poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Co ciebie obchodzi, co myślą inni?

 

Wydawnictwo ZNAK opublikowało kolejny tom biograficznych narracji z  życia wybitnego fizyka, laureata Nagrody Nobla - Richarda P. Feynmana. Świetny przekład Rafała Śmietany sprawia, że czyta się tę książkę z zainteresowaniem i poczuciem żalu, że wraz z dotarciem do 297 strony kończy się relacja z wydarzeń, których uczestnikiem był tak genialny uczony XX wieku.

Przywołuję ją, gdyż  są w niej odwołania do nauki, do relacji między naukowcami a władzami politycznymi, a także niezwykle ważne refleksje na temat tego, co jest istotą pracy osób o autotelicznej orientacji w nauce. Doskonale też wpisuje się ta książka w mające miejsce także w naszym kraju próby populistycznego niszczenia nauki i uczonych, by móc realizować cele polityczne z pominięciem lub fałszowaniem naukowej wiedzy. 

We wprowadzającym do całości rozdziale p.t. "Narodziny naukowca", który powstał w okresie zmagania się Feynmana z chorobą nowotworową, pojawia się wyjaśnienie powodu jednostronnej fascynacji własnym obiektem zainteresowań naukowych: 

W sprawach naukowych zawsze byłem jednostronny, a gdy byłem młodszy, koncentrowałem na nich  prawie cały wysiłek. Nie miałem wtedy ani czasu, ani cierpliwości zajmować się tym, co nazywamy naukami humanistycznymi. Mimo, że na uniwersytecie były kursy humanistyczne, które musieliśmy zaliczyć,  przed ukończeniem studiów, robiłem wszystko, co się da, żeby ich uniknąć. Dopiero później, gdy trochę się postarzałem i stałem się spokojniejszy, cokolwiek poszerzyłem swoje horyzonty [s.12].  

Tytułowe motto życia jest przywoływane w tej książce kilkakrotnie.  Trudno się z nim nie zgodzić.  Richard Feynman był także w Polsce. Przyleciał do Warszawy w 1963 r. na konferencję naukową poświęconą problematyce grawitacji. Podzielił się swoją opinią i wrażeniami w liście do żony, który .pisał w restauracji Grand Hotelu w oczekiwaniu na podanie mu obiadu. Musiało to długo trwać, skoro list jest kilkustronicowy, a zawiera niezwykle interesujący zapis doznań noblisty.

Nie jest łatwo zadowolić tak wybitnego uczonego treścią obrad, o których pisał:

Konferencja nic mi nie daje. Niczego się nie uczę. Ponieważ nie robią żadnych doświadczeń, dziedzina ta jest martwa, więc zajmuje się nią niewielu spośród najlepszych. Skutek jest taki,, że jest tu mnóstwo tumanów (126), co nie wpływa korzystnie na moje ciśnienie: wygaduje się tu takie brednie i z powagą omawia tak idiotyczne tematy, że poza oficjalnymi sesjami wdaję się w sprzeczki (powiedzmy w czasie lunchu), ilekroć ktoś zada mi jakieś pytanie albo zaczyna opowiadać o swojej "pracy". 

Ta "praca" jest zwykle: 1. kompletnie niezrozumiała, 2. niejasna i ogólnikowa, 3. poprawna, na jasny i oczywisty temat, ale poparta niesłychanie długą i skomplikowaną analizą i przedstawiana jako ważne odkrycie, 4. opartym na głupocie autora twierdzeniem, że jakiś oczywisty i poprawnie zinterpretowany fakt, od lat przyjęty za pewnik, jest w rzeczywistości błędny (ci są najgorsi; żaden argument nie przekona idioty), 5. próbą dokonania czegoś niekoniecznie niemożliwego, lecz z pewnością  bezużytecznego, która, jak okazuje się na koniec, rzeczywiście jest nieudana (...), lub 6. jest całkowicie błędna [s. 116-117]. 

Feynman uważał, że skoro konferencja dotyczy grawitacji, to powinni uczestniczyć w niej ci, którzy rzeczywiście prowadzą w tym zakresie własne badania i mają coś na ten temat do powiedzenia, a nie że każdy zajmuje się czymś zupełnie innym. Jak każdy amerykański uczony-pragmatyk angażował się tylko w takie badania, które miały sens dla praktyki, coś doskonaliły, poprawiały.  

Obecnie mamy do czynienia z wzmożoną "działalnością na polu", ale "działalność" polega przede wszystkim na udowodnieniu, że, że poprzednia "działalność" kogoś innego zaprowadziła w ślepy zaułek,ie wniosła pożytecznego wkładu w naukę lub przeciwnie - okazała się obiecująca [s.117]. 

Nobliście podobała się nasza stolica. Szczególną uwagę zwrócił na Pałac Kultury i Nauki  jako ten, który warto było zobaczyć. Pisał: Jest to największa budowla w Polsce: Pałac Kultury i Nauki, dar Związku Sowieckiego. Zaprojektowali go rosyjscy architekci.Kochanie, jest niesamowity! Nie mam pojęcia jak go opisać. To najbardziej zwariowana potworność na ziemi! [s. 118]

Posłowie jednej z obecnych komisji sejmowych powinni przeczytać ostatnią część tej biografii, bowiem dotyczy pracy wybitnego fizyka w gronie najwybitniejszych ekspertów mających ustalić przyczyny katastrofy promu kosmicznego  Challenger, która miała miejsce 28 stycznia 1986 r. Zginęło wówczas siedmiu członków załogi. 

Wprawdzie Feynman nie chciał zgodzić się na pracę dla rządu, gdyż z zasady starał się od niego trzymać jak najdalej, ale odczuwał ogromną ciekawość dotyczącą tego (...) co się stało z promem, to jedno. Natomiast dowiedzieć się, o co chodzi w strukturze NASA, to drugie. Poza tym pojawiają się jeszcze bardziej istotne kwestie: co dalej robić? Co chcemy w przyszłości osiągnąć w kosmosie? [s.138]. 

Fascynujący jest zapis jego pracy w "komisji prezydenckiej", która wykonała swoje zadanie w ciągu... czterech miesięcy! precyzyjnie ustalono rzeczywisty powód dojścia do tej tragedii, którym, niestety, kluczową rolę odegrał czynnik ludzki. W książce został opublikowany załącznik do tego raportu autorstwa Feynmana! On sam jednak zwraca też uwagę na to, czego obawiał się przed wyrażeniem zgody na współpracę z komisją, a mianowicie wciskania do treści raportu końcowego politycznych zaleceń. Tak o tym pisze: 

Przez cztery miesiące pracy nigdy nie omawialiśmy, jako komisja, politycznych kwestii tego rodzaju i wydawało mi się, iż nie ma powodu, żeby zalecenie tej treści dołączać do raportu [s.233]. Uczony postawił sprawę na ostrzu noża, albo wtręt polityczny zostanie z raportu usunięty, albo on nie wyrazi zgody na umieszczenie pod nim jego nazwiska. Nasi eksperci nie mieliby tego dylematu? Feynman pytał: Dlaczego mam wypowiadać się nieprecyzyjnie i nienaukowo, kiedy piszę raport dla prezydenta? [s.235]

W dwa lata później Feynman zmarł pozostawiając światowej nauce i kolejnym pokoleniom badaczy nie tylko dzieło własnych odkryć, ale także osobiste przesłanie: 

Jedynym sposobem na odniesienie sukcesu w nauce - na polu, na którym się znam - jest bardzo staranny opis faktów, bez zaprzątania sobie głowy tym, jak sprawy powinny wyglądać. Jeżeli masz jakąś teorię, musisz umieć wyjaśnić zarówno jej silne, jak i słabe punkty. W nauce przyswajasz sobie pewne wzorce prawości i uczciwości [s. 254, podkreśl. moje]. 

Uważał, że tak w polityce, jak i w handlu nie ma ani uczciwości, ani prawości. Ilekroć widzę kongresmenów wygłaszających opinie na jakiś temat, zawsze ciekawi mnie , czy przedstawiają swoje prawdziwe zdanie, czy opinię przygotowaną specjalnie na wybory. To chyba główny problem polityków. Więc często zastanawiam się: jaki jest związek między uczciwością a pracą w rządzie? [s. 255]

Pan raczy żartować, panie Feynman! Przypadki ciekawego człowieka

Nieprzypadkowo sięgnąłem właśnie do tej publikacji. Uczeni nauk społecznych znajdą w niej bowiem już na samym końcu znakomity wykład Feynmana, który wygłosił w 1955 r. w Narodowej Akademii Nauk na temat tego, jaką wartość ma nauka. Czy z nauką zawsze związane jest zło? [s. 285] Miał bowiem świadomość tego, jak silny wpływ na społeczeństwo ma edukacja i właśnie nauki społeczne oraz humanistyczne. 

W grę bowiem wchodzi kwestia moralnych wyborów także przez samych naukowców, to, jakim kierują się światopoglądem. Wiedza naukowa, to moc oddająca w nasze ręce możliwość czynienia czynienia dobra lub zła - lecz moc sama w sobie nie zawiera instrukcji, w jaki sposób ją wykorzystać. Jednakże ma oczywistą wartość - mimo że można ją zanegować użytkiem, jaki się z niej robi [s. 288].   

  Jak przekonamy się z treści tej książki Richard Feynman był nie tylko genialnym fizykiem, wybitnym uczonym XX wieku, z podręczników którego uczyły się fizyki pokolenia na niemalże całym świecie. Może i pedagodzy sięgną do kolejnej książki opowiadającej koleje jego osobistych losów, w które wpisuje się etos pasjonata nauki. 

   Wcześniej ukazała się w biograficznym ujęciu książka "Pan raczy żartować, panie Feynman!", której poświęciłem swoją opinię w książce  wydanej w Impulsie ("Książki (nie)godne czytania"). Wspomnienia Feynmana warto przeczytać. Adeptom szkół doktorskich w naszych uczelniach gorąco polecam te rozprawy, gdyż są one nie tylko okazją do spotkania z wybitnym uczonym, którego pasja badawcza i radość z własnych odkryć naukowych oraz tworzenia rozpalała do pracy innych, ale stawiają przed nami ważne pytanie o to, jaki ma sens naukowa praca.   

      Oficyna Prószyński i S-ka wydała na przełomie XX i XXI w. przekłady  znakomitych wykładów Richarda P. Feynmana - wygłoszonych przez niego w 1963 r. na Uniwersytecie Waszyngtona w Seattle, które poświęcił rozważaniom o życiu, religii, polityce i nauce ("Sens tego wszystkiego"), a następnie zbiór jego esejów naukowych, artykułów, wykładów i wywiadów poświęconych jego wizji świata, nauki i edukacji oraz ich roli w społeczeństwie ("Przyjemność poznawania"). 

  

Nie trzeba przekonywać o wyjątkowej wartości dzieł tak wybitnego autora podręczników szkolnych i akademickich do fizyki. Natomiast pedagodzy powinni znaleźć w powyżej przywołanych publikacjach argumenty natury naukoznawczej i etycznej, które są kluczowe w aktywności poznawczej każdego uczonego z klasą. Znajdziemy w esejach noblisty także refleksje o charakterze dydaktycznym, bowiem Feynman okazał się znakomitym wykładowcą i autorem podręczników. Dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem akademickim i tym, jak radził sobie ze stresem ekspozycji społecznej.          

niedziela, 30 sierpnia 2020

Do jakiej szkoły wrócą uczniowie?

 



Szkoła to przede wszystkim OBECNOŚĆ, bycie razem, z kimś, z innymi, ale i z samym sobą. Trzeba ją przeżyć, żeby żyć. Obecność wiąże się także z byciem przeciwko komuś, wbrew innemu, a nawet wbrew samemu sobie. Przez kilkanaście lat życia każdego dziecka do 18 roku życia władze państwowe serwują mu survival. 

Piszę o uczniach, o dzieciach i młodzieży, których obejmuje powszechny obowiązek szkolny.  Zapewne zaraz obruszy się część nauczycieli, że SZKOŁA TO NAUCZYCIELE, bo bez nich nie ma szkoły. Wszyscy jednak wiemy, że to nieprawda.  

Okres lockdownu potwierdził, że nasze dzieci mogą obejść się bez fizycznej obecności nauczycieli. Nie muszą uczyć się i zdawać sprawozdania z opanowania jakiejś części wiedzy w sposób pośredni a więc w obecności na dystans, pośredniej. 

To "penitenacjarny" nadzór pedagogiczny miał na początku narodowej kwarantanny  problem z tym, w jaki sposób  rozliczyć nieobecną obecność nauczycieli w szkole. 

O ile uczniowie jakoś sobie poradzili z dystansem wobec szkoły, o tyle nauczyciele mieli poczucie, że w tej sytuacji tracą nadgodziny, nie mają zajęć pozaszkolnych i pozalekcyjnych, nie mogą sobie dorobić na zbieraniu truskawek czy jabłek, chociaż tak bardzo zachęcała do tego władza. 

To, co ratuje każdą osobę w szkole, bez względu na to, czy jest ona w niej offline czy online, to poczucie humoru, satyra w krótkich majteczkach, ironia, żart.

Tak, jak w okresie ubiegłorocznych strajków nauczycielskich, kiedy szkoły były niedostępne dla uczniów, środkiem rozprężającym u nauczycieli napięcie emocjonalne, poczucie lęku, obawa o własną przyszłość były wrzucane do sieci filmowe relacje, przeżycia, refleksje, ale i memy,  tak też i w tym roku nauczyciele mogli dodawać sobie otuchy zgodnie z hasłem: "NAUCZYCIELE TO TWARDZIELE".  

Uczniowie nie są od nich gorsi. Potrafią odreagować od szkoły, od swoich nauczycieli wyimkami z sytuacji, które ich samych rozbawiają do łez. Nareszcie mogą czuć się także tymi, którzy oceniają innych, swoich pedagogów wyłuskując ze szkolnego życia zabawne sytuacje, powiedzonka czy zachowania. 

Dawniej nauczyciele mogli wyśmiewać się z uczniowskiej głupoty w pokoju nauczycielskim, a nawet na łamach tygodnika "Przekrój", w którym na ostatniej stronie była rubryka z błędami w uczniowskich zeszytach. Dzięki równoległej przestrzeni  życia uczniowie mogą się odwdzięczyć, wypominając tak rówieśnikom, jak i swoim nauczycielom głupotę i ośmieszające ich zachowania.

Oto jeden z takich materiałów zamieszczonych na YouTube w sierpniu br. pod tytułem "Głupi ludzie w szkole":





Z ponad 860 komentarzy wybrałem następujące (pisownia oryginalna): 

A podobno szkoła dostarcza nam wiedzy ale głupków dalej nie brakuje.

W sumie to chyba każdy w szkole jest głupi pod jakimś względem XD

Najgorzej, kiedy głupi ludzie w szkole zajmują się nauczaniem.

 Tv: gada o szkole Boruciak: gada o szkole Ja: chce przed szkołą o niej nie słyszeć Dzięki za tyle like nigdy jeszcze tyle nie miałam

,,głupi ludzie w szkole" Czyli 3/4 mojej byłej szkoły

 Kiedy na biologii mieliśmy o skorupiakach to przez całą lekcje w głowie grał mi crab rave

Moja przyjaciółka raz na lekcji krzyknęła „Seba zrób mi loda” a pani na to „Był czas na przerwie!”

 Założyłem się z księdzem. Jeśli okaże się, że nie oddałem zeszytu, to dam księdzu dziesięć kitkatów. A jeśli okaże się że oddałem, to dostanę 6. No i wygrałem, lecz oceny nie dostałem.

 Ja w szkole miałam taką sytuację w szkole... Na biologii mieliśmy sprawdzian. Gdy wszyscy skończyli pisać każdy zaczął rozmawiać, grać w pańswa-miasta itp. Jeden chłopak zabrał dziewczynie torbę i rzucał sobie nim z kolegom. Gdy nauczycielka wróciła do sali jeden z nich z panikował i z całą siłą cisną torbę w stronę drugiego. Żle wy celował i torba wypadła przez otwarte okno (sala znajdowała się na 3 piętrze). Na dole znajdował się parking i torba trafił prosto w głowę naszej polonistki, która dopiero przyjechała do pracy i prawie ją z k - o' utował. Leżała na ziemi dobre 20 sekund. Chłopaki dostali uwagi a polonistka traumę

Oddałem nauczycielce zeszyt do sprawdzenia. Po miesiącu dalej nie miałem zeszytu, więc pisałem na kratce. A ta babka mi postawiła pałe bo nie mam zeszytu. Stwierdziłem że będę nosił drugi. Odzyskałem stary po 3 miesiącach i jedyne co usłyszałem to "śmieszna sytuacja, był u mnie w szufladzie"

taki jeden chłopak z mojej klasy dostał uwagę, cytuję " Uczeń wyciągnął znak drogowy z betonowego klocka i gonił kolegę z tym znakiem w ręku próbując go uderzyć ( po godzinach lekcyjnych ) " Przez cały miesiąc mieliśmy z tego bekę

U mnie działo się mało, ale coś tam było. Najlepsze akcje jakie pamiętam: 1. Jeden koleś z klasy wziął ogórka z jakiejś wystawy o zdrowym żywieniu i rozwalił go o ścianę w szatni. 2. Mój kolega, który miał jakąś chorobę nóg i chodził z kulami, gdy go inny typo wkurzył odrzucił te kule na boki, przywalił mu, a potem podniósł kule. 3. U brata starszego ktoś na religii wziął dezodorant i przekłuł cyrklem i zaczęło tryskać pianą. Próbował zatkać palcem, ale podszedł ksiądz i powiedział aby pokazał co tam ma. Ten pokazał i puścił, ksiądz dostał strumieniem piany w twarz i zaczął się drzeć aby wyrzucili to za okno. 4. Też u brata jeden podpalił klasówkę, babka pyta co tak śmierdzi dymem, ale nie zorientowała się. Potem oddał nadpaloną 5. To w liceum, jak mój ojciec dał koledze spisać sprawdzian, a ten tak się wczuł, że zerżnął nawet nazwisko. Potem przy oddawaniu prac nikt się nie zorientował że jedno nazwisko poszło 2 razy

U mnie było tak że nauczyciel zgubił mój sprawdzian z historii i powiedział mi że nie pisałam, ja mu powiedziałam że jestem pewna że pisałam to on mnie wysłał do dyrektorki za to że do niego "pyskuje" i dostałam naganę 😌

Mojego kolegi: uczeń podrzuca plecak do góry, poczym on spadł Moja: Kupiłem w złotuweczce sztuczną kupę i przyniosłem ją do szkoły. Uczeń rzuca kupą na lekcji.

 muszę to tu napisać Mamy kółko komputerowe skończyliśmy coś tam robić A Pani mówi że tera możemy sobie pograć Ja: włączam robloxa jakąś tam gierke z domkami czy coś i w tej gierce była szkoła no to idę do niej i w grze skończyła się lekcją dzwoni dzwonek A to że ten dzwonek był podobny to koledzy się pakują wychodzą z klasy Pani mówi że mamy się pakować A ja że to tylko gra

A moja klasa kiedyś na wycieczce o 2 w nocy wydzwanialismy z telefonów stacjonarnych do nauczycieli i mieliśmy przerombane bo nam nie dość że zabrali Te telefony to jeszcze nasze własne :^ bez telefonów 2 dni super

"Szczeka, wyje, kwacze, specjalnie przeszkadza i utrudnia lekcję. Wysłany do pedagoga - błaznuje w oknie."

U mnie w szkole, na sprawdzenie z chemii było słychać jak dwie nauczycielki drą się przez cały korytarz by ze sobą porozmawiać, i wtedy kolega wstał, otworzył drzwi i powiedział żeby się zamknęły

Raz moja przyjaciółka wbiegła do łazienki i przez całą lekcję z niej nie wychodziła. Okazało się że się zatrzasnęła a Pan Wróżby całe 45 minut próbował ją uwolnić. Teraz ma traumę i nie wchodzi do toalety z szatni

Mój kolega dostał uwagę na plastyce za "próbę zjeścia papieru"

"Uczeń obraża kolege za pomocą alfabetu morse'a" Tru story, kurwą go nazwał

Mój kolega kiedyś dostał uwagę za PICIE Z PUSTEJ BUTELKI

Ja miała zaczepistą uwage : Uczennica gasi światło na korytarzu szkolnym...

 Moja najlepsza uwaga: uczen smieje sie z zamknietych w szatni kolezanek i kolegow; mowi ze ich miejsce jest w zoo (moge Ci wyslac ss z edziennika xD)

Historia: Chłopak z klasy bawił się w przysłowiowego "koksa" i żeby udowodnić że jest mega super to rypnął w szklaną ścianę nogą ściana pękła ale nogą mu tam utknęła więc zbili ścianę a on wylądował w szpitalu od tamtej pory nie możemy w czasie przerwy siedzieć Na holu prowadzącym do szatni pozdrawiam .

 Uwaga mojego przyjaciela: Wyrzucił kartkówkę koleżanki przez okno z 4 piętra

My w trzeciej klasie mieliśmy taką panią która nienawidziła matematyki i nie przerabiała z nami podstawy pewnego dnia zabrała nam zeszyt pod pretekstem sprawdzenia i już nie oddała i do dziś twierdzi że to my zgubiliśmy (teraz ide do 7 klasy)

Ja miałem historię taką, że jednego dnia z kolegą wpadliśmy na pomysł żeby dać jednemu z naszych kolegów w szkole tabletkę na zatwardzenie a potem na przeczyszczenie zastanawiając się jak to zrobić wpadliśmy żeby mu wrzucić do picia 1 dnia kolega nażekał na ból brzucha a drugiego na lekcji matematyki wybiegł z klasy nie pytając się nauczyciela czy może wyjść a my mieliśmy z niego bekę. :)

Ja znam taką uwage od nauczyciela "Nauczyciel poprosił ucznia by poszedł po szmatke do tablicy słowami "Idź na góre znajdź sprzątaczke i załatw szmate" Na co uczeń odpowiedział "Ale czym nie mam kosy przy sobie"  

U mnie kolega wyszedł do toalety a wrócił z kebabem

Mój kolega dostał uwagę za strzelanie ołówkami z własnoręcznie zrobionej kuszy, ordynarne kłamstwo - to ja ją zrobiłem.

 mój kolega raz na religii schował głośniczek jbl i przez pół lekcji puszczał dorime

NIE-NA-WI-DZE SZKOŁY! (Uhu bum bum BUM..) kto pamięta 😂

Mój kolega raz piernął i dostał uwagę: "Uczeń warknął odbytnicą" xD

 A raz moja pani z polskiego powiedziała że wedłóg niej nie powinno być ocen to przez jakąś zasade 4z

 

Ja mam uwage uczeń gra źle w grę planszową (dostałem a to 1)

Ja dostałam uwagę w czwartej klasie o treści "uczennica popchnęła piórnik aby potem wstać i go podnieść" hah

Sytuacja z doradztwa zawodowego: Pani krzyknęła na całą klasę "Nie przeklinać!" Zrobiła się cisza A iż ja jej nie lubiłam specjalnie żeby ją wkurzyć krzyknęłam "KURWAAA!!" Na cała klasę

 

U mnie koledzy z klasy wrzucili do kibla petardę i była afera na całą szkołę. A najlepsze jest to że niestety dostali nawet uwagi.😉

Ja to wgl miałem panią od ang w 1 klasie że było czeba po angielsku spytać czy można do kibla wyjść a jak ktoś coś źle powiedział to nie mógł spytać przez następne 15 minut

Moi koledzy kiedyś wystawili z zawiasów drzwi w szatni i jak przyszedł trener to zgłosili że drzwi są wystawione, wstawili je i dostali za to punkty i plusika z wf'u

Ja w szkole a dokładniej w 4 klasie miałem taką głupią akcję graliśmy w głuchy telefon na godzinie wychowawczej i słowem klucz było "Ala ma kota" ale mój kolega który o zgrozo był ostatni zamiast "Ala ma kota" powiedział "Ala ma kuta" jak się w tedy zaczęliśmy śmiać na szczęście nauczycielka w miarę szybko uspokoiła sytuację

A szkoła to niby najlepszej miejsce na świecie powtarzają nam że będziemy za nią tęsknić.. NO NIE SĄDZĘ XDDDDD (dystans)

Moja klasa też nie należała do normalnych; Pewnego dnia na ostatniej lekcji ukryliśmy głośnik za biurkiem nauczyciela, skopiowaliśmy tekst "Quo vadis" do tłumacza i tak przez całe 40 minut tłumacz z Google po suahili "Quo vadis" czytał...

Ja miałam chyba dość niespotykaną historie z Panem od niemieckiego, a raczej jego bahorem :) Mianowicie jest lekcja czekamy na wyniki testu, jednak ja żadnych nie otrzymuje. Ja: Przepraszam, ale czy Pan mojego testu nie sprawdził? Typ: A wiesz co dobrze że pytasz. Nie jestem w stanie jej sprawdzić. Ja: W jakim sensie nie jest Pan w stanie jej sprawdzić? Typ: Widzisz mój syn egzamin twój pomylił z kartką papieru do rozpałki do kominka, więc została spalona. I jako, że nie zdążyłem jej sprawdzić, będziesz musiała ją jeszcze raz napisać :)

Ja pamiętam jak u nas w szkole, chcieli podpalić gaz pieprzowy w męskim kiblu, niestety skończyło się tak że kilka osób trafiło do szpitala :"/ na szczęście udało się dojść kto to był i mieli nieźle przesrane

Polonista: pies Ktoś: Człowiek Polonista: ODŁOŻYĆ KIEŁBASĘ Ktoś: ALE NiE MaM KiEŁBasY Polonista: no to pasztet Ktoś: ;-; pasztet jest dobry Polonista: nie dla psa —v— 

 


sobota, 29 sierpnia 2020

Zacznijmy wreszcie pracować inaczej, a nie jak za króla Ćwieczka!

 


Kiedy słyszę, że jeden z profesorów od maja trzyma dokumentację wniosku awansowego do jego oceny, bo wciąż czeka, aż powrócą zasady pracy sprzed lockdownu, to zastanawiam się nad tym, dlaczego nikt nie reaguje, nie protestuje przeciwko takiej postawie!  Jak ktoś nie chce, nie potrafi, nie zamierza zmieniać swojego podejścia i stylu pracy, to niech ustąpi miejsca innym, zorganizowanym, proinnowacyjnym koleżankom czy kolegom.  

Pięć lat temu ukazał się przekład książki Frederica Laloux p.t. "Pracować inaczej. Nowatorski model organizacji inspirowany kolejnym etapem rozwoju ludzkiej świadomości". Zwróćmy uwagę na podtytuł. Nie chodzi tu o wymuszenie konieczności zmian w wyniku lockdown'u, ograniczeń powodowanych epidemią COVID-19!, gdyż wtedy jej nie było, ale o możliwości uczynienia profesjonalnych zadań imperatywem osobistej kultury pracy i zaangażowania.   

Dziwię się, że kadry administracyjne i naukowe wciąż pracują tak, jakby świadomość ludzka zatrzymała się na poziomie XX wieku.  Tymczasem za kilka miesięcy wchodzimy w trzecią dekadę XXI wieku, a chcemy pracować jak za króla Ćwieczka.  Doprawdy, nie do wytrzymania jest to uporczywe zmuszanie pracowników do odsiedzenia "... godzin" tylko dlatego, że zarządzający nimi musi ich widzieć.

Już we wstępie do polskiego wydania wspomnianej książki Jacek Wiśniewski pisze:

Praca przestaje być miejscem, które ma tylko dostarczyć środków do życia. W pracy szukamy sensu,realizowania idei większej od nas samych. Stare metody zarządzania "za pomocą kija i marchewki", nie sprawdzają się, bo ich celem jest wymuszanie posłuszeństwa a nie wspieranie poczucia samorealizacji [s. 7]. 

W przypadku edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki, w firmach wymagających od pracowników kreatywności, samorealizacji konieczna jest zmiana kultury organizacyjnej na rzecz wewnętrzsterownego samozarządzania zadaniami profesjonalnymi - czy to w sferze metod,  form, technik i środków (samo-)kształcenia, czy projektowania i realizowania badań naukowych, programowania, ale i zarządzania informacjami, bazami danych itp., itd.

Niestety, w uniwersytetach i w oświacie publicznej nie kształci się kadr administracyjnych, by zmieniły styl swojej pracy, którą mogą znacznie lepiej i efektywniej realizować zdalnie, aniżeli odsiadując godziny w miejscu pracy. Za nami jest dobry wynik takiej pracy w semestrze letnim, która została wymuszona decyzjami władz państwowych. 

Jednak zdobyte doświadczenie, częściowe nauczenie się, nawet metodami prób i błędów, pozwala teraz na doskonalenie procesów samoregulacji zawodowej, aniżeli powracanie do archaicznych form i metod pracy. Świat się zmienia, mamy nowe technologie, coraz lepsze narzędzia do pracy zdalnej, toteż jest najwyższy czas na zmianę także w kulturze nadzoru, monitorowania czy ewaluowania efektów czyjejś pracy. 

Skoro pracownicy dydaktyczno-badawczy mają elastyczny czas pracy, to niech  wykorzystują go efektywniej w pracy online, nie tracąc czasu na odsiadywanie w pokojach dyżurów  w sytuacji, gdy w tym czasie nikt nie jest tym zainteresowany, a oni nie mogę poświęcić się w tym czasie lepszej aktywności badawczej np. lekturze. 

Podobnie jest z zebraniami, naradami, spotkaniami, konferencjami, które z jednej strony pozwalają w trybie stacjonarnym na budowanie relacji, więzi, ale zarazem sprzyjają też pozorowaniu uczestnictwa, zaangażowania itp. Nie postuluję tu całkowitej rezygnacji z bycia czy bywania realnie obecnym w określonym czasie i miejscu, ale afirmuję przejście na model hybrydalny, mieszany tak i w takim zakresie, gdzie to jest na prawdę możliwe i korzystniejsze.   

Nie tylko przez ostatnie miesiące nauczyliśmy się załatwiać wiele własnych i cudzych spraw na dystans, wykorzystując możliwości przesyłania i pobierania dokumentów zatwierdzanych elektronicznym podpisem czy zaufanym profilem. Po co studenci mają stać w długich kolejkach  w oczekiwaniu na możliwość złożenia czy otrzymania jakiegoś dokumentu z dziekanatu? Pracownik może przyjąć stosowny dokument na swoją skrzynkę pocztową o dowolnej porze dnia i nocy.  Ważne jest, by w koniecznym terminie wywiązał się ze swoich obowiązków. 

Jak pracownik naukowy nie pracuje "w modelu domowym", to znaczy, że zbytecznie wypłacamy mu honorarium.  Jak nauczyciel akademicki nie prowadzi zajęć online, to niech przeniesie się do pracy w magazynie jakiejś firmy, albo otworzy klubo-kawiarenkę. Tam może odsiedzieć swoje godziny i wrócić po pracy do domu bez jakichkolwiek dalszych obowiązków.  

Akademicka i nauczycielska profesja wymagają samoregulacji, samosterowności, silnej wewnętrznej motywacji do podejmowania działań nie z przymusu, nie z lęku przed kierownikiem jednostki/placówki, ale dlatego, że zatrudnione w nauce czy/i edukacji osoby chcą realizować się w tym środowisku, poszukiwać i realizować sens zawodu, który powinien im sprawiać satysfakcję, radość, poczucie spełniania siebie. U podstaw takiego działania stoi przekonanie, że pracownicy są leniwi, nieuczciwi, że trzeba nimi kierować oraz kontrolować [s.32].

Można jednak postrzegać pracowników zgodnie z przeciwstawną teorią, w świetle której pracownicy  stają się współtworzącymi i współodpowiedzialnymi wraz z kadrą kierowniczą za wysoką efektywność pracy. Dzięki ich krytycznemu myśleniu i prawu do dzielenia się swoimi uwagami kreuje się warunki do nieszablonowej aktywności zawodowej. To, co jest operacyjnie konieczne do wykonania może być także przez nich doskonalone.  

Pracownicy muszą mieć możliwość podejmowania decyzji i zarazem ponoszenia odpowiedzialności za nie. Ta zaś nie może być wyznaczana karami, straszeniem wywoływaniem lęku, bo z tego nie powstanie wartość dodana. Einstein powiedział kiedyś, że problemy nie mogą być rozwiązywane z tego samego poziomu świadomości, który je spowodował [s.14].  

Potrzebujemy drogowskazów, przecieranych szlaków, ale i buszu, przez który warto się przedzierać, by odkrywać i realizować coś nowego. Tymczasem w profesjach wymagających twórczości, zaangażowania, odwagi, otwartości, a nawet misyjnej pasji trzeba skończyć z ich ustawicznym ograniczaniem dla wygody nadzorców. Trzeba zmieniać kryteria ocen, warunki zatrudniania określając w nich  precyzyjnie to, co jest w tym zakresie konieczne, możliwe, ale też trzeba tworzyć przestrzenie swobody, przyzwalać na autokreację. 

Każdy, kto wyrywa się z szeregu i podejmuje ryzyko nowych rozwiązań,prawdopodobnie spotka się z oporem lub będzie nazywany naiwniakiem, idealistą czy głupcem [s.18]. Jeśli jednak nie będziemy poszerzać pola na zmianę, to utkniemy w schematach, w przyzwyczajeniach, które zapewne gwarantują w dotychczasowym trybie realizację określonych zadań, ale generują też zbyteczną stratę czasu, utrzymywanie w miejscu pracy osób, które więcej pozorują niż wykonują. Niektórzy są mistrzami w opowiadaniu o tym, jak to ciężko i dużo pracują. Kiedy jednak trzeba dowodów na to,  a ich brakuje, to błyskotliwie przerzucają odpowiedzialność na innych lub na zewnętrzne okoliczności ("NIE DA SIĘ", "TO NIEMOŻLIWE", "STARAŁAM SIĘ, ALE ....", itp.).

Szkoły, uczelnie w dotychczasowym (sprzed pandemii) kształceniu są organizacjami generującymi więcej patologii niż korzyści dla wszystkich związanych z nimi podmiotów. Ludzka pomysłowość  nie zna granic, a przełomowe innowacje pojawiają się czasami  nagle  i znikąd. [s.21] Może trzeba rozbijać struktury, by pracownicy mogli budować własne sieci ekspertów, pasjonatów, zaangażowanych w działanie na rzecz tożsamego celu?   

Pandemia jest idealnym momentem na likwidację systemu klasowo-lekcyjnego, także w środowisku akademickim. Niech szefowie zastanowią się, jak rozliczać czas pracy, liczbę godzin dydaktycznych, ale nie przy stacjonarnej tablicy, tylko online oraz niech określą zakres zadań, które można realizować poza ustalonymi na stałe godzinami i stałym miejscem ich wykonywania. Poczucie i poziom zaangażowania w pracę może być oddzielone od szefa i instytucji sprzyjając zarazem realizacji powinności  i afirmowaniu (afiliowaniu) miejsca pracy. 



  

 

piątek, 28 sierpnia 2020

Wydział Nauk o Edukacji Uniwersytetu w Białymstoku pożegnał dwóch profesorów pedagogiki Włodzimierza Prokopiuka i Tomasza Sosnowskiego

 


Okres letnich urlopów, ale i ograniczeń w bezpośredniej komunikacji sprawia, że z dużym opóźnieniem docierają do nas niezwykle przygnębiające informacje o odejściu naszych koleżanek czy kolegów, uniwersyteckich profesorów, których twórcza obecność w środowisku akademickiej pedagogiki przyczyniała się do rozwoju dyscypliny naukowej oraz kształcenia studentów i młodych kadr naukowych. 

Ostatni miesiąc głęboko poruszył społeczność Wydziału Nauk o Edukacji Uniwersytetu w Białymstoku, bowiem w dniu 24.07.2020 zmarł em. profesor Uniwersytetu w Białymstoku - Włodzimierz Prokopiuk,  a 26 sierpnia 2020 r. odszedł w 45 roku życia, tak niedawno mianowany Profesorem Uniwersytetu w Białymstoku - dr hab. Tomasz Sosnowski.


Profesor Włodzimierz Prokopiuk jest wysoce zasłużonym nauczycielem akademickim Uniwersytetu w Białymstoku i Uniwersytetu Warszawskiego. To w filii UW w Białymstoku powołał do życia Zakład Pedagogiki Ogólnej i Metodologii Badań Pedagogicznych. Jest promotorem wielu rozpraw doktorskich  z pedagogiki, w tym szczególnie z pedagogiki filozoficznej i pedeutologii. W 2010 r. wydał jedną z najważniejszych swoich monografii pedagogicznych w Oficynie Wydawniczej "Impuls" p.t. "Nauczyciel na polach humanizacji edukacji", którą kierował do środowisk nauczycielskich, ale zaadresował ją także do swoich współpracowników. Można powiedzieć, że było to  Jego pedagogiczne credo. Świadczy o tom przesłanie ujęte we Wstępie do tej książki: 

Szczególne przesłanie kieruję do moich najbliższych współpracowników, członków kierowanego przeze mnie Zakładu, realizatorów wspólnej „humanistycznej sprawy”, by zwerbalizowane na kartach książki doświadczenia, przemyślenia i wskazania były dla nich inspiracją w dalszym efektywnym prowadzeniu studentów po krętych ścieżkach humanizacji pedagogiki i edukacji, w spełnianiu funkcji naukowo-dydaktycznych na miarę nowoczesnego, europejskiego uniwersytetu oraz w osobistym, zwyczajnie ludzkim „stawaniu się” i spełnianiu. […] 

Miałem okazję poznać Profesora w ramach organizowanych przez moją Katedrę Teorii Wychowania UŁ konferencji "Edukacja alternatywna - dylematy teorii i praktyki" oraz "Pedagogika filozoficzna".   W wydanym po tej ostatniej tomie (współredagowanym z S. Sztobrynem) prof. W. Prokopiuk zawarł interesujący artykuł na temat filozofii edukacji oraz związanych z nią rozterek i nadziei. Był humanistą zatroskanym o kształtowanie szeroko pojmowanej kultury wśród nauczycieli i pedagogów.



Zupełnym wstrząsem dla naszego środowiska było nagłe, zupełnie niespodziewane odejście jakże młodego, utalentowanego i głęboko zaangażowanego w kształcenie pedagogów społecznych, sił społecznych, nauczycieli, wychowawców i animatorów życia społecznego prof. UB Tomasza Sosnowskiego. Zawsze śmierć bliskiej rodzinie, ale i wysoko cenionej profesjonalnie Osoby jest poruszeniem pamięci i emocji, nagłym wywołaniem wspólnych spotkań, zadań czy wymiany akademickiej korespondencji.


W takiej sytuacji aż nie chce się wierzyć, że jadąc do Białegostoku nie spotkam w gmachu Wydziału tak oddanego, serdecznego, zawsze otwartego i perfekcyjnego w realizacji różnych zadań Kolegi, wspaniałego pedagoga społecznego, z którym miałem zaszczyt komunikować się w ostatnich latach Jego niezwykłej aktywności naukowej w związku z różnymi konferencjami. 

Zarówno V Zjazd Pedagogów Społecznych w Białymstoku, IX Ogólnopolski Zjazd Pedagogiczny Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego czy znakomicie organizowane konferencje jubileuszowe Jego Mistrzów z macierzystej Uczelni były współtworzone logistycznie, naukowo i interpersonalnie właśnie przez Tomka Sosnowskiego. Nic dziwnego, bowiem ukończył dodatkowo studia podyplomowe "Menadżer badań naukowych i prac rozwojowych".       

Już w toku studiów działał społecznie jako wolontariusz Caritas Archidiecezji Białostockiej. Po studiach na kierunku pedagogika został zatrudniony w Zakładzie Pedagogiki Społecznej. W 2009 r. obronił rozprawę doktorską p.t. Źródła i czynniki kształtujące modele ojcostwa we współczesnych rodzinach miejskich, którą napisał pod kierunkiem prof. Jadwigi Izdebskiej.  Praca ta została wydana w 2011 r. w Wydawnictwie Akademickim "ŻAK". 

Problem rodziny i roli ojca był kluczowy dla T. Sosnowskiego w jego dalszych, pogłębionych badaniach naukowych, które zaowocowały najnowszą monografią p.t. Ojcostwo w perspektywie pokoleniowej. Studium socjopedagogiczne (Warszawa, 2018).          



     Cieszyliśmy się w środowisku z Jego kolejnego awansu naukowego. Był to niewątpliwy efekt intensywnej i systematycznej aktywności naukowo-badawczej w Zakładzie Pedagogiki Społecznej, którym kieruje prof. UB dr hab. Wioleta Danilewicz.   

W grudniu 2018 r. została powołana w Jego sprawie komisja habilitacyjna na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.  W 2019 r. Rada Wydziału nadała stopień doktora habilitowanego w dziedzinie nauk społecznych , w dyscyplinie pedagogika. Jeszcze nie zdołano wprowadzić tych danych do bazy POL-on, ani na stronie WSE UAM. My jednak wiedzieliśmy o pozytywnym zakończeniu Jego postępowania habilitacyjnego.     

W 2016 r. T. Sosnowski przeprowadził interesujący wywiad ze swoim Mistrzem profesorem Tadeuszem Pilchem na temat IRYTACJI. Opublikował go na łamach utworzonego specjalnie dla i przez młodych doktorów pod patronatem Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN na Wydziale Pedagogiki i Psychologii czasopisma "Parezja". Kiedy przypominam sobie ten tekst w zderzeniu z Jego odejściem, sam jestem pełen irytacji. W świetle pozytywnego podejścia do tego stanu emocjonalnego możemy teraz mieć już tylko nadzieję, że irytacja stanie się czynnikiem prowadzącym do pozytywnej zmiany w polskiej pedagogice.  

Sięgając do myśli T. Sosnowskiego z tego wywiadu - każda pozytywna zmiana bywa okupiona jakimś bolesnym doświadczeniem.  Wielka to tragedia, że odszedł na początku swojej samodzielnej pracy naukowej. Pozostawił nam swoje publikacje, zapisał w naszej pamięci siebie jako wyjątkową Osobę, na której zawsze można polegać. 

Są wśród Jego osiągnięć m.in. takie rozprawy, jak: 

Zagrożenia człowieka i idei sprawiedliwości społecznej (współredakcja naukowa z T. Pilchem, 2013); 

Dobre praktyki wspierające powrót rodziców na rynek pracy na przykładzie lokalnych inicjatyw (wraz z C. Domínguezem Lópezem de Castro, 2014); 

Pedagog jako animator w przestrzeni życia społecznego (współredakcja naukowa z W. Danilewicz i M. Sobeckim, 2016).  


   Żegna młodego Profesora Jego macierzysty Wydział oraz krajowe środowisko pedagogów społecznych. W zamieszczonym na stronie Uczelni Pożegnaniu czytamy:   

Dr hab. Tomasz Sosnowski pracował w Zakładzie Pedagogiki Społecznej na Wydziale Nauk o Edukacji Uniwersytetu w Białymstoku. Był sekretarzem Stowarzyszenia Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych, uznanym badaczem zwłaszcza problematyki ojcostwa i rodziny, bardzo cenionym promotorem prac dyplomowych, osobą pełną energii i inicjatyw.  

Dr hab. Tomasz Sosnowski od początku pracy zawodowej łączył pracę naukową z działalnością społeczną. Już jako początkujący naukowiec tworzył m.in. ośrodek Caritas w Bia­łymstoku oraz Ośrodek dla Bezdomnych w Bia­łymstoku. Przez wszystkie lata pracy naukowej angażował się w prace organizacyjne na rzecz Zakładu Pedagogiki Społecznej, Wydziału Nauk o Edukacji i Uniwersytetu w Białymstoku.

Dorobek naukowy dr. hab. Tomasza Sosnowskiego zawiera ok. 100 publikacji. Skła­dają się na nie: monografie autorskie i współautorskie, współredakcja ośmiu prac zbiorowych, członkostwo w radach redakcyjnych. Jest autorem ok. osiemdziesięciu artykułów w czasopismach naukowych oraz rozdziałów w monografiach zbioro­wych.

Tomasz Sosnowski aktywnie pracował na rzecz środowiska pedagogów, zwłaszcza pedagogów społecznych. Był współzałożycielem i sekretarzem Sto­warzyszenia Ruchu Pedagogów Społecznie Zaangażowanych. Był także aktyw­nym członkiem Zespołu Pedagogiki Społecznej KNP PAN, Członkiem Zespołu Pedagogiki Młodzieży KNP PAN.

Dr hab. Tomasz Sosnowski prowadził zajęcia dotyczące pomocy i wsparcia człowieka oraz koło naukowe, które inspirowało kolejne roczniki studentów do pracy na rzecz innych.

Był manifestacyjnie życzliwy dla całego swojego środowiska zawodowego, niezależnie od rangi naukowej. Nie ograniczał się w tej roli do lokalnego środowiska Białegostoku, lecz miał serdeczne relacje z większością zawodowego środowiska pedagogów społecznych w całym kraju.


 


 



         

czwartek, 27 sierpnia 2020

W częstochowskiej stylistyce o (nie-)pewnej habilitacji

 




Raz pewna teściowa syna dziennikarza

marudziła, że chce się habilitować.

On zaś jest personą, co się dzisiaj zdarza,

która w peerelu potrafiła knować. 


Oponował władzy będąc w opozycji,

odsiedział w więzieniach za niegodne czyny 

Teraz może czerpać korzyści z tradycji.

jako osobowość bez skaz i bez winy.

 

Poszedł do ministra o synową zadbać,

ten jednak nauce się nie sprzeniewierzył.

Nic to nie pomogło. Szef nie dał się nabrać: 

"nie każdej osobie stopień się zależy".


Oceną się zajmie aż trzech recenzentów,

zaś zięć nie powinien wcześnie siać paniki.

Minister nie wpłynie na tych decydentów, 

bowiem trzeba czekać na obrad wyniki.


Pani, co to chciała mieć habilitację,

zapewniła sobie formalne zaplecze.

Skrupulatnie wcześniej podjęła już akcję,

wiedząc, że ów proces trochę się przewlecze.


Trudno teraz dociec, z kim spała i po co,

Ważne, że znalazła g(ł)odnych swojej akcji

profesorów, którzy z nią marzyli nocą,

jak to będzie pięknie w okresie wakacji.


Kupiła im wczasy, gdzieś w dalekim świecie,  

żeby mogli swoją recenzję napisać.

i tym samym wdzięczność okazać kobiecie.

Wszystko szło jak z płatka. Książkę mogła wydać. 


Pierwsza z "zakupionych" w ten sposób opinii 

była pozytywna, dzieło więc wydano. 

To jednak sukcesu nikomu nie uczyni 

mimo, że zawczasu coś obiecywano.


Kto tam mógł przewidzieć, że wśród członków grona  

recenzentem będzie jeden z wielbicieli,

którego moc darów z kobiecego łona

nie sprzyjała temu, by dzieło przemielił.


Słaby zasób rozpraw wspomnianej osoby 

nie został przyjęty przez członków komisji.

Organ uczelniany w składzie tamtej doby

nie nadał jej stopnia, w duchu własnej misji.  


Odmowa w uchwale sprawy nie zamknęła

Kto by chciał porażki przy tylu zadęciach?

Sfrustrowana pani do władzy pomknęła,

oczekując rychło oponentów ścięcia.


Stać ją, więc być może niejednego kupi, 

oczekując znowu wsparcia w tym procesie 

Już się przekonała, że znajdzie się głupi,

co treść odwołania spisze i przyniesie. 


Skleci  jakiś pozew do władzy z centrali, 

by go rozpatrzyła w trosce o tę panią.   

Ona bowiem wielka, a oni są mali,

Co z habilitacją? Zasłużyła na nią.


Może ból uśmierzy, skarżąc się fundacji

której to prezesem jest pseudouczona

Ona ją zrozumie, bo habilitacji   

też niedocenionej była pozbawiona.


Tak to w naszym kraju można o coś walczyć

nie mając de facto znaczących osiągnięć  

Ważne, by odbiorcom dowodów dostarczyć

że jej publikacje też były bez potknięć. 


Cóż im pozostało. Zamiast się poprawić 

napisać coś dobrze, by uwag nie było.

Tacy wolą innych sukcesy podważyć, 

żeby Schadenfreude wreszcie się spełniło.


Zbyt słabi doktorzy sobie nie poradzą,

Trafnie pozbawieni są habilitacji.

Teraz niech przeproszą ich ci, co im kadzą 

stając się sprawcami  swych niegodnych akcji.



  


 


 



 



 

 








 


 

  

 




 

środa, 26 sierpnia 2020

Nieliczne absolwentki studiów pedagogicznych chcą lub mogą podjąć pracę naukową w uniwersytecie czy akademii

 


Jak sygnalizują mi po jakimś czasie absolwenci mojego seminarium magisterskiego, do pracy na uczelni trzeba się niejako urodzić i/lub mieć środki do życia. Pedagogikę studiują przede wszystkim kobiety, które po założeniu rodziny koncentrują się na macierzyństwie, trosce o rodzinę, a często także poświęcają swój czas opiece nad rodzeństwem czy starszymi już rodzicami. Trudno jest im pogodzić pracę naukową z rolami, które stanowią dla nich ważny sens życia. 

Kiedy młodych adeptów studiów można było zatrudnić na stanowisku asystenckim, w ramach którego miał czas na dojrzewanie do równoległych ról: nauczyciela akademickiego, dydaktyka szkoły wyższej, edukatora dorosłych, archiwisty, diagnosty, metodologa badań społecznych i badacza-praktyka można było liczyć na wysoki poziom dysertacji doktorskich. 

W naukach humanistycznych i społecznych pośpiech jest nie tylko złym doradcą, ale i czynnikiem redukującym poziom koniecznego zaangażowania w samokształcenie i weryfikowanie własnych kompetencji. Trzeba bowiem nie tylko prowadzić ponad 200 godzin zajęć dydaktycznych, ale też czytać, bada i publikować wyniki dociekań w okresie o połowę krótszym, niż miało nań moje pokolenie, bo trwającym zaledwie cztery lata. 

Są wśród doktorantów tytani pracy naukowej, osoby wybitnie uzdolnione, ale muszą mieć zapewniony spokój i wparcie tak w środowisku rodzinnym, domowym,  jak i przyzwolenie na eksperymentowanie, podejmowanie ryzyka i działanie wykluczające ageistyczną i rywalizacyjną, czyli bezinteresowną  zawiść. 

Być może dlatego mamy coraz mniej rewolucyjnych rozpraw doktorskich, nie mówiąc już o habilitacyjnych. Jedni ścigają się z drugimi lub wykonują swoje rzemiosło pod wpływem formalnego ciśnienia czy zagrożenia utratą miejsca pracy. 

Uniwersytety stały się bowiem miejscami troski socjalnej o tych, którzy od lat prowadzą ćwiczenia, wykłady, ale nie zamierzali i nie chcą angażować się w rozwój nauki, a tym samym własny. Im wystarczy bezpieczeństwo socjalne. Po kilkunastu latach napiszą z Bożej Łaski doktorat, a rada jednostki nada im z poczuciem wdzięczności stopień naukowy doktora. Dziekan zapewni awans na stanowisko adiunkta i znowu przez kilkanaście lat będą trwać, kształcić innych bez jakichkolwiek korzyści dla własnej dyscypliny naukowej.

Dobrze zatem się stało, że ministerstwo zmieniło prawo gwarantując wiecznym adiunktom nie tylko stanowisko wykładowcy, ale także stwarzając im możliwość zatrudnienia na stanowisku dydaktycznym. Proporcje między dydaktykami a naukowcami sprawiają, że w danej uczelni określona dyscyplina naukowa będzie miała szanse na swój dalszy rozwój, istnienie po ewaluacji w 2022 r., albo zostanie wymazana wraz z uzyskanymi dotychczas uprawnieniami do nadawania stopni naukowych. 


wtorek, 25 sierpnia 2020

W ciągu półrocza odeszło dwóch wybitnych pedagogów, promotorów alternatywnej edukacji

 


Dopiero niedawno dowiedziałem się, że 26 lutego 2020 r. zmarł David Gribble, znakomity pedagog,  nauczyciel szkoły Sands,  autor przetłumaczonej na język polski książki o wolnych szkołach, szkołach demokratycznych. Wydanie jego książki było możliwe dzięki temu, że przyjął moje zaproszenie i wziął udział w Międzynarodowej Konferencji "Edukacja alternatywna - dylematy teorii i praktyki"  zorganizowanej przez Katedrę Teorii Wychowania w Uniwersytecie Łódzkim w dn.14-16.04.2005 r. 


Był tak zachwycony naszym środowiskiem, znajomością Summerhill i otwartością na demokratyczną edukację, że wyraził zgodę na przekład i wydanie jego książki z 1998 r. p.t. Real Education. Varieties of Freedom. Świetnego przekładu dla  Oficyny Wydawniczej IMPULS w Krakowie dokonała Zofia Grudzińska, będąca z Davidem Gribble od lat w kontakcie i promująca idee szkoły alternatywnej. On sam napisał we wstępie, jak po trzydziestu latach pracy w szkole Dartington Hall powołał do życia alternatywną szkołę Sands opierając ją na bardziej radykalnych zasadach od poprzedniej. 

Dopiero po przejściu na emeryturę zdałem sobie sprawę, ile można się nauczyć, obserwując pracę innych  szkół rozsianych po całym świecie. Łączą je te same zasady i ideały, ale w każdej wypracowano odmienne sposoby przekształcania ich w praktykę [s.9].   

Jego szkoła powstała w opozycji do szkoły publicznej, tradycyjnej, w wyniku poszukiwania idealnego modelu kształcenia. Podobnie jak wszyscy kontestujący szkolnictwo państwowe nie godził się z tym, by szkoła: 

- więziła dzieci zgodnie z obowiązującym prawem; nie pozwalała im postępować zgodnie z ich oczekiwaniami i zainteresowaniami;  niszczyła osobowość dzieci; 

- nie dostrzegała, jak ważne są inklinacje dziecka do naturalnego uczenia się; 

- nie marnowała czasu pobytu dzieci w szkole zmuszanych do wysłuchiwania nauczyciela, który ma za zadanie "produkowanie ludzi powierzchownie wykształconych", a w istocie sfrustrowanych, będących bezwzględnymi egoistami, posłusznych, konformistów; 

- nie wbijała do głów uczniów zbytecznej, nieinteresującej wiedzy i nie kształciła kompletnie im niepotrzebnych umiejętności; 

- nie była obojętna na potrzeby uczniów i nie tłamsiła ich wrodzonej energii oraz nie gasiła szczodrych odruchów spontanicznej dziecięcej moralności.  

fot. Plakat źródeł inspiracji, z których korzystał D. Gribble tworząc własną szkołę Sands. 

Żaden rząd nie potrafił uczynić szkoły miejscem idealnym dla dzieci - czy to przez poszerzenie wykładanego w niej programu, zakup dodatkowych komputerów, czy zwiększanie liczby nauczycieli w stosunku do liczby uczniów. Szkołą idealna powinna być miejscem, w którym panuje zupełnie odmienna atmosfera [s. 10].  

Gribble prowadził szkołę wychodząca od dziecka, a więc taką, której absolwent (...) powinien być człowiekiem szczęśliwym, otwartym na potrzeby innych, uczciwym, pełnym entuzjazmu, tolerancyjnym, pewnym siebie, wszechstronnie poinformowanym, umiejącym się wysłowić, mającym wyrobiony zmysł praktyczny, zdolnym do współpracy z innymi i elastycznym w postępowaniu, twórczym,  zdeterminowanym i świadomym swej indywidualności, człowiekiem, który zna swe uzdolnienia i zainteresowania, znajduje przyjemność w ich rozwijaniu i pogłębianiu oraz zamierza robić z nich dobry użytek. Powinien to być  ktoś, kto troszczy się o dobro innych ludzi, ponieważ o jego dobro równie starannie się troszczono [s. tamże].    

Książka Davida Gribble jest opisem osiemnastu szkół alternatywnych na świecie, w których dzieci darzone są ogromnym szacunkiem (...) i wierzą, że należy om pozwalać na naturalny rozwój, aby stawały się naprawdę sobą. W tych szkołach dzieci nie są gliną, którą należy ulepić w zadany z góry kształt, ani pustymi garncami czekającymi aż się je wypełni z góry określoną treścią [s. 11-12]. 

Dzięki tej publikacji dowiadujemy się, że przełomem w tworzeniu szkół antyautorytarnych, szkół zorientowanych na rozwój każdego dziecka było i jest znacznie więcej, niż Summerhill, o której najczęściej jest mowa w podręcznikach z historii oświaty.  Gribble poznał każdą z opisanych szkół, toteż niezwykle interesujący jest ich ogląd z perspektywy wrażliwego na pedagogikę pajdocentryczną i doświadczonego nauczyciela. 

Znajdziemy w tej etnopedagogicznej monografii niezwykle interesujące przykłady konkretnych rozwiązań, reguł wewnątrzszkolnego życia, dylematów rodzicielskich i nauczycielskich, które wynikały z ich własnych doświadczeń szkolnych, kiedy byli uczniami szkół tradycyjnych. Są tu wypowiedzi uczniów, nauczycieli i rodziców, w których odsłaniają wartość edukacji alternatywnej oraz stereotypowe myślenie na jej temat.         

      Warto zapoznać się z podejściem pedagogów do problemów oceniania uczniów, ewaluacji jakości wykształcenia, strategii elementarnego przygotowania do uczenia się oraz komunikacji z rodzicami uczniów. Książka Griobble'a jest narracją przygotowanego do badania szkół alternatywnych nauczyciela, który nie miał do ich koncepcji żadnych uprzedzeń. Był otwarty nie tylko na potwierdzenie opisów ich modeli i ofert edukacyjnych, ale przede wszystkim na odkrywanie tego, co wpisało się w doznania uczniów i ich rodziców oraz nauczycieli. 

David Gribble jest autorem tak znakomitych rozpraw o szkolnictwie alternatywnym, humanistycznym, spersonalizowanym, jak (hiperłącze jest do publikacji w otwartym dostępie, toteż  można sobie je ściągnąć i przeczytać):     

 - Considering Children (niem. edycja: "Auf Seite der Kinder: welche Reform braucht die Schule?"); 

- That's all, folks . Dartington Hall School - Remembered; 

- A really Good School. A satirical novel about a really bad school); 

- Children don't Start Wars

- Worlds Apart. Libertarian Education; 

- A Visitor from Erewhon

- Escape from Tradition; 

- Lifelines. 

Mam nadzieję, że znajdzie się w kraju uczony, który będzie kontynuował badania tego typu szkół alternatywnych na świecie z możłiwością zainspirowania do innej edukacji polskich nauczycieli.    

**** 



Natomiast w dn. 21 sierpnia 2020 r. dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci kolejnego, wybitnego nauczyciela i edukatora w zakresie innowacyjnych modeli kształcenia dzieci i młodzieży - Sir Kena Robinsona

Jego prelekcja na konferencji TED, którą obejrzało ponad 10 milionów nauczycieli na świecie, uczyniła go sławnym, także w Polsce. Królowa Elżbieta nadała mu w 2003 r. tytuł szlachecki właśnie za rozsławienie brytyjskiej pedagogiki alternatywnej dzięki współpracy z rządami państw europejskich,  USA i Azji. 

W Polsce ukazały się dzięki Wydawnictwu Element przekłady takich publikacji tego pedagoga, jak:

- Wychwycić żywioł. O tym, jak znalezienie pasji zmienia wszystko (Kraków 2012); 

- Odkryj swój żywioł. Jak odkryć  swoje talenty, odnaleźć pasję i zmienić swoje życie (Kraków 2015) 

- Kreatywne szkoły. Oddolna rewolucja, która zmienia edukację (2015). 

Profesor Uniwersytetu Śląskiego Andrzej Murzyn napisał i wydał monografię poświęconą pedagogicznej myśli Sir Kena Robinsona, dlatego nie będę w tym miejscu dokonywał ich nawet skróconego opisu. Warto podjąć studia nad przesłankami rewolucji kształcenia na świecie, także w zakresie edukowania i doskonalenia nauczycieli. 


Pragnę zauważyć, że wszystkie te publikacje są wykorzystywane przez wielu nauczycieli szkół niepublicznych, gdyż mają oni autentyczną swobodę doboru i kreowania innowacyjnych metod, form i środków kształcenia. Tylko nielicznym nauczycielom szkół publicznych powiodło się wprowadzenie parcjalnych zmian w organizacji i metodyce kształcenia.   

Czy będą następcy D. Gribble'a i Sir K. Robinsona? W jakim kierunku  będzie zmieniać się edukacja alternatywna na świecie? Może dzięki niej dojdzie znajdzie szybciej do koniecznej rewolucji także w szkolnictwie publicznym?      




poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Łódzki wojewoda odwołał kuratora oświaty, by ...

 

Od 25 sierpnia łódzki kurator oświaty - dr Grzegorz Wierzchowski miał prowadzić narady z dyrektorami placówek oświatowych, które podlegają jego nadzorowi pedagogicznemu. Terminy zapewne zostaną utrzymane, bo przecież władza musi ustalić priorytety kierowania kadrami kierowniczymi tak, by realizowana była linia programowa (ideologiczna) partii władzy. Tymczasem w piątek 21 sierpnia został on odwołany przez wojewodę łódzkiego - Tobiasza Bocheńskiego za zgodą ministra edukacji Dariusza Piontkowskiego

Media akcentowały, że powodem dymisji była wypowiedź łodzianina w kwestiach ideologicznych. Obejrzałem cały program, żeby przekonać się, czy ta teza jest słuszna. Moim zdaniem, nie jest.      

W programie Telewizji TRWAM  - "Rozmowy niedokończone" wzięło udział dwóch kuratorów oświaty, a nie tylko jeden, łódzki. Bardzo rzeczowo wypowiadała się na temat problemów kształcenia w pierwszej fali pandemii i zamknięcia szkół kurator małopolskiej oświaty - Barbara Nowak.  Łódzki kurator był jedynie dopowiadającym, wskazującym na lokalne problemy, ale mówił ogólnikowo, powierzchownie. Powtarzał opublikowane przez MEN zasady organizacyjne, jakie mają obowiązywać od 1 września br. 

Prowadzący z wysoką kulturą rozmowę O. Benedykt Cisoń CSsR zaczął od tego, że to społeczeństwo podzieliło się (a nie zostało podzielone) w okresie kampanii prezydenckiej na dwie strony sporu ideowego (dlaczego nie więcej?), które dotyczą kształtowania tożsamości uczniów. Zaczął zatem od kwestii edukacji zdalnej w okresie pandemii, by po 20 minutach przejść do spraw ideologicznych mówiąc: 

Połowa społeczeństwa to tożsamość katolicka, tożsamość chrześcijańska, patriotyczna, a druga część społeczeństwa to tożsamość bardziej wyzwolona, tolerancyjna, z flagą tęczową  i europejską", toteż pytał "Do jakiej szkoły wrócą dzieci, wróci młodzież?

Kurator B. Nowak wyraziła zadowolenie, że wreszcie uczniowie wrócą do szkół, bo nie ma lepszego wpływu na nich jak bezpośredni wpływ. Podzieliła się niepokojem, że w szkołach jest wewnętrzne zagrożenie ze strony  nauczycieli, którzy (...)  są po genderowych studiach, w czasie których nauczyli się, jak mają mówić na każdej lekcji do uczniów. Nie wolno im mówić o stereotypach dotyczących płci, zakłamując w ten sposób przekaz cywilizacyjny, jaki mamy. (...) Ci ludzie mówią do naszych dzieci o cipkach, penisach, waginach, mówią o ich dobrostanie, a nie o wartości życia. Mówią, że seks jest najważniejszą sprawą w ich  życiu, że mają eksperymentować, bez żadnych konsekwencji. Wychowuje się w ten sposób egoistów. 

Małopolska kurator zachęcała rodziców, którzy czują się katolikami, by jednak aktywnie włączali się w życie szkoły mimo swojego zapracowania. Do obowiązku rodzica-katolika należy promowanie życia zgodnie z jego wartościami, aktywy udział w życiu szkoły. Rodzice mają zatem przejmować trójki klasowe, być przewodniczącymi komitetów rodzicielskich (to błędne określenie, bo w ustawie nie ma takiego organu!) i brać udział w układaniu programu profilaktyczno-wychowawczego. Tylko taki układ sprzyja (...) tworzeniu wspólnoty rodziców, nauczycieli i dyrektora i pozwala na minimalizowanie tego złego, co przychodzi z zewnątrz

Z udziałem szkoły państwo ma (...) odzyskać cały obszar kultury przez środowiska prawicowe, bo dzisiaj przekaz lewicowy jest wyłącznie obowiązującym. (...) Trzeba ratować dzieci przed bardzo wulgarną, paskudną ideologią. 

Z wypowiedzi kurator dowiedziałem się, że: 

* polska młodzież wychowuje się na grach komputerowych, które upowszechniają ideologię LGBT, ideologię gender, gdyż  tworzą je osoby o poglądach lewicowych. Zastanawiałem się, co uczyni z tą tezą premier M. Morawiecki, który zamierza budować potęgę Polski w dziedzinie tej technologii. Może wypowiedzą się w tej kwestii eksperci, bo nie przypuszczam, by pani kurator była tu specjalistką. Nie podała żadnej z nazw takich gier.  Natomiast wskazywała jeszcze na kolejne zagrożenia:  

* młodzież ogląda filmy na Netflix, w których nie ma mowy o wartościach; tam jest mocny przekaz ideologiczny gender i LGBT. Trochę się zmartwiłem, bo oglądałem znakomity serial historyczny właśnie w Netflix'ie "The Crown", więc nie wiem, czy służby już mnie nie namierzyły i nie zamierzają ukarać?   

* Podobnie źle jest w kulturze, w teatrach,  bowiem (...) twórcy o prawicowych poglądach nie mają możliwości zafunkcjonowania; 

* Środowiska LGBT mówią młodzieży, że może sobie swobodnie wybrać płeć (spośród 56 rodzajów płci kulturowych), bo płeć biologiczna nic nie znaczy;  

* WHO publikuje matryce postulujące seksualizację dzieci, ale nie bierze odpowiedzialności za realizację tych założeń; 

* To ideologia neomarksistowska, ideologia gender ma na celu zniszczenie rodziny, cywilizacji, Kościoła, a przy tym ma lepsze środki przekazu-internetowe, ogromne pieniądze. Informacja o prawdziwych założeniach tej ideologii powinna trafić do rodziców, do Polaków.   

Na końcu rozmowy małopolska kurator wyraziła zadowolenie z przewidywanego (...) połączenia resortu edukacji z resortem szkół wyższych, by kształcono nauczycieli, z którymi chcemy pracować w szkołach. 

Łódzki kurator zgodził się z powyższymi poglądami. Wzmacniał ten przekaz przykładami, ale nie z Polski, tylko z Niemiec, gdzie są podręczniki już dla dzieci w zakresie edukacji seksualnej. Twierdził, że w Niemczech (...)  są ćwiczenia, w ramach których dzieci mają zaprojektować dom publiczny i swoją rolę w tym domu i pytał, czy tak chcemy wychowywać nasze dzieci, na redukcji człowieka do popędu seksualnego?  

* Piewcy genderyzmu doprowadzili do twierdzeń poza nauką, logika i rozumem. To nie jest przypadek, że chcą ten wirus LGBT, wirus ideologii. On jest znacznie groźniejszy, bo to jest wirus dehumanizacji społeczeństwa, dehumanizacji młodych ludzi, odebrania im wartości. Dla nich jedyną wartością jest to, że nie ma żadnych zasad, nie ma żadnych wartości, wszystko wolno. (...) Zawłaszczono sferę publiczną, a teraz usiłuje się zawłaszczyć szkołę;

* Za ks. Oko potwierdził, że genderyzm jest mutacją marksizmu, to jest neomarksizm, neokomunizm uderzający przede wszystkim w rodzinę, Kościół. Kto tak uważa, jest natychmiast nazywany homofobem. Mamy do czynienia z dyktaturą osób w zdecydowanej mniejszości;     

* Człowiek wykształcony, używający swojego rozumu powinien takie szkodliwe ideologie odrzucać; 

* Nastąpiło zawłaszczenie języka przez ideologów lewicy: patriotów nazywa się faszystami; Kurator podawał przykłady skandalicznego zakupu przez samorząd słupski jakichś deprawujących młodzież aplikacji, które ją seksualizują; edukacja seksualna nie jest żadną edukacją tylko propagandą seksualizmu, a za tym idzie przemysł pornograficzny; 

* Nauczyciel jest kluczową postacią w systemie edukacji. Reforma musi zająć się tą grupą. 

Potem była dyskusja z udziałem radiosłuchaczy. Czy jak dojdzie do władzy opozycja, to trzeba będzie odwrócić zwrotnicę ideową, a minionych funkcjonariuszy "wyrzucić na śmietnik historii"?  

Kurator G. Wierzchowski uspokajał dyrektorów placówek, że będą mieli wsparcie ze strony inspektorów sanitarnych. Nie jest to kompetencja kuratora oświaty, tylko władz samorządowych, toteż dziwię się eksponowaniu w tej kwestii roli nadzoru pedagogicznego. Kurator nie miał bowiem nic do powiedzenia w kwestiach pedagogicznych, dydaktycznych a odnoszących się do kształcenia zdalnego czy hybrydalnego. 

Po co zatem kurator oświaty? Dlaczego samorządy godzą się na to, by to ten organ mówił o tym, czy dyrektorzy są przygotowani i zabezpieczeni w zakresie bezpieczeństwa i organizacji pracy, skoro nie ma o tym pojęcia?

W kraju trwa od dłuższego już czasu ostry konflikt ideologiczny, konflikt światopoglądowy, którego sprawcami, ofiarami i świadkami są konkretni ludzie, po obu stronach wojny polsko-polskiej. Zaproszenie kuratora oświaty przed rozpoczęciem roku szkolnego do studia telewizji TRWAM nie było przypadkowe i chociaż miało służyć refleksji na temat tego, czy przedszkola, szkoły wszystkich typów i podlegające mu placówki są przygotowane do kolejnej fali pandemii, to jednak zostało skoncentrowane na powyższym konflikcie wartości. 


Zostało podtrzymane palenisko, by nie zgasł ogień wzmacnianej w kampanii prezydenckiej wrogości. Oświata państwowa, a nie publiczna (połowicznie publiczna), ma służyć każdej władzy stanowiącej odgórnie i w zgodzie z linią partii o tym, jakie wartości, a raczej wartości której ideologii mają bezwzględnie obowiązywać w programach i praktyce kształcenia oraz wychowywania młodych pokoleń. 

Nie ma co się oburzać. Społeczeństwo samo dokonało wyboru, toteż musi się jemu podporządkować. Tak postępują formacje władzy od 1993 r., kiedy odzyskała panowanie postkomunistyczna lewica. Przetarła szlaki dla przywrócenia centralizmu państwowego w oświacie, do czego walnie przyczyniła się - jak na ironię losu - rzekomo solidarnościowa formacja polityczna, jaką była Akcja Wyborcza "Solidarność". To AWS nie dopuścił do decentralizacji, a więc i regionalizacji, demokratyzacji szkolnictwa.  

Po co obrażać się na PiS i jego koalicjantów, skoro sami tego chcieli członkowie rzekomo obywatelskiej partii, która "sprzedała" wartości "Solidarności" otwierając drogę do korupcji, arogancji, kumoterstwa i wielu innych patologii w strukturach zarządzania państwem. Obecna władza dobrze się tego nauczyła, jednak różni ją od poprzednich to, że ma jednoznaczny kierunek aksjologiczny, który wykorzystują także do swoich celów różne organizacje i podmioty w sferze publicznej, gospodarczej, zdrowotnej itd. 

PiS nie miota się jak PSL czy PO od ściany jednej ideologii do drugiej, tylko konsekwentnie realizuje własną, miejscami i czasami w skrajnej postaci ideologię konserwatywną. Jego posłowie i senatorowie mówią bez jakiegokolwiek skrywania przed opinią publiczną, że polityka to jest GRA o TRON, a nie racjonalna troska o dobro wspólne. Uczestnikami tak rozumianej polityki byli i są członkowie, posłowie, senatorowie  i działacze opozycyjnych partii politycznych. Dlaczego mieliby nie mieć prawa do głoszenia własnej ideologii? 

Być może dlatego im się tego odmawia, że jest ona w sprzeczności z Porozumieniami Sierpniowymi 1980 r. , a więc szeroko pojmowaną platformą otwartości na różne ideologie i wartości, o co walczyło ówczesne pokolenie. Może dlatego, że część z polityków prawicy zdradziła ideały "Solidarności", bo nagle przechrzciła się z nomenklatury PZPR na afirmatorów ideologii konserwatywnej. 

W szkole podstawowej, w której pracowałem na początku lat 90., nauczycielka-sekretarz PZPR jeszcze w 1989 r. wywieszała plakaty o Zjeździe swojej partii, a już w 1990 r. zaczynała lekcje od modlitwy. Podobnie było na uczelniach. Pierwsi sekretarze PZPR, partyjna nomenklatura nagle stawała się zwolennikiem wolności wyznań i poglądów. Adiunkci-nieudacznicy uciekli do struktur oświaty państwowej, potem publicznej lub innych podmiotów samorządowych, by na emeryturze krytykować minione i obecną władzę.     

Konstytucja III RP z 1997 r. w wymiarze aksjonormatywnym miała gwarantować fundamentalne prawo do budowania społeczeństwa demokratycznego, otwartego, tolerancyjnego dla wszystkich obywateli kraju, tych o światopoglądzie świeckim, lewicowym, liberalnym lub konserwatywnym. Niestety, każda formacja władzy dewastowała to prawo. Każda ma swoich liderów, beneficjentów, ofiary i świadków.  

Być może zwolnienie łódzkiego kuratora oświaty wcale nie jest następstwem czyjejkolwiek interwencji, tylko otwarciem mu awansowej ścieżki do struktur władz centralnych. Niby dlaczego akurat łódzki wojewoda miałby być skuteczniejszy od małopolskiego? Prawicowe medium wskazuje na to, że przyzwolenie Piontkowskiego na odwołanie kuratora Wierzchowskiego jest skandalem. Może zatem testowano, czy warto jeszcze inwestować w niego? To jednak są moje spekulacje. 

Nie ulega wątpliwości, że odwołanego kuratora trzeba wynagrodzić, bo doznał nieuzasadnionej krzywdy za swój światopogląd. Czyż nie? 

  



niedziela, 23 sierpnia 2020

O (nie-)stosowanej humanistyce profesora Lecha Witkowskiego

 


Każda z książek profesora Akademii Pomorskiej w Słupsku, filozofa - Lecha Witkowskiego stanowi znaczący wkład w rozwój  współczesnej humanistyki. Nie warto rezygnować z czytania książek tego autora nawet wówczas, kiedy z jakiegoś powodu nie akceptujemy jego czy jego filozofii analitycznej z odniesieniami tak do  filozofii, pedagogiki, socjologii czy psychologii, gdyż każda z nich staje się znaczącym źródłem wiedzy i łamania występujących w niej pęknięć, stereotypów, niejasności, błędów czy nieporozumień. 

Nowy tytuł pojawia się wraz z jubileuszem 70 urodzin Uczonego, który ma poczucie niedosytu recepcji swoich rozpraw. Poświęcił kilkadziesiąt lat, tysiące godzin studiów (meta-)teoretycznych na analizy i polemiki z innymi przedstawicielami nauk humanistycznych oraz społecznych. Tym razem mamy powrót do źródeł wybranych myśli filozoficznej i psychologicznej w ramach własnych badań, którym stara się nadać nowy wymiar, zachęcić do ponownych lektur tak oryginalnych tekstów światowej sławy uczonych, jak i ich mniej lub bardziej zaawansowanych czytelników oraz badaczy. 

Kiedy wrzuciłem na fejs otrzymane tego samego dnia książki różnych autorów, chociaż akurat opublikowane w tej samej oficynie, to zapytałem, od której mam zacząć. Jedną bowiem była powyższa monografia L. Witkowskiego, a drugą praca zbiorowa pod redakcją prof. socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego Barbary Wiśniewskiej-Paź poświęcona historycznym i politycznym kontekstom ustroju uwielbianego przeze mnie kraju, jakim jest Szwajcaria. Odpowiedź była dowcipna: "przed południem należy przeczytać jedną, a po południu drugą książkę".


Tak też uczyniłem. Sobotę poświęciłem na zapoznanie się z obu monografiami, przy czym z żadną z nich nie miałem najmniejszych problemów, jeśli chodzi o tempo czytania ze zrozumieniem. Od dziesiątek lat tak pracuję, więc nie sprawiały mi te publikacje najmniejszej trudności. Znam wcześniejsze rozprawy tych autorów, co znacznie ułatwia odbiór kolejnych. 

Monografia L. Witkowskiego okazała się przewodnikiem po jego wcześniejszych książkach z drobnymi uzupełnieniami, odniesieniami i uaktualnieniem niektórych tropów. To także redukcyjne podejście do wielu jego rozproszonych w różnych periodykach i pracach zwartych artykułów, w których zawierał znacznie szerszą recepcję swoich rozpraw, a tu je ponowił w różnych fragmentach i konfiguracjach. 

Tym razem autor "Psychodynamik i ich struktur"  postanowił sprowadzić studium jedynie do tych odbiorców jego dzieł, których w 70 roku życia postanowił wyróżnić, by nie zapomnieli o nim, a zarazem doznali poczucia wdzięczności za wkład także w jego rozwój. To jest cenna przypadłość w sytuacji, gdy nie przyjmuje się uwag krytycznych twierdząc, że trafne były zarzuty recenzentów wydawniczych o powtarzalności - niemal jak mantry -  wielu wątków w kolejnych rozdziałach. Jak stwierdził: 

 To może stanowić dla niektórych czytelników słabość przyjętej tu narracji, ale pozwolę sobie na wyznanie, że te powroty wydają mi się konieczne jako wynikające z postulatywnego charakteru tekstu, który jest niemal manifestem programowym dla badań i dydaktyki, a tym bardziej praktyki zastosowań edukacyjnych czy terapeutycznych. (...) W tym sensie ta "mantra" jest wywrotowa, świadomie polemiczna, wręcz chce się narazić aż do bólu niektórym, licząc na zrozumienie i współdziałanie u innych czytelników [s.37].   

Moim zdaniem wytłumaczenie tego stanu rzeczy jest jedno, a mianowicie autor zgromadził publikowane już wcześniej referaty czy artykuły w rozproszonych po kraju publikacjach i być może nie bardzo mu się chciało tracić czas na eliminowanie tego, co jednak częściowo burzy poczucie sensu czytania wciąż tych samych kwestii w różnych miejscach. Mnie tego typu klasyczny błąd logicznego układu treści nie boli, ani nie powoduje, że L. Witkowski naraził mi się, bo on nikomu się nie naraża.  

Jestem z tym oswojony, gdyż każda z ostatnio wydanych rozpraw tego autora jest pełna powtórzeń, nie tylko tych samych imperatywów (zdarzało się, że i impertynencji pod czyimś adresem), ale i tych samych cytatów, odwołań do czyjejś myśli. Istotnie, trzeba liczyć na nowe pokolenie, które jest przyzwyczajone przez obecną władzę do wielokrotnie powtarzanych przekazów propagandowych tej samej treści, dzień po dniu. 

Nie sądziłem, że humanistyka stosowana ma polegać na wbijaniu bezboleśnie do umysłów odbiorców określonych myśli. Liczę jednak na to, że młodzi będą bardziej wrażliwi niż odporni na tego typu błędy, w przeciwnym razie nie będziemy mogli wskazywać na nie w recenzjach czyjegoś doktoratu, habilitacji czy książki. 

 Na pewno jest to od wielu lat pierwsza książka Lecha Witkowskiego, w której nikogo wprost ani pośrednio nie obraża, gdzie nie narzeka na stan kształcenia w szkolnictwie wyższym, na jego administracyjne i naukowe kadry, tylko koncentruje się na istocie poruszanych zagadnień. Może dlatego, że nie jest to książka o humanistyce stosowanej w pedagogice tylko w psychologii, a tu trzeba jeszcze przetrzeć szlak, by zechciano czytać jego książkę o Eriksonie. Dzięki temu pedagodzy mogą nieco odetchnąć. 

Dobrze, że autor ponownie wytyka psychologom obojętność na jego rozprawy, bo widać, że w 99,9 proc. oni w ogóle nie przejęli się jego znakomita książką z 2015 r. p.t. "Versus. O dwoistości strukturalnej faz rozwoju w ekologii cyklu życia psychodynamicznego modelu Erika H. Eriksona, w której zarzucał psychologom ignorancję, błędną wykładnię i nieudolność interpretacyjną teorii światowej sławy uczonego. 



Ci, co się tym przejęli, nie wnieśli do swoich rozpraw korekt, ani też nie przywołują dzieła naszego filozofa. Ma on przecież ogromne zasługi w pedagogice i dla pedagogiki. Dobrze się zatem stało, że ponawia swoją normatywnie skonstruowaną książką apel o czytanie i włączenie się do dyskusji lub wprowadzenie zmian w dotychczasowych rekonstrukcjach teorii Erika H. Eriksona - chociażby także zgodnie z jego podejściem i interpretacją. Przesłanie tej książki jest czytelne i uzasadnia zarazem jej tytuł: "Psychodynamiki i ich struktura. Studia z humanistyki stosowanej" (Toruń, 2020). 

Psycholodzy prawdopodobnie będą nadal omijać dużym łukiem interpretacje L. Witkowskiego, bowiem nie znoszą, jak ktoś ich poucza, a tym bardziej krytykuje czy żąda zmiany paradygmatu myślenia. Co jak co, ale w psychologii aplikacyjny charakter wiedzy musi wyrastać z jej źródeł, a nie ze źródeł humanistycznych, filozoficznych. Nie po to przez tyle lat psychologia wyzwalała się z filozofii, żeby teraz stała się wiedzą stosowaną w ujęciu Witkowskiego. 

Może się mylę, ale tak to postrzegam studiując rozprawy z współczesnej myśli psychologicznej. Stosowana psychologia jest tak silnie powiązana z instytucjonalizacją, certyfikacją, ekonomizacją, scjentystycznym paradygmatem badań, praktyką terapeutyczną, że trudno jej przychodzi przełamanie oporu na inspiracje myśli nie-psychologów, przy całym szacunku jaki niektórzy są w stanie okazać w recenzjach czy publicznych wystąpieniach naszemu filozofowi.   

Pragnę zarazem podkreślić, że chociaż niniejsza książka jest bardziej dedykowana psychologom niż pedagogom, to jednak ci ostatni mogą i powinni ją przeczytać, by znaleźć w niej dla siebie cenne tropy i pomysły na własne badania. Każda z publikacji tego autora ma istotne znaczenie dla współczesnej pedagogiki ogólnej, zrozumienia źródeł i poznania historii myśli pedagogicznej w ich nowym odczytaniu. Można się z czymś nie zgadzać, ale nie można odmówić Witkowskiemu fantastycznych miejscami  impulsów, także z tego powodu, że możemy dzięki temu przywołać jeszcze wiele innych autorów i ich dzieł, w których znaleźlibyśmy zbieżność niektórych poglądów, tez czy  interpretacji pojęć.      

Najnowsza książka jest w pewnym stopniu także introspekcyjnym podejściem L. Witkowskiego do własnej drogi naukowego rozwoju, dokonań, przeżywanych awansów, otrzymywanych wyrazów uznania czy relacji społecznych w akademickim środowisku. Znajdziemy w niej zatem - chociaż jedynie marginalnie ujęte - autobiograficzne wątki oraz stosunek do przedwczesnego jeszcze podsumowania własnych osiągnięć. 

Pedagodzy nie znajdą tu odniesienia do współczesnej pedagogiki, mimo iż autor jest jej twórczym "żywicielem" i beneficjentem. Wyjątkiem okazał się geragogiczny esej naukowy na temat starości, którą filozof odczytuje przez pryzmat własnych doznań. W przyjaznym stylu dokonuje krytycznego odczytania modelu Eriksona i jego recepcji w odniesieniu do fazy starości, który był przedmiotem wystąpienia na konferencji naukowej. 

Tekst ten (jest też w druku w materiałach pokonferencyjnych) radykalnie odbiega od dotychczasowych esejów tego autora, niosąc  głęboką konstatację o potencjalnym zanurzaniu się człowieka w starość. Podejmuje w nim kwestię wartości pochylenia się nad własnym życiem przez każdego, kto szczęśliwie doczekał do VIII fazy życia (za Eriksonem).     

Jak ktoś przeczytał wywiad Roberta Mazurka w Dzienniku Gazeta Prawna (2020 nr 163, s. A31-32) z wspaniałym poetą, aktorem, kompozytorem i wykonawcą piosenek artystycznych Leszkiem Długoszem, w którym poruszona została m.in. kwestia jego postawy wobec bycia w eriksonowskiej VIII fazie życia, to przekona się o podobnej interpretacji. Błędnie bowiem postrzegamy struktury faz życiowych, na co zwraca uwagę właśnie Lech Witkowski. 

Długosz zwierza się redaktorowi, że mimo swoich lat wciąż postrzegany jest jak ktoś, kto nie dorósł do swej metryki. Chociaż tak naprawdę ja byłem stary od początku. Jak to od początku? Nie śmiej się, byłem otoczony starymi ludźmi od dzieciństwa, zdążyłem się napatrzeć, a poza tym mieszkałem koło cmentarza, więc od początku przywykłem [s. A31]. To  kwestia ludzkiej wrażliwości. 

Witkowski słusznie upomina się o odejście psychologów od dotychczasowego podejścia do starości, w odniesieniu do cech której gubi się istotę odczuwania energii witalnej w poszczególnych fazach życia, w tym także dotyczącej fazy starości. Biologiczny wiek życia nie jest tożsamy z rozwojowym i doznawanym wiekiem życia. Potwierdzają to także badania scjentometryczne Marka Kwieka, z których wynika, że to właśnie naukowcy w fazie  wchodzenia w starość są wciąż najbardziej płodni naukowo w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych.    

Faza starości jak wiemy nie da się pokryć z żadnym przedziałem czy progiem wieku. Pytanie o "stage" jako fazę to nie jest wskazanie na "age", mimo nagminnych ciągle kojarzeń wieku jako klucza do rozumienia człowieka. Zbyt często zapominamy o jedynie relatywnej wartości wieku na starość w uwarunkowaniach społecznych [. L. Witkowski, Psychodynamiki..., s.193].   

Na szczęście niniejsza monografia nie jest pożegnaniem autora z potencjalnymi czytelnikami, gdyż należy on do niezwykle twórczych humanistów. Natomiast zawsze będą, jak nie teraz, to w przyszłości, osoby doszukujące się ważnych impulsów do własnych badań czy też poszukujące okazji do "powalenia" autorytetu naukowego, co w kraju dominującego populizmu jest przecież od lat pożądane przez sprawujących władzę polityczną i oczekujących na wymianę elit.

Polska to jednak nie  Szwajcaria. Nie przypuszczam, by nasze społeczeństwo miało szansę na choć częściową zmianę kultury politycznej, naukowej i edukacyjnej w naszym państwie zgodnie z tytułową dla rozprawy B. Wiśniewskiej-Paź, by tak - jak tego pragnął przed laty także Aleksander Kamiński - cieszyć się jednością w różnorodności. Tę rozprawę polecam politologom oraz historykom, gdyż jedenastu autorów podejmuje w niej różne aspekty idei, która promuje otwarte społeczeństwo, otwartość umysłów jego obywateli troszcząc się zarazem o ich bezpieczeństwo personalne i społeczne.

Znajdziemy tu analizy fenomenu różnorodności, bezpośredniej demokracji i otwartości na wielość jako tworzące fundament funkcjonowania państwa szwajcarskiego. Szwajcarzy też migrują, ale wszędzie gdzie się znajdują mają spójną tożsamość "Swiss home".  Udało im się stworzyć wspólne państwo, które skutecznie oraz z troską i służbą władz wobec obywateli łączy demokrację i federalizm. 

Może dlatego im się to udało, że swój ustrój tworzyli oddolnie, a nie odgórnie - (...) od samorządnych górskich gmin, poprzez kantony, do związku  kantonów, które łącząc się stopniowo ze sobą utworzyły państwo [M. Musiał-Karg, w: Jedność..., s.127]. To tłumaczy, dlaczego w Polsce nie mamy szansy na szwajcarską demokrację i poszanowanie różnorodności w jednym państwie.