03 czerwca 2026

O potrzebie paktu na rzecz pedagogiki cyfrowej w polskiej oświacie

 

(Ilustracja: wygenerowana z pomocą narzędzia AI ChatGPT / DALL·E według koncepcji autora, 1 czerwca 2026).




Polska szkoła znalazła się w osobliwej sytuacji. Z jednej strony otrzymała ogromną ilość sprzętu: laptopy, tablety, pracownie AI, pracownie STEM, zestawy do edukacji zdalnej, sieci LAN, platformy i cyfrowe zasoby. Z drugiej strony w debatach publicznych coraz mocniej wybrzmiewa lęk przed ekranami, social mediami, smartfonami, chatbotami i uzależnieniami dzieci oraz młodzieży od cybermediów. Między jednym a drugim, między dostępem do sprzętu a językiem zakazu, zieje jednak pedagogiczna luka.

Nie jest nią brak urządzeń, bo z tymi uczniowie przychodzą do szkoły. Nie jest nią nawet brak pieniędzy, skoro coraz więcej NGO i samorządów wspiera konkretne inicjatywy w tym zakresie. Jest nią brak wspólnej odpowiedzi na pytanie: po co i jak media cyfrowe mają służyć rozwojowi ucznia?

Obrady sejmowej Komisji Edukacji i Nauki pokazują ten problem z całą ostrością. W jednej debacie dyskutowano o programach „Laptop dla ucznia” i „Laptop dla nauczyciela”, o finansowaniu, przetargach, zobowiązaniach, kontroli i odpowiedzialności poprzedniej lub obecnej władzy. W innej zaś mówiono o cyfrowej transformacji edukacji, pracowniach AI, kompetencjach nauczycieli i narzędziach opartych na sztucznej inteligencji. Jeszcze w kolejnych obradach tej Komisji debatowano o zagrożeniach wynikających z mediów społecznościowych, o dezinformacji, chatbotach i zaburzeniach relacji społecznych. Każdy z tych wątków jest ważny. Problem polega na tym, że zbyt rzadko tworzą one sensowną całość.

Władze państwowe potrafią zainwestować w sprzęt dla placówek oświatowych, ogłoszą program, przetarg na granty, ale też potrafią przestraszyć się skutków własnej cyfryzacji i zaczynają mówić o ograniczeniach. Państwo wciąż nie potrafi konsekwentnie powiedzieć, jaka pedagogika cyfrowa ma z tego wynikać, bo MEN trzyma się z dala od nauki. Nic dziwnego, że młodzież z Cyfrowej Szkoły udała się na rozmowę do Prezydenta RP, by podzielić się własnymi problemami. 

Program "Laptop dla nauczyciela" był w znacznej mierze zobowiązaniem odziedziczonym po poprzedniej władzy. Nie można go więc sprowadzać wyłącznie do prostego zarzutu „rozdawnictwa”. W warunkach ciągłości państwa wiele działań trzeba było domknąć, rozliczyć, włączyć w nowe ramy. Jednak właśnie tu zaczyna się zasadniczy problem: zakupione laptopy zostały potraktowane jako fakt administracyjny, a może dodatek do pensji, a nie jako początek poważnej rozmowy o zmianie procesu uczenia się. 

W sejmowej debacie padały pytania o to, czy laptopy są używane w szkole, czy w domu, czy korzystają z nich uczniowie, czy rodzice, czy są wyposażone w oprogramowanie, czy szkoły mają infrastrukturę, by realnie włączyć je w lekcje. Nie były to pytania techniczne, ale o sens edukacyjnej polityki publicznej, która jest traktowana przez władze obecnego resortu nieracjonalnie. Dla ministry B. Nowackiej ważniejsze są wyniki sondaży publicznych, które już w swoich założeniach mają wspomagać politykę rządu.   

Jeszcze wyraźniej widać to w debacie o AI. Z jednej strony ministerstwo mówi o sztucznej inteligencji jako narzędziu przyszłej pracy uczniów, o konieczności rozwijania krytycznego myślenia, o szkoleniach nauczycieli, koordynatorach cyfrowych, projektach badawczych, materiałach na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej. Z drugiej strony niemal natychmiast pojawia się wzbudzanie lęku: social media dewastują dzieci, chatboty mogą zastępować przyjaciół, sztuczna inteligencja może pozbawiać młodych ludzi osobistych relacji, więzi, samodzielności a nawet człowieczeństwa. Zapewne częściowo te obawy nie są bezpodstawne, ale jeśli stają się główną osią polityki edukacyjnej, to szkoła zostanie wciśnięta między dwie skrajności: fascynację sprzętem i administracyjny zakaz.

Chyba nie o to chodzi. 

Dziecko nie staje się mądrzejsze dlatego, że otrzyma laptop. Nie staje się też bardziej bezpieczne dlatego, że odbierze mu się telefon komórkowy. Nauczyciel nie staje się nowoczesny dlatego, że przeszedł szkolenie z obsługi aplikacji. Szkoła nie staje się cyfrowa dlatego, że ma szybki internet. Cyfrowość edukacji zaczyna się dopiero tam, gdzie technologia zostaje podporządkowana celom rozwojowym, poznawczym, społecznym i moralnym.

Dlatego polska oświata potrzebuje paktu na rzecz pedagogiki cyfrowej.

Nie potrzebuje kolejnego programu sprzętowego, chyba że będzie konieczna jego aktualizacja, unowocześnienie. Przedszkola i szkoły nie potrzebują kolejnej partyjnej korekty ich działalności dydaktyczno-wychowawczej i opiekuńczej. Nie potrzebują też kolejnej konferencji prasowej, ale porozumienia, które połączy państwo, uczelnie, instytuty badawcze, nauczycieli, samorządy, rodziców, uczniów, organizacje społeczne i ekspertów od zdrowia psychicznego. Potrzebny jest pakt, którego punktem wyjścia byłaby prosta zasada: media cyfrowe nie są ani zbawieniem szkoły, ani jej przekleństwem, ale są środowiskiem życia uczniów (onlife) w trzecioprzestrzeni, które wymaga pedagogicznego ucywilizowania.

Taki pakt musiałby zacząć się od uczciwej diagnozy. Nie od hasła, że dzieci są uzależnione. Nie od przeciwnego hasła, że zakazy są zacofane. Trzeba zapytać, dla których dzieci korzystanie z mediów stanowi problem, narusza ich kondycję psychospołeczną? W jakich sytuacjach? W jakim stopniu sztywne regulacje w zakresie organizacji procesu kształcenia, niski poziom wynagrodzeń nauczycieli itp. osłabiają konieczne zmiany w tym zakresie? 

Czy problemem jest czas ekranowy, brak relacji, samotność, nuda szkoły, presja rówieśnicza, algorytmy, brak samoregulacji, czy może ubóstwo kulturowe środowiska? Nie każde korzystanie z mediów cyfrowych jest uzależnieniem. Nie każde ograniczenie jest represją, nie każde skorzystanie z AI jest oszustwem, podobnie jak nie każda praca bez technologii jest głębokim uczeniem się.

Drugi warunek to powiązanie cyfryzacji z dydaktyką. W polskiej szkole zbyt często cyfrowość jest dodawana do wciąż nieadekwatnego modelu zajęć w systemie klasowo-lekcyjnym. Uczeń nadal ma odtworzyć informację, tylko teraz może ją szybciej znaleźć. Nauczyciel nadal ma kontrolować wykonanie zadania, tylko teraz musi jeszcze sprawdzić, czy nie zrobił go ChatGPT. 

Tymczasem prawdziwa pedagogika cyfrowa zaczyna się wtedy, gdy zmienia się samo zadanie: uczeń ma porównać źródła, zdemaskować błąd modelu AI, zbudować argument, stworzyć projekt, sprawdzić hipotezę, przeprowadzić rozmowę z narzędziem i ocenić jej wartość. AI nie powinna być ani zakazaną ściągą, ani cudownym korepetytorem. Powinna stać się narzędziem uczenia krytyczności.

Trzeci warunek to odbudowa roli nauczyciela. Wbrew technologicznym złudzeniom cyfryzacja nie zmniejsza znaczenia nauczyciela w procesie kształcenia, ale je zwiększa. Tam, gdzie jest więcej mediów, tym bardziej potrzebny jest przewodnik, tutor, lider. Im łatwiej uzyskać odpowiedź, tym ważniejsza staje się umiejętność zadawania pytań. Im więcej informacji, tym większa jest rola interpretacji odpowiedzi. Im bardziej kusząca jest automatyzacja, tym bardziej potrzebne jest wychowanie do wysiłku, cierpliwości i odpowiedzialności za własne myślenie.

Nie wystarczy więc przeszkolić nauczycieli z używania aplikacji. Trzeba dać im czas, wsparcie metodyczne, legalne narzędzia, przykłady scenariuszy, możliwość współpracy, szkolnych koordynatorów cyfrowych, serwis techniczny i prawo do eksperymentowania. Nauczyciel nie może być ostatnim ogniwem polityki sprzętowej, na którego zrzuca się konsekwencje cudzych decyzji.

Czwarty warunek to badania. Skoro państwo wydaje miliardy na cyfryzację, musi wiedzieć, co z tego wynika. Nie po to, by wykazać sukces w raporcie, lecz po to, by uczyć się na błędach. Trzeba badać, które narzędzia wspierają rozumienie, a które tylko przyspieszają powierzchowne wykonywanie zadań. Kiedy AI pomaga uczniowi myśleć, a kiedy myślenie za niego wykonuje? Jak cyfrowe środowisko wpływa na koncentrację, relacje, język, twórczość, poczucie sprawstwa? Jakie są różnice między dziećmi z różnych środowisk? Jak wspierać tych, którzy najbardziej potrzebują cyfrowego włączenia, a zarazem najbardziej narażeni są na cyfrową eksploatację?

Tu właśnie potrzebne są uniwersytety, instytuty badawcze (np. NASK), akademie pedagogiczne, psycholodzy rozwojowi, dydaktycy przedmiotowi, socjolodzy dzieciństwa i medioznawcy. Polityka cyfrowa bez nauki staje się propagandą. Nauka bez wpływu na szkołę staje się archiwum prac dyplomowych.

Piąty warunek to zmiana języka. Nie możemy dłużej mówić o cyfrowości wyłącznie językiem rynku, zagrożenia albo administracji. „Sprzęt”, „wdrożenie”, „licencje”, „zakaz”, „cyberbezpieczeństwo”, „higiena cyfrowa” — to są pojęcia potrzebne, ale niewystarczające. Edukacja potrzebuje także słów: samodzielność, odpowiedzialność, rozumienie, relacja, twórczość, wspólnota, sprawstwo, wolność od manipulacji. Bez tego cyfryzacja będzie tylko nowym opakowaniem starej szkoły albo nową formą kontroli. 

Nie potrzeba szkoły:

* bez technologii, bo byłaby ona nieuczciwa wobec świata, w którym żyją uczniowie.

* podporządkowanej technologii, bo byłaby ona nieuczciwa wobec rozwoju dziecka.

Potrzebna jest szkoła, która uczy żyć, myśleć i działać w świecie cyfrowym w sposób mądry, krytycznie, twórczo i odpowiedzialnie.

Bez takiego paktu Polska pozostanie w pół drogi: między magazynem sprzętu a regulaminem zakazów, podczas gdy edukacja potrzebuje czegoś więcej, a mianowicie - cyfrowej dojrzałości.

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam