przebiegłość nie jest wyrafinowaną intrygą. Często jest po prostu wygodą. W systemie, który premiuje szybkość, fałszywą lojalność, wskaźniki, łatwo zapomnieć, że nauka wymaga czegoś niewymiernego a  świadczącego o odmowie tolerowania braku, ignorancji, manipulacji.

Trudno napisać: „nie wie”, rozmija się z prawdą, skoro łatwiej jest zaproponować własną interpretację. Trudno przyznać, że materiał źródłowy nie pozwala na wniosek, gdy łatwiej można go „zrekonstruować”. Trudno powiedzieć studentowi szkoły doktorskiej, że: „w danym miejscu rozprawy kończy się wiedza naukowa”. Łatwiej zbudować za autora/-kę rzekomo właściwą opowieść, by jego/jej praca nie została zaatakowana. 

Najbardziej niepokojące nie jest to, że ktoś symuluje stosowanie standardu danej dziedziny i dyscypliny naukowej. Zawsze znajdą się tacy, którzy pomylą formę z treścią, erudycję z rozumowaniem, narrację z badaniem. Niepokojąca jest czyjaś przebiegłość, która może być rozpoznawalna, ale … zostaje zaakceptowana przez organ akademicki.

Jednak warto zapamiętać, że widać brak dowodu, słychać nadużycie analogii, można wyczuć w pierwszych akapitach dysertacji symulację erudycji, podobnie jak daje się zauważyć przesunięcie granicy między hipotezą a jej weryfikacją. Jeśli mimo to tekst przechodzi przez recenzje, komisje, procedury i stanowi podstawę do awansu, to znaczy, że problem nie dotyczy tylko autora.

Nauka nie jest wspólnotą geniuszy, ale wspólnotą naukową, którą powinna cechować troska o poziom kolejnych generacji. Jej siłą nie jest oryginalność, lecz granica między przypuszczeniem a ustaleniem, między interpretacją a konstrukcją, między wiedzą a narracją. Pozorna przebiegłość polega na udawaniu, że tej granicy nie ma — albo że można ją przesuwać bez konsekwencji.

Jednak każda przesunięta granica zmienia krajobraz, toteż w pewnym momencie przestajemy rozpoznawać, gdzie kończy się wiarygodność naukowa a zaczyna jej kryzys. Może więc nie chodzi o demaskowanie pseudonaukowców, o przywrócenie wrażliwości na to, co widać, skoro nauka nie wymaga spektakularnej odwagi uczonych sensu stricte.

Bycie uczonym wymaga tej odwagi, która pozwala powiedzieć - tu nie ma dowodu. tu kończy się wiedza, tu jest jej pozór, a substytut wiedzy, nawet najbardziej elegancki, nie jest poznaniem. Pseudonauka nie niszczy nauki przez swoją siłę, lecz przez milczenie tych, którzy potrafią ją rozpoznać.

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam