Filozof
polityki Andrzej Szahaj zadedykował swoją
książkę pt. „Kapitalizm drobnego druku” członkom pierwszej „Solidarności”
(Warszawa, 2014), ale minęło od jej wydania 12 lat i… cisza. Związkowcy, elity polityczne podszywające się pod walkę z reżimem PRL nie były
i nie są zainteresowane jakąkolwiek solidarnością z uchwałami nie tylko z
czasów 1980-1989, ale także – w odniesieniu do oświaty i nauki po dzień
dzisiejszy. Zdradzili etos Solidarności,
bezwstydnie niszcząc kulturę polityczną demokracji, która została wpisana do
Konstytucji III RP. Dla patoelit najważniejsze jest zadbanie o własne interesy.
To
prawda, że przy okazji modernizowano Polskę, toteż nie można mówić, że nasz
kraj jest w ruinie. Jeśli już, to moralnej. Kto zwrócił uwagę na dedykację w tej
książce? Najczęściej autorzy wyrażają we wstępie wdzięczność swoim najbliższym
– małżonkowi, dzieciom, rodzicom lub przyjaciołom, ale żeby dziękować członkom
największego w Europie Środkowo-Wschodniej ruchu protestu przeciwko radzieckiemu
reżimowi?
To
się nie wydarza. Mamy tu do czynienia z symbolem szczególnego rodzaju, i to nie
pierwszym w literaturze naukowej ostatnich lat. Szahaj nie ukrywa już od
pierwszego zdania, że jego książka jest wyrazem osobistej „[…] niechęci do
dominującej obecnie formy kapitalizmu, a zarazem do neoliberalizmu, jako owej
formy głównego ideowego sprawcy” (s. 9). Od 1989 roku elity Solidarności wdrażały
kapitalizm z wilczą łapą.
Cechuje
taki ustrój powierzenie władzy państwowej urzędnikom-ignorantom – jak pisze Szahaj
- partyjnym partaczom, ludziom, „(…) których jak w dawnych czasach dana partia rzuca
na określony odcinek, gdzie mają pilnować jej interesów” (s. 169). Świetnie się
zakorzenili dzięki rządom Platformy Obywatelskiej, Polskiego Stronnictwa
Ludowego, Prawa i Sprawiedliwości i innych kanapowych przystawek politycznych, których
nomenklatura partyjna bez oglądania się na ostrzeżenia i diagnozy naukowców
utrwala z roku na rok kapitalizm „spuszczony ze smyczy”, „kapitalizm drobnego
druku”, a więc taki, gdzie zysk rządzących i elity biznesu jest osiągany za
wszelką cenę, i to w wyniku czyjejś straty. W oświacie i w szkolnictwie widoczne
jest to już gołym okiem.
Nieustannie
pojawia się na u tego autora retoryczne pytanie: „Dlaczego pozwalamy, aby nasz
wspólny los był wydany wyłącznie na pastwę żywiołowej gry sił rynkowych, czyniąc z braku
dalekosiężnej polityki ekonomicznej i społecznej jedyną politykę?” (s. 17)
Dochodzący
do władzy doskonale żywią się i bronią, chociaż jakże w odmiennym sensie tego
zwrotu. W III RP „[…] nieliczni zwycięzcy w grze ekonomicznej zgarniają całą
pulę nagród, reszcie pozostają ochłapy” (s. 49). Szahaj pisze wprost o patologicznej
formie rządzenia w naszym państwie, które jest „[...] bardzo marnotrawne i
nieefektywne. Rozbudowana biurokracja niszczy wolę działania jednostek i grup
społecznych. Grupy interesu żerują na aparacie państwowym, czerpiąc
niezasłużone korzyści ze swej pozycji przetargowej” (s. 63–64).
Nic
dziwnego, że w tej sytuacji ludzie są zrażeni do aktywności obywatelskiej, zaś
młodzież jest „wćwiczana”, socjalizowana do jej pozorowania. Trudno jest w naszym
państwie o odrodzenie „[…} świadomości wspólnotowej, zmiany postaw z
hiperindywidualistycznych na umiarkowanie prowspólnotowe oraz porzucenie
nadziei, że jakiekolwiek problemy społeczne da się rozwiązać mocą indywidualnej
przedsiębiorczości czy spontanicznego kształtowania się najlepszego ładu
społecznego w wyniku nieskoordynowanych działań jednostkowych [...]” (s. 19).
Jak
długo będziemy pozwalać na zabetonowanie sceny politycznej w kraju, nieustanne,
perfidne poddawanie manipulacjom obywateli przez rządzących? Ludzie w tak
kreowanej polityce stają się środkiem do osiągania celów pozornie
uwzględniających ich potrzeby i respektujących prawa. Jak podkreśla autor tej
książki, „[…] konieczne jest przewartościowanie wszystkich wartości na nowy
ruch kontrkultury, który wygeneruje Nową Solidarność” (s. 23), by nie pozwolić
na dalsze utrwalanie się czy rozwijanie ideologii bezlitosnego darwinizmu
społecznego. Szahaj nie jest – jak przyznaje – wrogiem gospodarki
wolnorynkowej, ale nie godzi się godzi na „rynkowy bolszewizm”, w świetle
którego [...] człowiek i jego aktywność są tyle warte, ile da się przeliczyć na
korzyści ekonomiczne. Pozwala to np. całkowicie ignorować pojęcie dobra
wspólnego jako czegoś innego niż tylko suma tego, co za dobre dla siebie
uważają poszczególne jednostki (s. 29).
Uczony
odsłania nam zatem rzeczywistość, w której władza stara się ukryć mechanizmy
zabezpieczania własnych interesów realizowanych kosztem obywateli, a nie
oglądając się na to, co oni sami o tym sądzą. Kieruje się bowiem „[...]
przekonaniem, iż wie się lepiej od obywateli, co leży w ich zbiorowym i
indywidualnym interesie” (s. 40). Nie bez winy są przedstawiciele nauk
humanistycznych, społecznych, spośród których część odeszła od humanistycznych
źródeł, dając się zauroczyć modelami matematycznymi oraz poddała presji na
ilościowe ujmowanie nie tylko ekonomicznych zjawisk. Znamy to jako proces
kategoryzacji, ewaluacji, akredytacji i parametryzacji sfery, która
wprawdzie
może być określana modelowo, idealizacyjnie, ale w rzeczywistości jest od niego
bardzo odległa.
Ignorowanie
złożoności życia społecznego oraz humanistycznego wymiaru ekonomii zaowocowało
w poprzednich latach „ekspansją arogancji niektórych ekonomistów, a szczególnie
wszelkiej maści ekspertów ekonomicznych, którzy w sposób nieznoszący sprzeciwu
wykładali swoje prawdy jak oczywiste, z wyraźnym lekceważeniem odnosząc się do
tych, którzy mieli inne zdanie i już dawno ostrzegali przed nadchodzącym kryzysem” (s.
54).
W
edukacji widzimy coraz lepiej, jak także problemy polskiego szkolnictwa,
kształcenia i wychowywania młodzieży poddawane są przez władze państwa
interesom i celom politycznym międzynarodowych, globalnych organizacji
gospodarczych (OECD, Bank Światowy). Najlepszym tego przykładem jest finansowanie
z budżetu państwa politycznego monitoringu w ramach rzekomo naukowych badań
umiejętności i wiedzy piętnastolatków (program PISA), a nawet kolejnych już
grup wiekowych naszego społeczeństwa. Chciwość, cynizm, pazerność, cynizm rządzących
widoczna jest w rozdysponowaniu środków pomocowych, prorozwojowych Unii Europejskiej
w ramach KPO.
W
świetle studium Szahaja można mówić o kapitalizmie zorganizowanego częściowego marnotrawienia
środków publicznych przez zakorzenioną w gremiach związanych z MEN i MNiSW nomenklaturę.
Finanse służą konsumpcji, populistycznej polityce informacyjnej rządzących.
Przy tym „[...] pojawiła się propaganda sukcesu oraz wykorzystywanie
zaprzyjaźnionych lub skorumpowanych mediów w celach autopromocji” (s. 60).
Trafnie
też autor konstatuje, że „[...] polska wersja katolicyzmu nie stała się
zapleczem motywacyjnym dla powstania przyzwoitego społeczeństwa, a zatem
takiego, w którym ludzi się nie upokarza na żaden z możliwych sposobów, w tym i
ten najbardziej pospolity – przez wpędzanie ich w biedę” (s. 62). Sukces
materialny przedstawicieli „jedynie słusznej siły” nie wynika ani z nadzwyczajnych
zdolności polityków, ani z heroicznej pracowitości, lecz z tzw. układów i
kontaktów, które okazują się najcenniejszym kapitałem ekonomicznym w nowych
czasach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam