11 lipca 2026

Czy tytuł profesora jest jeszcze sprawą nauki, czy już tylko prawa wraz z jego lukami?

 

Nie każdy uczony musi być prawnikiem. Nie każdy humanista, pedagog, socjolog, historyk, psycholog czy filozof ma obowiązek śledzić spory dotyczące doktryn prawa administracyjnego. A jednak są takie momenty w karierze akademickiej, kiedy język prawa wchodzi w nasze życie niemal bez zaproszenia. Jednym z nich jest postępowanie o nadanie tytułu profesora.

Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Uczony przez lata prowadzi badania, publikuje, kieruje zespołami, promuje doktorów, uczestniczy w życiu naukowym, a następnie — jeśli spełnia ustawowe warunki — składa wniosek o tytuł profesora. Dorobek oceniają recenzenci, następnie Rada Doskonałości Naukowej podejmuje decyzję, a Prezydent RP dokonuje aktu nadania tytułu. W świadomości wielu osób jest to uroczyste zwieńczenie kariery naukowej, a nie przedmiot sporu prawnego.

W dniu 30 czerwca 2026 roku została obroniona na Uniwersytecie Zielonogórskim rozprawa doktorska Artura Woźniaka p.t. „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”. Jej autor wyjaśnia jednak, że za tą pozornie oczywistą procedurą kryje się bardzo ważne pytanie: czy kandydat do tytułu profesora jest jedynie petentem oczekującym na akt państwowego uznania, czy też jest podmiotem prawa, któremu przysługuje ochrona przed przewlekłością, arbitralnością i niepewnością proceduralną?

Niniejsze pytanie ma znaczenie nie tylko dla prawników. Powinno zainteresować szczególnie przedstawicieli nauk społecznych, teologicznych, nauk o rodzinie i humanistycznych, bo to właśnie w tych dziedzinach dorobek naukowy bywa najłatwiej uwikłany w spory o pamięć, tożsamość, religię, władzę, wychowanie, nierówności, mniejszości, przemoc symboliczną czy odpowiedzialność wspólnoty. Nie dlatego, że nauki te są mniej naukowe, ale przeciwnie, z tego powodu, że ich przedmiotem jest człowiek w świecie wartości, konfliktów politycznych, instytucji i znaczeń.

Wskazując na tę dysertację nie chodzi mi o budowanie podejrzliwości wobec państwa, Prezydenta RP, RDN czy sądów, ale o coś bardziej elementarnego: o zrozumienie procedury, w której uczony sam uczestniczy, często nie znając wszystkich jej konsekwencji.

Recenzenci rozprawy Woźniaka podkreślają, że jej temat jest aktualny, doniosły i słabo dotąd opracowany. Prof. Andrzej Powałowski pisze, że praca wypełnia lukę w literaturze dotyczącej ochrony prawa do tytułu naukowego profesora i może być przydatna zarówno kandydatom, jak i osobom zaangażowanym w procesy awansowe oraz sądom administracyjnym. Prof. Michał Biliński także zwraca uwagę, że brakuje kompleksowych opracowań poświęconych ochronie prawnej osób ubiegających się o tytuł naukowy.

Najważniejsza teza rozprawy jest dla nieprawników dość prosta, choć jej uzasadnienie wymaga specjalistycznego aparatu pojęciowego. Kandydat do tytułu profesora nie jest tylko kimś, kto „prosi” o prestiżowy tytuł. Jest stroną szczególnego postępowania administracyjnego. Ma interes prawny, a po pozytywnej decyzji Rady Doskonałości Naukowej — jak argumentuje Autor — jego sytuacja może przekształcać się w publiczne prawo podmiotowe, czyli prawo wymagające realnej ochrony. 

Prof. Biliński rekonstruuje ten wniosek wyraźnie: po pozytywnym rozstrzygnięciu RDN interes prawny kandydata ewoluuje w kierunku publicznego prawa podmiotowego i , roszczenia wobec Prezydenta RP o nadanie tytułu.

W tym sensie jest to bardzo ważne, że postępowanie profesorskie nie powinno być rozumiane jako sfera całkowicie uznaniowa, ceremonialna czy polityczna. Oczywiście akt Prezydenta RP ma znaczenie ustrojowe i symboliczne, skoro tytuł profesora jest nadawany przez głowę państwa, ale i tu tkwi sedno sporu. Każdy   bowiem kandydat przechodzi najpierw przez procedurę oceny naukowej, eksperckiej, recenzyjnej i administracyjnej. Jeśli uprawniony organ, jakim jest Rada Doskonałości Naukowej stwierdził, że spełnia warunki, pojawia się pytanie: czy ktoś może jeszcze raz, poza kryteriami naukowymi, zakwestionować ten dorobek?

Dr A. Woźniak odpowiada ostrożnie, ale stanowczo: Prezydent RP nie powinien być traktowany jako dodatkowy recenzent dorobku naukowego. Także recenzenci pracy dostrzegają wagę tej argumentacji. Prof. Biliński podkreśla, że Prezydent, przed którym toczy się druga faza postępowania, nie ma prawnych ani faktycznych kompetencji do kwestionowania przesłanek materialnoprawnych ocenionych przez RDN. 

Recenzentka - prof. Katarzyna Chałubińska-Jentkiewicz przywołuje zaś znaczenie wyroku NSA z 8 października 2024 r., w którym nadanie tytułu profesora zostało określone jako „władcze rozstrzygnięcie administracyjne”.

Dla humanistów i przedstawicieli nauk społecznych płynie stąd ważna lekcja. Dorobek naukowy powinien być oceniany w trybie naukowym, przez kompetentnych recenzentów i właściwe organy środowiska akademickiego. Sąd administracyjny nie zastępuje recenzenta, nie rozstrzyga, czy monografia jest wybitna, czy artykuły są przełomowe, czy dorobek ma odpowiednią rangę międzynarodową. Bada jedynie legalność procedury: czy RDN działała zgodnie z prawem, czy nie naruszyła praw strony, czy nie było przewlekłości, czy decyzja została właściwie uzasadniona.

To rozróżnienie jest fundamentalne. Nie należy bać się prawa jako czegoś zewnętrznego wobec nauki. Prawo nie ma zastępować nauki. Ma chronić uczonego wtedy, gdy procedura naukowa zostaje wciągnięta w stan niepewności, milczenia lub sporu kompetencyjnego.

Nie chodzi zatem o to, by z każdego postępowania profesorskiego czynić batalię prawną. Byłoby to szkodliwe i dla nauki, i dla kandydatów. Chodzi raczej o świadomość, że system awansów naukowych jest także systemem gwarancji. Kandydat ma prawo wiedzieć, na jakim etapie znajduje się jego sprawa, jakie rozstrzygnięcia zapadły, jakie środki ochrony mu przysługują i gdzie kończy się ocena naukowa, a zaczyna odpowiedzialność organów państwa za działanie zgodne z prawem.

Recenzenci pracy A. Woźniaka nie byli wobec niej bezkrytyczni. Wskazali na brak podsumowań w rozdziałach, miejscami zbyt rozbudowane partie historyczne, potrzebę większej precyzji pojęciowej czy lepszego uzasadnienia części porównawczej. Prof. Powałowski sugeruje nawet, że tytuł rozprawy mógłby być szerszy — nie tylko „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”, lecz po prostu „Ochrona prawa do tytułu profesora”, bo autor faktycznie analizuje więcej niż sam wymiar sądowy. 

Chałubińska-Jentkiewicz zwraca uwagę, że autor powinien wyraźniej wskazać, którą koncepcję publicznych praw podmiotowych przyjmuje, a także ostrożniej operować pojęciami dotyczącymi naruszeń praw autorskich.

Te uwagi nie osłabiają jednak znaczenia rozprawy. Przeciwnie, pokazują, że praca otwiera potrzebną debatę także naukoznawczą. Nie jest tekstem zamykającym problem, lecz rozprawą, która pozwala dostrzec coś, co dotąd bywało ukryte za ceremoniałem nominacji profesorskich.

Najdelikatniejsza kwestia dotyczy udziału Prezydenta RP. Łatwo byłoby sprowadzić ją do sporu politycznego, ale nie warto tego robić. Tytuł profesora powinien pozostać dobrem nauki, a nie narzędziem bieżącej polaryzacji. Każdy prezydent, niezależnie od osoby i zaplecza politycznego, działa w określonym porządku konstytucyjnym. 

Problem nie polega więc na tym, kto personalnie sprawuje urząd, lecz na tym, czy przepisy dostatecznie jasno określają relację między oceną naukową, decyzją RDN, aktem Prezydenta, kontrasygnatą Prezesa Rady Ministrów i ochroną sądową.

Dwa znane przypadki odmowy lub próby odmowy nadania tytułu profesora pozytywnie ocenionym kandydatom nie powinny być powodem do zniechęcenia kolejnych uczonych. Przeciwnie, powinny być impulsem do lepszego rozumienia procedur i do ich ewentualnego doprecyzowania. Nie są dowodem, że „nie warto składać wniosków”, ale uświadamiają nam, że nawet rzadkie przypadki mogą ujawnić słabe punkty systemu awansowego w polskiej nauce.

Nie należy więc rezygnować z ubiegania się o tytuł profesora ze strachu przed polityzacją. W ogromnej większości przypadków procedura przebiega zgodnie z przyjętym modelem: dorobek oceniają eksperci, RDN podejmuje rozstrzygnięcie, a akt nadania tytułu zamyka wieloletnią drogę naukową. Warto jednak, by kandydaci wiedzieli, że nie uczestniczą wyłącznie w rytuale akademickim. Uczestniczą w procedurze prawnej, która powinna być przejrzysta, uzasadniona i kontrolowalna.

Dla nauk społecznych, nauk o rodzinie, nauk teologicznych i humanistycznych ta świadomość ma dodatkowe znaczenie. Badacze tych dziedzin często podejmują tematy wrażliwe, niewygodne, wywołujące społeczne emocje. Tym bardziej potrzebują jasnej zasady: dorobek naukowy ocenia się według kryteriów naukowych, a nie według stopnia zgodności z aktualnym klimatem ideowym. 

Państwo może uroczyście potwierdzać rangę nauki, ale nie powinno zastępować wspólnoty uczonych w ocenie jej merytorycznego dorobku. Dlatego rozprawa Artura Woźniaka jest ważna także dla nieprawników. Uczy, że język prawa, który choć jest trudny, hermetyczny i pełen pojęć takich jak „publiczne prawo podmiotowe”, „kognicja sądów administracyjnych”, „prerogatywa”, „kontrasygnata” czy „decyzja administracyjna”, dotyczy realnych losów ludzi nauki. 

Za tymi pojęciami kryje się pytanie o godność procedury, przewidywalność państwa i zaufanie uczonego do instytucji.

Można więc zakończyć tę refleksję spokojnym, a nie alarmistycznym wnioskiem: kandydaci do tytułu profesora powinni nadal składać wnioski, jeśli ich dorobek i aktywność naukowa spełniają ustawowe wymagania. Warto jednak czynić to ze świadomością, że tytuł profesora jest nie tylko zwieńczeniem kariery, ale także sprawą prawa, zaś dobrze pojmowane prawo nie powinno być zagrożeniem dla nauki. Jest jedną z form ochrony jej autonomii.

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam