08 lutego 2026

Punktoza w polskim szkolnictwie wyższym jako inżynieria zarządzania biedą budżetową

 

Gdyby celem była jakość nauki, państwo by najpierw inwestowało w ludzi, zespoły, infrastrukturę, a dopiero potem tworzyło systemy oceny. Tymczasem w Polsce jest odwrotnie. Najpierw ustalono algorytm podziału pieniędzy, a dopiero potem dorobiono do niego narrację o rzekomej trosce o jakość polskiej nauki i jej konkurencyjność na świecie.

Punktoza jest więc instrumentem księgowym ubranym w język doskonałości naukowej. Kategoria naukowa przypisywana co cztery lata jednostkom akademickim na podstawie poszczególnych wymierności dyscyplin naukowych jest zarazem polityczną walutą. Kategorie A+, A, B+, B itd. nie pełnią funkcji poznawczej, kulturowej, ale alokacyjną. Są więc odpowiednikiem noża do dzielenia budżetowego "tortu”.

Skoro zaś "tort" jest mały, to ktoś musi stracić, ktoś musi zostać nazwany słabym, ktoś musi "oblizać się smakiem".  

Wprowadzony przez MNiSW system ewaluacji jest mechanizmem moralnego odwrócenia winy. W istocie bowiem rządzący zawsze mogą twierdzić, że „to nie oni dają za mało, ale to naukowcy są za słabi”. Przyjrzyjmy się temu mechanizmowi, który legitymizuje strukturalne niedofinansowanie nauki zamieniając je w narrację o indywidualnej niekompetencji zatrudnianych w szkołach wyższych nauczycieli akademickich.

Ewidentnie jest to zabieg ideologiczny, by z winy systemowej (władztwa politycznego)  przerzucić winę moralną na wykonawców. Do tego potrzebna jest władzy legenda „międzynarodowej konkurencyjności”. 

Cyniczny przekaz, że „polscy naukowcy nie radzą sobie na świecie” pełni funkcję uzasadnienia niskich nakładów finansowych na naukę, legitymizacji selektywnej dystrybucji środków oraz usprawiedliwienia koncentracji pieniędzy w wąskich wyspach, jakimi są NCN i NCBiR. Dla "swoich" tworzy się odrębne ścieżki dofinansowywania badań, które nie mają znaczenia dla nauki, ale dla utrzymania się władzy.   

Nie po to stosuje się wyrafinowane formy i metody dzielenia małego "tortu", by wspierać wzrost jakości badań naukowych, ale po to, by zarządzać niedoborem bez ponoszenia politycznych kosztów. Żaden minister nie poniósł odpowiedzialności za niedobory i straty w szkolnictwie wyższym, a przecież stratą jest niepodejmowanie przez najzdolniejszych absolwentów studiów chęci kontynuowania ich w szkole doktorskiej. 

Punktoza jest zatem narzędziem władzy, a nie zarządzania nauką. W sensie klasycznym zarządzanie powinno służyć rozwojowi najzdolniejszych zasobów ludzkich. Ocena parametryczna ma jednak służyć zdobyciu i utrzymaniu władzy, bowiem daje jej pozór obiektywności, możliwość arbitralnych korekt list oraz instrument nacisku na całe środowiska. 

Dlaczego nie ma takiej punktozy w państwach najsilniejszych naukowo?  To oczywiste, bo w nich finansuje się bazę, stabilizuje kariery a ewaluacja pełni funkcję korekcyjną, a nie egzekucyjną. W Polsce natomiast ewaluacja zastąpiła politykę naukową, dzięki czemu poprawia sobie lub własnemu środowisku akademickiemu byt oraz wycisza opór, skoro większość ma cieszyć się, że w ogóle otrzymuje jakieś, ale  stałe wynagrodzenie. 

Prawnicy mają swoje kancelarie, lekarze i weterynarze - kliniki, psycholodzy - poradnie, ekonomiści rady nadzorcze, socjolodzy, politolodzy pozaakademickie "instytuty", pracownie czy ośrodki diagnostyczne, filolodzy biura, redakcje itp., itd. Uniwersytety, politechniki, akademie  są dla części szyldem wzmacniającym ich status społeczny. 

Realnie punktoza osłabia naukę, a następnie wykorzystuje to osłabienie jako dowód jej słabości, co sprawia, że mamy  samopotwierdzającą się pętlę. Służy zatem zarządzaniu biedą w sposób, który pozwala władzy państwowej zachować moralne alibi.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam