Gdyby
celem była jakość nauki, państwo by najpierw inwestowało w ludzi, zespoły,
infrastrukturę, a dopiero potem tworzyło systemy oceny. Tymczasem w
Polsce jest odwrotnie. Najpierw ustalono algorytm podziału
pieniędzy, a dopiero potem dorobiono do niego narrację o rzekomej trosce o
jakość polskiej nauki i jej konkurencyjność na świecie.
Punktoza
jest więc instrumentem księgowym ubranym w język doskonałości
naukowej. Kategoria naukowa przypisywana co cztery lata jednostkom
akademickim na podstawie poszczególnych wymierności dyscyplin naukowych jest
zarazem polityczną walutą. Kategorie A+, A, B+, B itd. nie pełnią
funkcji poznawczej, kulturowej, ale alokacyjną. Są
więc odpowiednikiem noża do dzielenia budżetowego "tortu”.
Skoro
zaś "tort" jest mały, to ktoś musi stracić, ktoś musi
zostać nazwany słabym, ktoś musi "oblizać się smakiem".
Wprowadzony
przez MNiSW system ewaluacji jest mechanizmem moralnego odwrócenia winy. W
istocie bowiem rządzący zawsze mogą twierdzić, że „to nie oni dają za
mało, ale to naukowcy są za słabi”. Przyjrzyjmy się temu mechanizmowi,
który legitymizuje strukturalne niedofinansowanie nauki zamieniając
je w narrację o indywidualnej niekompetencji zatrudnianych w szkołach wyższych
nauczycieli akademickich.
Ewidentnie
jest to zabieg ideologiczny, by z winy systemowej (władztwa
politycznego) przerzucić winę moralną na wykonawców. Do
tego potrzebna jest władzy legenda „międzynarodowej
konkurencyjności”.
Cyniczny
przekaz, że „polscy naukowcy nie radzą sobie na świecie” pełni
funkcję uzasadnienia niskich nakładów finansowych na
naukę, legitymizacji selektywnej dystrybucji środków
oraz usprawiedliwienia koncentracji pieniędzy w wąskich wyspach, jakimi są
NCN i NCBiR. Dla "swoich" tworzy się odrębne ścieżki dofinansowywania
badań, które nie mają znaczenia dla nauki, ale dla utrzymania się władzy.
Nie
po to stosuje się wyrafinowane formy i metody dzielenia małego
"tortu", by wspierać wzrost jakości badań naukowych, ale po to, by
zarządzać niedoborem bez ponoszenia politycznych kosztów. Żaden minister nie
poniósł odpowiedzialności za niedobory i straty w szkolnictwie wyższym, a
przecież stratą jest niepodejmowanie przez najzdolniejszych absolwentów studiów
chęci kontynuowania ich w szkole doktorskiej.
Punktoza
jest zatem narzędziem władzy, a nie zarządzania nauką. W sensie
klasycznym zarządzanie powinno służyć rozwojowi najzdolniejszych zasobów
ludzkich. Ocena parametryczna ma jednak służyć zdobyciu i utrzymaniu władzy,
bowiem daje jej pozór obiektywności, możliwość arbitralnych korekt list
oraz instrument nacisku na całe środowiska.
Dlaczego
nie ma takiej punktozy w państwach najsilniejszych naukowo? To oczywiste,
bo w nich finansuje się bazę, stabilizuje kariery a ewaluacja
pełni funkcję korekcyjną, a nie egzekucyjną. W Polsce natomiast ewaluacja
zastąpiła politykę naukową, dzięki czemu poprawia sobie lub własnemu środowisku
akademickiemu byt oraz wycisza opór, skoro większość ma cieszyć się, że w ogóle
otrzymuje jakieś, ale stałe wynagrodzenie.
Prawnicy
mają swoje kancelarie, lekarze i weterynarze - kliniki, psycholodzy - poradnie,
ekonomiści rady nadzorcze, socjolodzy, politolodzy pozaakademickie
"instytuty", pracownie czy ośrodki diagnostyczne, filolodzy biura,
redakcje itp., itd. Uniwersytety, politechniki, akademie są dla części
szyldem wzmacniającym ich status społeczny.
Realnie
punktoza osłabia naukę, a następnie wykorzystuje to osłabienie jako
dowód jej słabości, co sprawia, że mamy samopotwierdzającą się
pętlę. Służy zatem zarządzaniu biedą w sposób, który pozwala władzy
państwowej zachować moralne alibi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam