Obecna
władza zamierza przekształcać szkoły z potencjalnie
samorządnych wspólnot edukacyjnych w instytucję o charakterze administracyjnym z pedagogiczną
retoryką w tle. Celem nowelizacji ustawy Prawa oświatowego jest wyraźne sformalizowanie relacji
wewnątrzszkolnych według wzorców typowych dla instytucji penitencjarnych. Projekt zawiera bowiem regulacje, które są swoistą miniaturą kodeksu
postępowania administracyjnego. Język i logika projektu są wprost
zapożyczone z kpa.
Mamy tu procedury wszczęcia, informowania o prawach stron do zapoznania się z..., do
oceny, zasada domniemania niewinności, zakaz reformationis
in peius, decyzja ostateczna, składanie skarg i wniosków, usunięcie danych
po 3 latach itd. Czterostopniowa struktura rzeczników praw ucznia (szkolny,
gminny/powiatowy, wojewódzki, krajowy) replikuje hierarchię administracji
publicznej. Krajowy Rzecznik powoływany jest w konkursie i podlega ministrowi
edukacji, a więc nadzorowi hierarchicznej administracji szkolnej.
Nawet
pozornie pedagogiczne zapisy, jak katalog praw ucznia w art. 42a, mają
charakter administracyjno-normatywny. Brzmią jak zasady pedagogiczne, ale w
ustawie stają się roszczeniem egzekwowalnym przez rzecznika. Widać jawne
odstąpienie od edukacji szkolnej jako środowiska socjalizacji, wychowania i
kształcenia:
"Art.
42c. 1. W ramach procesu wychowawczego i bieżącej pracy z uczniem szkoła
podstawowa, szkoła ponadpodstawowa, szkoła artystyczna lub placówka, o której
mowa w art. 2 pkt 3–8, może stosować działania wychowawcze służące
kształtowaniu postaw i zachowania uczniów zgodnych z ogólnie przyjętymi normami
społecznymi".
Nauczyciel
staje się - jak w zakładzie karnym - klawiszem, który ma do dyspozycji
hierarchię kar wobec sprawcy niewłaściwych zachowań: upomnienie, nagana, nagana
z ostrzeżeniem, przeniesienie do innej szkoły, pisemne informowanie o
niewłaściwym zachowaniu ucznia, zawarcie pisemnego porozumienia z uczniem
i/lub jego rodzicami, zobowiązanie sprawcy do przeproszenia
pokrzywdzonego, zobowiązanie do "wykonania określonych prac
porządkowych na rzecz szkoły lub placówki" a "w przypadku ucznia
niepełnoletniego wykonanie tych prac odbywa się po uzyskaniu zgody rodzica
ucznia".
Wychowanie
jest możliwe tam, gdzie działalność nauczyciela, opiekuna, wychowawcy,
terapeuty itp. jest oparta na autorytecie osoby (a nie władzy czy instytucji),
na zaufaniu i współpracy, toteż z natury rzeczy trudno je skodyfikować. Kiedy
proces kształcenia i wychowania jest regulowany procedurami, to nauczyciel
staje się urzędnikiem, wychowawcą penitencjarnym, który też podlega
dyscyplinowaniu. Uczeń podporządkowuje zachowania procedurom rozwijając
tym samym osobowość radarową.
Nie
ulega wątpliwości, że nowelizacja jest odpowiedzią na realne problemy
wychowawcze w szkołach, na naruszanie przez nielicznych uczniów czy nauczycieli
norm zachowań społecznych, toteż proponuje się rozwiązania mające na celu
ochronę uczniów jako ofiar nieuzasadnionej arbitralności niektórych rówieśników
czy nauczycieli, niereagowaniu na przemoc rówieśniczą czy brak transparentności
oddziaływań. Sięga się po instrumenty administracyjno-prawne tam, gdzie problem
ma charakter kulturowy i relacyjny.
Normy
zachowań społeczno-moralonych są potrzebne dla zapewnienia bezpieczeństwa
wszystkim osobom przebywającym w szkołach czy placówkach publicznych, ale muszą
być ustanawiane adekwatnie do danego środowiska, czemu powinna sprzyjać rada
szkoły, reprezentująca prawa i interesy wszystkich stron procesu
edukacyjnego.
Są
tu jednak tak sprzeczne ze sobą zapisy, jak np. powołanie rady szkoły jest
obowiązkowe, natomiast Art.16 brzmi: "Rada szkoły lub placówki, do której
uczęszcza uczeń, a w przypadku, gdy w szkole lub placówce nie działa
rada szkoły lub placówki – rada pedagogiczna tej szkoły lub placówki
rozpatruje odwołanie...". To w końcu powołanie rady szkoły obowiązuje czy
nie obowiązuje?
A
tak w ogóle, po co rada szkoły, skoro wszelkie prawa, obowiązki i procedury
zostały zapisane w ustawie? Lipa. Czy nie powinno się zastąpić
rzeczywistej funkcji rady szkoły jako organu deliberatywnego mianem Odwoławczy
Sąd Szkolny? Po co wprowadzać w błąd uczniów, rodziców i nauczycieli? Żadna
rada!
Totalna
lipa polega na zapisie, że: "Krajowy Rzecznik stoi na straży
przestrzegania praw uczniowskich i podejmuje działania mające na celu
zwiększenie poziomu przestrzegania praw uczniowskich w szkołach podstawowych,
szkołach ponadpodstawowych, szkołach artystycznych i
placówkach...". Ile
mamy tych szkół w kraju? Niezły KIT. Krajowego Rzecznika Praw
Uczniowskich powołuje - jak zapisano w projekcie ustawy - minister oświaty i
wychowania, a więc nie Sejm RP. Taki rzecznik ma być zatem urzędnikiem MEN wraz
z kolejną biurokraturą terenową.
Jeszcze
proponuję powołanie dla równowagi Rzecznika Praw Nauczycieli i Rzecznika Praw
Rodziców. Będziemy mieli samych rzeczników i rzeczników rzeczników, bowiem -
jak wynika z tej ustawy - Rzecznik Praw Ucznia nie ma żadnych prerogatyw
egzekucyjnych, bo jest tu uzależniony od Rzecznika Praw Obywatelskich i
Rzecznika Praw Dziecka. Nieźle sobie wymyślili w MEN armię kolejnych
"pasożytów". Ewidentnie rzecznik ma być adwokatem tylko jednej ze
stron.
Niestety,
pozorująca demokratyzację partia władzy sięga po instrumenty
behawioralno-administracyjne, co zwalania nauczycieli z angażowania się w proce
wychowania i kształcenia. James Hillman w swojej rozprawie "Władza i jej
rodzaje" (Kraków, 2025) trafnie wskazuje na to, że strategia rządzenia
przez zastraszanie, dyscyplinowanie, nadzorowanie i kontrolę jest w tym sensie
nieskuteczna, że pozbawia prawa do samostanowienia, do autoodpowiedzialności,
kreatywności i działania "po swojemu", profesjonalnie w przypadku
nauczycieli, odpowiedzialnie i z troską w przypadku rodziców.
"Kontrola
jako rodzaj negatywnej władzy, która powstrzymuje i hamuje, zaczyna zdobywać
coraz bardziej dominującą pozycję w organizacjach, dominować zarówno
wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Wewnętrznie, za pomocą drobiazgowych procedur
sprawozdawczych i rozliczeniowych" (s.100). Nie ma to nic wspólnego ze
szkołą jako samorządną wspólnotą uczniów-nauczycieli i rodziców.
Ba,
ustawodawca nie jest w stanie przewidzieć wszystkich możliwych zachowań, które
wymagałyby procedur sankcjonowania zachowań uczniów, nauczycieli i rodziców.
"Próby kontrolowania tego, co jest nie do opanowania, czego nie da się
kontrolować, jedynie potęgują wszelkie ekscesy"(s.102). Następstwem
oddziaływań bazujących na procedurach sprawia, że uczniowie, ale i nauczyciele
opanują zasady i techniki unikania odpowiedzialności za niewłaściwe zachowania.
Temu służy już wypracowana zasada pozbawiania uczniów prawa do posiadania w
czasie zajęć szkolnych telefonów komórkowych. Dlaczego? To oczywiste, by nie
nagrali tego, co jest niepożądane.
Paradoks
suwerenności polega na tym, że odbiera się także uczniom rodzaj
podmiotowości. Prawa napisane w ustawie są dane z zewnątrz, a nie wywalczone i
uzgodnione wewnątrz wspólnoty szkolnej. Uczeń, który uczestniczy w uchwalaniu
regulaminu samorządu albo który jako przedstawiciel uczniów zasiada w radzie
szkoły i głosuje nad statutem, doświadcza realnej sprawczości. Uczeń, który
składa skargę do szkolnego rzecznika, doświadcza ochrony, ale ochrony
paternalistycznej, a nie podmiotowości.
Co
więcej, obowiązkowość rady szkoły jest w tej logice wewnętrznie sprzeczna. Rada
bowiem jest obligatoryjna, ale nie do samostanowienia o tym, jakie normy mają
obowiązywać w danej placówce, tylko do wymaganej ustawą struktury
dyscyplinowania osób. W tym znaczeniu przymusowa rada szkoły jest jak
przymusowa demokracja - organem wewnętrznie sprzecznym z istotą jego działań i
funkcji. W tym ujęciu także rzecznik staje się substytutem wspólnoty, a nie jej
wsparciem.
Reasumując,
rządzący popełniają fundamentalny błąd. Szkoła publiczna nie jest i nigdy
nie powinna być urzędem, a tym bardziej zakładem penitencjarnym.
Rolą edukacji publicznej nie jest obsługa określonych grup uczniowskich,
lecz realizacja procesu kształcenia i wychowania, która z natury wymaga
współpracy wszystkich stron - nauczycieli, rodziców i uczniów. Oni nie powinni
być traktowani jak strony postępowania sądowego, ale być uczestnikami procesów,
których sens zaistnieje wtedy, gdy między nimi jest zaufanie, a nie procedura.
Norma
ustawowa w tym wydaniu jest normą zewnętrzną, która nie uruchamia woli
jednostek: uczniów, ich rodziców i nauczycieli. Jest egzekwowalna przez
instytucje powołane poza szkołą. Uczeń, który uczestniczy w przygotowaniu
statutu szkoły, regulaminu szkolnego, doświadcza sprawczości i uczy się
odpowiedzialności za regulacje, które sam współtworzył. Uczeń, który otrzymuje
ustawowy katalog praw i obowiązków, doświadcza ochrony z zewnątrz, a nie
własnej podmiotowości.
Zwracam
wreszcie uwagę na to, że nauczyciel odpowiada za ucznia, bo takie jest sedno
jego roli. Projekt ustawy sprzyja zaś utracie czegoś, czego nie da się
odbudować żadną procedurą, a mianowicie pedagogicznego taktu i osobowego
autorytetu, który nie jest żadnym przywilejem. Zaistnieje tylko wtedy, gdy
relacja między nauczycielem a uczniem bazuje na asymetrii odpowiedzialności, a
nie na symetrii uprawnień.
Nauczyciel, który wie, że każda jego decyzja wychowawcza może być zaskarżona, podejmie decyzję, by zamiast wymagać, wspierać, animować, będzie swoją aktywność dokumentował. Zamiast edukacji w wolności, będzie kształcenie podporządkowane proceduralnemu zabezpieczaniu się. Tego ignoranci MEN nioe rozumieją, że edukacja wymaga doświadczania satysfakcji, radości, ale także dyskomfortu po obu stronach.
Zaskakujące jest to, że afirmująca się troską o demokrację partia władzy proponuje model szkoły, która ma stać się instytucją administracyjną, dyscyplinarną, zewnątrzsterowną. Uprawnienia są stanowione odgórnie, centralnie, ideokratycznie, ich naruszenia będą procedowane zgodnioe z kpa, a relacje między podmiotami procesu kształcenia i wychowania będą regulowane za pośrednictwem zewnętrznych organów prawno-ochronnych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam