Są takie pojęcia, które w edukacji brzmią pięknie, ale zarazem podejrzanie. Troska. Wrażliwość. Przyjaźń. W ustach urzędnika mogą stać się pustym hasłem. W szkolnym programie wychowawczo-profilaktycznym — dekoracją. W strategii uczelni — miękkim dodatkiem do twardych wskaźników.
A jednak to właśnie one odsłaniają najgłębszy sens pedagogiki: nie jako technologii zarządzania uczniem, lecz jako sztuki widzenia człowieka tam, gdzie system najczęściej widzi przypadek, numer, wynik, kompetencję, procedurę albo problem do obsłużenia.
Trzy prezentacje z konferencyjnego namysłu nad wrażliwością pedagogiczną układają się w jedną, bardzo mocną opowieść. Szczególną okolicznością do kameralnej a jakże znakomitej debaty naukowej był Jubileusz wybitnego uczonego - teoretyka wychowania i pedagoga ogólnego profesora Józefa Górniewicza z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.
Wydana przez prof. UWM Pawła Piotrowskiego monografia zbiorowa pt. "Kategorie pedagogiczne dla edukacji w XXI wieku" (Toruń, 2026) jest dedykowana Jubilatowi nawiązując do jednej z kilkudziesięciu rozpraw J. Górniewicza, którą opublikował u progu XX wieku. To "Kategorie pedagogiczne: odpowiedzialność, podmiotowość, samorealizacja, tolerancja, twórczość, wyobraźnia" z 1997 roku, które stały się pulsującymi pojęciami, inspirując rodzimych pedagogów do badań empirycznych i metateoretycznych w nurcie filozofii (samo-)wychowania.
Autorzy zaprezentowanego w dniu wczorajszym tomu nawiązują w swoich rozprawach do myśli prof. J. Górniewicza. Konferencyjne spotkanie z Jubilatem nie było streszczaniem poszczególnych rozpraw, ale pogłębioną refleksją o kategoriach pedagogicznych dla edukacji w XXI wieku. Wybrałem tylko trzy, bo nie sposób w tym miejscu zreferować przebieg obrad, które objęły ponad dwadzieścia wystąpień.
Pierwsza kategoria, o której mówiła prof. UWM Dorota Zaworska-Nikoniuk, dotyczyła etyki troski za Carol Gilligan i Nel Noddings a zorientowanej ku pedagogice relacyjnego uwrażliwienia dzieci w toku socjalizacji i wychowania.
Druga z przywołanych kategorii, którą przybliżyła nam dr Monika Maciejewska z UWM w Olsztynie okazała się wrażliwość poznawcza kandydatów do zawodu pedagoga. Uczona uświadomiła nam, że przyszły pedagog powinien uczyć się dostrzegać to, co w codzienności szkoły umyka większości, a więc imponderabilia, czyli zdolność uważnego, refleksyjnego i odpowiedzialnego reagowania na sytuacje wychowawcze.
Trzecią kategorią współczesnej edukacji jest - zdaniem prof. Maria Czerepaniak-Walczak przyjaźń — słowo stare, filozoficznie dostojne, a dziś niemal wypchnięte z języka akademickiej powagi.
Można
by powiedzieć: troska jest sercem, wrażliwość poznawcza — okiem, a przyjaźń —
przestrzenią oddychania pedagogiki. Bez serca edukacja staje się zimną
organizacją oddziaływań. Bez oka — nie widzi tego, co naprawdę dzieje się z
dzieckiem, uczniem, studentem czy nauczycielem. Bez przestrzeni przyjaźni —
zamienia się w miejsce samotnego konkurowania, w którym każdy ma osiągać,
raportować, potwierdzać i awansować, ale coraz rzadziej może po prostu być z
drugim człowiekiem.
Carol Gilligan rozwijała w swoich rozprawach kwestię moralności, która nie musi przemawiać wyłącznie językiem abstrakcyjnych reguł, praw i sprawiedliwości. Może mówić „innym głosem” — głosem relacji, odpowiedzialności, empatii, troski o konkretnego człowieka w konkretnej sytuacji. To nie znaczy, że sprawiedliwość jest zbędna. Znaczy raczej, że sprawiedliwość bez troski może stać się bezduszna, a troska bez sprawiedliwości — ślepa.
W patriarchalnym, hierarchicznym i konkurencyjnym
świecie ten głos troski bywał marginalizowany, choć wcześniej to właśnie ku
niemu socjalizowano kobiety: do opiekuńczości, relacyjności, odpowiedzialności
za innych. Paradoks polegał na tym, że cechy najpierw wychowawczo wzmacniane,
później społecznie deprecjonowano jako mniej racjonalne, mniej obiektywne, mniej
„profesjonalne”.
Mniej znana w Polsce Nel Noddings przez krótki czas była związana z University of Chicago i kierowała tamtejszą szkołą laboratoryjną, historycznie kojarzoną z Johnem Deweyem. Jej związek z Deweyem jest nie tylko instytucjonalny, gdyż była także przewodniczącą John Dewey Society. W swoim CV zawarła informację, że była w latach 1994–1996 prezydentką Dewey Society, obok Philosophy of Education Society i National Academy of Education
Referująca wprowadziła do naszej debaty alternatywny sposób myślenia o szkole. Jej pedagogika troski nie jest sentymentalnym apelem o „miłą atmosferę”. Jest ostrą krytyką szkoły jako fabryki wyników, testów, rankingów i standaryzacji.
Szkoła zorganizowana wyłącznie wokół przedmiotów, programów, pomiaru i rywalizacji traci zdolność do moralnego widzenia ucznia. Wie, ile punktów zdobył, ale nie wie, czego się boi. Wie, czy spełnił wymaganie, ale nie wie, czy został usłyszany. Wie, jak wypada w rankingu, ale nie wie, czy ma jeszcze poczucie sensu.
W
tej perspektywie nauczyciel nie jest jedynie wykonawcą podstawy programowej, ale kimś, kto modeluje troskę, prowadzi dialog, tworzy warunki praktykowania
odpowiedzialności i potwierdza w uczniu dobro, które czasem istnieje jeszcze
tylko w zalążku. Jest to niezwykle ważne, bowiem pedagogiczne „potwierdzanie” nie oznacza
pochlebstwa ani pobłażliwości. Oznacza uważne rozpoznanie tego, kim uczeń może
się stać, zanim on sam potrafi to w sobie nazwać.
Tu
właśnie zaczyna się pedagogika relacyjnego uwrażliwienia. Nie jest ona
„dodatkiem wychowawczym” do prawdziwej edukacji. Jest jej warunkiem, bo
przecież nauczyciel, który nie słyszy głosu ucznia, nie zna jeszcze sytuacji
pedagogicznej. Zna jedynie jej powierzchnię. Wypełnił e-dziennik, przeprowadził
lekcję, zrealizował temat, ale niekoniecznie spotkał się z uczniem jako osobą, indywiduum.
Druga z referujących dopowiadała do tego wątek poznawczy: pedagog ma dostrzegać to, co umyka większości. To piękna i bardzo wymagająca definicja profesjonalizmu. Wrażliwość poznawcza nie jest wzruszeniem ani intuicją zastępującą wiedzę.
Zdolność uważnego, odpowiedzialnego i refleksyjnego reagowania na sytuacje edukacyjne oznacza gotowość do widzenia ukrytych problemów, nierówności, barier, potencjałów i znaczeń, które różni uczestnicy nadają temu samemu zdarzeniu.
Pedagog nie może więc zatrzymać się na pytaniu: „co się stało?”. Może pytać „co odsłania ta sytuacja?” Jeśli uczeń przeszkadza na lekcji, to warto dociekać, czy to jest oznaką braku dyscypliny? A może komunikatem o bezradności, napięciu, potrzebie uznania, nudzie, przemocy rówieśniczej albo niedostosowaniu szkolnej rutyny do świata, w którym żyje?
Student pedagogiki milczy na zajęciach, ale czy to brak przygotowania do nich? A
może jest to oznaką lęku przed oceną, doświadczeniem wcześniejszego zawstydzenia, poczuciem, że
jego głos nie ma znaczenia?
Dlatego tak ważne jest uczenie przyszłych pedagogów rozwiązywania realnych problemów, a nie tylko zapoznawanie ich z podręcznikową definicją. Jednym z takich problemów są wnoszone przez uczniów telefony komórkowe. Dobrze to pokazuje różnicę między moralną paniką a pedagogicznym rozpoznaniem zjawiska. Można powiedzieć: zakazać.
Można powiedzieć: dopuścić, ale pedagog musi zapytać
głębiej: kiedy telefon jest narzędziem rozproszenia, kiedy przemocy, kiedy
kompensacji samotności, kiedy dostępu do wiedzy, a kiedy symptomem braku
sensownej relacji szkolnej? Dopiero wtedy pojawia się przestrzeń działania:
diagnoza, rozmowa, regulamin, edukacja medialna, profilaktyka, współpraca z
rodzicami, ale także refleksja nad tym, dlaczego szkoła tak często przegrywa
walkę o uwagę ucznia.
W
tym sensie zaprezentowana przez referującą formuła „dostrzec — zrozumieć — działać” jest niemal miniaturową
definicją pedagogiki. Dostrzec, czyli nie przejść obojętnie. Zrozumieć, czyli
nie pomylić objawu z przyczyną. Działać, czyli nie zatrzymać się na diagnozie,
która daje intelektualną satysfakcję, ale nie zmienia losu żadnego człowieka.
Trzecia z prezentacji autorstwa M. Czerepaniak-Walczak dotyczyła pojęcia, które w edukacji formalnej brzmi jeszcze bardziej niepokornie: przyjaźń. Arystoteles pisał o niej jako o cnocie i czymś najkonieczniejszym. Cyceron widział w niej jedną z tych rzeczy ludzkich, co do pożyteczności których panuje powszechna zgoda. Współczesna szkoła i akademia obchodzą się z przyjaźnią ostrożnie, jakby była czymś nieprofesjonalnym, zbyt prywatnym, zbyt miękkim albo potencjalnie podejrzanym.
Tymczasem przyjaźń nie jest przeciwieństwem edukacji. Może być jej środkiem i celem. Wspiera rozwój osoby, buduje dobrostan, uczy zaufania, odpowiedzialności, szczerości, troski i praktycznego działania na rzecz drugiego.
Nie można zadekretować przyjaźni, zapisać ją w rozporządzeniu ani wprowadzić uchwałą rady
pedagogicznej. Można jednak tworzyć warunki, w których więź nie jest wypierana
przez permanentną rywalizację, indywidualizm i standaryzację.
Tu
pojawia się bolesne pytanie: jak mówić o przyjaźni w szkole zorganizowanej
wokół „czerwonego paska”, punktów, rankingów, konkursów, rekrutacyjnych progów
i nieustannego porównywania? Jak uczyć przyjaźni w instytucji, która od
pierwszych lat socjalizuje dzieci do hierarchii sukcesu? Jak rozwijać
wspólnotowość tam, gdzie każdy ma być coraz bardziej „najlepszą wersją siebie”,
ale coraz rzadziej odpowiedzialnym uczestnikiem czyjegoś świata?
Jeszcze
mocniej zabrzmiała ta kategoria w odniesieniu do akademii. Współczesna uczelnia, jak mówiła prof. Maria Czerepaniak-Walczak, jest miejscem wielowymiarowej
opresji: rywalizacji, konkurencyjności, parametryzacji, walki o granty, punkty,
cytowania, stanowiska i uznanie. Przyjaźń może być w takim świecie źródłem
siły, solidarności i przetrwania, ale bywa też podejrzewana o nieetyczność: o
układy, rekomendacje, wzajemne recenzowanie, protekcję.
I tu właśnie trzeba odróżnić przyjaźń od klientelizmu. Przyjaźń nie jest transakcją, nie jest układem interesów, nie jest wymianą przysług. Jest relacją, w której nie zabiega się o potwierdzanie własnej wartości kosztem drugiego.
Jeśli akademia traci zdolność rozróżniania przyjaźni od układu, to
znaczy, że sama została już głęboko skolonizowana przez logikę podejrzliwości i
interesu. W świecie transakcyjnym każda bezinteresowność wygląda podejrzanie.
Dlatego
najbardziej przejmujące było zdanie przywołane na końcu: „Polityka przyszłości
będzie polityką przyjaźni”. Można je czytać nie jako naiwną zapowiedź świata
bez konfliktów, ale jako przestrogę. Jeżeli przyszłość ma nie zostać oddana
algorytmom, rynkom, rankingom i aparatom zarządzania populacją, musi odzyskać
język więzi. Edukacja zaś powinna być miejscem, w którym człowiek uczy się nie
tylko wiedzieć, produkować, konkurować i adaptować, ale także być z innymi.
Trzy
wystąpienia prowadziły zatem do jednej konkluzji: pedagogika nie ocaleje przez
dodawanie kolejnych procedur do już przeciążonego systemu. Odzyska swoją moc, jeśli
rozbudzi zdolność widzenia, czyli wrażliwość epistemiczną, reagowania na potrzeby innych, czyli wrażliwość troski i kreowania więzi międzyludzkich, czyli przyjaźni, solidarności, wspólnotowości.
Nie chodzi o to, by szkoła stała się domem emocjonalnej czułości, w którym znika wymaganie, odpowiedzialność i wysiłek. Chodzi o coś znacznie poważniejszego: by wymaganie nie było oddzielone od rozumienia, odpowiedzialność od relacji, a wysiłek od sensu.
Pedagogika troski nie znosi sprawiedliwości. Wrażliwość
poznawcza nie znosi wiedzy. Przyjaźń nie znosi profesjonalizmu. One wszystkie
chronią edukację przed jej własną perwersją: przed sytuacją, w której szkoła
działa sprawnie, ale przestaje wychowywać; uczelnia produkuje wyniki, ale
przestaje być wspólnotą; nauczyciel realizuje program, ale przestaje słyszeć
głos ucznia.
Być może więc najważniejsze zadanie pedagoga XXI wieku można ująć bardzo prosto: zobaczyć człowieka, zanim system zamieni go w przypadek, obiekt inżynierii społecznej. Usłyszeć głos, zanim zostanie zagłuszony przez procedurę. Potwierdzić dobro, zanim samo w sobie zwątpi.
Tak oto twórczość naukowa Jubilata stworzyła uczestnikom debaty warunki do rozmowy o tym, by troska, wrażliwość i przyjaźń nie były ozdobą pedagogicznego języka, lecz codzienną praktyką edukacyjnego życia.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam