Formułuję diagnozę nadużycia metodologicznego przez autorów tych prac, którzy powołują się na zastosowanie paradygmatu badań jakościowych - wbrew temu o czym piszą Norman Denzin i Yvonna S. Lincoln, gdyż nie zachodzi w nich żadne współtworzenie sensu. Cechuje je pozór konstruktywizmu jako alibi dla narzucenia z góry ustalonej narracji. Metodolodzy badań jakościowych nie twierdzą, że każda analiza jakościowa automatycznie jest współtworzeniem sensu. Konieczna jest bowiem refleksyjność badacza, jawność pozycji interpretacyjnej, bezzałożeniowość i ryzyko zmiany ramy interpretacyjnej w trakcie badania.
Kluczowa jest tu kategoria ryzyka. Jeśli badacz podchodzi do badań z gotową teorią, wie, za pomocą jakich kategorii „odczyta” dane, a więc nie dopuszcza możliwości, że rama kategorialna może się załamać, to nie uprawia badań jakościowych w sensie Denzina i Lincoln, lecz stosuje manipulację w swoich założeniach jako rzekomo odpowiadających konstruktywizmowi. Współtworzenie sensu oznacza, że badacz może się mylić, respondent może zmienić kierunek i zakres interpretacji, kategorie analityczne mogą się wyczerpać a teoria może okazać się nieadekwatna.
Jeśli mimo to badacz dekoduje treść czyjejś wypowiedzi kierując się założeniami przyjętej teorii, to nie „współtworzy” sensu, ale kolonizuje znaczenia, przypisując badanym to, czego w nich i w ich wypowiedziach nie ma. Narzuca w swojej interpretacji doświadczenie respondenta językiem uprzednio dobranej teorii. Przykładowo, gdy respondent mówi o frustracji, bezsilności, symulacji, a badacz zapisuje to jako „wymiar emocjonalny”, „brak integracji poznawczej”, „deficyt interakcji społecznej”, to nie operuje interpretacją, ale przekodowuje doświadczenia na odpowiadający badaczowi język teorii.
Takie podejście jest epistemologicznie nieuczciwe, nierzetelne badawczo, gdyż badacz udaje otwartość, pozoruje emergencję kategorii, udaje dialog, podczas gdy sens czyjejś wypowiedzi jest mu/jej znany z góry, wynik jest przewidywalny a przyjęta teoria nie naraża go/jej na ryzyko zakwestionowania przez recenzenta, który o tym nie ma pojęcia. Co wnosi do nauki takie badanie kilku czy nawet kilkudziesięciu osób?
Denzin i Lincoln podkreślali, że badanie jakościowe ma wytwarzać znaczenia, ale nie dowolnie i nie jednostronnie. Jeśli badacz nie ujawnia swoich założeń interpretacyjnych, nie dopuszcza kontrinterpretacji, nie pokazuje, gdzie teoria zawiodła, to nie uprawia konstruktywizmu, lecz epistemologiczną mimikrę.
Coraz częściej pojawiają się tego typu prace doktorskie a nawet habilitacyjne i „przechodzą”, ponieważ brzmią nowocześnie, odwołują się do uznanych w nauce nazwisk, produkują „gęste opisy” i nie generują konfliktu poznawczego ani ryzyka. Są zatem metodologicznie „bezpieczne”, łatwe w realizacji, ale poznawczo jałowe. Co gorsza, są coraz częściej systemowo pożądane, gdyż badania w paradygmacie ilościowym są koszto- i czasochłonne, a takie pseudojakościowe stanowią akademicką estetyzację poznania.
Teoria czy koncepcja nie służą nauce, podobnie jak badanie nie służy poznaniu, zrozumieniu, gdyż badane osoby nie są partnerami poznawczymi, lecz nośnikami uprzednio założonych przez badacza sensów. Niestety, nie piszę o pojedynczym nadużyciu ani o „modzie metodologicznej”, lecz o coraz bardziej nasilającym się rozszczelnieniu jakości akademickiej praktyki badawczej. Coraz częściej mamy do czynienia nie z konstruktywizmem, lecz z retoryką konstruktywizmu bez zrozumienia jego istoty, konsekwencji i brakiem odpowiedzialności za ich bylejakość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam