Nie
ma sensu pudrować rzeczywistości. Polskie szkolnictwo od trzydziestu lat jest
systematycznie demolowane przez kolejne ekipy Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Politycy wchodzą do oświaty jak do własnego folwarku, a nauka, wiedza i
doświadczenie ekspertów mają tu wartość papieru toaletowego. Reformy? To tylko
propagandowe hasła, które bardziej przypominają ideologiczne zamachy niż
rzeczywiste działania na rzecz dzieci i młodzieży.
Wojciech
Harpula w książce Patoedukacja rozmawia z tymi, którzy wiedzą najlepiej,
co dzieje się w szkołach – naukowcami, praktykami, nauczycielami. I wiecie co?
To wcale nie jest festiwal narzekania. To apel o rozsądek. Bo gotowe
rozwiązania już istnieją – sprawdzone, mądre, praktyczne. Tylko władza woli w
kółko odpalać kolejne „kontrrewolucje” polityczne, zamiast dać nauczycielom
autonomię, płace godne XXI wieku i narzędzia, które pozwolą im faktycznie
uczyć. Tymczasem ofiarami tej patologicznej zabawy w „reformowanie” są dzieci.
MEN
pod nowym kierownictwem zapewnia, że teraz to już naprawdę koniec polityki w
szkole. Słyszeliśmy to setki razy. Wystarczy rzut oka na partyjne nominacje, by
zobaczyć, że to tylko kolejne kłamstwo opakowane w ładne słowa. Sympatyczna
twarz ministry Barbary Nowackiej nie zmienia faktu: system jest nadal w rękach
politycznych inżynierów, którzy zamiast naprawiać szkołę, dalej rozbijają ją na
drobne. I nic dziwnego, że media głównego nurtu udają, że książka Harpuli nie
istnieje – łatwiej jest opowiadać bajki o „odpolitycznianiu”, niż przyznać, że
patoedukacja ma się świetnie.
Co
mówią eksperci?
- Ocenianie w obecnej formie to fikcja, zabija motywację i zamienia szkołę w wyścig szczurów.
- Podstawa programowa jest przeładowana
do absurdu. Żaden uczeń nie jest w stanie opanować tego śmietnika faktów.
- Rola nauczyciela wymaga rewolucji: z
pruskiego nadzorcy ma stać się mentorem i przewodnikiem.
- System klasowo-lekcyjny to
XIX-wieczny relikt, który trzeba wreszcie wyrzucić do lamusa.
Brzmi
znajomo? Eksperci mówią o tym od lat, a politycy nadal robią swoje.
Prof.
Śliwerski nie owija w bawełnę: „Nie wierzę w wielkie, centralne reformy. One
w ogóle nie dotyczą sedna problemu”.
Prof. Konarzewski dodaje: „Żeby naprawić polską oświatę, musielibyśmy
zakopać topory plemiennego sporu i umówić się, jakiej edukacji chcemy”.
Problem
w tym, że dla klasy politycznej szkoła nie jest przestrzenią rozwoju młodych
ludzi. To narzędzie w walce o władzę, laboratorium ideologii i generator
punktów w sondażach.
Sedno
sprawy - nic się nie zmieni:
Bez pieniędzy i bez autonomii nauczycieli.
Bez porzucenia partyjnych gier.
Bez odwagi, żeby zaufać praktykom, a nie politycznym inżynierom.
I
to jest najbardziej gorzka prawda Patoedukacji: nie brak nam wiedzy,
brak nam woli. Polska szkoła nie przegrywa z brakiem pomysłów. Przegrywa z
cynizmem i krótkowzrocznością polityków.
Od
lat kręcimy się w kółko. Dzieci rosną, kolejne roczniki opuszczają szkoły z
poczuciem zmarnowanego czasu, a ministrowie z dumą prezentują swoje „reformy”.
Tyle że jedyne, co naprawdę udało się zreformować, to cierpliwość
społeczeństwa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam