09 marca 2026

Patopolityka drobnego druku?

 




Filozof polityki      Andrzej Szahaj zadedykował swoją książkę pt. „Kapitalizm drobnego druku” członkom pierwszej „Solidarności” (Warszawa, 2014), ale minęło od jej wydania 12 lat i…  cisza. Związkowcy, elity polityczne  podszywające się pod walkę z reżimem PRL nie były i nie są zainteresowane jakąkolwiek solidarnością z uchwałami nie tylko z czasów 1980-1989, ale także – w odniesieniu do oświaty i nauki po dzień dzisiejszy.  Zdradzili etos Solidarności, bezwstydnie niszcząc kulturę polityczną demokracji, która została wpisana do Konstytucji III RP. Dla patoelit najważniejsze jest zadbanie o własne interesy.

To prawda, że przy okazji modernizowano Polskę, toteż nie można mówić, że nasz kraj jest w ruinie. Jeśli już, to moralnej. Kto zwrócił uwagę na dedykację w tej książce? Najczęściej autorzy wyrażają we wstępie wdzięczność swoim najbliższym – małżonkowi, dzieciom, rodzicom lub przyjaciołom, ale żeby dziękować członkom największego w Europie Środkowo-Wschodniej ruchu protestu przeciwko radzieckiemu reżimowi?  

To się nie wydarza. Mamy tu do czynienia z symbolem szczególnego rodzaju, i to nie pierwszym w literaturze naukowej ostatnich lat. Szahaj nie ukrywa już od pierwszego zdania, że jego książka jest wyrazem osobistej „[…] niechęci do dominującej obecnie formy kapitalizmu, a zarazem do neoliberalizmu, jako owej formy głównego ideowego sprawcy” (s. 9). Od 1989 roku elity Solidarności wdrażały kapitalizm z wilczą łapą.  

Cechuje taki ustrój powierzenie władzy państwowej urzędnikom-ignorantom – jak pisze Szahaj - partyjnym partaczom, ludziom, „(…) których jak w dawnych czasach dana partia rzuca na określony odcinek, gdzie mają pilnować jej interesów” (s. 169). Świetnie się zakorzenili dzięki rządom Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa Ludowego, Prawa i Sprawiedliwości i innych kanapowych przystawek politycznych, których nomenklatura partyjna bez oglądania się na ostrzeżenia i diagnozy naukowców utrwala z roku na rok kapitalizm „spuszczony ze smyczy”, „kapitalizm drobnego druku”, a więc taki, gdzie zysk rządzących i elity biznesu jest osiągany za wszelką cenę, i to w wyniku czyjejś straty. W oświacie i w szkolnictwie widoczne jest to już gołym okiem.

Nieustannie pojawia się na u tego autora retoryczne pytanie: „Dlaczego pozwalamy, aby nasz wspólny los był wydany wyłącznie na pastwę  żywiołowej gry sił rynkowych, czyniąc z braku dalekosiężnej polityki ekonomicznej i społecznej jedyną politykę?” (s. 17)

Dochodzący do władzy doskonale żywią się i bronią, chociaż jakże w odmiennym sensie tego zwrotu. W III RP „[…] nieliczni zwycięzcy w grze ekonomicznej zgarniają całą pulę nagród, reszcie pozostają ochłapy” (s. 49). Szahaj pisze wprost o patologicznej formie rządzenia w naszym państwie, które jest „[...] bardzo marnotrawne i nieefektywne. Rozbudowana biurokracja niszczy wolę działania jednostek i grup społecznych. Grupy interesu żerują na aparacie państwowym, czerpiąc niezasłużone korzyści ze swej pozycji przetargowej” (s. 63–64).

Nic dziwnego, że w tej sytuacji ludzie są zrażeni do aktywności obywatelskiej, zaś młodzież jest „wćwiczana”, socjalizowana do jej pozorowania. Trudno jest w naszym państwie o odrodzenie „[…} świadomości wspólnotowej, zmiany postaw z hiperindywidualistycznych na umiarkowanie prowspólnotowe oraz porzucenie nadziei, że jakiekolwiek problemy społeczne da się rozwiązać mocą indywidualnej przedsiębiorczości czy spontanicznego kształtowania się najlepszego ładu społecznego w wyniku nieskoordynowanych działań jednostkowych [...]”  (s. 19).

Jak długo będziemy pozwalać na zabetonowanie sceny politycznej w kraju, nieustanne, perfidne poddawanie manipulacjom obywateli przez rządzących? Ludzie w tak kreowanej polityce stają się środkiem do osiągania celów pozornie uwzględniających ich potrzeby i respektujących prawa. Jak podkreśla autor tej książki, „[…] konieczne jest przewartościowanie wszystkich wartości na nowy ruch kontrkultury, który wygeneruje Nową Solidarność” (s. 23), by nie pozwolić na dalsze utrwalanie się czy rozwijanie ideologii bezlitosnego darwinizmu społecznego. Szahaj nie jest – jak przyznaje – wrogiem gospodarki wolnorynkowej, ale nie godzi się godzi na „rynkowy bolszewizm”, w świetle którego [...] człowiek i jego aktywność są tyle warte, ile da się przeliczyć na korzyści ekonomiczne. Pozwala to np. całkowicie ignorować pojęcie dobra wspólnego jako czegoś innego niż tylko suma tego, co za dobre dla siebie uważają poszczególne jednostki (s. 29).

Uczony odsłania nam zatem rzeczywistość, w której władza stara się ukryć mechanizmy zabezpieczania własnych interesów realizowanych kosztem obywateli, a nie oglądając się na to, co oni sami o tym sądzą. Kieruje się bowiem „[...] przekonaniem, iż wie się lepiej od obywateli, co leży w ich zbiorowym i indywidualnym interesie” (s. 40). Nie bez winy są przedstawiciele nauk humanistycznych, społecznych, spośród których część odeszła od humanistycznych źródeł, dając się zauroczyć modelami matematycznymi oraz poddała presji na ilościowe ujmowanie nie tylko ekonomicznych zjawisk. Znamy to jako proces kategoryzacji, ewaluacji, akredytacji i parametryzacji sfery, która

wprawdzie może być określana modelowo, idealizacyjnie, ale w rzeczywistości jest od niego bardzo odległa.

Ignorowanie złożoności życia społecznego oraz humanistycznego wymiaru ekonomii zaowocowało w poprzednich latach „ekspansją arogancji niektórych ekonomistów, a szczególnie wszelkiej maści ekspertów ekonomicznych, którzy w sposób nieznoszący sprzeciwu wykładali swoje prawdy jak oczywiste, z wyraźnym lekceważeniem odnosząc się do tych, którzy mieli inne zdanie i już dawno  ostrzegali przed nadchodzącym kryzysem” (s. 54).

W edukacji widzimy coraz lepiej, jak także problemy polskiego szkolnictwa, kształcenia i wychowywania młodzieży poddawane są przez władze państwa interesom i celom politycznym międzynarodowych, globalnych organizacji gospodarczych (OECD, Bank Światowy). Najlepszym tego przykładem jest finansowanie z budżetu państwa politycznego monitoringu w ramach rzekomo naukowych badań umiejętności i wiedzy piętnastolatków (program PISA), a nawet kolejnych już grup wiekowych naszego społeczeństwa. Chciwość, cynizm, pazerność, cynizm rządzących widoczna jest w rozdysponowaniu środków pomocowych, prorozwojowych Unii Europejskiej w ramach KPO.

W świetle studium Szahaja można mówić o kapitalizmie zorganizowanego częściowego marnotrawienia środków publicznych przez zakorzenioną w gremiach związanych z MEN i MNiSW nomenklaturę. Finanse służą konsumpcji, populistycznej polityce informacyjnej rządzących. Przy tym „[...] pojawiła się propaganda sukcesu oraz wykorzystywanie zaprzyjaźnionych lub skorumpowanych mediów w celach autopromocji” (s. 60).

Trafnie też autor konstatuje, że „[...] polska wersja katolicyzmu nie stała się zapleczem motywacyjnym dla powstania przyzwoitego społeczeństwa, a zatem takiego, w którym ludzi się nie upokarza na żaden z możliwych sposobów, w tym i ten najbardziej pospolity – przez wpędzanie ich w biedę” (s. 62). Sukces materialny przedstawicieli „jedynie słusznej siły” nie wynika ani z nadzwyczajnych zdolności polityków, ani z heroicznej pracowitości, lecz z tzw. układów i kontaktów, które okazują się najcenniejszym kapitałem ekonomicznym w nowych czasach.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam