Partycypacja jest reakcją ludzkich serc, świadomości Zła, patologii,
której warto się przeciwstawić profilaktyką, resocjalizacją czy inną
organizacją i wspieraniem czyjegoś życia, działań publicznych i niepublicznych. Z tym większym
zaciekawieniem sięgnąłem po książkę Hanny Achremowicz z Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu. Już sam tytuł przyciąga uwagę: "Uczenie się
partycypacji publicznej przez młodzież" (Kraków, 2025). Brak rzetelnej kwerendy literatury przedmiotu zawsze będzie skutkował nieadekwatną analizą problemów, które w tym przypadku dotyczą edukacji na rzecz sfery
publicznej.
W toruńskim środowisku naukowym od lat prowadzone są studia i badania dotyczące wolności (w) edukacji i religii, problematyki edukacji obywatelskiej nurtu politycznego, jak i jej przejawów w środowisku akademickim czy regionalnych wspólnotach (zob. prace Violetty Kopińska, Piotra Petrykowskiego czy Aleksandra Nalaskowskiego).
Tego pierwszego, jak i ostatniego autorka przywołanej tu książki pominęła,
podobnie jak wielu innych, bardziej znaczących od uwzględnionych przez nią
uczonych. Jest to typowe zjawisko redukcjonizmu w doborze źródeł wiedzy,
które ma różne przyczyny. Recepcja takich rozpraw wymaga zatem koncentracji na finalnym utworze, do którego układu treści każdy autor ma prawo, ale to nie znaczy, że tworzy oryginalne dzieło czy wpisuje się w ten sposób w rozwój własnej dyscypliny naukowej.
Rozprawa
H. Achremowicz jest osadzona konsekwentnie w nurcie badań dotyczących dydaktycznej
(nie-)skuteczności edukacji obywatelskiej nurtu politycznego i
społecznego, skoro traktuje się pedagogikę jako naukę społeczną, która ma
wspomagać inżynierię polityczną partii władzy (partiokratów). Adekwatnie do
tego zamysłu poprawnie referowane są w części teoretycznej wybrane modele demokracji
(rzekomo) współczesnej, bo skoro są wybrane, to z współczesnością nieco się
rozmijają.
Zastosowana jednak przez H. Achremowicz typologia demokracji nie jest logiczna, skoro rzekomą demokrację współczesną
miałyby wyróżniać: demokracja liberalna, demokracja deliberatywna i demokracja
uczestnicząca. Z nauk o polityce wiemy o wielu modelach demokracji, toteż autorka wzmiankowo odnotowuje za
Michaelem Sawardem wyróżnione przez niego 34
koncepcje demokracji. Skoro mowa jest o modelach, to należałoby zastosować
kryterium ich różnicowania w sposób zgodny z tą strukturalną kategorią
epistemologiczną, a nie poprzestać na stwierdzeniu, że zaproponowane "(...) sześć ujęć demokracji nie wyczerpuje tematu zależności pomiędzy
demokracją a obywatelskim przygotowaniem do funkcjonowania w jej
warunkach" (s. 30)!
Nie
mam zamiaru prowadzić w tym miejscu sporu na temat istoty demokracji jako
ustroju politycznego, ale trudno jest uznać za zasadne oddzielenie deliberacji
i partycypacji od demokracji liberalnej, bo jest to zabieg sugerujący, że w preferowanej
metodzie dochodzi się do racji w warunkach m.in. demokracji liberalnej. Przyjmuję
jednak zasadność jednej z tych metod jako - zdaniem autorki -
rzekomo bardziej ważnej (s. 45). Nie ma jednak racji nadając jej miano powszechnie akceptowanej, skoro z trudem, od przeszło stu lat, demokracja bezpośrednia jest
stosowana w Szwajcarii jako jedynym państwie europejskim.
Z
tego punktu widzenia byłem ciekaw, czy autorka książki ma świadomość tego, że
demokracja partycypacyjna to demokracja bezpośrednia, a więc taka, której w
Polsce nie było, nie ma i obawiam się, że długo nie będzie. Nic dziwnego, że H.
Achremowicz nie dostrzega tej różnicy koncentrując uwagę w założeniach własnych analiz i badań na popperowskiej koncepcji społeczeństwa obywatelskiego. Pedagogika społeczna ma ponoć być narzędziem do jego
tworzenia z udziałem młodzieży.
Okazuje się, że edukacja obywatelska nie ma służyć demokracji uczestniczącej
tylko społeczeństwu obywatelskiemu. Autorka pracy sięga w tym przypadku do filozofii i pedagogiki Johna Deweya, który nie znał i nie czytał - cytowanych przez nią - prac Kazimierza Czerwińskiego, Krishana Kumara czy Józefa Lipca. Jak sama
przyznaje "Edukacja do demokracji, czy też edukacja obywatelska, również
nie jest pojęciem jednoznacznym. U Deweya jej ujęcie wynika z tego, jak
on sam pojmuje demokrację" (S.47). Otóż to.
Jeśli sięga się do historii idei, to nie można tego czynić wybiórczo, gdyż jednostronnie kreuje się obraz świata i jego dziejów powszechnych. Rozdział 1.3.1. "Społeczeństwo obywatelskie" jest wyabstrahowaną kategorią takiego społeczeństwa, któremu przypisuje się jedynie świecki nurt demokratyzacji, zupełnie pomijając jakże fundamentalny nurt historii duchowej Polski, a więc przełomu znaczonego wyjątkową w Europie Konstytucją 3 Maja i Komisją Edukacji Narodowej.
Warto o tym wiedzieć, bo historia polskiej demokracji nie zaczęła się wraz z ww. rozprawami czy dopiero po 1989 roku. Takie podejście odcina korzenie suwerenności politycznej i kulturowej Polski oraz istoty demokracji, której rozwój był niszczony przez zabory, a w krótkim okresie jej odradzania się w dwudziestoleciu międzywojennym, także przez dwa totalitaryzmy - faszystowski i radziecki.
Oczywiście
autorka ma prawo opowiedzieć się za świeckim nurtem demokracji liberalnej, ale
nie powinna wdrukowywać czytelnikom jej wyjątkowości, wyłączności czy powszechnego obowiązywania, bo nie ma to podstaw naukowych ani w realiach życia publicznego polskiego społeczeństwa. Przynajmniej należało wspomnieć
o tej redukcji nie na zasadzie semantycznego akcentu, że dokonuje się jakiegoś wyboru,
skoro nie dowiadujemy się, jakie były kryteria oraz motywy takiego doboru.
No
dobrze, poprzestańmy na tej konstatacji, by zobaczyć, że w rozprawie autorki
społeczeństwo obywatelskie nie ma swojego pierwotnego źródła, jakim było
dzieło Alexisa de Tocqueville'a ("Democracy in Americs" 1831).
Autorem - w sensie językowym - pojęcia społeczeństwo
obywatelskie był Marcus Tullius Cicero w I w. p.n.e. a nie - jak twierdzi błędnie za Dorota Pietrzyk-Reevs - Arystoteles (IV w. p.n.e.). Arystotelesowi można jedynie pośrednio przypisać
sens takiego podejścia do demokracji. On jednak nie użył określenia
społeczeństwo obywatelskie.
To Cicero w traktatach De
re publica i De legibus wprowadził pojęcie societas
civilis, które oznaczało wspólnotę obywateli opartą na prawie (ius) i
cnocie (virtus). Jest to najstarsze znane, literalne zastosowanie pojęcia, które można bezpośrednio przełożyć jako „społeczeństwo
obywatelskie”.
Błędem
interpretacyjnym jest przypisywanie J. Deweyowi bycia prekursorem edukacji
obywatelskiej (s.61). Gdyby przeczytała przekłady na język polski prac de Tocqueville'a i skonfrontowała je z rozprawami amerykańskiego filozofa, to by przekonała się, że ów amerykański myśliciel znał prace Alexisa de Tocqueville’a i wprost kontynuował ich zasadniczą
intuicję, że demokracja jest praktyką społeczną, która wymaga codziennego uczenia
się.
Szkoła
demokratyczna wg J. Deweya jest pedagogicznym odpowiednikiem społeczeństwa
obywatelskiego u Tocqueville’a. Nie jest ono zatem jego ideą, ale pedagogicznym
odpowiednikiem społeczeństwa obywatelskiego francuskiego myśliciela, dla
którego stowarzyszenia obywatelskie uczą demokracji przez praktykę,
nie przez teorię, gdyż demokracji nie nie wystarczy jedynie
zadekretować w ustawie.
Zadziwia
mnie sprzeczność, którą kultywuje szkoła toruńskich pedagożek, a polegająca na
z jednej strony afirmacji szkoły demokratycznej (szkoła też "powinna być
demokratyczna" s.57), z drugiej zaś przypisywanie quasi
publicznej, a więc ustrojowo niedemokratycznej szkole w Polsce amerykańskiego modelu kształcenia obywatelskiego na zasadzie uczenia się do demokracji a nie w demokracji. Jeśli
przyzwala się na partycypację, to pod warunkiem, że będzie odbywać się poza szkołą, zaw niej samej uczniowie mają
jedynie nabyć rzekome kompetencje obywatelskie.
Błędnie
twierdzi Achremowicz, że "szkoła nie była dla Deweya jedyną
przestrzenią edukowania do demokracji . Potencjał edukacyjny widział
również w uczestnictwie we wszelkiego rodzaju zrzeszeniach - stowarzyszeniach,
Kościołach, firmach, grupach wyznaniowych, a nawet w rodzinie. W takim
środowisku człowiek uczy się artykułowania swojej opinii, dyskutowania,
wyrażania oporu wobec woli większości, altruizmu, równości i wolności, dystansu
do spraw materialnych" (s.60). Takiemu sformułowaniu zaprzeczyłby nie tylko J.
Dewey.
Podobny problem mam z twierdzeniem,
że: "Demokracja nie była dla niego tylko procedurą, ale pewną wizją życia
społecznego, przejawiającą się w relacjach i interakcjach pomiędzy
obywatelami". (s.60) Byłoby ono adekwatne do pedagogiki tego
filozofa, gdyby autorka nie wprowadziła partykuły ograniczającej
odniesienie komunikowanego sądu na temat procedur demokracji. Sama jemu zaprzecza w kolejnym zdaniu pisząc: "Ponadto Dewey dobitnie wykazał,
że niedemokratyczna szkoła nie może przygotowywać do życia w demokratycznym
społeczeństwie"(tamże).
Achreowicz nie uwzględnia tu podglądu filozofa, że demokracji nie da się nauczyć, gdyż trzeba ją praktykować. Tym samym edukacją do demokracji jest podtrzymywanie stanu jej wykluczania z życia w szkole, bo przecież - w świetle sądu na temat edukacji do demokracji - uczniowie mieliby praktykować demokrację nie w szkole, ale poza nią. Edukacji w demokracji szkolnej ma sprzyjać podejście przedmiotowe do niej w ramach edukacji obywatelskiej, a więc edukacji o demokracji i edukacji do demokracji.
Jak to
się ma do kolejnej tezy, że "(...) że dzieci i młodzież nie staną się
obywatelami w przyszłości, ale są nimi już teraz: "[...] demokracja to
sposób życia, więc i szkoła powinna być demokratyczna:. Z tego też powodu
edukacja powinna być ze swojej natury partycypacyjna, uczniowie mają
uczestniczyć w procesach decyzyjnych dlatego, że są częścią szkoły, tak samo
jak rodzice i nauczyciele" (s.65).
Co
to jednak znaczy, że edukacja powinna być partycypacyjna, skoro w swej istocie wcale taką nie
jest? Tego już się nie dowiemy. Natomiast przeczytamy o
edukacji obywatelskiej w szkole jako odrębnym przedmiocie, jako elementem
wiedzy zintegrowanym z innymi przedmiotami i że jest rzekomo "(...) celem
międzyprzedmiotowym realizowanym przez wszystkich nauczycieli podczas
lekcji różnych przedmiotów"(s.74).
Efektywnościowy
sens tak pojmowanej i ponoć realizowanej edukacji podważają - zdaniem autorki
książki - badania nad edukacją obywatelską w szkole, skoro uczniowie mają
wiedzę na temat "(...) teorii demokratycznego uczestnictwa, ale nie
mają doświadczeń praktycznych, które pozwoliłyby im zaznać demokratycznej
partycypacji w przestrzeni szkolnej" (s.79). Czyżby nie wiedziała,
co kształtuje tę przestrzeń? Czy może jest przekonana, że kolejne wyniki badań
zmienią stosunek władz resortu edukacji i nauczycieli do przedmiotu
nauczania?
Rozdział
I niniejszej monografii jest napisany w bardzo dobrym stylu, toteż moje uwagi i
niezadowolenie wynikają z tego, czego H. Achremowicz nie doczytała, a mogła na podstawie znanych sobie źródeł wiedzy w taki właśnie sposób ją
zrekonstruować. Recenzent wydawniczy nie widział w tym niczego niewłaściwego, i słusznie. Też nie musiał znać innych źródeł, bo podjęta przez autorkę
problematyka dalece wykracza poza pedagogiczną literaturę.
Znacznie
lepszy jest rozdział II tej książki pt. "Partycypacja publicznej
młodzieży". Już sam tytuł sugeruje, że owa partycypacja może być
niepubliczna w znaczeniu - antyobywatelska, antydemokratyczna. Chyba zależało
H. Achremowicz na uwzględnieniu w demokracji głosu tych, którzy - podobnie jak
ryby - go nie mają, bo "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".
Upomina się zatem o prawa dzieci do partycypowania w ich publicznej edukacji,
gdyż w oświacie niepublicznej nikt o nie troszczyć się nie musi, skoro rodzice płacą za
dydaktyczną usługę.
Poznajemy
zatem z wtórnych źródeł wiedzy to, jak pojmowana jest partycypacja w angielskiej literaturze
naukowej, jakie są wobec niej przejawy oczekiwań społeczności
lokalnej. Przywołany jest jednozdaniowo nawet pogląd chińskich politologów, dla
których "[p]odstawą partycypacji publicznej jest dystrybucja władzy,
dlatego postrzega się ją jako wyraz istoty demokracji"(s.86), ale rzekomo
uzasadnia jej sens M. Koziarek, który nie wiadomo, czy w ogóle zna tekst
Tsuey-Ping Lee i Milana Tung- Wen Suna. Mnie to nie przekonuje.
Generalnie
autorka przywołuje fragmentarycznie poglądy różnych autorów na temat
partycypacji obywatelskiej dzieci i młodzieży, chociaż do 18 roku życia nie
posiadają w Polsce obywatelskiego statusu. Nie szkodzi, bo właśnie chodzi o to,
by kształtować ich obywatelską tożsamość zanim staną się obywatelami.
Partycypacja w sprawach obywateli ma temu służyć, jeśli dorośli rozstrzygają sprawy dzieci.
W
tym sensie solidaryzuję się z podejściem H. Achremowicz, bo o ile uczniów nie interesują
sprawy ludzi dorosłych, to jednak jakaś ich cząstka, nieliczny odsetek,
chciałaby mieć nie tylko wiedzę na temat powodów podejmowanych przez polityków określonych rozstrzygnięć w kwestii ich
praw, a w ślad zatem, by móc chociaż mieć prawo do
korzystania z praw dziecka, które zostały określone w Międzynarodowej Konwencji
o Prawach Dziecka. Jej treści nie znają nie tylko dzieci, ale też większość dorosłych, obywateli. Uzyskanie wiedzy o posiadaniu praw przez nastolatków może zatem wzbudzić w nich potrzebę zapytania dorosłych o respektowanie
przysługujących dzieciom praw (s.91).
Polska
jest wyjątkowym krajem na mapie świata, nie tylko ze względu na pajdocentryczne
dzieła i pedagogię humanistyczną Janusza Korczaka, ale także na doprowadzenie do opracowania
i przyjęcia przez ONZ Konwencji, którą polski Sejm ratyfikował jako jeden z
ostatnich, a nie ... jako pierwszy na świecie. Tak jest po dzień dzisiejszy, mimo że nastąpiła
zmiana ustroju, a nawet utworzono urząd Rzecznika Praw Dziecka. Autorka książki chyba ma świadomość jego pozornej działalności, skoro nawet nie uwzględniła tego organu w omawianiu podmiotów odpowiedzialnych za obywatelską partycypację
młodzieży w realiach jej codziennego życia.
Jakim
zatem przejawom partycypacji publicznej młodzieży (tę ograniczyła do
grupy wiekowej 14-18 lat, s. 96) w naszym kraju Autorka poświęciła uwagę badawczą?
Oczywiście, pierwszym środowiskiem uczyniła szkołę, a w niej samorząd
uczniowski, nominalnie radę szkoły, bo przecież ten organ właściwie nie
istnieje w szkolnictwie publicznym, wolontariat uczniowski oraz publiczną
partycypację pozaszkolną w samorządowych radach młodzieży czy pozorowaniu jej
partycypacji w ramach także na poziomie samorządów terytorialnych konsultacji
społecznych. Uwzględniono też aktywizm młodzieży w ruchach społecznych np.
ekologicznych, ale już zupełnie pominięto organizacje młodzieżowe (harcerskie,
wyznaniowe, think-tanki polityczne, a nawet rady młodzieżowe przy centralnych
organach władzy (np. przy Rzeczniku Praw Dziecka, Rzeczniku Praw Obywatelskich,
MEN).
Poprzestanę na tak zwanej części teoretycznej niniejszej rozprawy nie kontynuując analizy krytycznej ze względu na to, czego w niej nie ma. Nie mogłem jednak nie zwrócić uwagi na to, jak dalece ograniczone zasoby wiedzy na temat socjalizacji i edukacji
obywatelskiej ograniczają przedmiot własnych
badań. To, że nie stanowią one dla nauki wartości, wymaga odrębnych analiz i w innym miejscu. Autorka publikacji ma prawo ufać, że fakt jej wydania dowodzi naukowej wartości. No cóż... .

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam