czwartek, 28 kwietnia 2011

Jak weryfikować (nie-) wiarygodność niepublicznej lub publicznej szkoły wyższej?


Każda szkoła wyższa ma swoją stronę internetową. O ile publiczne szkoły wyższe dumne są z osiągnięć swoich kadr akademickich, gdyż przez wiele lat inwestowały w ich rozwój naukowy, o tyle wiele niepublicznych szkół wyższych jedynie konsumuje ten dorobek, zatrudniając część spośród naukowców na tzw. drugim etacie lub oferując im podstawowe miejsce pracy i … na tym kończy się w wielu przypadkach uznawalność wartości naukowych. Nic dziwnego, że ruch kadrowy w niepublicznych szkołach wyższych jest nieustanny, gdyż bardzo szybko naukowcy przekonują się, że przede wszystkim mają być „wabikiem” dla kandydatów na płatne studia, a nie podmiotem wspieranym przez właściciela takiej uczelni, by mógł dalej rozwijać swoje zainteresowania naukowo-badawcze, publikować i awansować naukowo.

Praca w niepublicznych szkołach wyższych jest dla naukowców marginalizacją tak ich dorobku, jak i możliwego uczestniczenia w sposób aktywny w akademickim środowisku naukowym, gdyż nie reprezentują oni już tak rozumianych środowisk. Są pracownikami akademickich przedsiębiorstw (spółek z ograniczoną odpowiedzialnością) do kształcenia innych, a to nie jest powodem do uczestniczenia w rozwoju nauk pedagogicznych. Pozostaje im jedynie dydaktyka i markowanie nauki przez organizowanie konferencji, które wydają się mieć związek z nauką, ale tylko dla tych, którzy nie wiedzą, jaki jest rzeczywisty powód ich organizowania.
Nic dziwnego, że niektórzy naukowcy, którzy są zatrudnieni na drugim etacie w szkole prywatnej, nie godzą się na to, by ujawniano ich nazwisko, a jeśli nawet jest ono dostępne publicznie, to z analizy danych biograficznych wynika, że nie afiliują oni swoich osiągnięć naukowych w drugim miejscu pracy, tylko w uniwersytecie czy akademii, gdzie są nie tylko zobowiązani do wykazania swojej aktywności naukowo-badawczej. Już o tym pisałem, że dominuje w tym przypadku pozoranctwo, by dało się jakoś uzasadnić przed właścicielem uczelni prywatnej powody pobierania w niej drugiej czy trzeciej pensji.

Niewielu naukowców zatrudnionych w szkolnictwie prywatnym (poza tymi uczelniami, które uzyskały pełen status akademicki i wszystkie uprawnienia akademickie, jak np. w przypadku pedagogiki DSW we Wrocławiu, a w przypadku psychologii SWPS w Warszawie) prowadzi w nim swoją pełną i afiliowana przy nim działalność naukowo-badawczą. Jak to sprawdzić?

Dzisiaj dane są już dostępne w bazach publicznych. Wystarczy wpisać nazwisko nauczyciela akademickiego w internetowej bazie danych OPI - http://nauka-polska.pl/dhtml/raportyWyszukiwanie/wyszukiwanieLudzieNauki.fs?lang=pl , by przeczytać o nim, kim jest, kiedy i gdzie uzyskał stopień naukowy doktora, czy, gdzie i na jaki temat była jego habilitacja oraz czy rzeczywiście jest profesorem. Poziom ukrywania w wielu przypadkach marnego poziomu przez część nauczycieli akademickich jest bardzo łatwy do rozpoznania. Można zobaczyć, że w danym rekordzie biograficznym niektóre dane o nim są przez niego pominięte. Im ktoś posiada wyższy stopień lub tytuł naukowy, tym tych danych powinno być więcej.
Pełen ich zakres powinien zawierać informacje na temat tego:

1) jaką dany nauczyciel reprezentuje dyscyplinę oraz specjalność naukową (pedagogika np. historia wychowania, teoria wychowania, pedagogika porównawcza, pedagogika wczesnoszkolna, pedagogika społeczna itd.)?

To jest istotna informacja, bowiem często w szkołach niepublicznych do zajęć z dydaktyki zatrudnia się nauczycieli akademickich, którzy nie są specjalistami w danej dyscyplinie wiedzy. Co z tego, że mają stopień doktora nauk czy nawet doktora habilitowanego, skoro prowadząc zajęcia np. z dydaktyki, nie mają o niej pojęcia. Trudno bowiem, by dydaktyki mógł nauczać ktoś, kto jest specjalistą w zakresie pedagogiki społecznej, historii wychowania czy pedagogiki sportu. Podobnie jest z innymi specjalnościami, a więc i wykładanymi przez niespecjalistów przedmiotów. Studentom wydaje się, że wszystko jest w porządku. W końcu na zajęcia przychodzi ktoś, kto ma stopień doktora. Nie wiedzą jednak, dopóki sami nie sprawdzą, że jego wiedza z danej dyscypliny jest na poziomie samych studiujących, gdyż dana osoba nie tylko nie uzyskała odpowiedniego wykształcenia w danym zakresie, ale i nie prowadzi z tej dyscypliny badań naukowych.

Tak więc ktoś, kto być może jest dobrym metodykiem nauczania chemii, biologii czy matematyki i posiada nawet stopień naukowy doktora, jeśli nie prowadzi badań naukowych i nie publikuje rozpraw naukowych z dydaktyki ogólnej, jest na zbliżonym poziomie ignorantem, jak jego studenci. Nic dziwnego, że wykładane treści są z lat 50. lub 60. XX wieku.

2) jakie jest aktualne miejsce pracy danego nauczyciela, z podziałem na tzw. miejsce aktualne i nieaktualne, gdyż akademicy zmieniają miejsce swojego zatrudnienia lub wykonują swoje obowiązki w kilku uczelniach?

Wiele uczelni prywatnych chwali się na swoich stronach, że w ich jednostkach akademickich pracują doktorzy czy profesorowie, ale jak sprawdzimy w tej bazie, to się przekonamy, że nie są w nich zatrudnieni na umowę o pracę, tylko o dzieło czy zlecenie, a to znaczy, że ich zatrudnienie jest na godziny, do realizacji określonych zadań, ale nie generuje żadnych związków i zobowiązań, które mogłyby wpływać na poziom funkcjonowania i rozwoju takiej szkoły. Oni są jej potrzebni tylko i wyłącznie do poprowadzenia jakichś zajęć (najczęściej seminariów dyplomowych), a w związku z tym jest bardzo ograniczony dostęp do nich, gdyż tak, jak ma to miejsce w szkolnictwie powszechnym, oni przychodzą na zajęcia i wychodzą. Nie są w danej uczelni dla jej rzeczywistego rozwoju, tylko po to, by w niej dorobić.

W szkolnictwie publicznym nie ma tego typu problemów, gdyż te dysponują kadrą ponad obowiązujący standard i jest ona zatrudniania na umowy o pracę, a zatem nauczyciele akademiccy mają w nich regularnie dyżury, czas na konsultacje, prowadzenie badań, kół naukowych czy organizowanie w nich konferencji.

3) jakie pełni lub pełnił funkcje akademickie (rektora, dziekana, kierownika katedry czy zakładu) oraz o czy jest lub był członkiem organów władzy centralnej (są to ciała kadencyjne) np. członkiem Państwowej Komisji Akredytacyjnej, Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów czy Polskiej Akademii Nauk?

Tego typu profesorowie podnoszą nie tylko prestiż uczelni i kierunku studiów, gdyż dysponują ogromnym doświadczeniem w zakresie weryfikowania jakości kształcenia i badań naukowych oraz projektowania nowych kierunków czy specjalności oraz badań naukowych.

4) jakie sam ukończył studia, gdzie i w którym roku?

Jeśli ktoś ukończył studia medyczne, a prowadzi zajęcia w uczelni na kierunku humanistycznym, to znaczy, że nie posiada koniecznych kompetencji, tylko jest wykorzystywany do pozorowania poprawności akademickiej. Właśnie dlatego Państwowa Komisja Akredytacyjna określiła minimalne wymogi zatrudnia w ramach danego kierunku studiów kadr akademickich zgodnie z obowiązującymi standardami. Wystarczy zajrzeć na stronę internetową PKA, by zobaczyć, że w świetle opublikowanych tam raportów pokontrolnych, na kierunku pedagogika w większości niepublicznych szkół wyższych nie jest zagwarantowane minimum kadrowe do prowadzenia studiów II stopnia. http://www.pka.edu.pl/index.php?page=raporty

Zapis jest wówczas jednoznaczny, że dana uczelnia „nie spełnia wymogu minimum kadrowego w grupie samodzielnych pracowników nauki”. Co to oznacza? To, że jeśli władze szkoły wyższej nie zatrudnią odpowiedniego pracownika naukowego, to po roku mogą stracić uprawnienia do kształcenia na nim. Często okazuje się, że w dokumentacji kadrowej tych szkół nie ma potwierdzeń (kopii) dyplomów nauczycieli akademickich.

Tym samym studiowanie w niepublicznej szkole wyższej wiąże się z ryzykiem, gdyż wbrew pozorom i oświadczeniom nawet na jej stronie internetowej, zatrudniona w niej kadra może nie spełniać obowiązujących wymogów. Duże uniwersytety, akademie z co najmniej kilkudziesięcioletnią tradycją, nie mają z tym żadnych problemów, gdyż zatrudniają kadry naukowe powyżej obowiązujących norm do obsady zajęć dydaktycznych. Muszą mieć znacznie więcej i o wyższym poziomie wykształcenia nauczycieli akademickich, jeśli chcą zachować nie tylko prawo do swojej nazwy, ale i do kształcenia kadr naukowych (promować doktorów, habilitować czy prowadzić przewód na tytuł naukowy profesora), to muszą mieć zatrudnioną odpowiednią liczbę profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów. Na to nie stać prywatnych uczelni i długo stać nie będzie, gdyż proces wykształcenia odpowiednich kadr wymaga wiele lat i środków finansowych.

W pedagogice jest tylko jedna taka szkoła wyższa we Wrocławiu – Dolnośląska Szkoła Wyższa, która ma pełne prawa akademickie, a więc nie tylko do kształcenia licencjatów, magistrów, ale i doktorantów i doktorów oraz do habilitowania i wnioskowania o awans na tytuł profesora.

5) jaki jest temat pracy doktorskiej, kim był promotor i recenzenci, a także gdzie odbyła się obrona pracy doktorskiej?

Niestety, dość często zdarza się, o czym także już pisałem w blogu, że niektórzy doktorzy wydają po latach swoje dysertacje doktorskie nie informując w nich o tym, ze nie są to samodzielne studia naukowe, ani też nic nie wspominając o promotorze i recenzentach. Jest to niewątpliwie wskaźnikiem upadku dobrych obyczajów, braku etyki akademickiej. Są przypadki przedkładania poza granicami kraju przez pseudonaukowców owych rozpraw doktorskich pod innym tytułem jako habilitacyjnych. No cóż, niektórzy Polacy potrafią … także oszukiwać i kombinować, byle osiągnąć cel. W rekordzie wspomnianej bazy nie znajdziemy zatem informacji nie tylko o ich doktoracie, ale i o tzw. habilitacji, bo a nóż ktoś by się tym zainteresował...

6) czy jest doktorem habilitowanym, jaki był temat rozprawy habilitacyjnej, kim byli recenzenci i w jakiej jednostce naukowej został przeprowadzony przewód habilitacyjny?

To ważna informacja, bowiem wskazuje na to, jakiej rangi naukowej byli ci, którzy opiniowali dorobek habilitacyjny naukowca, jakie są też ich osiągnięcia naukowe, gdzie pracują czy pracowali oraz w jakim środowisku akademickim był przeprowadzany awans naukowy.

7) czy uzyskał tytuł naukowy profesora (rok i dziedzina nauk)?

Profesorów tytularnych pedagogiki jest w naszym kraju niewielu, ale większość doktorów habilitowanych podpisuje się tak, jakby posiadali ów tytuł. Tymczasem ten wymaga odrębnego postępowania awansowego po spełnieniu stosownych kryteriów i mianowaniu przez Prezydenta RP. Przed nazwiskiem tytularnego profesora zapis powinien być: prof. dr hab., tymczasem większość mianowanych przez własne uczelnie doktorów habilitowanych, którzy nie są profesorami tytularnymi, też tak się podpisuje, lekceważąc obowiązujące w tym zakresie prawo, jak i wprowadzając w błąd opinię publiczną i studentów. Tak więc, nie każdy, kto podpisuje się jako
„prof. dr hab.”, jest nim w rzeczywistości. Niektóre osoby uzyskały mianowanie na tytuł profesora poza granicami kraju. Prawdopodobnie nie mają się czym szczycić, skoro nie informują o tym ministerstwa i nie przekazują danych na ten temat do powyższej bazy akademickiej.

8) czy wypromował własnych doktorów oraz jakie były tematy ich prac doktorskich (kim byli recenzenci, kiedy i gdzie miała miejsce obrona pracy doktorskiej)?

To jest najlepszy wskaźnik tego, że pracownik naukowy istotnie rozwija nie tylko siebie, ale i przyczynia się do kształcenia młodych kadr naukowych. Obrazuje to także jego zainteresowań poznawczych czy pasji badawczych.

9) czy recenzował prace doktorskie, habilitacyjne i/lub dorobek naukowy na tytuł profesora?

Informacja o recenzowaniu osiągnięć innych naukowców jest najlepszym wskaźnikiem na pozycję takiej osoby w nauce oraz poziom uznawania i szanowania jej szczególnych kwalifikacji. Jak stwierdza się w "Kodeskie w procedurach recenzyjnych w nauce" (MNiSW 2010): Wyznacznikiem kompetencji potencjalnego recenzenta jest nie tylko jego wiedza, poświadczona znaczącym dorobkiem naukowym, lecz także reputacja rzetelnego recenzenta. Są jednak takie subdyscypliny, w których przewody naukowe prowadzone są bardzo rzadko, a zatem ten wskaźnik nie jest reprezentatywny dla wszystkich specjalistów w danej dyscyplinie naukowej.

7) czy kierował projektami naukowo-badawczymi?

To jest bardzo dobry wskaźnik tego, czy dany naukowiec prowadzi badania, kieruje zespołami badawczymi oraz jakie są tego wyniki. Jeśli ktoś jest zatrudniony w prywatnej szkole wyższej, a kierował projektami badawczymi w swoim podstawowym miejscu pracy, jakim jest uczelnia publiczna, to znaczy, że z tą pierwszą nie identyfikuje się, nie ma czasu i ochoty wspierać jej rozwoju akademickiego, tylko sprawdza, czy ma na koncie przelaną pensję za prowadzone zajęcia dydaktyczne, ewentualnie dodatek za pełnienie w niej funkcji (w tym przypadku to inni są od „czarnej roboty”, czyli organizowania i prowadzenia badań, by ten mógł jedynie „spijać śmietankę”) lub upublicznianie własnego nazwiska w składzie kadry.

Jeśli zatem w bazie OPI powyższe dane są niepełne lub skrywane przed opinią publiczną, co ma najczęściej miejsce w przypadku nauczycieli i właścicieli niepublicznych szkół wyższych, to znaczy, że kadra nauczycielska tej instytucji nie jest godna prezentacji. Nie ma się kim pochwalić, bo i dorobek naukowy i dydaktyczny tych osób być może jest niski lub na wątpliwym poziomie. Być może zatem dana szkołą wyższa jest „fabryką” do zarabiania pieniędzy, a więc konsumowania tych środków, które przekazują w ramach czesnego studenci. Nawet, jeśli są w niej prowadzone badania czy zespoły badawcze, to można dostrzec, że mają one charakter doraźny i to głównie ze względu na środki finansowe, które obniżają koszty utrzymania kadr dydaktycznych w tych placówkach.

Tak bowiem bywa najczęściej, że niepubliczne szkoły wyższe korzystają ze środków unijnych, ale realizując określone zadania (najczęściej też związane tylko i wyłącznie z procesem dydaktycznym np. praktykami zawodowymi) nie inwestują pozyskanych środków w pozyskiwanie jak najwyżej klasy akademików, w rozwój nauki, poprawę jakości kształcenia, tylko spożytkowują na utrzymanie własnego stanu.

Coraz częściej pojawiają się informacje o tym, że właściciele prywatnych szkół wyższych wykorzystują środki unijne po to, by zdjąć własne obciążenia płacowe nauczycieli akademickich. Wprowadzają zatem do owych projektów swoich nauczycieli, których kompetencje w zakresie zadań projektowych są żadne, ale przyuczyć się do nich każdy może, jak musi. Zastępowanie zatem umów o pracę nauczycieli akademickich umowami z projektów unijnych powinno zainteresować nie tylko Sądy Pracy, ale także tych, którzy kontrolują poprawność spożytkowania tych środków publicznych.

środa, 27 kwietnia 2011

Gdzie studiować pedagogikę?


Antoni Kępiński profesor psychiatrii, humanista i filozof pozostawił nam w duchowym spadku znakomite rozprawy na temat kondycji ludzkiej, uwarunkowań jej rozwoju oraz blokad. Znakomicie analizował problemy ludzkiego poznania, wskazując na to, jak wyciągając wnioski z codziennego życia, ludzkich zachowań, funkcjonowania instytucji czy środowisk społecznych oceniamy je unieruchamiając na pewien czas i w określonej formie przedmiot czy podmiot naszych obserwacji. Kryteria ocen zależą od celu, jaki przyświeca nam w kontakcie z drugim człowiekiem czy instytucją, która wywołuje w nas na pierwszy już rzut oka zainteresowanie. Jak pisze: Kryteria klasyfikacyjne są bardzo różnorodne i zmieniają się w ciągu życia, a także w zależności od sytuacji i aktualnych potrzeb danego życia, a także w zależności od sytuacji i aktualnych potrzeb danego człowieka. Gdy człowiek jest głodny, to najmilszą dla niego osobą jest ta, która da mu jeść itp. (Psychopatie, 1988, s.7) Kiedy młodego człowieka ściska głód wiedzy lub silna potrzeba wejścia w posiadanie dyplomu studiów wyższych, to co ma uczynić z informacjami o istniejących ofertach edukacyjnych? Jak odnieść to do wyboru przyszłego miejsca studiów biorąc pod uwagę kierunek, który wydaje się najbliższy naszym oczekiwaniom czy marzeniom?

Moje analizy będą dotyczyć pedagogiki, bo tak ten kierunek studiów, jak i prowadzące go szkoły wyższe (publiczne i niepubliczne) sąmi najlepiej znane. Kiedy poszukujemy informacji o tym, gdzie studiować np. pedagogikę, to najpierw selekcjonujemy w bazie wszystkich szkół wyższych te, które oferują bezpłatne studia. Do takich należą jedynie szkoły publiczne – uniwersytety, akademie i państwowe szkoły wyższe, które rekrutują na studia na podstawie ustalonych na dwa lata wcześniej i opublikowanych na stronach internetowych czy w materiałach informacyjnych jednoznacznych kryteriów (są to średnie ocen z przedmiotów maturalnych, jakie zostały uznane za kluczowe do ubiegania się o miejsce na danym kierunku studiów, które komisja rekrutacyjna przelicza na punkty na podstawie świadectwa dojrzałości i zgodnie z rankingiem przyjmuje najpierw tych z najwyższą średnią aż do wyczerpania limitu miejsc).

Nie jest bez znaczenia to, czy wymagany do rekrutacji na kierunek studiów przedmiot z egzaminu maturalnego został przez nas zdany na poziomie podstawowym czy rozszerzonym. W przypadku wyniku egzaminu maturalnego z wymaganego przedmiotu na poziomie rozszerzonym uzyskujemy często dwu lub nawet trzykrotnie wyższą liczbę punktów. W ramach postępowania określa się, który z przedmiotów jest obowiązkowy do wyboru w wersji podstawowej lub rozszerzonej oraz który przedmiot jest do wyboru przez samego kandydata, także w jednej z tych wersji – podstawowej lub rozszerzonej. Najczęściej uczelnie wymagają z grupy przedmiotów obowiązkowych egzaminu maturalnego z języka polskiego i dowolnego języka obcego. Natomiast paleta przedmiotów do wyboru jest szeroka: WOS, historia, historia sztuki, biologia, matematyka, fizyka, geografia, chemia.


W przypadku przyjęć na studia II stopnia, a więc studia magisterskie, niektóre uczelnie publiczne wprowadzają egzamin w formie testowej z zakresu pedagogiki, gdyż mogą być na pedagogikę przyjmowani absolwenci innych kierunków studiów I stopnia (licencjackich). Dodatkowo, ze względu na ograniczoną liczbę miejsc także bierze się tu pod uwagę średnią ocen ze studiów I stopnia oraz ocenę końcową na dyplomie licencjackim. Uczelnie niepubliczne nie uwzględniają tego typu wymogów. Podobnie jak na studia I stopnia, przyjmują każdego, kto jest gotów zapłacić za swoją edukację, byle tylko posiadał dyplom ukończonych studiów I stopnia.


Jeśli zatem chcemy studiować bezpłatnie, to nie jest bez znaczenia, z jakim wynikiem maturalnym (na poziomie podstawowym czy rozszerzonym) ubiegamy się o przyjęcie na studia. W wyższych szkołach niepublicznych nie ma to żadnego znaczenia, gdyż do nich przyjmuje się „jak leci”, każdego, bez względu na wynik maturalnych egzaminów, często też bez względu na dodatkowe kryteria np. zdrowotne i nie ma w nich ograniczonej liczby miejsc. Tam jednak trzeba zapłacić nie tylko za postępowanie rekrutacyjne (choć ze względu na dużą konkurencję wiele z nich z tego wymogu rezygnuje) i studia trzeba płacić. Rekrutacja na studia w większości już uczelni odbywa się drogą elektroniczną w systemie internetowej rejestracji kandydatów. Nawet, jeśli nie posiadamy dostępu do internetu, to możemy w danej uczelni na miejscu zapisać się na wybrany kierunek, korzystając z udostępnionych w tym celu komputerów.


Drugim kryterium, jakim kierujemy się w wyborze szkoły jest siedziba uczelni. Poszukujemy zatem bezpłatnych studiów w szkole wyższej, która znajduje się jak najbliżej naszego miejsca zamieszkania (najlepiej, żeby była w naszej miejscowości lub w mieście, gdzie mamy rodzinę, znajomych, którzy przygarnęliby nas bezpłatnie na czas studiów). W przypadku wielkich miast czy aglomeracji nie jest bez znaczenia to, w jakiej dzielnicy znajduje się dana uczelnia. Może okazać się, że interesujący nas kierunek studiów prowadzony jest w kilku publicznych (państwowych) szkołach wyższych w naszym regionie. Czym kierujemy się wówczas, chcąc studiować bezpłatnie pedagogikę?


Być może uwzględniamy też to, jakie mamy szanse dostania się do danej uczelni. Każda z uczelni publicznych może określić odmienne wymagania przyjęć. Co ciekawe, mimo statusu szkoły publicznej, w każdej z nich prowadzona jest tzw. opłata rekrutacyjna, która nie podlega zwrotowi, jeśli rozmyśliliśmy się, bo składaliśmy wniosek o przyjęcie na jeszcze inne kierunki studiów. Za rejestrację na każdy z kierunków musimy płacić oddzielnie. Sprawdzamy zatem najpierw, jaki jest termin rejestracji i liczba miejsc na bezpłatne studia. Wprawdzie uczelnie mogą przyjmować na kierunek studiów, ale ten dzieli się na szereg specjalności, tak więc trzeba przyjrzeć się uważnie temu, które specjalności w ramach pedagogiki będą prowadzone przez daną szkołę. Są bowiem takie specjalności, na które limit przyjęć jest większy lub mniejszy, np. na kierunek: pedagogika, specjalność: pedagogika kultury fizycznej i zdrowotnej kandydat musi jeszcze dołączyć zaświadczenie lekarskie z adnotacją lekarza: „zdolny do studiów ze zwiększoną aktywnością fizyczną i pływania”. Są takie specjalności, na których przyjęcie wymagane są dodatkowe sprawdziany np. rysunek plastyczny, malarstwo oraz autoprezentacja kandydata.

Czym jeszcze kierują się kandydaci na bezpłatne studia pedagogiczne? Często biorą pod uwagę to, jaka to jest uczelnia (czy jest to wyższa szkoła zawodowa, czy jest to akademia pedagogiczna czy uniwersytet), o jakiej renomie, więc i z jakimi tradycjami, z jaką kadrą naukową, gdyż jest to ten wyróżnik, który będzie brany pod uwagę przez pracodawcę, kiedy zaczniemy poszukiwać u niego miejsca zatrudnienia. Nie jest bowiem obojętne to, czy przedłożymy dyplom uniwersytetu czy szkoły zawodowej, a już tym bardziej, czy jest to dyplom po studiach w uczelni publicznej czy niepublicznej. Ukończenie pedagogiki w szkole niepublicznej jest najczęściej konfrontowane z tym, co to jest za uczelnia, z jakimi tradycjami, jaką ma opinię, a przede wszystkim, kto z kadry akademickiej jest gwarantem jakości studiów (rzetelności, uczciwości, aktualności, wymagalności itp.). Zbyt wiele było już doniesień medialnych o patologiach niepublicznych szkół wyższych, o mających w nich miejsce malwersacjach, nieprzestrzeganiu prawa, oszukiwaniu studentów, zatrudnianiu kiepskich wykładowców, że utrwalił się ich negatywny wizerunek w naszym społeczeństwie. Są przecież niepubliczne szkoły wyższe, którym poświęca się na stronach internetowych resortu szkolnictwa wyższego wiele informacji, ostrzeżeń czy aktualizuje dane o programach naprawczych. Sami studenci tych szkół informują media, kiedy są nagle zaskakiwani zmianami w opłatach za studia, pozbawiani praw do informacji, krytyki itp.

Coraz częściej spotykamy się nawet z ogłoszeniami w prasie lub przekazywanymi ustnie przez pracodawców komunikatami, że po tej a tej szkole prywatnej absolwentów się nie zatrudnia. Z takim podejściem nie spotkamy się w sytuacji, kiedy ukończymy studia w uniwersytecie czy akademii. Nieco „gorzej” możemy być potraktowani, jeśli ukończymy wyższą szkołę zawodową. Pracodawcy, podobnie jak kandydaci na studia, także zbierają opinie na temat szkół wyższych i ich najlepszych studentów czy absolwentów, by przyjmować do pracy osoby z wiarygodnym poziomem wykształcenia. Zwracają uwagę na to, kto ich kształcił, kto stanowił o kierunku rozwoju i dbał o jakość wyższej edukacji.

Jak weryfikować wiarygodność szkoły wyższej?

piątek, 22 kwietnia 2011

Przeżywajmy Tajemnicę Wielkiej Nocy!

Alleluja! Zmartwychwstał Odkupiciel świata,
Co na miłości Zakon swój utwierdził Boży,
Co kazał w każdym bliźnim znać i kochać brata,
Nieść z nim brzemię, sprowadzać z błędnych go rozdroży,
Nakarmić gdy łaknący, przyodziać gdy nagi,
Dodać w smutku pociechy, w zwątpieniu odwagi.
O niechże on i w duszy naszej zmartwychwstanie!
Niechaj w dzień ten wesoły, co nam nastał ninie,
Umocni w nas Zakonu Swego panowanie,
Byśmy żyli jak bracia w poczciwej rodzinie. [...]
A gdy się wszelka dusza, co Go łaknie chciwie.
Nasyci, Zmartwychwstanie Pańskie wnet poczuje,
I wielkim wtedy chórem zabrzmią Alleluje".

(Adam Pług, Na Zmartwychwstanie Pańskie)


Głęboko zawiedzeni, świadomi wrogów i zdrad, potrzeby oczyszczenia i pochylenia się nad tymi, którzy nas zawiedli, wchodzimy w okres wyjątkowego znaczenia Tajemnicy naszej wiary, łącząc się we wspólnocie Miłości.

Składam WSZYSTKIM najserdeczniejsze życzenia, by te wielkie i święte dni były czasem pełnym miłości i rodzinnego ciepła, wielkanocnych mazurków i lukrowanych bab, szczególnej łaski i błogosławieństwa Zmartwychwstałego Chrystusa. Życzę wiele radości i siły ducha na każdy dzień, byśmy mogli przeżywać i ożywiać w sobie wiarę, nadzieję i odwagę w zmaganiu się z problemami codziennego życia. Oby zetknięcie się z wydarzeniami zmartwychwstania pozwoliło nam uczyć się żyć z wielką wdzięcznością, wzrastać w wierności wartościom oraz doświadczać odmieniania siebie.

sobota, 16 kwietnia 2011

Kobiety do nauk ścisłych, a mężczyźni do luźnych

Uwielbiamy w naszym kraju akcje. To pozostało nam jeszcze z okresu PRL. Nie chodzi tu o akcje na giełdzie papierów wartościowych, ale o propagandowe, pardon - marketingowe, bo przecież, skoro coś jest mało popularne, nieprzyjazne, powszechnie odrzucane czy niechciane, skoro gdzieś są niedobory, to trzeba koniecznie zachęcić klientów, by dokonali przewartościowania swoich decyzji i skusili się na coś, co nie było przedmiotem ich dotychczasowych aspiracji lub oczekiwań.

Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło wraz z rektorami publicznych uczelni technicznych akcję, która została skierowana tylko i wyłącznie do uczennic - tegorocznych maturzystek, by zachęcić je do studiowania na kierunkach przygotowujących do zawodów powszechnie uznawanych za typowo męskie. Wyznaczono dzień 14 kwietnia na tzw. drzwi otwarte dla kobiet. Pojawiały się transparenty z hasłami typu: Dziewczyny, zostańcie inżynierami! czy - Dziewczyny do ścisłych! Paniom rozdawano kaski ochronne, pokazywano im laboratoria, ciekawe eksperymenty i rozdawano gadżety. Obiecano też stypendia i wsparcie w toku studiów (nie tylko ze strony męskiej kadry akademickiej).

Proponuję, by dla równowagi rektorzy publicznych uczelni i wydziałów pedagogicznych przeprowadzili w dn. 14 maja br. własną kontrakcję pod hasłem: „Ach, ci mężczyźni!” albo „Panowie do dzieci!” zachęcając tegorocznych maturzystów – mężczyzn do podejmowania studiów na kierunkach związanych z przygotowaniem do zawodu pedagoga, wychowawcy czy opiekuna dzieci w różnym wieku. Nawet, gdyby nie było dla nich pracy w oświacie, to będą fachowo przygotowani do korzystania z urlopów tacierzyńskich.

Psycholodzy już dawno wykazali w swoich badaniach, że w placówkach edukacyjnych – żłobkach, przedszkolach i szkołach różnych typów i szczebli oraz w placówkach opiekuńczo-wychowawczych konieczny jest wzór osobowy mężczyzny. Ktoś taki, jak agent Tomek czy "super-nianiuś" skutecznie będzie przeciwdziałał fali agresji, przemocy, a zarazem zapewni niezbędne warunki do zaistnienia pożądanych stosunków międzyludzkich. Czas najwyższy zerwać ze stereotypem, że w zawodach nauczycielskich i pedagogicznych wystarczą same kobiety. Tego typu akcja nie miałaby charakteru propagandowego, tylko społeczno-kulturowy, bo przecież chodzi o to, by nasze dzieci i młodzież miały zrównoważony dostęp do męskich wzorów wychowawców. Wiadomo, że panowie lubią nie tylko brąz, ale i luz, więc studia pedagogiczne lub nauczycielskie będą dla nich najlepsze. Pamiętajmy o tym, że parytety w szkolnictwie wyższym muszą być zachowane.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Stracone pokolenia pedagogów


Zastanawiam się nad tym, jak dalece musiał nastąpić upadek dobrych obyczajów w środowisku akademickim, skoro ewidentną nieuczciwość osoby ubiegającej się o stopień naukowy doktora habilitowanego, niektórzy usiłują usprawiedliwiać tym, że tak się dzieje od lat w wielu środowiskach uczelnianych, że to jest efekt presji na jak najszybsze uzyskiwanie samodzielności naukowej. To w związku z akademickim „wyścigiem szczurów” niektórzy naukowcy nie wytrzymują jego presji i usiłują za wszelką cenę przedłożyć coś, co będzie dowodem osiągnięć naukowych, a de facto jest wyprodukowaniem czegoś, co narusza wszelkie standardy.

Wielokrotnie prof. dr hab. Maria Dudzikowa z Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN zwracała uwagę na zjawisko nagminnego w ostatnich latach publikowania przez młodych, a pomocniczych pracowników nauki, własnych rozpraw doktorskich tak, jakby były rzeczywiście ich samodzielnymi monografiami pedagogicznymi. Tymczasem dysertacje te powstawały pod kierunkiem ich promotorów, profesorów uczelnianych czy tytularnych, miały także swoich recenzentów naukowych, nie mogą być zatem liczone jako własne osiągnięcie naukowe. Co robią niektórzy spośród tak „kreatywnych” doktorów-autorów? Wydają swoje prace bez podania jakiejkolwiek informacji na temat tego, że zostały obronione pod kierunkiem określonego promotora i na konkretnym wydziale jako rozprawy doktorskie. Czy trzeba to ukrywać? Czy czyni się to specjalnie, żeby wprowadzić w błąd recenzentów całego dorobku przedhabilitacyjnego?

Co gorsza, choć ma to miejsce dość rzadko, to jednak pojawia się jeszcze dalej posunięta nieuczciwość w postaci dosłownego przekopiowania dużych fragmentów własnej rozprawy doktorskiej do habilitacyjnej, by tym samym przyspieszyć wydanie tej ostatniej. Na co liczy autor takiego postępowania? Na to, że żaden z recenzentów, a w przewodzie jest ich czterech, tego nie dostrzeże? Może ma takie doświadczenia z własnego środowiska, że jak trzeba ocenić czyjąś pracę, to się jej nie czyta, tylko przekartkowuje, „czyta po łebkach” i oceniając miarą objętości oraz liczby danych w wyniku obliczonego współczynnika korelacji zmiennych, pisze spod grubego palca pozytywną opinię?

W najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego minister Barbara Kudrycka odpiera zarzut dziennikarza, że znowelizowane ustawy akademickie eliminują „przewodników duchowych”, natomiast wymuszają na młodych wyścig szczurów”.
Stwierdza: W skróconej procedurze habilitacyjnej będą więc oceniane osiągnięcia naukowe. Zwracam uwagę na słowo „osiągnięcia”, a nie „dorobek naukowy”. Można mieć bowiem 300 artykułów w mało znaczącym regionalnym piśmie, które są dowodem jedynie na to, że ktoś lubi pisać. W nauce nie zawsze ilość przekłada się na jakość. Osiągnięciem naukowym są więc oryginalne odkrycia badawcze, zmieniające dotychczasowe teorie naukowe lub zbliżające nas do obszarów dotychczas niepoznanych. Nie powinno być zatem decydujące, w jakiej formie naukowiec prezentuje wyniki swojej pracy. Może to uczynić w formie monografii, cyklu artykułów czy przełomowego patentu. (Przewodnicy duchowi i wyścig szczurów, Z Barbarą Kudrycką, minister nauki i szkolnictwa wyższego rozmawiał Michał Bardel, TP, 2011 nr 16, s. 14).

Z tak rozumianą reformą nie godzi się prof. filozofii Tadeusz Gadacz, który w tym samym numerze Tygodnika pisze m.in.: By myśleć i tworzyć nowe ważne dzieła, potrzebna jest przestrzeń wolnej myśli, nieskrępowana w coraz większym stopniu scentralizowaną biurokracją. Potrzebne są takie warunki materialne, które pozwolą uczonym znaleźć czas na naukę i radość tworzenia. By starać się dorastać do poziomu naukowych badań i twórczości uniwersytetów europejskich i światowych, muszą mieć analogiczne w stosunku do nich możliwości. Rozwój nauki wymaga spokoju i czasu. (T. Gadacz, Hołd pokoleniom straconym, TP, 2011 nr 16, s.12)

Trzeba dodać do tego, że potrzebna jest jeszcze do rozwoju nauki przestrzeń prawdy i uczciwości, a ta nie zależy od budżetu na naukę i rozwiązań prawnych. Niestety coraz częściej spotykamy w pedagogice komiwojażerów dydaktyki, którzy w wyniku własnej hipokryzji, pozorowania działalności naukowej, stosowanych manipulacji i odcinania kuponów od dawno uzyskanego stopnia naukowego mogą być już jedynie dla młodych przewodnikami akademickiej patologii. W tym sensie prof. T. Gadacz ma rację, że obie grupy pokoleniowe są stracone.

środa, 13 kwietnia 2011

DEMO - KRATA
















Choć zasługi ma wielkie na rzecz demokracji:

Badał w polskiej oświacie jej inhibitory.

Bardzo szybko zapomniał w swojej autokracji,

że ten system z nim samym jest ...głęboko chory.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Pedagodzy zmienili i wybrali

W dniu dzisiejszym uczestnicy X Zjazdu Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego dokonali zmian w Statucie, który – wprawdzie już raz został zmieniony uchwałą delegatów IX Zjazdu PTP w dn. 24 kwietnia 2008 r., - ale nie było komu go zarejestrować w czasie minionej kadencji w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Tak więc trzeba było powrócić do debat sprzed trzech lat, by wprowadzić w nim zmiany, które są konieczne ze względu na płynną (jak to niezwykle trafnie określa Z. Bauman) rzeczywistość. Niestety, dopóki przyjęte dzisiaj uchwały delegatów Zjazdu nie zostaną przedłożone sądowi, a ten ich nie zatwierdzi, to nadal obowiązuje w PTP Statut, który jest zamieszczony na stronie internetowej Towarzystwa.

Ponad dwie godziny dyskutowaliśmy dzisiaj na temat

I) Zasad przyjmowania członków PTP

1) Obecnie muszą mieć przy składaniu wniosku o przyjęcie w poczet członków PTP poparcie co najmniej dwóch jego członków zwyczajnych PTP: § 13. 1. Członków Towarzystwa przyjmuje właściwy terenowo Zarząd Oddziału na podstawie: a) pisemnej deklaracji, b) wprowadzenia przez dwóch członków zwyczajnych”.

Proponowaliśmy usunięcie warunku poparcia przez dwóch członków zwyczajnych, co zostało przyjęte przez delegatów X Zjazdu (podobnie, jak IX Zjazdu) większością głosów.

2) Nadal nie mogą być członkami PTP osoby z wykształceniem wyższym pierwszego stopnia, gdyż obowiązujący Statut stwierdza w § 11: Członkiem zwyczajnym może zostać osoba posiadająca obywatelstwo polskie, która spełnia jeden z następujących warunków: a) ma ukończone studia pedagogiczne lub inne związane z problematyką wychowania, uzyskała przynajmniej tytuł magistra i ma dorobek teoretyczny albo znaczące osiągnięcia w zakresie praktyki pedagogicznej; b) ma ukończone inne studia wyższe i uzyskała stopień doktora na podstawie pracy z dziadziny nauk pedagogicznych; c) ma publikowany dorobek z dziedziny nauk pedagogicznych lub pokrewnych; d) posiada kwalifikacje, które Zarząd Główny uzna za równoważne z wymienionymi w punktach a, b, c.

Tak delegaci poprzedniego, jak i dzisiejszego Zjazdu przyjęli, że członkiem PTP może zostać każda osoba, która ma ukończone studia pedagogiczne, a więc także licencjackie, lub kwalifikacje które Zarząd Oddziału (a nie Zarząd Główny) uzna za równorzędne i jednocześnie spełni przynajmniej jeden z następujących warunków: 1) ma publikowany dorobek z dziedziny nauk pedagogicznych lub pokrewnych, 2) ma znaczące osiągnięcia w zakresie praktyki pedagogicznej.

II. Kadencyjność Przewodniczącego PTP

Dotychczasowy Statut PTP nie przewiduje kadencyjności władz PTP.

Już trzy lata temu przyjęto uchwałę, by kadencja przewodniczącego PTP była dwukrotna.

W dniu dzisiejszym pojawiły się dwie propozycje w tej kwestii: jedna, by nie ograniczać wyboru przewodniczącego PTP w ogóle, a druga, by była ona ograniczona do maksymalnie trzech kolejnych kadencji. Delegaci przyjęli rozwiązanie, że Przewodniczącym Towarzystwa można być maksymalnie przez dwie kolejne kadencje.

WYBORY PRZEWODNICZĄCEGO PTP

W związku z tym, że przyjęte uchwały nie mają mocy prawnej (dopóki nie zatwierdzi ich Sąd), delegaci obradowali zgodnie z obowiązującym Statutem. W wyborach tajnych wybrali Przewodniczącym PTP, pełniącego tę społeczną funkcję od 1989 r., a więc na ósmą kadencję
- prof. zw. dr hab. Zbigniewa Kwiecińskiego, czł. koresp. PAN.


(źródło: H. Rotkiewicz, Sprawozdanie z IX Walnego Zjazdu Delegatów Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego 24 IV 2008 r. Protokół obrad, Forum Oświatowe 2008 nr 2; http://www.ptp-pl.org/index.php?strona=zjazdy-delegatow-ptp)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Polskie Towarzystwo Pedagogiczne - reaktywacja


Polskiemu Towarzystwu Pedagogicznemu poświęcałem już uwagę w blogu, i nie tylko, gdyż jestem jego członkiem od jego powstania w 1981 r. , toteż z niepokojem przyjmowałem każdy okres załamań, blokad czy zapaści, jakich doświadczała nasza społeczność z różnych zresztą powodów, jak i z radością włączałem się w nowe inicjatywy, dokonania i odradzające się nei tylko w czasie zjazdów formy pedagogicznego dyskursu. Dzisiaj piszę o reaktywacji III, gdyż otrzymałem wiadomość o uruchomieniu po raz pierwszy w dziejach Towarzystwa jego internetowej strony: http://www.ptp-pl.org/ .

Pierwsza reaktywacja wiąże się z powołaniem do życia Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego w dn. 24 kwietnia 1981 r. w Warszawie, kiedy to odbyło się jego pierwsze zebranie ogólne z udziałem 34 członków założycieli. Kilka tygodni wcześniej, bo z dn. 19 marca 1981 r. zostało ono zarejestrowane przez Wydział Spraw Wewnętrznych Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Słusznie uzasadniano nawiązanie PTP do bogatej tradycji ruchu pedagogicznego, jaki miał miejsce w końcu XVIII w.

Inicjatorami i pomysłodawcami powołania do życia Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego byli profesorowie, członkowie PAN – Wincenty Okoń i Bogdan Suchodolski. Zrodzony dzięki m.in. fali sierpniowego wstrząsu „Solidarności”, nie został wyhamowany w swojej działalności w okresie stanu wojennego, bowiem liczba jego członków wzrosła do ok. 600 w końcu 1982 r. W tym, jakże trudnym okresie, powstało 15 oddziałów terenowych mimo wywołanego „stanem wojennym” wstrząsu psychologicznego i moralnego także u wielu członków PTP.

Druga reaktywacja nastąpiła po stanie wojennym, jeszcze w okresie głębokiego PRL, kiedy w 1983 r. został wydany pierwszy numer kwartalnika „Biuletyn Organizacyjny” PTP poświęconego problemom nauk pedagogicznych, oświaty i wychowania. Jego redaktorem naczelnym był prof. Mikołaj Kozakiewicz, także pierwszy Przewodniczący PTP, zaś członkami redakcji zostali profesorowie: Ryszard Łukaszewicz i Marian Walczak. Sekretarzem Redakcji była Weronika Budziło. Był to numer wyjątkowy, który ukazał się w nakładzie 300 egzemplarzy o objętości 60 stronic dzięki subwencji Polskiej Akademii Nauk. To właśnie dzięki II reaktywacji uzyskaliśmy dostęp do raportu prof. M. Kozakiewicza na temat kryzysu ekonomiczno-społecznego Polski a problemów wychowania, który był przedmiotem jego referatu w czasie pierwszego zebrania.

Trzecia reaktywacja pojawiła się w III RP i pomimo wielu zakrętów, słabości i załamań dotrwaliśmy do 2011 r. z nadzieją odnowy w warunkach konfrontowania naszych osiągnięć i osobistych postaw z nieustannymi reformami i zmianami oświatowymi oraz akademickimi, z przełomami paradygmatycznymi w naukach o wychowaniu i osłabieniem działalności społecznej niektórych oddziałów. Zakotwiczenie w Internecie, choć jest jaskółką, która jeszcze wiosny nie czyni, to jednak dobrze, że wreszcie nastąpiło. Niech będzie takie miejsce chociażby w wirtualnej przestrzeni, które zawiera informacje o PTP w niezwykle czytelnej i estetycznie zaprojektowanej wizualizacji danych o jego historii, władzach, oddziałach, zjazdach, wydawnictwach, najważniejszych wydarzeniach i skrzynce kontaktowej na korespondencję.

Nareszcie możemy zaprezentować swoją aktywność lub jej brak, gdyż każda z tych kategorii jest tu uwydatniona. Strona jest w budowie, tak jak polskie drogi, więc nie ma się co dziwić, że są tu objazdy, utrudnienia w ruchu czy dziury, które wymagają uzupełnień. Od nas samych zależy zatem to, czy będzie można poruszać się tu, jak w świecie rzeczywistym - drogą szybkiego ruchu jedynie (nie-)pamięci, autostradą przemian czy nieutwardzoną ścieżką pozoru. Zjazd ogólny odbędzie się we wtorek 12 kwietnia br.

Diagnoza sprzed 30 lat prof. Mikołaja Kozakiewicza brzmi dzisiaj niezwykle aktualnie jako przesłanie na kolejne lata naszej działalności. Pierwszy Przewodniczący mówił wówczas:

Sądzę, że jest sprawą ważną dla PTP, mądre i przemyślane ustosunkowanie się do kryzysu jako takiego, oraz do określenia swej roli w likwidacji samego kryzysu, jak też minimalizacji jego negatywnych skutków wychowawczych i społecznych. „Polska znajduje się w głębokim kryzysie” – to zdanie powtarza się tak często, że nikogo już nie szokuje to stwierdzenie, a nawet powoli uznano stan kryzysu za rzecz zwyczajną czy normalną. Sam termin „kryzys” staje się powoli słowem wytrychem, które wyjaśnia i usprawiedliwia prawdziwe i rzekome niemożności, braki wywołane obiektywnymi przyczynami i całkowicie zawinione przez ludzi, rozgrzesza od bezczynności i nieróbstwa, od zastępowania wysiłków na rzecz poprawy, gadulstwem o poprawie (…).

No proszę, jakież to aktualne.

Solidaryzuję się z Rodzinami Ofiar 10 kwietnia 2010 w Smoleńsku

Skoro Rosjanie usunęli w Smoleńsku ufundowaną i zainstalowaną przez Stowarzyszenie Katyń 2010 tablicę z treścią:

"Pamięci 96 Polaków na czele z prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej Lechem Kaczyńskim, którzy 10 kwietnia 2010 r. zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, w drodze na uroczystości upamiętnienia 70. rocznicy sowieckiej zbrodni ludobójstwa w Lesie Katyńskim dokonanej na jeńcach wojennych, na oficerach Wojska Polskiego w 1940 r.".

to ja ją tu także publikuję!

wtorek, 5 kwietnia 2011

Czy minister B. Kudrycka uzna wartość technologii edukacyjnych?


W czasie marcowego posiedzenia Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk przyjął uchwałę w sprawie skierowania do pani minister nauki i szkolnictwa wyższego - prof. Barbary Kudryckiej wniosku o równorzędne (z patentami w naukach technicznych) traktowanie w ocenie osiągnięć pedagogów opracowanych przez nich technologii edukacyjnych. Pismo w tej sprawie (z datą 28.03.2011) jest następującej treści:

Dążenie do zmiany na lepsze systemu edukacji należy do głównych zadań pedagogiki. W tym celu opracowuje się nowe technologie edukacyjne dostosowane do specyfiki rozwoju umysłowego i procesu uczenia się dzieci (wychowanie przedszkole), uczniów (szkoły podstawowe, gimnazja i ponadgimnazjalne) oraz młodzieży (studia I, II i III stopnia). Takie technologie obejmują:

- autorskie programy edukacyjne (konkretyzacja i rozszerzenie celów i treści kształcenia zawartych w podstawach programowych), opracowane ze znajomością różnic indywidualnych w rozwoju umysłowym dzieci, uczniów i studentów oraz warunków, w jakich jest realizowana edukacja;

- oprzyrządowanie dydaktyczne zawierające metody, pakiety edukacyjne i inne środki dydaktyczne przydatne do zrealizowania celów i treści kształcenia zawartych w programach edukacyjnych.

Przed wdrożeniem technologie te muszą być sprawdzone na zasadzie klasycznych badań eksperymentalnych, z uwzględnieniem rygorów diagnozy pedagogicznej i rytmu roku szkolnego. Jest to jedyny sposób ustalania skuteczności wychowawczej i dydaktycznej technologii edukacyjnych. Programy oraz ich dydaktyczne oprzyrządowanie są udostępniane w formie autorskich publikacji (z wymogiem recenzowania), aby nauczyciele mogli z nich swobodnie korzystać, wdrażając je w przedszkolach i w szkołach. Dodać tu trzeba, że za takie udostępnienie technologii pedagogicznych ich autorzy nie otrzymują dodatkowych gratyfikacji finansowych.

Niestety, ten zakres trudnej i wysoko specjalistycznej działalności naukowej pedagogów jest od wielu lat pomijany w ocenach parametrycznych podstawowych jednostek organizacyjnych szkolnictwa wyższego oraz ich własnej działalności naukowo-badawczej oraz wdrożeniowej. Dochodzi do paradoksów, że autorzy technologii edukacyjnej Dziecięca matematyka, według której w większości przedszkoli w Polsce dobrym skutkiem wspomaga się dzieci w rozwoju umysłowym wraz z edukacją matematyczną (skuteczność udowodniona naukowo), nie otrzymali ani jednego punktu w ocenie parametrycznej. Jednocześnie ich koledzy z nauk technicznych zdobywają je za opatentowane usprawnienia technologiczne, jeżeli nawet są one drobne.

Wieloletnie pomijanie w ocenie wartości naukowej technologii pedagogicznych kładzie się złym cieniem na systemie edukacji w Polce, gdyż pedagodzy zatrudnieni w uczelniach coraz rzadziej podejmują trud opracowania nowych technologii pedagogicznych, bo efekty tej absorbującej działalności naukowej nie podlegają ocenie parametrycznej. Ponadto uczelnie, w których pracują, nie mogą tego zakresu działalności pedagogicznej przedstawić do oceny, która decyduje o rankingu działalności naukowej. w związku z tym, że system edukacyjny ciągle potrzebuje nowych technologii, opracowują je najczęściej osoby nie mające ku temu odpowiedniego przygotowania merytorycznego, ze słabą znajomością dorobku pedagogiki i metod naukowej ich weryfikacji.

Efektem tego procesu jest poszerzające się rozdarcie przestrzeni pomiędzy naukową pedagogiką a rzeczywistością edukacyjną oraz znane wszystkim niedostatki procesu wychowania i kształcenia w przedszkolach, w szkołach i uczelniach. Wszystko to można stosunkowo szybko zmienić na lepsze, jeżeli zostaną podjęte decyzje o równorzędnym traktowaniu technologii edukacyjnych z patentami w naukach technicznych.

Komitet Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk zwraca się więc do Pani Minister prośbą o spowodowanie odpowiedniej korekty w systemie oceny parametrycznej działalności naukowej.

Sprawa jest pilna, zważywszy na potrzeby systemu edukacji, programy edukacyjne oraz ich dydaktyczne oprzyrządowanie, które powinny być opracowane na odpowiednio wysokim poziomie merytorycznym, ze znajomością realiów edukacyjnych przedszkola, szkoły i uczelni, sprawdzone badawczo i recenzowane przed opublikowaniem. Nic też nie stoi na przeszkodzie, aby fakt opublikowania technologii pedagogicznych uznać za równorzędny z procedurą opatentowania technologii przemysłowych, a wybieranie technologii edukacyjnej przez nauczycieli jako równorzędne z wdrożeniom patentów w zakładach produkcyjnych.

Mamy nadzieję, że Pani Minister przychylnie rozpatrzy przedłożony wniosek ze względu na dobro uczących się dzieci, małych i starszych uczniów oraz studentów, a także ze względu na poprawę kondycji nauk pedagogicznych i wszystkich uczelni kształcących nauczycieli.

sobota, 2 kwietnia 2011

Wyższa szkoła psychopedagogicznej manipulacji


Psycholodzy coraz częściej wskazują na to, że nauczyciele stają się ofiarami swoich zwierzchników z tego głównie powodu, że albo nie uświadamiają sobie stosowanej wobec nich manipulacji, albo są dobroduszni, naiwni, łatwowierni, albo też ulegli panice, lękowi, że w wyniku jakiegokolwiek oporu stracą swoje ulubione miejsce pracy.

Francuska psycholog i psychoterapeutka jednej z paryskich klinik Isabelle Nazare-Aga opracowała na podstawie swoich wieloletnich doświadczeń terapeutycznych katalog 30 cech charakteryzujących manipulatora. Uświadomienie sobie występowania co najmniej dziesięciu z nich u własnego zwierzchnika jest dowodem na to, że jest naszym manipulatorem, ale zarazem może być pierwszym, ważnym dla nas krokiem do podejmowania działań obronnych. Taki manipulator:

1. Wywołuje u innych poczucie winy, wykorzystując przy tym relacje rodzinne, przyjacielskie, miłosne, czy odwołując się do poczucia zawodowej odpowiedzialności itd.

2. Przerzuca odpowiedzialność na innych albo stara się wywinąć z własnej odpowiedzialności.

3. Nie przekazuje, nie wyraża w sposób jasny, wyrazisty swoich żądań, potrzeb, uczuć czy poglądów.

4. Najczęściej odpowiada w sposób niejasny, ogólnikowy.

5. Zmienia swoje poglądy, zachowania i uczucia w zależności od sytuacji albo osoby, z którą jest w kontakcie.

6. Swoje roszczenia skrywa za argumentami logicznymi.

7. Uświadamia innym, że nigdy nie wolno im zmieniać poglądów, że muszą być doskonali, wszystko wiedzieć i reagować natychmiast na jego oczekiwania i pytania.

8. Podaje w wątpliwość cechy, umiejętności i osobowość innych nieprzypadkowo ich krytykuje i osądza, mówi o nich z despektem.

9. Swoje polecenia każe egzekwować za pośrednictwem innych ludzi lub uchyla się od bezpośredniej informacji (zamiast bezpośredniej rozmowy – telefonuje, przekazuje polecenia na piśmie).

10. Rozsiewa niezgodę, pobudza podejrzliwość, intryguje, dzieli ludzi, aby mógł lepiej nad nimi panować, jest nawet zdolny do rozbicia małżeństwa.

11. Usiłuje prezentować siebie jako ofiarę, aby inni użalali się nad nim (ujawnia w sposób przerysowany swoje emocje, uskarża się na osoby, których nie znosi w swoim otoczeniu, na przeciążenie pracę itp.).

12. Nie dba o potrzeby innych (mimo, iż twierdzi coś zupełnie odwrotnego).

13. Wykorzystuje zasady moralne innych do spełniania swoich potrzeb (do jego umiłowanych pojęć należą: ludzkość, miłosierdzie, ocenianie ludzi jako dobrych lub złych).

14. Skrycie wygraża innym albo ich jawnie szantażuje.

15. Często zmienia temat w trakcie rozmowy.

16. Unika zebrań z pracownikami i narad, ucieka od nich.

17. Stara się sprawiać wrażenie, że jest nad innymi.

18. Kłamie

19. Celowo posługuje się kłamstwem, by wydobyć prawdę, przekręca fakty i interpretuje sądy innych osób.

20. Jest egocentrykiem

21. Zazdrości nawet partnerowi lub własnym dzieciom.

22. Nie znosi krytyki a potrafi popierać jedynie oczywiste fakty.

23. Nie dba o prawa, potrzeby czy oczekiwania innych.

24. Bardzo często żąda, wydaje polecenia i zmusza innych do działania na ostatnią chwilę.

25. Jego słowna wypowiedź brzmi logicznie i spójnie, a mimo to jego postawy, czyny czy sposób życia świadczą o czymś wręcz odwrotnym.

26. Stosuje pochlebstwa, aby się przypodobać, daje prezenty albo nieoczekiwanie oferuje drobne usługi.

27. W jego obecności ludzie czują się nieprzyjemnie i nie mają poczucia swobody.

28. Dąży do swoich celów bardzo dokładnie, ale kosztem innych.

29. Zobowiązuje nas do działań, których z własnej woli nigdy byśmy nie podjęli.

30. Ludzie, którzy go znają, stale o nim mówią, nawet jak jest nieobecny.

Naukowcy podejmujący problem asertywności człowieka, a więc m.in. umiejętności chronienia siebie w sytuacji, kiedy ktoś chce podporządkowywać sobie jego zachowania, operują najczęściej informacjami na temat tego, jak rozpoznać ludzi chcących nimi manipulować. Osoby o takich skłonnościach najczęściej starają się ukryć swoje zamiary za ugrzecznionymi zwrotami lub zachowaniami, jak np.

- Za młody jesteś, żeby to zrozumieć…

- Wiem, że zawsze mogę na tobie polegać….,

- Gdybym był tobą….

- Powinniśmy współdziałać, a wtedy będzie mniej napięcia….

- Wiem, że to nie moja sprawa, ale….


Manipulator działa z ukrycia tak, by osłabić czujność swoich współpracowników i przejąć nad nimi całkowitą kontrolę, często także nad ich osobistym życiem. Taka osoba traci zdolność do nawiązywania autentycznych kontaktów z innymi, gdyż jest nastawiona na siebie, nie słucha innych, tkwiąc w egoizmie i w przekonaniu do własnych racji. Jej postawy można określić na poziomie ogólności jako zbliżone do psychopatycznych, gdyż nie ma w niej skruchy lub poczucia winy za swoje działania przemocowe wobec innych. Problem takiego manipulatora-umniejszacza polega na tym, że nie jest on w stanie przyznać się do błędu, nie przechodzi więc przez naturalny cykl. Działa on według schematu „zaprzeczenia-stłumienia”:

1. Wyrządzenie krzywdy.

2. Usprawiedliwienie czynu przed samym sobą.

3. Stłumienie poczucia winy, które prowadzi w końcu do „złego nastroju”.

4. Uniknięcie pokuty – uchylenie się od naprawienia krzywdy czy zadośćuczynienia


Rozpoznanie już samego faktu bycia jego ofiarą może ułatwić nam zakreślenie granic jego postępowania, które nie będą dla nas do przyjęcia i wymuszą konieczność obrony, powstrzymywania go przed tym lub przeciwdziałania. Umniejszaczowi najbardziej zależy na tym, by zawsze mieć rację. A więc nigdy, przenigdy nie mów mu: „mylisz się”; jest to regułą podstawowa. Jeżeli będziesz mu zaprzeczał, wykazywał, demonstrował lub w jakikolwiek inny sposób dawał do zrozumienia, że nie ma racji, prędzej czy później dopadnie cię. Prędzej czy później zapłacisz za to. Umniejszacze są nad wyraz mściwi. Dla umniejszacza zrobienie błędu jest najgorszą rzeczą, jaka może mu się przytrafić, i nie daruje osobie, która postawi go w niezręcznej sytuacji. Najlepsze, co można zrobić, to przyjąć słowa umniejszacza do wiadomości; co wcale nie znaczy zgodzić się z nimi.


(literatura: J. Carter, Wredni ludzie, tłum. Justyna Kotlicka, Warszawa: Jacek Santorski &CO Agencja Wydawnicza. Wydawnictwo SYSTEM 1993; G. Lindeenfield, Asertwność, czyli jak być otwartym, skutecznym i naturalnym, tłum. Mariusz Włoczysiak , Łódź: RAVI 1994; I. Nazare-Aga, Nenechte sebou manipulovat.tłum. Hana Prousková, Praha: Portál 1999)

piątek, 1 kwietnia 2011

Pedagogika, socjologia oraz marketing i zarządzanie wśród tzw. "niepożądanych" kierunków kształcenia

Ministerstwo jest wysoce zaniepokojone tak intensywnym przyrostem osób studiujących w Polsce w niepublicznych szkołach wyższych na kierunkach pedagogika, socjologia oraz marketing i zarządzanie. W związku z tym, że właśnie na tych kierunkach kształcenia Państwowa Komisja Akredytacyjna wykazała w ciągu ostatnich 9 lat najwięcej błędów, patologii organizacyjnych i związanych z najniższym poziomem jakości, zostaną wprowadzone dodatkowe obostrzenia prawne. Skoro sprawdził się pomysł rządu na wspomaganie uczelni prowadzących tzw. kierunki zamawiane, a więc studia o najwyższym zapotrzebowaniu dla gospodarki, rozwoju najnowszych technologii oraz poprawy opieki zdrowotnej, to na zasadzie inwersji te jednostki, które kształcą m.in. na pedagogice, zostaną przez ministerstwo oznakowane jako "kierunki niepożądane", "niezamawiane". Niniejsze rozporządzenie nie dotyczy szkolnictwa publicznego, gdyż to spełnia najwyższe standardy edukacji także na tych kierunkach.

Wszyscy ci, którzy podjęli już na nich studia, będą mogli je dokończyć, natomiast rekrutacja od nowego roku akademickiego będzie objęta dodatkowymi rygorami. Przewiduje się np. że do minimum kadrowego nie będzie można zaliczać na niepożądanych przez ministerstwo kierunkach studiów nauczycieli akademickich, którzy przekroczyli 70 rok życia. W ramach vacatio legis będą oni mogli być zaliczani tylko na konieczny okres doprowadzenia obecnie studiujących do egzaminów dyplomowych. Natomiast dla nowych roczników studiów I i II stopnia wymagana będzie kadra tylko i wyłącznie w podstawowym miejscu pracy oraz legitymująca się maksymalnie wiekiem do 70roku życia. Poza tym nauczyciele z minimum kadrowego bedą musieli być zameldowani w miejscowości będącej siedzibą szkoły, żeby ich kontakt ze studentami był realny.
Nie będzie też można uwzględniać w minimum kadrowym dla tzw. "niepożądanych kierunków studiów" osób, które uzyskały stopnie naukowe w uczelniach byłych krajów socjalistycznych (Czechy, Słowacja, Ukraina, Rosja, Węgry, Bułgaria, Białoruś, Litwa, Estonia, Łotwa, NRD, Rumunia).

Władze zdają sobie sprawę z tego, że niniejsze rozwiązania mogą naruszyć stabilność finansową prywatnych szkół wyższych, toteż wzorem rozwiązań w rolnictwie, będzie im przyznawana jednorazowa dotacja wyrównawcza (jak dopłaty rolnicze) wprost proporcjonalnie do średniej liczby studentów w okresie minionych 10 lat, ale tylko ze studiów stacjonarnych. Tym samym zostanie spełniony postulat przedwyborczy PO, aby zrównywać szanse szkolnictwa niepublicznego z publicznym oraz wspomagać kształcenie na kierunkach kluczowych dla rozwoju państwa. Co ciekawe, w uzasadnieniu projektu rozporządzenia wskazuje się na argumentację Dariusza Chętkowskiego, który w Głosie Nauczycielskim (2011 nr 12) opublikował artykuł pt. Dlaczego każdy może być nauczycielem? Eksperci zastanawiają się, czy do tzw. „niezamawianych” kierunków nie włączyć jeszcze dziennikarstwa i komunikacji społecznej.

Łódzki pedagog laureatem konkursu na „Najlepszą książkę katolicką"

Tomasz Bilicki - absolwent Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego, został laureatem Konkursu na "Najlepszą książkę katolicką" w kategorii: "Bog dla dorosłego" za wydaną w Oficynie Wydawniczej "IMPULS" w Krakowie rozprawę pt."Dziecko i wychowanie w pedagogii Jana Pawła II, Na podstawie encyklik, adhortacji, wybranych listów i przemówień". W grupie nominowanych do tej nagrody były dwie książki: "Leksykon symboli liturgicznych ks. Bogusława Nadolskiego(Wydawnictwo: Salwator 2010) oraz "Bitwa o Kościół autorstwa: Kamil Durczok, Piotr Kraśko, ks.Bartłomiej Król, Agnieszka Mrożek i Katarzyna Wiśniewska(Wydawnictwo: Salwator 2010).

Plebiscyt wortalu www.granice.pl na „Najlepszą książkę katolicką” trwał od 24 lutego br. przez dwa tygodnie. Książka T. Bilickiego uzyskała najwięcej, bo 46,1% głosów jurorów. Jak napisali Organizatorzy:

Na rynku wydawniczym pojawiają się książki, które mogą pomóc nam uporządkować wewnętrzny świat, służyć oparciem, czy też dawać świadectwo dobroci Boga. Powstają niebanalne świadectwa, niosące potężny ładunek ewangelizacyjny, pozycje warte rozpowszechnienia ku budowaniu doświadczenia wiary, szerzenia dobroci i idei braterstwa. Jak wybrać te wartościowe książki o tematyce religijnej, czy też poruszające zagadnienia duchowości, kontemplacji otoczenia, wewnętrznego spokoju i codziennego doświadczania radości stworzenia? Plebiscyt „Najlepsza książka katolicka” powstał, by pokazać pozycje przepełnione przesłaniem, niosące ładunek „wiary, nadziei i miłości” oraz wybrać te książki, które najbardziej poruszają nasze serca.


Książka pedagoga Centrum Służby Rodzinie w Łodzi jest analizą spojrzenia Karola Wojtyły-Papieża Jana Pawła II na dziecko i wychowanie w ujęciu filozofii personalistycznej i tradycji współczesnej myśli chrześcijańskiej. Jaki jest wychowawczy personalizm Jana Pawła II? Czy jego refleksje nad dzieckiem i wychowaniem można nazwać systemem pedagogicznym? Kim jest Papież w kontekście tradycji pedagogicznej myśli chrześcijańskiej? Czy Jana Pawła II można zaliczyć – tak jak Józefa Kalasancjusza, Jana La Salle i Jana Bosko – do świętych pedagogów? Oto pytania, na które znajdziemy w tej książce odpowiedź. Nie bez powodu Wincenty Okoń w swoim "Słowniku Pedagogicznym" nazwał Jana Pawła II "prawdziwym wychowawcą narodów".

Tomkowi Bilickiemu gratuluję symbolicznego wyróżnienia.