środa, 31 sierpnia 2011

Sześciolatek musi

Zaskakująca jest dla mnie (opublikowana w dzisiejszej Rzeczpospolitej) wypowiedż Grzegorza Żurawskiego - rzecznika kandydującej do Sejmu minister edukacji - na temat obaw rodziców, którzy zapisali swoje dziecko do I klasy w szkole podstawowej, a już przewidują, że może ono mieć w niej różnego rodzaju problemy, niezawinione zresztą przez siebie. Dziennikarze zapytali MEN o możliwości wycofania dziecka ze szkoły, jeśli jego dalszy pobyt w niej, ze względu na problemy np. adaptacyjne, wymagałby powrotu do macierzystej grupy przedszkolnej czy do klasy zerowej w przedszkolu publicznym. Okazuje się bowiem, że wbrew temu, co zapowiadała i nadal upowszechnia minister Katarzyna Hall, wiele szkół deklarujących gotowość przyjęcia do siebie sześciolatków, nie tylko nie spełnia podstawowych standardów, ale wręcz zagraża właściwej realizacji programu kształcenia i naruszeniu zdrowia psychicznego dzieci. Być może w okręgu wyborczym, w którym startować będzie do Sejmu minister edukacji, wszystkie szkoły zapewniły godne warunki sześciolatkom, ale wyjątek nie stanowi reguły.

Zdaniem rzecznika MEN sześciolatek, który będzie miał problemy jest na szkołę skazany lub na zerówkę w przedszkolu. Jeżeli jednak rodzicom nie uda się znaleźć wolnego miejsca w zerówce, ich dziecko będzie musiało dalej uczęszczać do pierwszej klasy. Nawet jeśli sobie w niej nie radzi. Można pogratulować podejścia ministerstwa do deklarowanej troski o nasze dzieci. Zdaje się, że obowiązuje tu ta sama zasada, co w polityce obecnej koalicji. Jak minister nie nadaje się do niczego, to i tak musi pozostać na swoim stanowisku. Jak się okazuje nawet, a może w szczególności, jeśli sobie nie radzi na swoim stanowisku.

Jak się uczyć, to przez wrzucenie na głęboką wodę.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Minister Katarzyna Hall liderem wyścigu wyborczego do kolejnego rządu

Wreszcie ruszył wyścig niepokoju. Wśród biorących w nim udział ponad 100 drużyn politycznych, każdy z zawodników marzy o wejściu do Parlamentu. Wielu myśli o tym, jak znaleźć się w przyszłym rządzie. Do obsadzenia są w każdej konkurencji trzy medalowe miejsca: pierwsze, przysługuje ministrowi, drugie - jego zastępcy, wiceministrowi, a trzecie podsekretarzowi stanu bez teki. Już w każdym resorcie szykowane są nowe podia dla zwycięzców. Być może niektórzy na nie powrócą. Tego jeszcze nie wiemy, gdyż wyścig dopiero się zaczął.


Mamy już za sobą pierwsze dwie premie górskie. Obie zakończone fiaskiem, gdyż na szczycie zmagań o polską edukację w następnej kadencji nie zjawili się wszyscy zawodnicy. Niektórzy mieli problemy kondycyjne, jakieś kłopoty z kolanem, u innych wykryto stosowanie środków dopingowych (to zdaje się, że zespół Palikota usiłował wyprzedzać za pomocą wibratora, wkładanego innym w szprychy). Innym konkurentom ktoś wsadził słomę do butów, więc nie mogli pokonać terenów wiejskich. Oj,..,to bardzo ciężki wyścig, trudny, pełen zaskakujących wydarzeń, nagle pojawiających się przeszkód terenowych i klimatycznych. Nie każdy może poradzić sobie z narzuconym przez reprezentantów władzy tempem.

Do tego jeszcze dochodzą konflikty wewnątrz zespołów. Już kłócą się o miejsce na liście płac. Trwają transfery najlepszych zawodników. Trenerzy drużyn pomagają swoim zawodnikom, jak mogą. Jeżdżą razem z nimi i udzielają wywiadów, tłumacząc słabszą formę niektórych lub popełnione błędy. Biorą je na swój karb, na braki w wyszkoleniu, ale cóż, jest kryzys, trzeba było zaciskać pasa. Zawodnicy zasługują na więcej! Trener drużyny SLD jednak wyrzucił jednego zawodnika, bo ten ośmielił się skrytykować zaproponowany przez niego skład. Jak można zwracać się do trenera słowami: "Grzesiu, czy ciebie kompletnie porąbało?!". No to go wyrąbał, a zespół jedzie bez Włodzimierza.

Tłumy kibicujących klakierów wzdłuż trasy wyścigu zachęcają do dalszego w nim udziału, oklaskują, wiwatują na cześć swoich ulubieńców. W końcu niektórzy są już przyzwyczajeni do stosowania wazeliny, więc w razie awarii sprzętu swojego zawodnika, są gotowi do jego nasmarowania. Wielu z nich godzinami czeka na świeżym powietrzu w nadziei na lepsze, na zmiany, na swojego idola, wychodząc mu na przeciw, by zostać dostrzeżonym. Niektórzy już załapali się na rozdawane przez łódzkiego zawodnika - posła PO Jarosław Stolarczyk tablety, ale nie wiedzą, do czego one służą. Pewnie miał zbyt obciążony rower, stąd postanowił pozbyć się tabletów, by już teraz zapowiedzieć swoją walkę o zastąpienie szkolnych tablic tabletami. Niektórzy już się cieszą, bo przy takim zamówieniu, to spadną ich rynkowe ceny lub wzrosną koszty edukacji. Niewątpliwie, taki ofiarodawca jest zagrożeniem dla obecnej minister edukacji, bo ona niczego nie rozdaje, tylko raczej zabiera (chociażby 6 latków do szkół). Zarząd krajowy tego klubu kręci nosem, ma z tym zawodnikiem kłopotek. Niepotrzebnie wyrwał się do przodu, chociaż jest dopiero na dwudziestym miejscu.


Organizatorzy poszczególnych klubów politycznych zadbali o plakaty, ulotki, proporczyki, gadżety. Nie wszystkie drużyny mogły skorzystać ze środków budżetowych. Te dla uprzywilejowanych też były rozdzielone zgodnie z liczbą punktów uzyskanych w poprzednim Tour de Parlament 2007. Są tacy, co odpowiadają za polewanie zmęczonych wodą, żeby lepiej kręcili lub nie gadali głupot, bo tylko osłabiają całą drużynę.

Każda z drużyn ma swoich faworytów lub faworytki. Niestety, w czasie pierwszego etapu wyścigu prof. Waśko albo pomylił trasę, albo zepsuł mu się sprzęt, toteż czekając na dalsze wskazówki i serwis techniczny, stracił trudny do odrobienia czas. Być może jeszcze dołączy do peletonu. Podobnego pecha miał Janusz Palikot, który jechał na kole innych zawodników, usiłując wyprzedzić Janusza Korwina - Mikke, ale ten nie dał mu się, zostawiając go daleko w tyle i jadąc swoją drogą konserwatywno-liberalną. Hasłem tego, jakże niezmordowanego zawodnika - jest przecież "Najwyższy czas", a na tym etapie wcale nie był nim zainteresowany. Przyjechał na start, ale na trasie, po dostrzeżeniu Palikota, pojechał swoją drogą. Niestety, to już nie ten wiek, nie te siły. Trochę przeszkadza różniący się od innych zawodników, a przy tym niewygodny, strój. Zamiast krótkiej koszulki i spodenek, założył garnitur i muchę, ale ta wcale nie pomaga mu w zwiększeniu tempa jazdy, choć trzepoce skrzydłami jak może.

Zagapili się na starcie zawodnicy PSL. Okazało się, że nagrywali hymn zwycięzców, a przecież ich trener Waldemar Pawlak mówił, by nie krakali i wiosłowali. Zawodnicy zatem stracili czas, bo wsiedli wprawdzie na rowery, ale - wodne, a tymi nie da się jechać po autostradach ministra Grabarczyka. Na szczęście szybko się zorientowali, że nie o takie rowery tu chodziło. Zmienili sprzęt na dożynkowo-wyścigowy i nadrabiają już pierwsze straty. Pomaga im w tym refren hymnu: "Bo człowiek najważniejszy jest!" Jadą zatem za konkurentami, wśród których na czoło wysunęli się platformersi. Wiadomo.

W końcu przez cztery lata to w PO intensywnie trenowali i jest tego efekt. Dzisiaj, została zdobyta pierwsza premia górska w "Rzeczpospolitej", potwierdzająca, że są zawodnicy, których marzeniem jest polityczne szczytowanie. Marzenia się spełniają, jeśli tylko dobrze pedałujemy, równomiernie rozkładając siły i mając wysoką motywację oraz poparcie kibiców, fanów.

Koszulkę lidera wyścigu założyła po premii górskiej - Katarzyna Hall, która jako pierwsza, dojechała na szczyt (śmiałości), by zakomunikować, że nadal chce być ministrem edukacji narodowej. Nie odda żółtej koszulki lidera. W końcu, nie po to w ministerstwie opracowano standardy dla nowego typu nauczycielskiego zaangażowania, jakim miałby być lider oświaty. Zwyciężczyni dzisiejszej premii jest matematykiem z wykształcenia, więc potrafi liczyć. Boją się tego jej konkurenci, gdyż z umiejętnościami filozoficznymi czy językoznawczymi daleko się nie zajedzie, a w każdym razie będzie się jechać wolniej. Wyścig jednak trwa. Zawodnicy jadą i nie rezygnują z dalszej walki. Być może będą musieli zmienić taktykę i zamiast rozdawać kibicującym im na trasie jabłka, pobierać odpowiednie płyny, korzystać z masaży i dobrych rad swoich trenerów. Muszą zatem śledzić ich kolejne konferencje prasowe i korzystać z uwag, które są konieczne do zdobycia ostatecznego zwycięstwa.


http://www.rp.pl/artykul/107684,708342-Chce-znow-byc-w-rzadzie.html?p=1<

piątek, 26 sierpnia 2011

Dlaczego nie doczekaliśmy się i nie doczekamy debaty o edukacji?


Nie dlatego, że zaproszenie Jarosława Kaczyńskiego – Prezesa Prawa i Sprawiedliwości skierowane było tylko i wyłącznie do Komitetu Wyborczego Platformy Obywatelskiej, choć nie ulega wątpliwość, że jest to jeden z istotnych powodów. Jeśli wszystkie dzieci są nasze, a więc i sfera kształcenia oraz wychowywania młodych pokoleń powinna być ponadpartyjna, wykraczając poza zantagonizowane ze sobą dwa środowiska polityczne.

W gruncie rzeczy, jeśli chciano dzisiaj jedynie „przesłuchać” panią minister edukacji narodowej Katarzynę Hall, to pojawia się pytanie, dlaczego nie też wiceministra usytuowanego w tym resorcie z ramienia koalicyjnego PSL? Dlaczego nie zaproszono do udziału w tej debacie nie tylko obecnych w Sejmie przedstawicieli sił politycznych, ale i tych pozaparlamentarnych, które stworzyły przecież i zarejestrowały już swoje komitety wyborcze? Czyżby one nie miały nic do powiedzenia na temat edukacji? Dzieci i młodzież nie są własnością państwa, nie są własnością skupionych w Parlamencie sił politycznych, nie są też własnością jakichkolwiek związków wyznaniowych czy Kościołów, choć one czy ich rodzice w jakiś sposób są z nimi powiązane?

Premier D. Tusk skorzystał z kolejnej formuły demagogicznej ucieczki od odpowiedzialności za to, by obywatele – wyborcy uzyskali dostęp do informacji na temat rzeczywistego stanu polskiej edukacji (bo taką diagnozą nie jest to, co było przedstawione na czerwcowym tzw. I Kongresie Polskiej Edukacji) oraz planowanych w związku z kolejną zmianą formacyjną w przyszłej kadencji Sejmu zmian czy kontynuacji. Nie dowiemy się, jak postrzegają role oświaty i wychowania kandydaci innych komitetów wyborczych, bo nikt się z nimi nie liczy.

Usiłuje się podzielić polskie społeczeństwo na „białych” i „czarnych”, na „swoich” i „obcych”, na „godnych” i „niegodnych”, na „lepszych” i „gorszych”. Czyni to także ten, który jeszcze cztery lata temu na kontestowaniu takiego stanowiska, zdobył władzę w Sejmie i utworzył koalicyjny rząd. Już zmieniły się standardy politycznej przyzwoitości, czy może jednak liczy się na podtrzymanie temperatury pseudokonfliktu i pseduoantagonizmów, by wykluczać jednych, a doceniać innych?

Przyznam szczerze, że sposób prowadzenia walki politycznej z włączaniem w nią problematyki oświatowej dobitnie wskazuje na to, jak nieodpowiedzialni są politycy, jak lekceważą obywateli, jak usiłują ich zmanipulować, przekupić, kolonizować, by zrealizować swoje partykularne interesy. System oświatowy znowu będzie ofiarą tych polaryzujących scenę walk, znowu przez najbliższe miesiące zostaną wyhamowane niektóre, a pożyteczne dla dzieci i młodzieży działania, skoro nie wiadomo, co wydarzy się po wyborach.

A co ma się wydarzyć z oświatą i w oświacie? Tego nie wiemy i nie dowiemy się. Możemy jakoś mieć na to wpływ, oddając swój głos na tych, którzy klarownie i jednoznacznie określają swój stosunek do edukacji, jej najważniejszych podmiotów – dzieci i młodzieży, nauczycieli i wychowawców, rodziców, pracowników administracji i doradztwa psychologiczno-pedagogicznego. Znowu jesteśmy skazani na „propagandową papkę”, slogany, pustosłowie w czasie różnych wieców, spotkań, w spotach i na plakatach. Jedni będą chwalić się tym, co już zainwestowali w oświatę, a inni, dlaczego jest to dla niej złe, jedno będą mówili o sukcesach, chociaż nie swoich, a inni o ich negatywnych skutkach i zagrożeniach.

Polskiej oświacie potrzebna jest debata ponadpartyjna, choć z udziałem wszystkich zainteresowanych nią sił politycznych, komitetów wyborczych. Konieczna jest, jak określa to wybitny filozof Jűrgen Habermas - komunikacja wolna od zakłóceń, gdyż tylko ona stanowi warunek sine qua non emancypacji człowieka, a więc jego prawa i możliwości do samostanowienia o tym, na kogo ma głosować. Habermas postuluje idealną sytuację mowy sprowadzającą się do takiej organizacji procesów wymiany argumentów i podejmowania decyzji, która zapewniałaby symetryczny podział szans i faktyczną równość w zakresie wyboru i dokonywania wszystkich aktów mowy. Chodzi tu o pełną wymienialność ról dialogowych w dyskursie oraz o doprowadzenie partnerów interakcji społecznych do porozumienia (konsensusu). Chyba, że znowu chcemy zgodzić się na to, by kolejni zwycięzcy w tych wyborach podzielili środowisko oświatowe na „swoje” i niszczyli „obcych”.

Przedmiotem dyskursu mogą być albo problematyczne rozwiązania (tu jest konieczny dyskurs teoretyczny), albo problematyczne normy (tego dotyczy dyskurs praktyczny). Idealna sytuacja komunikacyjna, przybierająca postać mowy argumentacyjnej musi spełniać następujące warunki roszczeniowe:

• prawomocność roszczenia do prawdy, która polegałaby na tym, że wszyscy potencjalni uczestnicy dyskursu będą mieli równe szanse otwarcia i jego kontynuacji. Wszystkie strony komunikacji będą dążyć do prawdy (rozumianej w duchu klasycznej teorii prawdy) i będą wrażliwe na racjonalne argumenty. Przyjmą tylko takie sądy, których prawdziwość uważają wspólnie za racjonalnie uzasadnioną;

• prawomocność roszczenia do ważności - polegająca na tym, że rozmówcy uzgadniają ze sobą wartości. Obie strony mają tu równe szanse powoływania się na konstatywy tj. wysuwania i kwestionowania wszystkich twierdzeń, wyjaśnień i interpretacji. Uzgodnienie wartości możliwe jest - zdaniem Habermasa - dopiero w ramach postkonwencjonalnego etapu rozwoju kultury, a z takim mamy już do czynienia;

• prawomocność roszczenia do szczerości - polegająca na tym, że komunikujące się ze sobą strony mają równe szanse powoływania się na reprezentatywy tj. szczerego wyrażania swoich przekonań, intencji i postaw [“twierdzę, że jest tak a tak, i w to wierzę”];

• prawomocność roszczenia słuszności założonych norm, gdzie chodzi o wzajemną zgodę na przedstawiany stosunek do normatywnej bazy przekazu. Obie strony muszą mieć równe szanse wysuwania żądań i roszczeń.

Pamiętajmy, że spełnienie powyższych warunków idealnego dyskursu jest niemożliwe, gdy z jednej strony partnerzy aktów mowy argumentacyjnej mogą świadomie dążyć do zniekształcenia komunikacji, z drugiej zaś strony może okazać się jako obiektywnie trudne uwzględnienie wszystkich roszczeń, ważności. W konsekwencji derywaty dyskursu, w odróżnieniu od idealnego pojecia dyskursu, stawiają nas często przed koniecznością dokonania świadomego wyboru między tymi roszczeniami, które pozostają w konflikcie. Musimy podjąć wówczas decyzję, jakie roszczenia należy zrealizować, a jakie ograniczyć po to, by można było w określony sposób zracjonalizować społeczne praktyki komunikowania się.

Zdaniem Habermasa dyskurs komunikacyjny nie może brać pod uwagę tylko intencji argumentujących podmiotów, ale i racjonalność struktur społecznych, w ramach których ma miejsce proces wymiany argumentów. Trudno jest o uzyskanie porozumienia tam, gdzie struktura społeczna zakłada dychotomiczny podział ról społecznych, na tych, którzy w sprawach publicznych mają prawo mówić i tych, którym wolno jedynie słuchać czy na tych, którzy mogą wydawać polecenia i pouczać innych oraz tych, których jedynym ‘prawem’ jest obowiązek posłuszeństwa. W każdym dojrzałym politycznie społeczeństwie uczestniczące w nim podmioty mają prawo zakwestionować odnoszące się do nich decyzje powołując się m.in. na to, że nie mogły na równych zasadach partycypować w ich tworzeniu, podobnie jak każdy z nas ma prawo zakwestionować kontrakt, do którego zawarcia został zmuszony.

Tak więc, śmieszne i kompromitujące są tłumaczenia Premiera D. Tuska i jego manipulacyjny zabieg, że to on zabrania swoim ministrom uczestniczenia w debatach na temat m.in. edukacji. Nie wiedziałem, że ten Premier może aż tak zniewalać swoich ministrów i czynić ich marionetkami w swoich rękach. Prawdziwa cnota krytyk się nie boi! A tu chyba lęk zakłóca myślenie i świadomość tego, że wszyscy członkowie rządu są dla nas, dla obywateli, a nie dla siebie i swoich interesów. To my ich utrzymujemy ze swoich podatków. Chyba już o tym zapomnieli.


(Dyskursy rozumu: między przemocą i emancypacją. Z recepcji Jürgena Habermasa w Polsce, red. L. Witkowski, Wyd. Adam Marszałek, Toruń 1990; L. Witkowski, Edukacja przez pryzmat teorii społecznej Jürgena Habermasa, Socjologia Wychowania V, Zeszyt 145,Toruń, Acta Universitatis Nicolai Copernici, 1984)

czwartek, 25 sierpnia 2011

Edukacja poza platformą obywatelską

Wczoraj jedynie Prawo i Sprawiedliwość - najsilniejsza partia opozycyjna przedstawiła swój program polityczny na okres po wyborach jesiennych do Sejmu i Senatu. Platforma Obywatelska programu nie ujawnia, bo go nie posiada, a w każdym razie, jeśli takowym dysponuje, to nie zamierza go z jakichś powodów ujawniać, by przypadkiem nie osłabić poczucia pewności wygranej, nie zniechęcić dotychczasowych jej sympatyków, a może i przyciągnąć do siebie niezdecydowanych. To jest typowe postępowanie dla partii władzy, której wystarczy publikowanie na bieżąco kolejnych rozporządzeń, komentarzy do nich, wypuszczanie "zajawek" rozwiązań, jakie powinny pojawić się, kiedy już tę władzę pozyska się na kolejne 4 lata, itp.

Edukacja jest zatem poza platformą obywatelską rozumiana nie w kategoriach partii politycznej, ale dostępu obywateli do wizji programowej i ustrojowej zmian lub kontynuacji dotychczasowych rozwiązań, z jakimi przystępują do walki o miejsca w polskim Parlamencie starzy i nowi kandydaci. W ostatnich tygodniach okazuje się jednak, że co MEN ogłosi jako projektowaną zmianę, po kilku już staje się przedmiotem odwołań, jest wycofywane z debaty publicznej jako "spalone", "niekorzystne", "nieprzemyślane". Najczęściej pojawiającym się usprawiedliwieniem jest powoływanie się na spodziewany kryzys ekonomiczny, dziurę budżetową itp. Rządzący w MEN chcieliby, ale nie mogą, nie chcą lub nie potrafią nas przekonać do swoich idei i projektów. Nie muszą, bo są tak pewni zwycięstwa.

Tymczasem dziennikarze ujawniają kolejne w MEN, niegodne gospodarności i etyki, bo mające znamiona korupcji, działania resortu edukacji, w wyniku których dofinansowuje się w prywatnym sektorze w kwocie 50 tys. zł. wydanie gazetki dla dzieci zachęcającej je (ich rodziców) do korzystania z usług prywatnej opieki lekarskiej i PZU jako firmy ubezpieczeniowej. Wprawdzie po publikacji "Gazety Wyborczej" pt. MEN składa samokrytykę" min. K. Hall przyznaje, że wykazany został brak należytej staranności na każdym etapie postępowania, ale nie jest to przecież w tej kadencji jedyna i najważniejszy błąd władzy. Było ich tyle, że w powodzi szumów informacyjnych i tak nikt już ich nie pamięta. Pani minister natomiast, zapewne pod namową swoich doradców od wizerunku medialnego, zgodziła się na żenującą naprawę wiarygodności publicznej służby zdrowia, pozwalając na sfotografowanie siebie bez spodni w gabinecie lekarskim, w kolejne do lekarza itp., co za niezłą kasę opublikował Super Express. Ciekawe, czy też za to otrzymał dofinansowanie z MEN? W każdym razie resort edukacji nie informuje o tym, czy wydawnictwo "Planety Figielka" oddało dotację za bubel, naruszający standardy etyczne władzy publicznej, o które tak bardzo miała starać się Platforma Obywatelska, ani też, czy sesja z panią minister w przychodni publicznej była zaplanowana i po co?

PiS informuje w swoim programie wyborczym na kolejną kadencję parlamentarną, że w przypadku wygrania wyborów polski system edukacji będzie realizować trzy cele:

1) stwarzać dobre szanse edukacyjne wszystkim młodym obywatelom bez względu na miejsce zamieszkania oraz stan majątkowy i wykształcenie rodziców,

2) dawać solidne wykształcenie i przygotowanie do życia w nowoczesnym
społeczeństwie,

3) sprzyjać rozwojowi ponadprzeciętnych talentów.



Przyczyn niskiego poziomu edukacji publicznej upatruje się przede wszystkim w:

- wadliwej podstawie programowej (chaosie autorskich programów nauczania,
nadmiarze i niskiej jakości podręczników, przez lata beztrosko dopuszczanych do użytku w imię interesów autorów i wydawców; usunięciu z programów szkolnych wielu
treści wychowawczych itp.),

- uczynieniu czynnikiem programotwórczym nowego systemu egzaminów zewnętrznych, w wyniku którego ma miejsce zaniżanie wymagań, mechaniczne i wymuszające nieprzydatne dla rozwoju intelektualnego młodzieży uczenie się „pod testy”,

- niepokojącej nadal skali zachowań patologicznych i agresywnych wśród uczniów;

- błędnej i szkodliwej, bo skrajnie liberalnej koncepcji tzw. neutralności wychowawczej szkoły, w wyniku której jej jedynym zadaniem jest dydaktyka, czyli przekazywanie uczniom pewnego zasobu wiedzy i umiejętności;

- zbyt częstym nowelizowaniu w ostatnich latach podstawowych aktów ustawowych oraz wydawaniu rozporządzeń, które bywały zmieniane po kilka razy w roku, w związku z czym dyrektorzy i nauczyciele gubili się w gąszczu niepotrzebnych i niejasno sformułowanych przepisów.


- zbędnej biurokracji w szkołach w wyniku wymogu tworzenia coraz większej liczby sprawozdań, informacji, formularzy itd. (dyrektorzy i nauczyciele toną w dokumentach i koncentrują się na tworzeniu nikomu niepotrzebnych sprawozdań, zamiast poświęcać więcej czasu na własny rozwój i pracę z uczniami).


Zwraca się też uwagę na to, że: reforma stworzyła swoistą kastę podmiotów (edukatorów, ewaluatorów, ekspertów, urzędników, wydawców), które czerpią z niej określone korzyści i są zainteresowane trwaniem obecnego systemu. (...) Interesy tych grup, których eksponentem jest obecnie PO, a zwłaszcza kierownictwo resortu edukacji, są bardzo często sprzeczne z dobrem państwa. Widocznemu zdeprecjonowaniu uległy natomiast pozycja zawodu nauczycielskiego i społeczny prestiż nauczyciela.

Jakie PiS proponuje zmiany w polskim systemie edukacyjnym? Bedą to niewątpliwie powroty do niektórych rozwiązań z lat 2005-2007, a więc doprowadzenie do:

- utworzenia Narodowego Instytutu Wychowania;

- nadania zdecydowanie wyższej rangi ocenie z zachowania, by była wliczana do średniej ocen szkolnych, a zarazem była warunkiem promocji ucznia do wyższej klasy i ukończenia szkoły;

- zapewnienia większej dostępności form pomocy psychologiczno - pedagogicznej dla uczniów i nauczycieli przez utworzenie środków wsparcia wychowawczego, zajmowanie się uczniami zakłócającymi proces dydaktyczno-wychowawczy;

- poszerzania przez szkoły oferty zajęć pozalekcyjnych, w tym szczególnie ważne będą dostępne dla każdego ucznia, zajęcia sportowe, artystyczne, informatyczne i językowe.

- współpracy szkół z organizacjami harcerskimi, sokolimi i sportowymi;

- przywrócenia wychowania patriotycznego już od przedszkola, a w szkole poprzez uwzględnianie treści patriotycznych w programach przedmiotów takich jak historia, język polski i wiedza o społeczeństwie oraz przez stymulowanie stosowania przez szkoły poglądowych form wychowania patriotycznego (np. stała opieka uczniów danej szkoły nad jednym z pobliskich miejsc pamięci narodowej, dofinansowywane przez resort edukacji wycieczek młodzieży do miejsc pamięci narodowej w kraju i na terenie b. Związku Sowieckiego, udział młodzieży w tzw. rekonstrukcjach itp.);

- opracowania systemu wsparcia szkół na wsi i w małych miastach, tak aby ich poziom nauczania nie odbiegał w istotny sposób od szkół w ośrodkach wielkomiejskich (wyeliminowanie mechanizmu zaniżania wymagań, zniesienie oceny „dopuszczający”, stworzenie mechanizmu szczególnej pomocy dla uczniów mających trudności z należytym
opanowaniem materiału nauczania, ale i powołanie w każdym województwie regionalnego
system pracy z młodzieżą szczególnie uzdolnioną, by każdy uczeń wybitnie zdolny został objęty indywidualną opieką dydaktyczną, zwiększenie stypendiów Prezesa Rady Ministrów i Ministra Edukacji Narodowej itp.),

- wyeliminowania chaosu z systemu egzaminów zewnętrznych (Nie będziemy
tolerować sytuacji, że Minister Edukacji Narodowej lub Centralna Komisja Egzaminacyjna co pół roku odwołuje swoje wcześniejsze decyzje, jak było np. z maturą z matematyki
) czy z zakwestionowaniem egzaminu maturalnego z religii jako przedmiotu nadobowiązkowego;

- natychmiastowe uchylenie ustawy o systemie informacji oświatowej, która pozwala na gromadzenie w systemie informatycznym jednostkowych danych wrażliwych o uczniach z drastycznym naruszeniem prawa do prywatności i praw rodziców.

- nowelizacja ustawy przywracająca kuratorowi oświaty prawo weta wobec decyzji jednostki samorządu terytorialnego o likwidacji szkoły.


- wstrzymanie przekazywania szkół przez jednostki samorządu terytorialnego osobom
fizycznym i prawnym, by władze publiczne były odpowiedzialne za prowadzenie szkół
oraz by zatrzymać degradację statusu i destabilizację zatrudnienia nauczycieli, którzy w szkołach przejętych przez podmioty prywatne nie będą podlegali Karcie Nauczyciela.

- wzmocnienie pozycji dyrektora szkoły wobec organu prowadzącego i organu nadzoru, przy jednoczesnym podniesieniu wymagań i odpowiedzialności (m.in. powierzenie dyrektorom dysponowania budżetem szkoły, także w zakresie remontów i zakupów sprzętu komputerowego oraz nadanie im status urzędnika państwowego).

- Wychowanie przedszkolne obejmie dzieci w wieku 3–6 lat (proponuje się odroczenie obowiązku szkolnego sześciolatków o osiem lat, do 1 września 2020 r.),


- Alternatywą dla obecnego systemu 6+3+3 będzie proponowany przez niektórych specjalistów system 3+5+4, w którym szkoła podstawowa obejmowałaby tylko dzieci najmłodsze, objęte nauczaniem zintegrowanym.

- wprowadzenie jednolitych standardów edukacyjnych (liczba uczniów jednego
gimnazjum będzie wynosić maksymalnie 400, a liczba uczniów w jednym oddziale gimnazjalnym – 20; wyeliminowanie przypadków faktycznego połączenia szkoły
podstawowej i gimnazjum przez korzystanie z tych samych obiektów).

- stworzenie warunków prawnych, organizacyjnych i finansowych, które będą sprzyjać powstawaniu zespołów obejmujących gimnazjum i liceum ogólnokształcące.

- wdrożenie procesu porządkowania kształcenia zawodowego (m.in. objęcie kwalifikowanym doradztwem zawodowym wszystkich uczniów gimnazjów; wypracowanie systemu realnej, stałej współpracy podmiotów gospodarczych z placówkami edukacji zawodowej; doprowadzimy do sytuacji, w której ukończenie szkoły zawodowej lub technikum będzie dawało uprawnienia państwowe do wykonywania zawodu).


- zablokowanie realizacji koncepcji dezintegracji państwowego nadzoru pedagogicznego (wzmocnienie statusu kuratorów oświaty przez ich podporządkowanie bezpośrednio ministrowi).

- wzmocnienie władzy nauczyciela w szkole (uzyska on prawne instrumenty egzekwowania
dyscypliny na swoich lekcjach i gwarancję trwałości wystawianych przez siebie ocen a także to, ze nie będą one podlegać negocjacjom z dyrekcją szkoły i rodzicami).Przewiduje się wzrost wynagrodzeń nauczycieli, w tym u tych z najwyższymi kwalifikacjami nawet o 2500 zł.


Zamierza się powrócić do zapoczątkowanych przez rząd Prawa i Sprawiedliwości prac nad modelem powszechnej szkoły średniej dającej wykształcenie możliwie
wszechstronne, odpowiadające wzorom „kulturalnego informatyka” i „zinformatyzowanego humanisty”. Program nauczania nie może być zbyt szczegółowo podporządkowany merytorycznym wymaganiom stawianym kandydatom na poszczególne kierunki studiów.


(źródło: http://www.pis.org.pl/dokumenty.php?s=partia&iddoc=157)

środa, 24 sierpnia 2011

W benchmarkach pedagogika okazała się jedną z najlepszych

W wyniku nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym będą z dn. 1.10.2011 r. wprowadzone ramy kwalifikacji dla każdego kierunku kształcenia jako podstawowe narzędzie organizacji tego procesu. Zakłada ona:

rezygnację z obecnych zasad standaryzowania kierunków studiów na rzecz standaryzowania efektów kształcenia w zakresie wiedzy, umiejętności i kompetencji personalnych i społecznych w poszczególnych obszarach;

• rezygnację z centralnej (ustalanej rozporządzeniem Ministra) listy nazw kierunków studiów oraz odpowiadających im standardów kształcenia oraz umożliwienie uczelniom autonomicznego opracowywania programów studiów w ramach obszarów kształcenia, w zgodzie z określonymi dla nich standardami

• Efekty kształcenia określone na poziomie centralnym są podstawą do opracowania przez uczelnię (wydział lub inną jednostkę prowadzącą studia) oczekiwanych efektów kształcenia związanych z konkretnym programem studiów prowadzonym przez tę uczelnię/wydział


Na Ministerstwie ciążył obowiązek przygotowania takich wzorcowych opisów dla grupy ok. 40 podstawowych kierunków studiów stanowiących punkt odniesienia (benchmark) dla programów własnych budowanych w uczelniach. Stanowić one będą niezbędne zaplecze wprowadzania ram kwalifikacji w postaci załączników do ministerialnych rozporządzeń. Budować one będą dobre praktyki akademickie. Ich opracowaniu poświęcony jest niniejszy projekt.


Miło mi poinformować, że PEDAGOGIKA znalazła się na I miejscu tych kierunków studiów, którego eksperci - dr hab. Mirosława Nowak-Dziemianowicz, prof. DSW we Wrocławiu, dr hab. Małgorzata Muszyńska prof. UAM w Poznaniu i dr hab. Beata Przyborowska prof. UMK w Toruniu (pisałem o ich pracy w blogu przed wakacjami) uzgodnili w naszym środowisku wzorcowe (przykładowe) opisy dla pedagogiki jako kierunku studiów z pogranicza nauk humanistycznych i społecznych, by stały się one źródłem inspiracji dla tworzenia i odniesienia własnych propozycji, bądź dla bezpośredniego wdrożenia w uczelniach publicznych i niepublicznych (wyższych szkołach prywatnych).

Na stronie MNiSW znajduje się projekt rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w sprawie wzorcowych ekektów kształcenia z dn. 9 sierpnia 2011 r., w którym na I miejscu wśród zaledwie 5 opracowanych benchmarkach dla studiów I i II stopnia, jest PEDAGOGIKA. Są one jeszcze przedmiotem resortowych konsultacji, ale pedagodzy dokonali już stosownych uzgodnień merytorycznych, więc można zacząć przygotowywać nowe plany i programy studiów na tym kierunku. Będą one obowiązywać już od 1 października 2011 r.

Podpisanie rozporządzenia będzie oznaczać, że jednostki autonomiczne uczelni nabędą prawa do swobodnego kształtowania nazwę i treści programów studiów (choć budując je na bazie efektów kształcenia oraz z zachowaniem wymagań KRK i obszarów kształcenia). Do takich należą te uczelnie publiczne i zaledwie 3 niepubliczne w Polsce, które dysponuja takimi uprawnieniami. Pozotałe 99,9% wyższych szkół prywatnych, jako tych, które nie uzyskały akademickiej autonomii a prowadzą edukacje na pedagogice, będą musiały ubiegać się o zezwolenie, gdy zechcą stworzyć kierunek całkowicie odmienny od obecnego. Teraz mogą jedynie zaadaptować i wdrażać zaakceptowany przez MNISzW wzorcowy opis kierunku studiów - PEDAGOGIKA.



http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/14/93/14939/20110817_projekt_rozporzadzenie_w_sprawie_wzorcowych_efektow_ksztalcenia.pdf

wtorek, 23 sierpnia 2011

Psie życie pedagoga?



















Przepraszam blogolików za gramatyczne i literowe zakłócenia w treści ostatnich dwóch wpisów, ale jako pedagog "odbierałem" narodziny 10 szczeniąt mojej suki. Ciąża trwała 62 dni, ale poród kilkanaście godzin. Teraz musimy dopilnować, by ich nie zgniotła i nakarmiła wszystkie maleństwa. Matka waży ponad 75 kg, więc mając w kojcu tyle szczeniąt, może któreś nieopacznie przygnieść, kiedy zmienia swoją pozycję.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Prywatne szkolnictwo wyższe w szponach b.tajnych służb PRL?

Przed wyborami powraca kwestia skutków braku rozliczenia PRL-owskich służb specjalnych. Tymczasem, po przeszło 22 latach transformacji ustrojowej, jej byli funkcjonariusze zagnieździli się wygodnie także w sektorze wyższych szkół prywatnych, albo jako ich założyciele, kanclerze, pracownicy administracji, albo jako ich nauczyciele akademiccy. Gdzieś te 24 tys. b. funkcjonariuszy trzeba było urządzić, zabezpieczyć ich na przyszłość. Jak pisze Jerzy Jachowicz (UważamRze 29/2011) - urośli oni w nieformalną potęgę, gdyż państwo stworzyło im warunki sprzyjające nie tylko ich przetrwaniu, ale i zakamuflowaniu swojej przeszłości, by mogli rosnąć w siłę. Dla swoich ukrytych interesów znaleźli dogodny grunt, gdyż mało kto interesował się na początku lat 90.XX w. tym, czy wśród nich byli aktywni SB-cy? A Wildstein dodaje w tym samym numerze czasopisma, że to pod kontrolą byłej nomenklatury budowano przyczółki gospodarki kapitalistycznej, zaś jej członkowie (. . .)rozumiejąc korzyść ze wspólnego działania, kontynuowali je również po upadku komunizmu.

Korzystna dla nich okazała się sytuacja prawna, na którą także zapewnili sobie wpływ. Szkolnictwo wyższe sektora prywatnego było pozbawione jakiejkolwiek kontroli. Wystarczyło udokumentować posiadanie niewielkiej kwoty na koncie, by utworzyć tzw."wsp". Niektórzy włączali w ten proces instytucje, osoby czy środowiska, które miały odwrócić uwagę, a jednocześnie zabezpieczyć nowy interes. A koncesje na powoływanie tych szkół do życia wydawało ministerstwo bez jakichkolwiek przeszkód czy weryfikacji. Dopiero w 2002 r. powstała Państwowa Komisja Akredytacyjna, ale lawinowy wzrost liczby nowych "wsp" sprawił, że przy ograniczonym budżecie nie była w stanie dokonać oceny wszystkich jednostek i prowadzonych w nich kierunków studiów.

Po dzień dzisiejszy, nie każdy może założyć kancelarię adwokacką, prywatną poradnię czy aptekę, ale każdy, nawet np. półanalfabeta czy psychopata może utworzyć wyższą szkołę prywatną. Niestety, wśród ponad 360 i tacy się zdarzają, a ilu wśród nich było lub jest powiązanych z tajnymi służbami? Tego publicznie nie wie nikt.




niedziela, 21 sierpnia 2011

Co kryją a co ujawniają pseudosondaże o polskiej szkole i młodzieży?

Danuta Sterna pisze w najnowszym wydaniu edunews.pl, że przestudiowała badania sondażowe CBOS na temat młodzieży i szkoły, jakie były prowadzone przez tę instytucję wśród uczniów ostatnich klas szkół ponadgimnazjalnych (liceów, techników i zasadniczych szkół zawodowych) w latach: 1998, 2003, 2008 i 2010. Przyglądając się ich wynikom wyciąga wnioski, które w moim przekonaniu nie mają wartości poznawczej, bowiem nie sprawdzono, czy CBOS sondował te opinie w interwałach 5 letnich na tej samej populacji, czy może jednak różnych (wątpię, by były to badania wzdłużne). Przypuszczam, że za każdym razem próba dotyczyła wprawdzie młodzieży, ale innej od tej, która staje się dla D. Sterny punktem odniesienia.

Z faktu sondażowego, że dwanaście lat temu nieco ponad połowa uczniów (53%) oceniała pozytywnie rolę szkoły, a obecnie pozytywnie postrzega ją prawie trzy czwarte respondentów (wzrost o 18 punktów procentowych) niesłusznie wyciąga wniosek, że od roku 1998 ocena edukacyjnej funkcji szkoły "...jako dobrze przygotowującej do dalszej nauki, studiów wyraźnie się poprawiła”.

Taka ocena jest artefaktem. W 1998 r. szkoła była inna i radykalnie odmienny miał miejsce w niej oraz w związku z nią kontekst przemian, niż w roku 2010. Jeśli badanymi - tak wówczas, jak i w 2010 r. - były zupełnie inne osoby, to można zapytać, po co porównywać opinie osób z czterech różnych zbiorów, pomijając powyższe uwarunkowania? Czemu lub komu to ma służyć? Może propagandzie sukcesu MEN? Tyle tylko, że autorka tego artykułu nie podaje, jeśli już trzymać się tej niepoprawnej metodologicznie konwencji, wyników sondażu na ten temat z 2008 r. Czy też byłby wzrost o 18 punktów procentowych?

Przy kolejnej kwestii, mającej świadczyć o pozytywnym zakresie zaistniałych przemian w polskiej edukacji, Autorka pisze:

„Zdaniem młodych ludzi, szkoła coraz lepiej przygotowuje ich do funkcjonowania na rynku pracy”. Pytano: Jak oceniasz, czy szkoła, do której chodzisz daje duże szanse na zdobycie atrakcyjnej pracy po jej ukończeniu? Zdecydowanie tak i raczej tak – odpowiedziało w 2010 roku 54%. Wzrost w stosunku do lat poprzednich, ale interpretacja zależy od celów, które sobie stawiamy, gdyż szklanka w połowie pełna jest też w połowie pusta. Opinie: raczej nie i brak zdecydowania deklaruje prawie 30% młodzieży. Są to osoby, które nie mogą powiedzieć, że szkoła przygotowała ich dobrze do pracy."

Nie dowiadujemy się z tego akapitu, jaki odsetek młodzieży odpowiedział na tę kwestię w 1998 r.? Jest za to mowa o tym, ze "szklanka w połowie zapełniona jest wskaźnikiem czegoś pozytywnego.

Kiedy pojawia się w tych sondażach ocena przez respondentów wyboru szkoły, relacjonująca je stwierdza: „W 2010 roku co piąty uczeń (20%, o 5 punktów mniej niż dwanaście lat temu) był niezadowolony z wyboru szkoły”. Tyle tylko, że w 1998 r. o wyborze kolejnego stopnia szkoły decydowali absolwenci już 8-letniej szkoły podstawowej, a w 2005, 2008 i 2010 r. absolwenci gimnazjum po 9 latach szkolnej edukacji (6+3). Inny wiek, inne doświadczenia i odmienny ustrój szkolny oraz perspektywy dalszej edukacji musiały rzutować na odmienne wyobrażenia na powyższy temat. Warto przypomnieć, że w 1998 r. obowiązywały jeszcze egzaminy wstępne do szkół wyższych i był wewnątrzszkolny egzamin maturalny.

Relacjonująca jednak te dane dokonuje ich interpretacji:

"Zastanawiam się - czy „tylko”, czy może „aż”. Co piąty uczeń nie jest zadowolony z wyboru szkoły! Co autorzy mieli na myśli zadając to pytanie? Uszczegółowienie zawarte jest w pytaniu: Czy z punktu widzenia twoich szans na przyszłość, osiągnięcia czegoś w życiu, uzyskania dobrej pracy, dostania się na studia uważasz, że wybór tej szkoły był dla ciebie…? Co piaty uczeń uważa, że szkoła nie poprawiła jego szans na przyszłość, nie pomogła mu w uzyskaniu dobrej pracy i dostaniu się na studia.Jak w takim razie ocenić czas pobytu w szkole tej części uczniów? Trudno tak bardzo cieszyć się z tego, że sytuacja poprawiła się w stosunku do roku 1998, wtedy niezadowolonych był aż co czwarty uczeń."

Trafnie zastanawia się nad tym: Co autorzy mieli na myśli zadając to pytanie? Należałoby je uzupełnić o jeszcze jedno, a mianowicie to, które jest warunkiem poprawności metodologicznej, czyli o intersubiektywną komunikowalność - Co respondenci mieli na myśli odpowiadając na to pytanie?

Kiedy odkrywa w owych sondażach CBOS kwestię opinii uczniów o nauczycielach dokonuje cenzury i za nas rozstrzyga, że nie warto się nią zainteresować. Dlaczego?

Ewolucja postaw nauczycieli wobec uczniów, jaką można było zaobserwować w latach 1998 – 2008, obecnie się zatrzymała, a w niektórych przypadkach nawet cofnęła”. Pomińmy to niepokojące – „cofnięcie” i zajmijmy się tylko obecną sytuacją.

Rzeczywiście, tak złą informację trzeba ukryć, bo jak minister edukacji by ją przeczytała, to byłaby zmuszona do leczenia nie tylko własnego kolana, co zostało dla potrzeb kampanii wyborczej opatrzone żenującymi zdjęciami w Super Expresie i Gazecie Wyborczej, ale potrzebowałaby konsultacji u kardiologa. Po takiej informacji można doprawdy dostać zawału. Wyborcy mają decydować o tym, kto będzie ich posłem, a tu taka wpadka.

W dalszej części artykułu, jego Autorka porzuca już temporalne porównania. Przywołuje niezwykle niepokojące dane tylko z sondażu CBOS z 2010 r., chociażby na temat tego, czy nauczyciele informowali i motywowali uczniów na temat ich praw w szkole. Okazuje się, że tylko 30% uczniów potwierdziło omawianie w klasie praw ucznia przez nauczyciela, np. na godzinie wychowawczej, i nauczyciele zachęcali do korzystania z tych praw, natomiast w 53% nauczyciele tylko przedstawili te prawa, nie zachęcając do korzystania z nich. Natomiast 17% uczniów stwierdziło, że ich prawa w ogóle nie były omawiane w klasie.

Biorąc pod uwagę jakże często sondowany problem przemocy w szkołach, otrzymujemy kolejne, nic nieznaczące dane, choć oczywiście ujęte w formie liczbowej, która powinna na nas zrobić wrażenie. Jak pisze D. Sterna: Największy spadek odnotowano w 2008 roku. Sądziłem, że zinterpretuje to jako efekt jeszcze mających miejsce skutków dyscyplinujących uczniów ustaw z okresu rządów PiS+LPR+Samoobrona. Okazuje się, ze jednak nie. Jak jest więc w 2010 roku?

Na pytanie: Czy w Twojej szkole zdarzają się przypadki fizycznego znęcania się starszych uczniów nad młodszymi? 52% uczniów deklarował zetknięcie się przemocą fizyczną.

Czy w Twojej szkole zdarzają się przypadki zażywania narkotyków przez uczniów na terenie szkoły? – 45%.

Czy w Twojej szkole zdarzają się przypadki picia alkoholu przez uczniów na terenie szkoły? – 62%

Nie ukrywam, że przejmowanie się takimi sondażami może być tylko i wyłącznie przejawem braku krytycyzmu. Odpowiedzi na pytania rozstrzygnięcia, zaczynające się od partykuły pytajnej "Czy", są najmniej miarodajne. Warto powrócić przy ich analizie do kwestii intersubiektywnej komunikowalności, czyli nie tylko tego, co ich autor miał na myśli, ale przede wszystkim respondent, bo autor tych pytań był bezmyślny.

http://www.edunews.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1603&Itemid=1

sobota, 20 sierpnia 2011

Wydawcy kwestionują projekt MEN wprowadzenia elektronicznych podręczników

Pod koniec lipca br. odbyło się w MEN spotkanie Prezydium Sekcji Wydawców Edukacyjnych z minister Katarzyną Hall i wiceminister Krystyną Szumilas w sprawie projektu nowego rozporządzenia o dopuszczaniu podręczników szkolnych. Oprócz mniej lub bardziej istotnych zmian wprowadzonych do projektowanego tego aktu prawnego
pojawiła się jedna bardzo istotna, a mianowicie konieczność przygotowywania przez wydawców podręczników w wersji elektronicznej obok wersji tradycyjnej.

Wydawcy kwestionują powyższy projekt w obecnej jego wersji, gdyż stanowi on zagrożenie dla ich działalności, a to głównie ze względu na powszechne w naszym kraju piractwo książek i czasopism (zob. portal Chomikuj.pl). Poinformowano ministerstwo o pojawiających się problemach i niepokojach odnośnie tego zapisu:

1. strona autorsko-prawna (wykorzystanie materiałów w innych
technologiach kosztuje)

2. techniczna (czy wydawać podręczniki na płytach CD czy w sieci, na jakich platformach, jak zapewnić bezpieczeństwo kontentu?)

3. organizacyjne - jak nauczyciel będzie korzystał z materiału jeśli niektórzy uczniowie będą mieć jedynie wersje elektroniczne a inni papierowe, a poza tym po co tworzyć elektroniczny podręcznik, jeśli wg. zapisu ma on odpowiadać podręcznikowi papierowemu.

4. finansowe – kto zapłaci za niebywale kosztowne platformy edukacyjne,

5. na co mogą liczyć wydawcy ze strony MEN w zmianie modelu biznesowego, skoro tradycyjny jest tak mocno zagrożony.

Najważniejszą konkluzją spotkania była obietnica pani minister, że zasada dotycząca podręcznika w formie elektronicznej zostanie wprowadzona nie wcześniej niż na rok szkolny 2012/2013. Wydawcy natomiast obiecali, że do połowy sierpnia prześlą uwagi do rozporządzenia oraz propozycje wspólnych działań odnośnie zapewnienia z jednej strony celu MEN, jakim jest wprowadzenie podręczników elektronicznych do szkół, a z drugiej zabezpieczenie naszych interesów, tj. głównie zabezpieczenie
przed piractwem.

czwartek, 18 sierpnia 2011

„Promocja” pedagogiki w wyższych szkołach prywatnych w systemie 20:80

Jak wykazują specjaliści w zakresie zarządzania to, co oferują wyższe szkoły prywatne na swoich stronach internetowych w trakcie okresu rekrutacyjnego na studia, jest zgodne z obowiązującymi na rynku marketingowym proporcjami - 20% prawdy i 80% kitu. Dotyczy to w pierwszej kolejności tzw. „wsp”, które powstały na przełomie XX oraz XXI w., a więc mają nadany przez ministerstwo numer powyżej 100 i prowadzą kształcenia na kierunku PEDAGOGIKA. Wystarczy wejść na stronę każdej z tych szkół lub stronę ministerstwa, by otrzymać informację, jakim ona dysponuje numerem rejestracyjnym, a więc którą z kolei wśród rejestrowanych w sektorze prywatnym była dana szkoła.

Oto jedna z gazet donosi, że na Uniwersytecie Medycznym powstała praca naukowa o agresji i przemocy pacjentów wobec lekarzy i pielęgniarek. Pomijam w tym miejscu kwestie metodologiczne, skoro zbadano zaledwie 63 pracowników służby zdrowia w ponad 800 tysięcznym mieście i pominięto w tych badaniach samych pacjentów, bo z krótkiego doniesienia i tak wynika „nędza poznawacza” owego projektu, ale zainteresowało mnie co innego. Otóż badania prowadzono w uniwersytecie, ale ich autor zaprezentował się w całej okazałości jako prorektor wyższej szkoły prywatnej. To klasyczny przykład 20% prawdy i 80% kłamstwa. Za badania zapewne zapłacił (w pensji czy odrębnie?) uniwersytet, ale przypisuje sobie w celach promocyjnych drugiego miejsca pracy w tym samym mieście i to z uśmiechem na twarzy jego pracownik, eksponując funkcję w tzw. „wsp”. Ta uczelnia kształci także pedagogów, więc mogą już teraz wiele dowiedzieć się na temat etyki zawodowej.

Na stronach tzw. „wsp” pojawiają się informacje o konferencjach oświatowych, jakie zostały w nich zorganizowane, tyle tylko, że znowu mamy tu do czynienia w wielu przypadkach z podobną proporcją: 20% prawdy – istotnie, odbyły się w nich konferencje, ale 80% fałszu, bo nie ujawnia się, że dana szkoła udostępniła odpłatnie lub w celach komercyjnych (propagandowych) swoje sale dydaktyczne w godzinach, kiedy są one puste, by inna organizacja czy instytucja zorganizowała w niej jakąś konferencję. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że w związku z brakiem uczestników, zainteresowanych organizowanych w takich szkołach różnego rodzaju konkursach, galeriach, spotkaniach spędza się do Sali wszystkich pracowników administracji danej szkoły, by można było sfilmować, zrobić zdjęcia i pochwalić się swoimi wielkimi osiągnięciami na rzecz upowszechniania oświaty, kultury itd. A zatem 20% prawdy, bo coś się odbyło, i 80% fałszu, gdyż uczestniczyli w tym nie ci, do których było to adresowane. Nic dziwnego, że ziewali, przebierali nogami, bo niczego nie rozumieli.

Niektóre wyższe szkoły prywatne mają swoje „wydawnictwa”, „gazety” czy powoływane przez założycieli „instytuty”, tyle tylko, że 20% ich działalności ma charakter naukowy czy oświatowy, zaś 80% czysto komercyjny, fałszywy z punktu widzenia funkcji akademickich, prostudenckich. Studenci płacąc czesne, utrzymują rzesze niepotrzebnych pracowników, gdyż oni sami z wytworów takich „firm” nie uzyskują dla siebie nic, co byłoby im potrzebne. Pod szyldem takich form zatrudnia się znajomych, członków rodzin wszelkiego rodzaju władz takich szkół prywatnych, a studiujący w nich pedagogikę są od tego, by ich utrzymywać. Może dlatego proporcje zatrudnionych w tzw. "wsp" na stałe są następujące: 20% nauczycieli akademickich i 80% pracowników administracji, technicznych i obsługi. Wszystko zależy od tego, jak wielu jest "znajomych królika", członków rodzin i zobowiązań wobec przydatnych dla biznesu osób.

Szkoły informują o ogromnej liczbie specjalności, jakie są gotowe udostępnić swoim nowym studentom. To w 20% jest prawdą, gdyż mają jakoś opracowane plany i programy kształcenia. W 80% jest to jednak fałsz, gdyż im więcej oferują specjalności, tym wielokrotnie więcej powinny mieć studiujących, żeby móc uruchomić kształcenie na każdej z nich. Nie jest to możliwe i wszyscy o tym doskonale w tych szkołach wiedzą. W 80% jest to zatem fałsz, gdyż to, czy dana specjalność zostanie uruchomiona zależy tylko i wyłącznie od ustalonej (minimalnej) liczby chętnych studentów. Jak się nie zgłoszą, to sami są sobie winni. Po pół roku już okazuje się że z 8 czy nawet 14 specjalności zostaną uruchomione tylko dwie lub trzy. Co mają zrobić ci, którzy byli zainteresowani inną niż ta, do studiowania której zostają zmuszeni?

Wyższe szkoły prywatne informują wreszcie o tym, jak to dysponują znakomitą, nową czy nowoczesną infrastrukturą, bazą. W 20% jest to prawdą, ale w 80% fałszem, gdyż nie jest to ich baza, tylko wynajmowana (w związku z czym plany zajęć podporządkowane są wolnym godzinom prawowitego dysponenta, a nie interesom i potrzebom studiujących), obciążone są kredytami (także pod wartość hipoteczną), a zatem w 80% jest to fałsz. Można zatem zobaczyć na stronach tych szkół piękne zdjęcia tyle tylko, że jest to tak samo wiarygodne jak to, kiedy robimy sobie fotkę na tle jakiegoś „wypasionego” jachtu w Chorwacji i przesyłamy je znajomym, by pochwalić się swoją nową własnością. A niech ich zawiść zżera.

Wreszcie, wyższe szkoły prywatne chwalą się, jaką to mają wspaniałą kadrę. Tak, ale w 20%, bo w 80% są to osoby zatrudnione na umowy krótkoterminowe. Czegokolwiek by nie zawaliły, złe odium spada na szkołę, ale sama tak chciała. Dlatego na stronach pisze się o sukcesach studentów, ale to nie dotyczy nawet 20%, bo 80% ma studiowanie "w nosie". Jak się okazuje w "wsp" zaledwie 20% studiujących zdaje egzaminy dyplomowe w terminie, a 80% "buja się" z nimi przez kolejne miesiące, a nawet lata.

środa, 17 sierpnia 2011

Wakacyjna odmienność
















































Urlop, gdziekolwiek jest spędzamy, staje się mimo wszystko szansą na oderwanie się od miejsca, osób czy zdarzeń, których doświadczamy no co dzień, a zarazem stwarza okazje do nowych doświadczeń, spotkań i przeżyć. Wspaniale, że można go spędzić z Najbliższymi, dla których zawsze jest za mało czasu w ciągu roku pracy, niezależnie od tego, ile się go dla nich poświęca. Spacerując, wędrując, przemieszczając się różnymi środkami lokomocji można obserwować świat z innej perspektywy i miejsca. Zamieszczam kilka fotografii miejsc, które odsłaniają naszą słabość do troski o jakość. Wielokrotnie miałem możliwość przekonania się w różnych miejscach – na skwerach, deptakach, w restauracjach, barach, placach zabaw dla dzieci, w kolejkach, lokalnych urzędach, że ciągle jeszcze nie jesteśmy przygotowani do przyjmowania czy goszczenia u siebie OBCYCH - turystów, przybyszów, wczasowiczów, gdyż traktuje się ich jak zło konieczne, na którym przy każdej możliwej okazji trzeba zarobić ponad wszelkie normy przyzwoitości, nie wspominając już o ekonomicznym rachunku zysków i strat. Polska maniera do wyzyskiwania innych, byleby już, teraz, natychmiast można było się „wzbogacić” rozmija się z racjonalnością, w świetle której wiadomo, że mający poczucie i świadomość takiego potraktowania, już więcej nie pojawią się w tym samym miejscu, nie skorzystają z czyichś usług czy ofert. Być może w przyszłym roku wybiorą inne możliwości spędzenia urlopu, by mieć nie tylko radość aktywnego odpoczywania, ale i ponoszenia z tego tytułu kosztów, które będą adekwatne do jakości świadczonych usług. Niektóre sytuacje wydawały się zabawne, toteż utrwaliłem je na zdjęciach.

Na fotografiach utrwalono:
- Jak dać się narysować (skarykaturować);
- Gdzie pszczoły jeszcze robią miód, bo jak Prezydent podpisze Ustawę Sejmu o GMO (czyli prawo ds. organizmów modyfikowanych genetycznie), to pszczoły będą już w tylko podręcznikach historii;
- Jak nosić buławę marszałkowską;
- Jak odczytać czas letni i zimowy tego samego dnia i o tej samej porze na zegarach lokalnej poczty;
- Jak spędzić wszasy, czyli o potrzebie zmiany refrenu w piosence Wojciecha Młynarskiego, który będziemy teraz śpiewać: "Jesteśmy na wszasach....";
- Jak rehabilitować się z użyciem tynków gipsowych;
- Jak odbyć kurs psychoterapii zorientowanej na proces w Trójmieście (ciekawe o czyj lub jaki proces w Trójmieście tu chodzi?).

wtorek, 16 sierpnia 2011

Ministerstwo podejmie interwencję w sprawie wyłudzania przez niektórych Polaków habilitacji na Słowacji

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego i Nauki odpowiedziało na Stanowisko Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk w bulwersującej od ponad 5 lat środowisko akademickie w naszym kraju sprawie wyłudzania przez niektórych Polaków stopni i tytułów naukowych z pedagogiki i pracy socjalnej (nie wiadomo, dlaczego uznawanej przez władze głównie niepublicznych szkół wyższych jako odpowiednik pedagogiki w dyscyplinie pedagogika społeczna).

Jak stwierdza w skierowanym do Przewodniczącego KNP PAN prof. dr. hab. Stefana M. Kwiatkowskiego piśmie z czerwca 2011 r. wiceminister w tym resorcie, Podsekretarz Stanu prof. dr hab. Zbigniew Marciniak:

"Biorąc powyższe pod uwagę, przedstawione w dokumentacji sygnały o nieprawidłowościach budzą niepokój i wymagają wyjaśnienia. Dlatego też, doceniając troskę środowiska naukowego pedagogów o zapewnienie wysokiej jakości uzyskiwanych stopni doktora i doktora habilitowanego z zakresu pedagogiki – zarówno w kraju jak i za granicą – pragnę zapewnić Pana Profesora, że w celu przeciwdziałania sygnalizowanym w raporcie nieprawidłowościom zwrócę się do naszych partnerów słowackich z prośbą o przedstawienie obecnej sytuacji związanej z przebiegiem procedur związanych z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego oraz rozważę wystąpienie z inicjatywą zorganizowania kolejnego spotkania ekspertów na podstawie ww. umowy dwustronnej" (Umowa między Rządem RP a Rządem Republiki Słowackiej o wzajemnym uznawaniu okresów studiów oraz równoważności dokumentów o wykształceniu i nadaniu stopni i tytułów uzyskanych w RP i RS z dn. 18 lipca 2005 r. – uzup. BŚ)

piątek, 12 sierpnia 2011

Niech szkoła będzie droższa - uczniom!

Nie rozumiem lamentu mediów, że szkoła jest coraz droższa, gdyż w tym roku szkolnym rodzice będą zmuszeni (to trafne słowo, choć żyjemy w wolnym kraju) do zakupienia podręczników szkolnych, które ponoć mają atestat Ministerstwa Edukacji Narodowej. Totalna bzdura! Wciąż utrzymuje się w Polsce mit podręcznika szkolnego, jako jedynego źródła wiedzy.

To pozostałość minionego wieku Chyba nie chcemy przyjąć do wiadomości, że w szkolnictwie to, co jest obowiązkowe, a zatem konieczne, to "Podstawa programowa". Nie ma prawa zobowiązującego nauczycieli do pracy z podręcznikami szkolnymi. Jeśli ministerstwo chce mamić nas ideą przyjaznej czy radosnej szkoły, to niech wreszcie ogłosi to wszem i wobec, że tak jak rodzice nie muszą płacić żadnych składek na Radę Rodziców (dawniej Komitet Rodzicielski - bo w PRL przyzwyczajano obywateli do posłuszeństwa komitetom), tak samo i nauczyciele nie muszą kształcić uczniów wykorzystując w tym celu podręczniki szkolne!!!

Żyjemy w epoce multimedialnej komunikacji, dostępu do tylu źródeł wiedzy, że mądremu nauczycielowi do realizacji programu w ogóle nie jest potrzebny podręcznik szkolny. To było dobre, a być może i konieczne w czasach indoktrynacji i cenzury, ale dzisiaj? Niby dlaczego mamy korzystać z podręczników? Nauczyciele - chcecie walczyć o wyrównywanie szans edukacyjnych dzieci , a ta idea dotyczy właśnie dzieci z rodzin ubogich, ale i tzw. warstw średniozamożnych (to te najczęściej spłacają kredyt w frankach szwajcarskich), to podejmijcie "strajk" solidarnościowy i pozwólcie uczyć się dzieciom i młodzieży bez podręczników! Wasza wiedza i talent dydaktyczny, wsparte dostępem do internetu, a w niektórych szkołach nawet tablicą interaktywną, wystarczą, by uczący się odzyskali wiarę i zaufanie do Was jako ich nauczycieli.

Dorośli, kiedy uczą się czegoś nowego, nie pracują z podręcznikiem, tylko z edukatorem, moderatorem, couchem, instruktorem, konsultantem, lektorem, choć niektórzy w tych rolach korzystają z drukowanych tekstów. Nie opowiadam tu bajek. Na początku lat 90.XX w, kiedy zapanował inny ustrój polityczny, a zawarta w podręcznikach szkolnych wiedza była nieadekwatna do nowej rzeczywistości i perspektyw wolności oraz demokratyzacji, potrafiliśmy kształcić bez podręczników. Pamiętam, jak Ania Sowińska sama tworzyła elementarz dla pierwszoklasistów wraz z nimi mimo, że "Elementarz" Mariana Falskiego tak bardzo się nie zdewaluował. Dzisiaj zapewne byłoby niezręcznie, czyli niepoprawnie politycznie, zalecać maluchom nauczenie się na pamięć wierszyka o murzynku Bambo.

Nie oszukujmy się. Na podręcznikach nie zyskują Ci, do których są one adresowane. Dzisiaj podręczniki szkolne nie są konieczne do tego, by uczniowie zdobyli pożądaną wiedzę i umiejętności.

Najwyższy czas na prawdziwą rewolucję szkole - likwidację podręczników i systemu klasowo-lekcyjnego. Dopóki ona nie nastąpi, szkoła będzie co najwyżej miejscem spotkań towarzyskich, koniecznych i przymusu uczenia się z tego, co częściowo szybciej się dezaktualizuj, niż reformy MEN. Już liderzy PJN zapowiedzieli, że jak wygrają wybory do Sejmu, to zrobią rewolucję oświatową. Powrócą do 8-klasowej szkoły podstawowej, 4-letniego liceum i 5-letniego technikum. Czy widzicie, że nie ma potrzeby kupowania nowych podręczników?

Niech szkoła będzie droższa, ale dzieciom, dlatego, że uwielbiają zajęcia edukacyjne, a nie droższa dla rodziców, którzy muszę kierować swoje pociechy do instytucji publicznej edukacji.

RODZICE! Skorzystajcie ze swoich naturalnych praw, bo to są Wasze dzieci, a nie wydawnictw i MEN, i nie kupujcie podręczników! Ciekawe, co wówczas zrobią nauczyciele? Pójdą na skargę? Do kogo? A może pójdą po rozum do głowy?

czwartek, 11 sierpnia 2011

Stronnicza recenzja historii politycznej harcerskiego ruchu wydawniczego


Nikt z badaczy współczesnej historii do tej pory nie interesował się harcerskim ruchem wydawniczym na przełomie dwóch ustrojów politycznych w naszym kraju. To jest niejako zrozumiałe. Brak dostępu do źródeł i "gruba kreska" sprawiają, że nie ma chętnych do dociekania prawdy, gdyż ta musi wpisywać się w proces tzw. dekomunizacji, której żyjący unikają, jak diabeł święconej wody. Harcerstwo jako wyjątkowy w świecie, bo mający polską specyfikę kulturową, ruch społeczno-wychowawczy, chyba jedynie w latach 1968-1980 był przedmiotem zainteresowań naukowo-badawczych, kiedy powstawały zręby PEDAGOGIKI HARCERSKIEJ.

Próby wyłonienia w naukach o wychowaniu nowej subdyscypliny nie powiodły się mimo szeregu inicjatyw w tym zakresie ówczesnych liderów w naukach społecznych, jak profesorowie Stanisław Mika (psycholog społeczny), Franciszek Adamski (socjolog) czy wśród pedagogów - Heliodor Muszyński (pedagog ogólny, teoretyk wychowania), Mieczysław Łobocki (teoretyk wychowania), Aleksander Kamiński (pedagog społeczny, historyk oraz twórca metody zuchowej), Irena Lepalczyk (pedagog społeczny), Kazimierz Jaskot (pedagogika szkoły wyższej) i Adam Massalski (historyk wychowania, aktualnie senator PiS). Harcerstwo wprawdzie nie było dla nich głównym przedmiotem zainteresowań badawczych, ale jako instruktorzy harcerscy sprzyjali nasycaniu humanistyki i nauk społecznych wiedzą oraz wynikami badań o swoistości i dziejach skautowego/harcerskiego wychowania.

W okresie PRL harcerstwo przechodziło kilka faz jego likwidacji, antypolskiego przekształcania w prosowieckie formy ruchu pionierskiego (jako podbudówki pod młodzieżowy, a następnie partyjny ruch komunistyczny - OH ZMP, OHPL, HSPS), dostosowywania go do narzuconego przez władze jednego modelu wychowania socjalistycznego wraz z najbardziej wyrafinowanymi metodami indoktrynacji, niszczenia chrześcijańskiej kultury i tradycji wychowania narodowego i zinstytucjonalizowanego włączania go do systemu edukacji wraz z podporządkowywaniem go aparatowi kontroli politycznej, a nawet wojskowej. Służby bezpieczeństwa silnie petryfikowały środowiska harcerskie, gdyż one były także w swoim ukrytym czy podwójnym życiu nośnikiem oraz zarodkiem oporu politycznego, w tym ideowo-wychowawczego.

Nie wszyscy zatem służyli Polsce Ludowej zgodnie z oczekiwaniami aparatu terroru czy łagodnych form zniewalania młodych pokoleń. Wiele drużyn harcerskich i ich kadr pielęgnowało tradycje, podtrzymywało i upowszechniało prawdziwą wiedzę o swoim rodowodzie, a temu między innymi służył też harcerski ruch wydawniczy. W Łodzi powstała przy 21 Rejonowej Bibliotece OGÓLNOPOLSKA PORADNIA HARCERSKA. gdyż kierowniczką tej placówki oświatowej była instruktorka Nieprzetartego Szlaku - Aleksandra Trafalska. To ona dokonała wyłomu w bibliotekarstwie, doprowadzając do harcerskiego wyspecjalizowania działalności oświatowej publicznej biblioteki, która miała w nazwie własnej " Harcerska". To tu działał kabaret harcerski, wspomniana poradnia korespondencyjna dla zuchów, harcerzy i ich instruktorów, odbywały się kominki, spotkania z wybitnymi postaciami harcerskiego ruchu i - co ważne -gromadzone były zbiory czasopism i literatury harcerskiej. Niektóre z tych opozycyjnych do państwowo-indoktrynacyjnego nurtu wydarzenia i działania zostały opublikowane przez Wojciecha Śliwerskiego w książce pt. "Różne oblicza harcerstwa" (Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 2011).

W tym tygodniu ukazała się w Oficynie wydawniczej IMPULS w Krakowie kolejna odsłona przełomowych dziejów harcerstwa, pióra mojego Brata, która nosi tytuł "Wydawcy Gorszego Boga. Harcerska Oficyna Wydawnicza w Krakowie. Czasy - Ludzie - Wydarzenia 1988-1992". Mija 20 lat od zlikwidowania działającej przy Krakowskiej Chorągwi ZHP oficyny przez socjalistyczne władze upaństwowionego Związku Harcerstwa Polskiego Jej twórcy, instruktorzy pielęgnujący pamięć o skautingu i najlepszych tradycjach polskiego harcerstwa w całym okresie jego działania. To dzięki krakowskiemu środowisku o niesłychanie silnych tradycjach wolnościowych i opozycyjnych (wiadomo - Galicja) powiodło się utrwalanie i upowszechnianie prawdy historycznej, najlepszych wzorów metod, form i zasad harcerskiego wychowania, a tym samym przygotowywanie kolejnych pokoleń wychowawców do, z jednej strony utrwalania, a z drugiej doskonalenia i aktualizowania ponadczasowej wartości HARCERSTWA jako oddolnego, pozarządowego ruchu społeczno-wychowawczego.

Autor tej wyjątkowej rozprawy z PRL-owską władzą ZHP nie tylko wraca swoją pamięci do czasów "rozkradania" i/lub marnotrawienia de facto przez ówczesną nomenklaturę GK ZHP narodowego majątku, którego częścią była także krakowska Oficyna, ale dzieli się nią z współczesnymi, rekonstruując w oparciu o źródła już archiwalne, a nigdy nieopublikowane, faktami o wydarzeniach, procesach i ich głównych sprawcach, będąc także jednym z ich uczestników (twórcą, ale i ofiarą). Warto na marginesie przypomnieć, że to dziennikarze niedawno ujawnili uwłaszczenie się na majątku całego harcerstwa, jaki stanowiło Harcerskie Biuro Turystyczne "Harctur" w Warszawie - cwaniaczków w instruktorskich mundurach ZHP. Nikt nie został pociągnięty z tego tytułu do odpowiedzialności. Ciekawe, jak wyglądała wyprzedaż ogromnego majątku polskiego harcerstwa, jakim były ośrodki, zamki, sprzęt turystyczny itp. w okresie transformacji politycznej?


"Wydawcy Gorszego Boga" to Ci, którzy służyli piórem (także kreślarskim jako ilustratorzy) Bogu i Ojczyźnie zgodnie z rotą Przyrzeczenia i wartościami Prawa Harcerskiego. Kto chce zweryfikować zawarte w tej książce dane, ich interpretacje, może to sam uczynić, gdyż po raz pierwszy zostały opublikowane dokumenty w liczącym ponad 160 stron Aneksie. Są tu związane z likwidacją krakowskiej Oficyny materiały bezcenne dla historyków, gdyż wydobyte z domowego archiwum, ale i uchwały różnych instancji harcerskich, wykazy, notatki, projekty, plany, umowy, regulaminy, kopie faksów i korespondencji. Krytyczną odsłonę prawdy o tamtych czasach poprzedza niezwykle interesujące studium genezy i ewolucji harcerskiego ruchu wydawniczego! Harcerski "IMPULS" był wielką szansą na odzyskanie wiarygodności w nurcie wydawniczym ZHP jego kierownictwa, ale przez kilka lat swojej działalności wzmocnił ALTERNATYWNE HARCESTWO, bowiem z publikacji tej Oficyny korzystali twórcy ZHR, ZHP 1918, NZH. Liderzy i instruktorzy "podziemnego harcerstwa" publikowali książki i artykuły w czasopismach.

środa, 10 sierpnia 2011

Rekrutacja, ale i nieuczciwa "kampania naborcza"- na PEDAGOGIKĘ!

Jak każdego roku o tej porze w prasie oraz w internecie pojawiają się informacje o dodatkowej rekrutacji na studia stacjonarne, a więc bezpłatne w publicznych uczelniach: uniwersytetach, akademiach i państwowych wyższych szkołach zawodowych. Z dodatku Gazety Wyborczej "Edukacja" (9.08.2011)jak i stron publicznych szkół wyższych wynika, że o miejsce na studia na PEDAGOGICE na studiach licencjackich i magisterskich można ubiegać się w takich uczelniach, jak: Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, Uniwersytet Szczeciński, Uniwersytet Zielonogórski, Katolicki Uniwersytet Lubelski, Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy w Kielcach, Uniwersytet Łódzki, Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie oraz Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie.

O indeks na bezpłatnych studiach licencjackich z pedagogiki można ubiegać się jeszcze w wyższych szkołach państwowych, ale i w/w uniwersytetach czy akademiach w: Warszawie, Częstochowie, Koszalinie, Bydgoszczy, Kielcach, Białej Podlaskiej, Lublinie, Wałbrzychu, Głogowie, Koninie, Kaliszu, Radomiu, Rzeszowie, Kościanie, Płocku, Opolu, Stalowej Woli, Olsztynie, Piotrkowie Trybunalskim i Słupsku.

Nadal warto brać pod uwagę studia niestacjonarne w uczelniach publicznych, bo są bezpieczne, funkcjonując zgodnie z prawem. Tu rekrutacja trwa do 30 września. Jak już pisałem wcześniej, swoje oferty odpłatnego kształcenia mają także wyższe szkoły prywatne. UWAŻAJCIE, bo, niestety, poziom nieuczciwości założycieli wielu z nich sprawia, że mamią na stronach internetowych czymś, czego w nich od 1 października już nie zastaniecie, albo co zostanie zakwestionowane przez Państwową Komisję Akredytacyjną. W odróżnieniu od uczelni publicznych - niektóre wyższe szkoły prywatne zaczynają prowadzić nieetyczną kampanię naborczą. To, przed czym przestrzegałem w blogu ponad miesiąc temu, niestety potwierdza się. Znowelizowana Ustawa prawo o szkolnictwie wyższym chroni nieuczciwych mimo, że miała wzmocnić jakość kształcenia. Nic takiego. Z niektórych jej regulacji skorzystają założyciele wyższych szkół prywatnych. W odróżnieniu bowiem od uczelni publicznych już zaczynają zwalniać lub nie podtrzymują umów o zatrudnienie nauczycieli akademickich. Na stronach internetowych swoich szkół istnieją nazwiska pracowników naukowych, którzy będą w nich zatrudnieni tylko do końca września. Tym samym wprowadzają w błąd kandydatów na studia "sugerując", że będą mieli z nimi zajęcia. Otóż nie będą, bo ich tam już nie będzie.

Pisze do mnie mój kolega - doktor habilitowany pedagogiki, który jeszcze do września prowadzi zajęcia (teraz to już tylko egzaminy) w jednej z takich wsp na południu kraju, że dziekan wydziału arogancko poinformowała go o nieprzedłużeniu z nim umowy o pracę. Od października nie będzie już potrzebny, bo minister Kudrycka w imię wyższej jakości edukacji obniżyła standardy kadrowe. Teraz prywatne szkółki mogą zastąpić jednego doktora habilitowanego czy profesora dwoma doktorami, a doktora magistrami - w ramach tzw. "minimum kadrowego". Oto te "najwyższe standardy" polityków Platformy Obywatelskiej. Kiedy jeszcze do czerwca br. wiele szkół prywatnych składało wnioski do ministerstwa o wyrażenie zgody na prawo do kształcenia na kierunku PEDAGOGIKA, musiały wykazać m.in. Oświadczenia profesorów i doktorów, że zatrudnią się i - tym samym - zostaną w nich zatrudnieni, po czym, kiedy takową zgodę uzyskały, niektórzy spośród założycieli prowadzą nabór, ale kadr zatrudniać nie mają zamiaru. Ministerstwo zatem pośrednio przyzwala na fikcję, bo nie jest w stanie lub nie chce tego kontrolować. Może powinna przyjrzeć się tym patologiom Najwyższa Izba Kontroli?

Co z tego, że studenci byli zadowoleni z zajęć ze swoim profesorem, skoro jest on "za drogi", a szkółkę, która jest przede wszystkim biznesem założyciela, musi utrzymać za wszelką cenę. W uczelniach państwowych tego typu praktyki nie mają miejsca, gdyż w nich kadry akademickie są zatrudniane także ze względu na prowadzenie badań naukowych, kształcenie młodych kadr naukowych i prowadzenie postępowań awansowych. A zatem płacąc za studia w pseudo wyższych szkołach prywatnych, być może niektórzy będą liczyli na dyplom, ale nie mogą spodziewać się jakości kształcenia.

To prawda, że są wyższe szkoły, które eksponują swoje dotychczasowe osiągnięcia - (z)realizowane projekty, konferencje, wydawane w nich czasopisma "gazetki" czy książki (najczęściej będące zbiorami referatów własnych wykładowców), ale to jest historia, kronikarstwo. Większość tzw. "wsp" nie zamieszcza na stronach Statutu, bo być może tak studiujący, kandydaci na studia, pracujący lub kandydaci do pracy zorientowaliby się, jak bardzo realia odbiegają tu od założeń prawnych. Nie dostrzegam na stronach internetowych tych uczelni uczciwej, rzetelnej informacji o tym, kto w nich będzie kształcił (wiele ukrywa nazwiska "zatrudnionych w nich kadr", jakie są gwarancje, że zawarta w ofercie specjalność będzie realizowana?Dużo natomiast pisze się o tym, jakie dana szkoła ma uprawnienia, certyfikaty (choć to i tak nie jest w nich żadną gwarancją, o czym przekonaliśmy się po ubiegłorocznych skandalach w kilku łódzkich czy warszawskich wyższych szkołach prywatnych), jakie proponuje szczególne ulgi (uproszczenia, ułatwienia) przy przejmowaniu już czy jeszcze studiujących w szkołach konkurencji w danym mieście, a nawet jak zapewnią im skrócenie okresu studiów, zaliczając ich dotychczasową edukację w innych szkołach!!!

UWAŻAJCIE, bo wiele z tych rozwiązań jest sprzecznych z obowiązującym w tym kraju prawem. Wasze dyplomy mogą zatem być unieważnione! Haniebnie postępują "podporządkowani" interesom biznesowym wielu założycieli szkół prywatnych profesorowie czy doktorzy, którzy pełniąc funkcje rektorów, dziekanów czy będąc członkami senatów, godzą się na oszustwa lub okłamywanie tak kandydatów na studia, jak i już studiujących. Udają, że nie wiedzą czy wolą nie przeciwstawiać się pracodawcy, wyprzedając tym samym swoją godność? To ich problem (osobistej etyki i braku przyzwoitości, jakże sprzecznego ze składaną po uzyskaniu stopnia naukowego przysięgą), choć być może także akademickiego środowiska, które "milczy".


niedziela, 7 sierpnia 2011

Po co wracać do sprawy egzaminów wstępnych sprzed 10 lat?


Kiedy zgłosił się do mnie dziennikarz TVN z zapytaniem, czy udzielę wypowiedzi na temat tego, co wydarzyło się 10 lat temu w Uniwersytecie Łódzkim po złożeniu przez część nieprzyjętych na studia psychologiczne kandydatów skargi do komisji rekrutacyjnej na błędy w II części testu, stwierdziłem, że nie ma sensu do tego wracać, skoro wnioski z mających wówczas błędów, nie są dzisiaj nikomu i do niczego potrzebne. Wywiadu jednak udzieliłem, skoro stanąłem w 2001 r. po stronie pokrzywdzonych. Ten sam test obowiązywał bowiem dla kandydatów na pedagogikę. Bezpośrednio obserwowałem ich konsternację na treść niektórych poleceń, która nie wynikała z braku ich wiedzy, tylko zdziwienia, że oczekiwano wybrania "ich zdaniem najlepszej odpowiedzi". W przypadku niektórych z 50 sytuacji wychowawczych ubiegający się o indeks mieli wybrać jedną z pięciu odpowiedzi, która w świetle ich opinii jest najbardziej prawdopodobna. Tym samym, dokonując subiektywnego wyboru w odniesieniu do sytuacji hipotetycznej, mieli prawo kierować się własnym doświadczeniem, osobistym sposobem postrzegania relacji szkolnych, aniżeli obiektywną wiedzą na dany temat. Wspomniana część testów miała ponoć badać przydatność wypełniających je osób do zawodu pedagoga/psychologa.

Błąd konstruktora niektórych zadań tego testu był oczywisty. Sądy przypuszczające nie mogą być oceniane w kategoriach prawdy lub fałszu. Wybitny autorytet w psychologii prof. Jan Strelau zwraca uwagę na to, że psycholog powinien zadbać o szczególnie poprawne przeprowadzenie procedury ustalania trafności treściowej testu. Szczególnie starannie muszą być pod tym względem sprawdzone testy przydatności zawodowej. Jak na ironię losu, akurat ta część testów tych wymogów nie spełniła. Błędów w tym teście było kilka. Władze uczelni zostały zatem postawione przed niezwykle trudną sytuacją. Przyznanie racji odwołującym się musiałoby spowodować przyjęcie co najmniej kilkudziesięciu (jeśli nie kilkuset) osób więcej, niż przewidywał limit. Niektórzy kandydaci "grozili" skierowaniem pozwu do Sądu Administracyjnego. Co gorsza, o ocenę poprawności tych testów władze poprosiły tych, którzy je skonstruowali i dopuścili do użytku na okoliczność egzaminów wstępnych. Tak więc sprawcy tego zamieszania byli ich sędziami.

Po co wracać do tego dzisiaj? Dziennikarze analizują sprawy bulwersujące przed laty opinię publiczną, dociekając ich następstw. Sprawców tego błędu nie ma już w UŁ i nie dlatego, że było to skutkiem poważnych zawirowań w uczelni. Bez przesady. Trzeba było wyciągnąć z tego wydarzenia wnioski na przyszłość. Pewnie z programu dowiem się, jaki był bieg wydarzeń, o których nie mogłem wówczas wiedzieć. W następnym roku pedagodzy nie zgodzili się już na II część testu, poprzestając jedynie na I części, która bardzo dobrze sprawdzała wiedzę o świecie i społeczeństwie kolejnych kandydatów na studia. Zamiast fatalnego i feralnego w II części testu, mającego diagnozować przydatność do zawodu pedagoga, wprowadziliśmy rozmowy z kandydatami na podstawie ich analizy i interpretacji wybranej lektury pedagogicznej.

Reporterów ciekawi jednak to, czy ci, którzy wówczas odwoływali się od negatywnej decyzji komisji rekrutacyjnej, zostali przyjęci na studia i je ukończyli? Dzisiaj powinni już wykonywać swój upragniony zawód.

Od kilku już lat, wraz z wprowadzeniem w Polsce egzaminów zewnętrznych, a w tym przypadku państwowej matury, nie ma już egzaminów wstępnych na większość kierunków studiów. Uczelnie publiczne i niepubliczne (prywatne) przyjmują każdego, kto ma zdaną maturę z przedmiotów dodatkowych, wskazanych przez komisje rekrutacyjne jako konieczne dla kandydatów na dany kierunek studiów. Czy dzisiaj oceniamy to pozytywnie?

sobota, 6 sierpnia 2011

Wykopalisko Jacka Fedorowicza wciąż aktualnych paradoksów codziennego życia (nie tylko) studentów














Znany satyryk, literat, publicysta, aktor i twórca audycji radiowych i telewizyjnych - Jacek Fedorowicz opublikował autobiograficzną książkę pt. JA JAKO WYKOPALISKO (Świat Książki, Warszawa 2011). Jest to ciekawa lektura dla wielbicieli(-ek) jego talentu, wyjątkowego poczucia humoru, ale także dla osób, które swoje dzieciństwo i dojrzałość przeżywały w okresie PRL.

Inspiracją do napisania po części wspomnieniowej książki, stał się znaleziony przez niego na dnie jednej z szaf maszynopis z 1972 r., który powstał z potrzeby zarejestrowania istotnych wydarzeń z własnego życia, choć wówczas bez szans na ich opublikowanie. Był to okres stalinizmu przechodzącego w tzw. "realny socjalizm", który był pełen ludzkich dramatów, patologii i wypaczeń, zaprzeczających wszystkiemu, co głosiła językiem propagandy marksistowsko-leninowskiej monistyczna władza. Skutkowało to w dorastającym pokoleniu młodzieży konformizmem i/lub oporem.

Jak pisze J. Fedorowicz: Niestety czasy były takie, że trzeba było nie tylko posługiwać się tym językiem, ale jeszcze udawać, że się wierzy w to, co się mówi.(s.22-23)

Autor wspomina swoich przyjaciół z okresu studiów, w tym wysokiego dostojnika we władzach uczelnianych ZMP, który "robił tylko to, co w akcjach zetempowskich uważał za słuszne. Nie zanudzał i nie szkodził. A to było bardzo dużo"(s. 28), cenzorów jego tekstów czy scenariuszy programów estradowych, by mógł mimo wszystko mówić tyle, ile mu pozwalali, ale zarazem nic z tego, co oni by chcieli, żeby on i występujący z nim mówili swojej publiczności. Od kilkunastu lat nie mamy w Polsce cenzury, ale jej rolę przejęła autocenzura, jeśli brać pod uwagę to, o czym pisałem poprzednio, czyli tzw. poprawność polityczną.

Fedorowicz opisuje postawy studentów, którzy na nic nie mieli kasy, więc żeby przeżyć, podrabiali numerki obiadowe, jako że studiowali w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. "Ewentualnego prokuratora -pisał wówczas do sztambucha J. Fedorowicz - który chciałby nas, fałszerzy, pociągnąć do odpowiedzialności, informuję, że WSE przeznaczało na całodzienne wyżywienie studenta na oko tak gdzieś 50, 60 groszy, więc straty państwowe wynikające z naszych nadużyć były minimalne. Znacznie większą stratą, naszą tym razem, są zapewne dolegliwości żołądkowe, które po latach zaczynają nękać byłych studentów trutych systematycznie przez wyżej wspomnianą stołówkę i permanentnie niedokarmionych".(s. 135)

Niektórzy studenci tak się wyrobili w umiejętnościach graficznych, że potrafili wymalować sobie nawet bilety do kina czy legitymację z kompletem stempli do dyskusyjnego klubu filmowego. Dzisiaj niektórzy podrabiają różnego rodzaju dokumenty na wysokiej klasy kserokopiarkach. Zmianie zatem uległa jedynie technika ich podrabiania.

Fedorowicza śmieszyło ponad 40 lat temu to, co także dzisiaj budzi w nas irytację, a mianowicie konieczność dokonywania w instytucjach państwowych wielu różnych, a zbytecznych zakupów, byle tylko wydać przydzielone z końcem kalendarzowego toku pieniądze "i uratować tym samym plan finansowy"(s. 137)

Jest jednak w tej autobiografii pedagogiczne przesłanie do współczesnej młodzieży, które zacytuję, gdyż w pełni się z nim utożsamiam w obliczu braku w naszym kraju dekomunizacji, także w pedagogice:

"Oczywiście wiem, że wszyscy wzdychający do przeszłości de facto tęsknią tylko za tym, że kiedyś byli młodzi, piękni, silni, sprawni, a dziś szkoda gadać, wiem, że gdyby ich spytać, czy chcieliby, żeby o ich losie, a czasem nawet życiu decydował jakiś (pardon!) kretyn za biurkiem sekretarza partii albo (przepraszam ponownie) bandyta z legitymacją SB w kieszeni, to odpowiedzieliby, że jednak by nie chcieli, ale obawiam się, że gdy dzisiejsza młodzież słyszy wciąż pochwały starych czasów, a w dodatku ogląda na okrągło filmy wyprodukowane za Peerelu, nawiasem mówiąc, niekiedy świetnie zrobione, to gotowa jest uwierzyć, że komunizm nie był taki zły. I mnie - ilekroć piszę o tamtych latach i obsesyjnie podkreślam ich ogólny brak urody - nie chodzi o to, żeby młodzież głaskała mnie po głowie i mówiła, oj, tak, dziadku, przeżyłeś straszne rzeczy, tylko - co podkreślam wężykiem - żeby nie dała się nigdy w przyszłości otumanić (pięknie przecież brzmiącym!) ideom komunistycznym, które realizowane bez sprzeciwu, muszą doprowadzić w konsekwencji do Korei Północnej."(s. 140)

Wielbiciele polskiego kina i kabaretu znajdą tu interesujące wspomnienia o Zbyszku Cybulskim czy Bogumile Kobieli, z którymi współpracował J. Fedorowicz. No i jest też jakże aktualna refleksja na temat jakości stanowionego w naszym kraju prawa: "ogromne tomy Przepisów Państwowych, które regulują nasze życie codzienne, są tak pomyślane, aby każdy z nas był przestępcą."(s.152) Przestrzega zarazem, że w świecie show-biznesu, a ja dostrzegam, że także w wyższych szkołach prywatnych, nie należy polegać na obietnicach słownych naszych pracodawców, ale podpisać umowę i wziąć zaliczkę. To bowiem jest typowo polskie, że wielu założycieli kombinuje, jak nie płacić podatków, przysługującego nam odpisu na ZUS czy ubezpieczenie zdrowotne.

Fedorowicz wyjaśnia także sens słowa chałtura: "to coś takiego, co robi się lewą ręką i inkasuje dużo pieniędzy"(s.196). Istotnie, wielu nauczycieli akademickich tak właśnie ją uprawia na pedagogice w szkolnictwie prywatnym.

piątek, 5 sierpnia 2011

Od kiedy to poprawność polityczna ma stanowić o tym, co jest zgodne z nauką?

Powracam do skandalicznego ataku środowisk homoseksualnych na profesora Aleksandra Nalaskowskiego z UMK, które skierowały do JM Rektora UMK żądanie wyciągnięcia w stosunku do Profesora konsekwencji służbowych (pozbawienie funkcji dziekana Wydziału Nauk Pedagogicznych, może nawet ograniczeniem praw do kształcenia młodzieży?) za wyrażoną przez Niego opinię dla portalu www.fronda.pl na temat tego, dlaczego osobiście jest przeciwny powierzaniu zastępczej opiece osieroconych dzieci parom homoseksualnym.

Temat chętnie podjęła Gazeta Wyborcza, przywołując roszczenia powyższych środowisk z lubością, a zarazem otwierając w ramach "forum" możliwość anonimowym, różnej maści komentatorom, obrażania Profesora w sposób niesłychany, nie mający nic wspólnego z merytoryczną debatą naukową, ani też z dyskursem publicznym. To zadziwiające, że z jednej strony redakcja tej opiniotwórczej gazety chętnie publikuje przekłady współczesnych, światowej sławy filozofów, etyków, a z drugiej strony zabawia się pseudokonfliktem, podgrzewając go i o dziwo stając po stronie tych, którzy nie mają ani naukowych, ani społecznie użytecznych racji!

Kiedy czytałem w Rzeczpospolitej artykuł Piotra Zaremby pt. "Umysł w obcęgach"(28.07.2011) sądziłem, że to redakcja tej gazety bezzasadnie staje w obronie Profesora pedagogiki, by wykorzystać ją do własnej "wojny medialnej" z GW. Zajrzałem zatem do toruńskiego wydania Gazety Wyborczej, w którym w dn.20.07.2011 red. Maciej Czarnecki opisuje wspomnianą powyżej historię w sposób, który z bezstronnością nie ma nic wspólnego. Ponawiam zatem pytanie nie tylko o to, czy naukowiec ma prawo do własnych poglądów, ale także o to, od kiedy to tzw. poprawność polityczna ma być kryterium oceniającym pozytywnie lub negatywnie dorobek naukowy Profesora o niekwestionowanych przez najważniejsze w naszym kraju gremia, czyli Centralną Komisję Do Spraw Stopni i Tytuł, a także członkostwo w Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN osiągnięciach naukowych? (Na marginesie dodam, że w tzw. światowym wykazie cytowanych polskich humanistów nie ma ani jedej rozprawy wybitnej filozof Barbary Skargi, co w niczym nie umniejsza Jej rangi i znaczenia dla filozofii) Od kiedy to o naukowości mają decydować w tym kraju środowiska społeczne, polityczne i to bez względu na ich cele, misję, ideologie?

W tej sytuacji nie pozostanie naukowcom nic innego, jak odmawianie dziennikarzom wyrażania osobistych opinii, jak i dzielenia się wynikami własnych badań (a takie np. na temat postaw rodziców wobec osób o innej orientacji seksualnej po raz pierwszy A.Nalaskowski ujawnił, by potwierdzić, choć wcale tego czynić nie musiał, że w swoich prywatnych osądach nie jest w naszym społeczeństwie odosobniony!). Naukowiec może przekazywać swoje poglądy wszem i wobec, bez medialnej łaski, bo ta na "pstrym koniu jeździ". Na szczęście może pisać i wydawać własne książki, artykuły, a nawet prowadzić blog. Rolą prasy powinno być stanie na straży prawa wolności wypowiedzi, ale także nauki.

Udawanie, że się tego nie dostrzega i podgrzewanie atmosfery dyskursu publicznego oskarżeniami, że profesorowi i dziekanowi zarazem nie wolno głosić własnych poglądów, jest nie tylko zdumiewające. Otóż, gdyby Profesor wypowiadał się jako dziekan, to musiałby najpierw uzyskać w danej sprawie zgodę Rady Wydziału. To kurtuazja dzienikarzy sprawia, że kiedy informują o tym, kim jest autor wypowiedzi, często dodają jego funkcje czy inne godności. Jedni czynią tak po to, by podkreślić mocne strony autorytetu publicznego, inne zaś, by je przy tej okazji zdezawuować. I to jest obrzydliwe.

środa, 3 sierpnia 2011

Władza wykonawcza nie cierpi, jak jej ktoś patrzy na ręce, także ta pedagogiczna

Dzisiaj miałem możliwość oglądania spotkania Sejmowej Komisji Do Spraw Obrony z ministrem J.Millerem, a więc autorem (redaktorem) Raportu o przyczynach katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem w dn. 10.04.2010 r. Przedstawiciel władzy wykonawczej został poproszony o to, by odpowiedzieć na pytania posłów, którzy w naszym imieniu nie tylko stanowią prawo, ale i kontrolują tę władzę. Oj, a władza tego nie lubi. Co zatem czyni, by nie być poddaną temu procesowi? Przewodniczący posiedzenia zapowiedział, że pan minister ma ograniczony czas, gdyż musi jeszcze odbyć inne spotkanie.

Niestety, od czasów PRL niewiele się zmieniło w tym względzie. Od ponad 20 lat politycy, w tym rządzący deklarują, że szanują demokrację i są jej zwolennikami, byle jej mechanizmy, procedury czy normy ich samych nie dotyczyły. Długa zatem jest przed polskim społeczeństwem droga do demokracji, do szanowania przez każdą władzę praw przedstawicieli innej władzy. Wiele jeszcze musimy się nauczyć, by szanować opozycję, odmienność, różnice. W tym zakresie władze Ministerstwa Edukacji Narodowej są złym wzorem, bo nie znoszą krytyki, trudno więc, by "nadpsuta od głowy ryba" była w środowisku oświatowym zjadliwa i strawna.

Przypominam sobie z różnych kadencji władz tego resortu, jak zapraszane na spotkanie z członkami Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, już w pierwszych słowach deklaracji otwartości i chęci współpracy z profesorami pedagogiki zapowiadały, że . . . pani/pan minister przeprasza, ale ma na to spotkanie tylko 2 godziny, bo czekają ją/go kolejne rozmowy czy jakieś negocjacje. Władza już na wstępie zatem komunikuje, że cieszy się z tego zaproszenia, możliwości dialogu, wysłuchania naszych opinii czy pytań, po czym . . . nie ma dla nas czasu. Czas władzy jest niepodzielny. Ważne, że zostanie to spotkanie odnotowane, a nawet skomentowane jako niesłychanie ważne i cenne. Ot, chwyt propagandowo-socjotechniczny. Ileż odbyło się tzw. "ustawionych" spotkań władzy z tymi, którym de facto powinna ona służyć, ale potraktowała ich jako jej podwładnych? W czasie takich posiedzeń zawsze znajdzie się ktoś, kto zada tej władzy politycznie poprawne pytanie (z nią zresztą wcześniej uzgodnione), albo skomentuje negatywnie tych, którzy ośmielili się zakłócić swoimi pytaniami czy komentarzami dobre samopoczucie rządzących.

Trudno zatem dziwić się temu, że lekceważona, a przecież konstytucyjnie wybrana przez część tego narodu opozycja musi tworzyć własne komisje i poza Parlamentem poszukiwać wsparcia nie w walce z władzą, tylko o prawdę i zapisane w Konstytucji III RP wartości oraz prawa.

Podobnie jest w szkolnictwie wyższym, szczególnie prywatnym, gdzie zdarza się dość często, że założyciel (właściciel) szkoły nie szanuje organu władzy jednoosobowej, jaką powinien w niej suwerennie sprawować rektor i dziekani (jeśli są powołane do życia wydziały), bo nie życzy sobie z ich strony jakichkolwiek form roszczeń (choć wynikają one z mocy prawa akademickiego), ani wewnątrzuczelnianej kontroli. Z tego też powodu Senaty czy Rady Wydziałów są tu jedynie formalnymi ozdobnikami, "maszynkami" do głosowań spraw koniecznych a pod dyktando założyciela. W jednej z wyższych szkół prywatnych na skierowane przeze mnie do założyciela pytanie o to, po co została powołana rada wydziału, skoro nie ma na nic wpływu (i tak wszystko zależy od widzimisie założyciela) usłyszałem, że być musi, bo to dobrze wygląda na stronie internetowej i stwarza kandydatom na studia wrażenie "akademickości".

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Czy pedagog-naukowiec może mieć własne poglądy?

Chyba zaczynamy zapominać o tym, o jaką Polskę walczyła "Solidarność” w latach 1980-1989. Z toczącej się od kilku lat debaty publicznej (tak politycznej, jak i pedagogicznej)odnoszę wrażenie, że odradza się tęsknota za jedynie słusznym punktem widzenia, za „prawdą”, w której tle jest monistyczna - ale jedynie poprawna - ideologia, filozofia czy światopogląd, a w naukach pedagogicznych - teoria kształcenia i/lub wychowania.

Wydaje się, że trafnie to ujmuje w jednym ze swoich artykułów red. Piotr Zaremba z „Rzeczpospolitej” (28.07.2011), kiedy zwraca uwagę na to, jak coraz łatwiej przychodzi nam rozstrzyganie o tym, co wolno nie tylko obywatelowi, ale przede wszystkim naukowcowi - na związany ze sferą publiczną problem - powiedzieć, a czego nie powinien czynić, która perspektywa poznawcza jest politycznie (a nie naukowo) poprawna, a która nie?

Nauki humanistyczne, podobnie zresztą jak społeczne, nie są naukami, które formułują i posiadają niepodważalne prawa naukowe, aksjomaty. Jeśli już, to są to prawidłowości naukowe, a więc sądy probabilistyczne, wskazujące na to, że pewne zjawiska, wydarzenia czy procesy powstają w wyniku czynników, których wpływ (udział) możemy stwierdzić tylko częściowo wprost, a zatem z pewną dozą prawdopodobieństwa. Naukowcy posługują się w wyjaśnianiu interesujących ich zjawisk teoriami, modelami czy miernikami, które zbliżają ich do prawdy o nich, ale przecież określonej ramami przyjętych czy opracowanych przez siebie teorii, modeli czy mierników.

W debatach publicznych usiłuje się pozbawiać naukowców prawa do wyrażania przez nich własnych poglądów na określone tematy. To o tej kwestii pisze P. Zaremba stając w obronie profesora pedagogiki - Aleksandra NALASKOWSKIEGO, dziekana Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu, który „ośmielił się” w wywiadzie dla „Frondy” wypowiedzieć negatywnie na temat zbyt liberalnej szkoły i homoseksualizmu, w związku z czym znalazł się na celowniku „Gazety Wyborczej”. Jak pisze o profesorze: "Jest wyrazistym uczestnikiem publicznej debaty nieodmiennie denerwującym lewicowo-liberalne kręgi. Jego przemyślenia na temat tradycyjnej szkoły jako warunku przetrwania zdrowego i w gruncie rzeczy wolnego społeczeństwa są bezcenne i odbiegające od stereotypów, jakimi zaczęły się zadowalać opiniotwórcze elity. Jednocześnie czasem przesadza, drażni, posługuje się dosadnym językiem. Aż się prosi o kłopoty. (…) Organizacje homoseksualne ruszyły do ataku, skarżąc się na niego kolejnym uczelniom, z którymi profesor jest związany – jako na homofoba. To by nie było może takie niezwykle – kto czuje się urażony, ma prawo bronić swojego dobrego imienia. Ale w kampanię włączyła się naturalnie „Gazeta Wyborcza", czyniąc problem z pytania, czy Nalaskowski wypowiadał swoje opinie jako naukowiec i dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. „Wyborcza" ma dużą siłę rażenia, jest gazetą mainstreamu, bliską sferom rządowym. Niby pyta o to, czy Nalaskowski nie nadużywa autorytetu naukowca. A tak naprawdę o to, czy naukowiec pracujący na polskiej uczelni może w ogóle wypowiadać określone poglądy.

Można powiedzieć, że red. P. Zaremba słusznie upomina się o prawo naukowca do wyrażania osobistych opinii na różne tematy, choć ten, w istocie, może i potrafi bronić się sam. Zastanwiam się, czy aby nie jest wykorzystywany przez "Rzepę" do walki politycznej i medialnej z "Gazetą Wyborczą"? Mnie osobiście jest to obojętne. Doskonale pamiętam przecież, że wypowiedzi Profesora były publikowane także w tej - ponoć mu nieprzychylnej teraz - gazecie. Nie ma racji P. Zaremba kiedy stwierdza, że A. Nalaskowski denerwuje kręgi lewicowo-liberalne swoimi poglądami. Być może w kwestii homoseksualizmu, ale nie przypuszczam, że w sprawach edukacji. Jeśli chodzi o jego uczulenie lewicowe (moje zresztą też), to można się z taką opinią zgodzić, ale w przypadku liberalnych już nie, gdyż ów pedagog ma ogromne zasługi dla rozwoju w ostatnim 20 -leciu liberalnej pedagogiki i edukacji w naszym kraju. Jest nie tylko znakomitym w tym nurcie ideologicznym i teoretycznym jej afirmatorem (czego najlepszym dowodem są jego niezwykle poczytne publikacje naukowe i eseje), ale i praktykiem, zakładając pierwsze niepubliczne liceum ogólnokształcące w Toruniu. Ma jednak prawo do głoszenia także poglądów prawicowych, neokonserwatywnych. Jedno drugiego nie wyklucza.

Kiedy więc P. Zaremba stwierdza: "Zbiór tego, co wolno powiedzieć, a czego nie, przestaje być kwestią tylko mody czy konwenansu. Staje się nakazem. Próbuje się wyznaczać granice rozmaitych debat. Ma to zresztą konsekwencje dalej idące – ludzie głoszący poglądy niemieszczące się w tych granicach są wyrzucani na margines."

to tylko częściowo przyznaję mu rację, bo doskonale pamiętam okres, w którym naukowców-pedagogów tępiły prorządowe media - tak lewicowe (warto przypomnieć okresy rządów SLD i PSL), prawicowo-lewicowe (AWS, PiS+LPR+Samoobrona), czy liberalno-prawicowo-lewicowe (PO+PSL). Starały się pozbawiać naukowców prawa do własnego poglądu także różne organizacje, stowarzyszenia czy grupy politycznego nacisku. Niech się zatem redaktor nie martwi o naukowców tej klasy,co prof. Aleksander Nalaskowski. Inna rzecz, to czy zarówno dziennikarze, jak i politycy nie starają się zaszufladkować naukowców zgodnie z kryteriami politycznej poprawności? Jeśli tak, to nie rozumieją, co to znaczy dzisiaj być naukowcem.

Czasy dominacji ideologii marksistowosko-leninowskiej dawno się skończyły! Zbliżają się kolejne wybory. Nie ma FJN, WRON, PRON czy PZPR. Niepokojące może być jedynie to, że część Polaków marzy o PZPR, czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Rządzącej. Ponoć śni się to przywódcom Platformy Obywatelskiej, by stać się taką formacją, ktora reprezentować będzie polityków wszystkich opcji: od lewicowych poprzez liberalnych do prawicowych.

Powracam zatem do tekstu P. Zaremby:
Stróże politycznej poprawności posuwają się zresztą jeszcze dalej. Prawo zaczyna ingerować w działalność niezależnych instytucji społecznych – kiedy na przykład narzuca się skautom rezygnację z ich własnych norm, bo są „homofobiczne". Albo chrześcijańskie kościoły i placówki zmusza się do zatrudniania ludzi odrzucających zasady wiary, w imię swoiście pojmowanej, unifikującej wszystko, akcji antydyskryminacyjnej. I to staje się grożne - dla polskiej demokracji, kultury, nauki i edukacji.


(P. Zaremba, Umysł w obcęgach, w: http://www.rp.pl/artykul/9157,693742_Zakuwani-w-gorset-politycznej-poprawnosci.html)