08 marca 2026

Gdzie jest władza w uniwersytecie?

 


(źródło rys.: Fb) 

Dlaczego ubieganie się o tytuł naukowy profesora w Polsce coraz bardziej traci na wartości? Wynagrodzenie profesora tytularnego oscyluje dziś wokół 9–10 tys. zł brutto i jest porównywalne ze średnią krajową w dużych miastach. Nie rekompensuje ani o   odpowiedzialności,  ani wartości dorobku naukowego, ani kosztów ponoszonych przez niego na skutek udziału w projektach międzynarodowych, sektorze prywatnym itp. 

W konsekwencji profesor tytularny nie jest już figurą władzy ekonomiczneja coraz rzadziej także figurą władzy instytucjonalnejZaszła zatem w III RP zasadnicza zmiana względem lat 90. XX wieku i ostatnich dwóch dekad.

Gdzie dziś naprawdę jest władza w uniwersytecie? Jest nią władza administracyjno-decyzyjna, która coraz częściej nie pokrywa się z najwyższym poziomem kompetencji czy stopni naukowychW praktyce rektor, prorektor, dziekan, dyrektor instytutu nie musi być profesorem tytularnym, a często jest to doktor habilitowany albo nawet doktor. 

Tymczasem kluczowe decyzje dotyczą   budżetów jednostek akademickich,  etatów,   struktur organizacyjnych i „strategii” pisanych pod kolejną ewaluację. To jest władza proceduralna, a nie naukowa, która premiuje sprawność organizacyjnąodporność na konflikty, umiejętność zarządzania napięciem a niekoniecznie wybitność naukową.

Paradoks jest realny i systemowy, który „być może”, w praktyce wygląda często tak, że ci, którzy mają pasję badawczą jeszcze są mobilni, działają w sieciach międzynarodowych, publikują, zdobywają granty, ale nie chcą uczestniczenia w  posiedzeniach, zawierania kompromisów personalnych, ponoszenia odpowiedzialności za cudze niedociągnięcia. Dla nich władza administracyjna jest kosztem poznawczym i czasowym.

Ci, którzy przejmują władzę, często wcześniej wypadają z obiegu krajowego, a tym bardziej nie posiadają nawet międzynarodowego, gdyż nigdy w nim realnie nie funkcjonowali. Nadrabiają zatem  statusem,  funkcją,  prestiżem lokalnym, dodatkami funkcyjnymi. Nie zawsze są to słabi naukowo nauczyciele akademiccy, ale system nie selekcjonuje ich według pozycji naukowej.

Profesura jest zatem kategorią „odmowy”. Dla rosnącej grupy profesorów tytularnych profesura nie jest ani nagrodą, ani trampoliną do władzy. Jest raczej potwierdzeniem autonomiimożliwością powiedzenia „nie”   biurokracji, ale także podlega presji lokalnej,  jałowym sporom czy atakom psychopatycznych frustratów, którzy nie uzyskali oczekiwanego awansu naukowego.

W tym sensie profesura staje się kategorią wolności poznawczej, a nie hierarchii, co tłumaczy, dlaczego nie widać masowego „marszu profesorów po władzę”, a jednocześnie widać realne badania robione obok władzy, a czasem mimo niej.

Zagrożenie dla nauki nie polega na tym, że władza jest w rękach doktorów czy doktorów habilitowanych, gdyż to samo w sobie nie jest problemem. Problem polega na tym, że rozchodzą się: władza i naukowy autorytet, a decyzje strategiczne zapadają  bez głębokiego zakorzenienia w logice badań, pod presją terminów i parametrycznych wskaźników.

W długim horyzoncie grozi to technokratyzacją uniwersytetu, marginalizacją myślenia długofalowego oraz  osłabieniem ciągłości szkół naukowych. W Polsce naukę coraz częściej uprawiają pasjonaci, a uczelniami państwowymi i prywatnymi zarządzają pragmatycy. Nie musi to oznaczać katastrofy szkolnictwa wyższego i nauki, ale jest to trwałe pęknięcie, które – bez refleksji systemowej – będzie się pogłębiać.


x

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam