czwartek, 12 lipca 2012

Nauczyciel o sublimacji wojny

Kilka lat temu dr Marek Mencel opublikował swój esej w miesięczniku Nowa Szkoła"(nr 10/2006), który wówczas zatytułował - "Mecz piłkarski, czy(li) sublimacja wojny". Poprosiłem Autora o wyrażenie zgody na przedruk w blogu, pamiętając jak komentujący moje wpisy w okresie EURO 2012 pan Dariusz apelował o nieschodzenie ze ścieżki sportowych metafor, skoro zbliża się Olimpiada w Londynie. Doskonale M. Mencel nawiązuje w artykule do sportowej metafory w postulowaniu koniecznych zmian w polskiej edukacji. Zbliża się Olimpiada, a i o niej - jak się okazuje - siedem lat temu także była mowa.

Oto zatem esej, którego treść potwierdza, jak bardzo myśli pedagogów, które rodzą się w określonym miejscu i czasie, przekraczają te wymiary, stając się aktualnymi po latach. To tak, jakby wychowanie, kształcenie nie miały na nic wpływu i trzeba nieustannie powracać do tych samych problemów oraz nadziei, ktore pozwolą na ich rozwiązanie z udziałem powyższych procesów:


Nawiązując do edukacji sportowej naszych dzieci, chciałbym zastanowić się nad widowiskiem piłkarskim jako „sublimacją” wojny. Od dłuższego już czasu, oglądając mecze piłkarskie mam wrażenie, że słucham relacji wojennych z tego, co dzieje się na boisku, a więc ze zmagań „wojennych”.

Dawniej, wojna była najczęściej grą korzyści, a niekiedy tylko pojedynkiem najlepszych rycerzy (chorągwi) opartym na honorowych zasadach. II wojna światowa chyba po raz pierwszy w historii wprowadziła „totalną grę” bez zasad, w której ponadto ginęli też „widzowie” (osoby cywilne). Chodziło o zniszczenie przeciwnika, a nie o pokonanie według pewnych zasad. Już Aztekowie „kopali piłkę”, ale przegranych w tym meczu czekała śmierć. Futbol w swej obecnej formie pochodzi z Anglii, a więc kraju dżentelmenów. Jest więc dżentelmeńską odmianą wojny. Beckham, w telewizyjnej reklamie, też występował w roli starożytnego rycerza.

Współczesny mecz piłkarski to gra (wojna?) z zasadami (totalna – dzięki telewizji). Jest nawet sędzia. Oto terminologia piłkarska (wojenna?), używana również w telewizyjnych relacjach z meczów: atak, obrona, napastnik, obrońca, egzekutor, selekcjoner, spalony, rzut karny, faul, uderzać, strzelać, rezerwa, skrzydło, przedzierać się, wojownik itd. Nazwy niektórych drużyn piłkarskich: Ajaks, Legia, Gwardia, Spartak też są „wojenne”, a na koszulkach zawodników widnieją godła państw lub herby „wojenne”, czyli logo sponsorów. W „meczu-wojnie” uczestniczą też widzowie; hymny, przezwiska, gwizdy, bójki, „barwy wojenne” – również na twarzach. Dawniej też tak się straszono, a najlepsi zawodnicy-wojownicy decydowali często o rezultacie wojny.

„Mecze-wojny” mogą być europejskie (mistrzostwa europy), światowe (mistrzostwa świata) lub regionalne. Mecze towarzyskie to manewry. Są też ćwiczenia-treningi (niekiedy objęte ścisłą tajemnicą). Spikerzy, czyli „komentatorzy wojenni” darzą nas informacjami o zawodnikach (klubach) oraz „wiedzą” historyczną, a obserwatorzy czuwają nad przekupnymi ostatnio (niestety) „sędziami wojennymi”.

„Jeżeli ani jedno państwo nie ma ministerstwa agresji, a wszystkie mają ministerstwa obrony, to skąd biorą się wojny?” – pyta Sławomir Mrożek. Sami je „organizujemy”, tak jak zawody w piłce nożnej! Obecnie trzeba wymyślić grę, która będzie sublimacją terroryzmu. Terroryzm nie jest bowiem wojną, czy nawet grą wojenną; to brak jakichkolwiek zasad, a w zamachach giną głównie osoby postronne, nawet nie „widzowie”. 7 lipca 2005 r. dotknął on boleśnie stolicę ojczyzny futbolu – Londyn. Dzień wcześniej Anglia cieszyła się z wiadomości o organizacji Igrzysk Olimpijskich w 2012 roku. Może to właśnie igrzyska olimpijskie mogłyby być „sublimacją” współczesnego terroryzmu, zamiast być jego areną, jak to miało miejsce w Monachium w 1972 roku? Może...

(Marek Mencel)