11 stycznia 2026

Akademicki "dobrobyt" profesorów i adiunktów w Polsce, czyli o systemowo reprodukowanej peryferyjności nauki w praktyce

 

W jednym z najnowszych tekstów publicystycznych za "Forum Akademickim" poświęconych sytuacji materialnej nauczycieli akademickich pojawia się ton, który w polskich realiach akademickich brzmi niemal jak groteska: oto bowiem profesorowie uczelni publicznych — po kolejnej, symbolicznej „podwyżce” — mają rzekomo należeć do grupy relatywnego dobrobytu, a ich pozycja finansowa ma nie odbiegać istotnie od standardów międzynarodowych. Narracja ta, podszyta uspokajającym optymizmem i językiem „systemowych uwarunkowań”, zasługuje nie na polemikę emocjonalną, lecz na chłodną dekonstrukcję empiryczną

Najwyższy czas na zdymisjonowanie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz na generalny strajk akademicki.  Problemem nie jest to, że profesorowie w Polsce zarabiają „mało” w sensie absolutnym, ale to, że oczekuje się od nich rywalizacji w globalnym polu naukowym, dysponując kapitałem finansowym i instytucjonalnym charakterystycznym dla peryferii systemu światowego.

To jest bezczelne informowanie o rzekomej „podwyżce”, która niczego nie zmienia. 

Minimalne wynagrodzenie zasadnicze profesora uczelni publicznej w Polsce ma wynosić od 2026 roku 9 650 zł brutto miesięcznie. Wzrost o około 3% (w stosunku do grudnia 2024 roku!) przedstawiany jest jako dowód troski państwa o środowisko akademickie. Jednak już na tym poziomie narracja ta ujawnia swój pozorny charakter.

Po pierwsze, mówimy o minimum ustawowym, które w praktyce jest nie tylko punktem odniesienia, ale bardzo często realnym poziomem wynagrodzenia znacznej części profesury.
Po drugie, wzrost ten nie kompensuje nawet inflacyjnej erozji wynagrodzeń z ostatnich lat, a tym bardziej nie zmienia pozycji strukturalnej profesji w systemie gospodarczym.

Jednak kluczowe nie jest to, ile wynosi ta kwota w złotych. Kluczowe jest to, jaką ma realną siłę nabywczą i jak wypada w porównaniach międzynarodowych.

Zwracam uwagę na siłę nabywczą płac w uczelniach państwowych, by zdemistyfikować mit jakoby w Polsce było taniej, więc po co godnie nagradzać profesorów i adiunktów. 

Po przeliczeniu wynagrodzeń full profesorów na international dollars (PPP) — czyli jednostkę pozwalającą porównywać realną siłę nabywczą między krajami — obraz staje się jednoznaczny i brutalny, a kompromitujący kolejna formację władzy w Polsce. 


Wykres 1. „Światowa drabina profesorska” (PPP, international $/miesiąc) dla 7 krajów: Polska, Hiszpania, Estonia, Czechy, Japonia, USA, Singapur (źródło: AI 2026) 

Profesor uczelni publicznej w Polsce dysponuje realnym dochodem rzędu ok. 4 600 international $ miesięcznie.

Dla porównania:

  • Czechy: ok. 6 300 int.$
  • Estonia: ok. 6 000 int.$
  • Hiszpania: ok. 5 900 int.$
  • Japonia: 6 000–8 000 int.$
  • USA: 10 000–13 000 int.$
  • Singapur: 14 000–18 000 int.$

To oznacza, że nawet po uwzględnieniu różnic kosztów życia polski profesor pozostaje o 25–30% poniżej poziomu krajów Europy Środkowej i Południowej, i ponad dwukrotnie poniżej realnej siły nabywczej profesury w krajach rdzenia globalnej nauki.

Argument o „niższych kosztach życia” nie tylko nie ratuje tej narracji — on ją ostatecznie kompromituje.

Mamy być konkurencyjni  bez kapitału, a to jest systemowy paradoks. Chyba, że ktoś będzie członkiem partii władzy i otrzyma lukratywną pracę poza uczelnią lub dodatkowo.

W tym miejscu dochodzimy do sedna absurdu, który tak wyraźnie przebija z entuzjastycznych komentarzy o „dobrobycie” polskich profesorów.

Otóż MNiSW oraz instytucje oceniające naukę oczekują od polskich uczonych:

  • publikowania w tych samych czasopismach,
  • rywalizacji o te same granty,
  • budowania międzynarodowych zespołów,
  • spełniania identycznych wskaźników parametrycznych,

jakich wymaga się od badaczy funkcjonujących w systemach, gdzie profesura dysponuje 2–4-krotnie większym kapitałem ekonomicznym i infrastrukturalnym.

Nie jest to już kwestia indywidualnej zaradności czy „etosowej motywacji”. Jest to problem strukturalnej nierówności pola naukowego, w którym polska akademia funkcjonuje jako dostarczyciel taniej pracy intelektualnej, a nie równorzędny partner. 

Jeśli ktoś chce w pełni zrozumieć absurd resortowej narracji o „dobrobycie” polskich profesorów i oczekiwaniach wobec ich globalnej konkurencyjności, konieczne jest wyjście poza poziom prostych porównań płacowych i sięgnięcie do aparatu pojęciowego socjologii pola naukowego. W tym kontekście szczególnie użyteczna pozostaje koncepcja Pierre’a Bourdieu, zwłaszcza jego rozróżnienie kapitału ekonomicznego, kulturowego i symbolicznego oraz pojęcie pola jako struktury relacyjnej.

Pole naukowe — wbrew deklaracjom o jego uniwersalizmie — nie jest przestrzenią równej konkurencji. Jest polem hierarchicznie ustrukturyzowanym, w którym pozycje aktorów zależą od ilości i struktury posiadanego kapitału. Kapitał ekonomiczny (wynagrodzenia, stabilność zatrudnienia, infrastruktura badawcza) nie jest tu elementem zewnętrznym, lecz warunkiem możliwości akumulacji kapitału symbolicznego, czyli prestiżu, cytowalności, rozpoznawalności i zdolności do narzucania obowiązujących kryteriów doskonałości naukowej.

W tym sensie polska profesura funkcjonuje w warunkach peryferyjności strukturalnej. Nie dlatego, że produkuje wiedzę gorszej jakości, lecz dlatego, że działa w polu, w którym reguły gry ustanawiane są przez centra dysponujące nieporównanie większym kapitałem ekonomicznym i instytucjonalnym. Oczekiwanie, że aktorzy peryferyjni będą konkurować na tych samych zasadach, przy radykalnie asymetrycznych zasobach, jest klasycznym przykładem tego, co Bourdieu określał mianem symbolicznej przemocy — przemocy niewidzialnej, bo ukrytej pod pozorem neutralnych procedur i „obiektywnych wskaźników”.

Narracja o „wystarczającym” poziomie wynagrodzeń profesorów pełni w tym układzie funkcję legitymizującą. Skoro bowiem formalnie spełnione są minimalne standardy bycia „klasą średnią”, to wszelka krytyka może zostać zredukowana do indywidualnego niezadowolenia, a strukturalny deficyt kapitału — do problemu motywacji lub zarządzania czasem. W ten sposób niedobór ekonomiczny zostaje przekształcony w moralne zobowiązanie do heroizmu, a peryferyjność — w cnotę skromności.

Tymczasem w logice pola naukowego kapitał symboliczny nie jest nagrodą za wysiłek, lecz rezultatem długotrwałej akumulacji zasobów, możliwej tylko w warunkach stabilności materialnej. Profesor, który musi permanentnie kompensować deficyt ekonomiczny dodatkowymi zajęciami dydaktycznymi, administracyjnymi lub pozauczelnianymi, traci nie tylko czas, ale przede wszystkim zdolność uczestnictwa w grze o najwyższą stawkę — definiowanie problemów badawczych, agendy dyscypliny i kryteriów doskonałości.

W tym sensie polska akademia nie tyle „przegrywa konkurencję”, ile została wpisana w rolę podporządkowaną, w której oczekuje się od niej internalizacji reguł ustalanych gdzie indziej, bez realnej możliwości ich współtworzenia. Zachwyt nad rzekomym dobrobytem profesury jest więc nie tylko empirycznie fałszywy, ale teoretycznie naiwny: ignoruje bowiem fakt, że symboliczna równość w polu naukowym bez ekonomicznej równoważności jest jedynie ideologiczną fikcją.

Język samozadowolenia władz MNiSW stał się narzędziem dyscyplinowania akademików. 

Szczególnie niepokojące jest to, że narracja o rzekomym dobrobycie profesury pełni funkcję dyscyplinującą. Skoro „nie jest tak źle”, skoro „na tle kraju to i tak elita”, to:

  • każda krytyka może być uznana za roszczeniowość,
  • każda próba porównania międzynarodowego — za „oderwanie od realiów”,
  • każda refleksja strukturalna — za narzekanie.

W ten sposób język publicystyki zastępuje analizę polityki naukowej, a statystyka krajowa wypiera porównania systemowe. To nie jest niewinny błąd interpretacyjny. To jest mechanizm normalizacji peryferyjności.

Tymczasem nie istnieje coś takiego jak konkurencyjna nauka bez konkurencyjnych warunków pracy.

Nie istnieje globalna rywalizacja bez porównywalnego kapitału ekonomicznego.
Nie istnieje prestiż profesury tam, gdzie jej materialne podstawy lokują ją poniżej poziomu europejskiego minimum.

Dlatego zachwyt nad „dobrobytem” polskich full profesorów nie jest tylko intelektualnie nieuczciwy. Jest szkodliwy systemowo, bo legitymizuje trwanie w modelu, w którym od polskiej akademii oczekuje się ambicji centrum przy zasobach peryferii. A to nie jest strategia rozwoju. To jest strategia zarządzania niedoborem poprzez narrację troski władz państwowych o kulturę akademicką i poziom sukcesów naukowych.  


Ranking wynagrodzeń profesorów tytularnych w poniższych krajach:  

MiejsceKrajint.$ / mies.Relacja do Polski
1️⃣Singapur~14 000 – 18 0003,0 – 3,9×
2️⃣Stany Zjednoczone~10 000 – 13 0002,2 – 2,8×
3️⃣Japonia~6 000 – 8 0001,3 – 1,7×
4️⃣Czechy~6 3001,37×
5️⃣Estonia~6 0001,31×
6️⃣Hiszpania~5 9301,29×
7️⃣Polska~4 6001,00×

 

„Podwyżka” rzędu 3 proc. w 2026 nie zmienia mapy świata:

  • nie przesuwa Polski ani o jedno miejsce,
  • nie skraca dystansu do Japonii,
  • utrwala dystans do USA i Singapuru.

 

Profesor uczelni publicznej w Polsce po „podwyżce” w 2026 roku zarobi rocznie tyle, ile jego odpowiednik w USA w… dwa miesiące. Koszty życia i system podatkowy mocno zmieniają realną siłę nabywczą.

Pozycja profesora w strukturze państwa. Dla porównania:

  • dyrektor departamentu w administracji państwowej: 20–30 tys. zł miesięcznie

  • sędzia / prokurator: 18–25 tys. zł 

  • menedżer średniego szczebla w sektorze prywatnym: 20–40 tys. zł

Profesor już nie jest nawet formalną elitą, ale prekariatem finansowym, bo dzięki temu rząd może kontynuować politykę populizmu. Czyżby konieczny był ogólnopolski strajk akademicki? Czy może urzędujący ministrowie i wice- podadzą się do dymisji? 

*** 

Purchasing power parity data expose a stark and politically inconvenient reality: Polish full professors rank at the bottom of the European academic ladder and far outside the global core. In real terms, their monthly income amounts to roughly 4,600 international dollars—around 30 per cent less than in neighbouring Czechia or Estonia, and more than two to three times lower than in Japan, the United States or Singapore. Yet Poland’s science policy continues to demand performance according to identical global metrics, publication regimes and competitiveness standards. This is not meritocracy but structural hypocrisy: a system that proclaims international excellence while systematically underfunding the very actors expected to deliver it. Official claims about the “relative prosperity” of Polish professors do not withstand comparative scrutiny; they function instead as political narrative management, masking the long-term peripheralisation of academic labour. 





*** 

(Dziękuję AI za pozyskanie danych i tłum. notatki)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam