Opublikowano przyjęty przez Radę Ministrów projekt ustawy Prawo oświatowe (Dz. U. z 2025 r. poz. 1043 - Projekt nowelizacji z dnia 27 marca 2026 r.) w zakresie praw i obowiązków ucznia. Jeśli ktokolwiek chciałby opinii na temat zasadności tej regulacji, to wystarczy, że wrzuci do AI zapytanie o wartość proponowanej zmiany.
Znający obecne prawo oświatowe i byli lub są jeszcze nauczycielami zorientują się, że ministra Barbara Nowacka kontynuuje swoją propagandową walkę o pozytywny wizerunek dla wdrażanej pseudoreformy. Prawdopodobnie rządzący liczą na to, że dzięki tej ustawie powiększą grono zwolenników w przyszłorocznych wyborach, bo przecież nie o prawa ucznia i jego obowiązku w istocie tu chodzi.
AI
odsłoni pozór zapisanych w ustawie rzekomych zalet, które można odczytać w
perspektywie teorii wychowania humanistycznego i troski władz o polską
demokrację. Zobaczmy na czym polega manipulacja semantyczna MEN:
Po
pierwsze projekt akcentuje normatywne zakotwiczenie rzekomej podmiotowości ucznia, co
miałoby świadczyć o tym, że najważniejsza zmiana ma
charakter aksjologiczny: uczeń przestaje być „adresatem oddziaływań”, a
staje się podmiotem praw i wolności (prawa do godności, równego
traktowania, prywatności, wolności od przemocy i dyskryminacji
oraz wolności światopoglądowej i wypowiedzi). Mogłoby z tych zapisów
wynikać, że szkoła przestaje być instytucją „przymusu socjalizacyjnego”, a staje
się przestrzenią gwarantowanych uczniom podmiotowych relacji.
Po
drugie, wprowadza się fałszywą tezę rzekomego powiązania prawa uczniów do
edukacji z aktualną wiedzą pedagogiczną („nauczania i wychowania opartych o
metody uznane przez współczesne nauki pedagogiczne”). Tymczasem wiemy, że
wprowadzana w Polsce reforma nie ma związku z współczesną wiedzą nauk
pedagogicznych, tylko z naukami o zarządzaniu i ekonomią, których kadry (IBE)
niekompetentnie wprowadzają regulacje z państw o innej kulturze, odmiennym
ustroju szkolnym, innym poziomie wynagrodzeń nauczycieli i infrastrukturze, a
więc nie znając i nie rozumiejąc ich faktycznych uwarunkowań jako nieadekwatnych do warunków polskiego szkolnictwa.
Po
trzecie, zapowiada się rzekome wzmocnienie transparentności procesu
edukacyjnego, skoro projekt ustawy ma gwarantować uczniom dostęp
do statutu szkoły, programów nauczania, rozkładu zajęć
i zasad oceniania. To do kwietnia 2026 roku uczniowie nie mieli do tego
dostępu??? Znakomicie. Ministra przyznaje tym samym, że od 2024 roku jest
patologia w powyższym zakresie. Samoocena?
Po czwarte, ponoć dopiero dzięki tej ustawie zaistnieje partycypacja uczniowska, bowiem uczeń zyskuje realny udział w samorządzie, wpływ na wybór opiekuna samorządu i możliwość składania skarg bez represji. Czytając takie banały można spaść z krzesła ze śmiechu.
Po
piąte, ustawa przewiduje wprowadzenie systemowej ochrony praw ucznia, którą ma
zapewnić wielopoziomowa administracja
rzeczników: szkolnego, gminnego / powiatowego, wojewódzkiego
i krajowego. W tym zakresie MEN kompromituje swoje dotychczasowe a
sloganowe przesłanie o wzmacnianiu partycypacji uczniów w rozwiązywanie
problemów wewnątrzszkolnych, skoro mają być tu reprezentowani
przez rzeczników. To ci dopiero wymyślono etaty dla kolejnych pasożytów
oświatowych, których obywatele mają utrzymywać płacąc podatki.
Po
szóste, wciska się rzekomą proceduralną sprawiedliwość naprawczą, bowiem
"negatywne" postępowanie nauczyciela wobec ucznia zawiera prawo
ucznia do obrony, domniemanie jego niewinności i zasadę rozstrzygania
wątpliwości na korzyść ucznia. Proponuję wzmocnić te zapisy kodeksem prawa
administracyjnego, by uczniowie mogli odwoływać się do sądów administracyjnych
w swoich sprawach. Mamy zatem propozycję wychowywania bazującego na domniemanej
niewinności uczniów i domniemanej winy nauczycieli. Niech wreszcie nauczyciele
się lękają.
Po
siódme, tylko dzięki tej ustawie pojawią się działania wychowawcze zamiast
ponoć teraz stosowanych wobec uczniów kar, czyli najpierw ma być rozmowa,
po niej zawarty z uczniem kontrakt, a jak uczyni szkodę, to ma ją naprawić
i przeprosić. Na końcu tej praktyki są przewidziane sankcje
karne.
Po ósme, ustawa deklaruje ochronę ucznia przed nadmierną penalizacją, w
tym usuwanie informacji o karach po odpowiednim czasie i możliwość
dostosowania kar do rozwoju ucznia. Dzięki temu ma się uniknąć „stygmatyzacji
szkolnej” oraz pojawić się szansa na resocjalizację i rozwój.
Po
dziewiąte, ustawa ma zapewnić równowagę między uczeniem się a czasem wolnym ucznia,
bowiem zawiera prawo do czasu wolnego (co za łaska) i rozwijania
zainteresowań. Dzięki tej ustawie zostanie wzmocniony dobrostan ucznia jako
naczelny cel polskiej edukacji.
Po
dziesiąte, dopiero ta ustawa ma przyczynić się do upowszechniania wiedzy o
prawach ucznia, o funkcji edukacyjnej prawa. Nareszcie szkoła będzie miała
obowiązek „upowszechniać wśród uczniów wiedzę o prawach”, by oni wreszcie
dowiedzieli się, nie tylko o tym, co im wolno, ale dlaczego.
Czy
to MEN czy IBE-PIB wcisnął AI bullshit w stylu: "Po raz pierwszy
ustawodawca próbuje uczynić z ucznia nie przedmiot szkolnej władzy, lecz
podmiot prawa"?
Trudno
zgodzić się z funkcjami założonymi projektu tej ustawy, gdyż zawiera ona
wewnętrznie sprzeczne zapisy, które kompromitują jej ukrytych autorów. Czekam
zatem na krytyczną analizę ryzyka, paradoksów i pozorności stanowienia o
prawach i obowiązkach ucznia w Polsce, w której o edukacji rozstrzyga
centralistycznie stanowione prawo i partyjnie zdeterminowana w walce o władzę
ministra tego resortu wraz z jej urzędnikami.
Lektura tego projektu ujawnia wiele absurdów, które nie są tylko
„techniczną niedoskonałością legislacyjną”, lecz strukturalną
sprzecznością między językiem emancypacji a logiką kontroli systemowej. To nie
jest ustawa o prawach ucznia, ale projekt ustawy o administracyjnym,
ideokratycznym zarządzaniu prawami ucznia. Nie liczę na opinie pedagogów specjalizujących się w pedagogice emancypacyjnej czy krytycznej, toteż będę kontynuował analizę tego bubla MEN.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam