16 kwietnia 2026

Szkoła w projekcie nowelizacji ustawy Prawo oświatowe ma działać jak zakład penitencjarny



Obecna władza zamierza przekształcać szkoły z potencjalnie samorządnych wspólnot edukacyjnych w instytucję o charakterze administracyjnym z pedagogiczną retoryką w tle. Celem nowelizacji ustawy Prawa oświatowego jest wyraźne sformalizowanie relacji wewnątrzszkolnych według wzorców typowych dla instytucji penitencjarnych. Projekt zawiera bowiem regulacje, które są swoistą miniaturą kodeksu postępowania administracyjnego. Język i logika projektu są wprost zapożyczone z kpa. 

Mamy tu procedury wszczęcia, informowania o prawach stron do zapoznania się z..., do oceny, zasada domniemania niewinności, zakaz reformationis in peius, decyzja ostateczna, składanie skarg i wniosków, usunięcie danych po 3 latach itd. Czterostopniowa struktura rzeczników praw ucznia (szkolny, gminny/powiatowy, wojewódzki, krajowy) replikuje hierarchię administracji publicznej. Krajowy Rzecznik powoływany jest w konkursie i podlega ministrowi edukacji, a więc nadzorowi hierarchicznej administracji szkolnej.

Nawet pozornie pedagogiczne zapisy, jak katalog praw ucznia w art. 42a, mają charakter administracyjno-normatywny. Brzmią jak zasady pedagogiczne, ale w ustawie stają się roszczeniem egzekwowalnym przez rzecznika. Widać jawne odstąpienie od edukacji szkolnej jako środowiska socjalizacji, wychowania i kształcenia:

"Art. 42c. 1. W ramach procesu wychowawczego i bieżącej pracy z uczniem szkoła podstawowa, szkoła ponadpodstawowa, szkoła artystyczna lub placówka, o której mowa w art. 2 pkt 3–8, może stosować działania wychowawcze służące kształtowaniu postaw i zachowania uczniów zgodnych z ogólnie przyjętymi normami społecznymi".    

Nauczyciel staje się - jak w zakładzie karnym - klawiszem, który ma do dyspozycji hierarchię kar wobec sprawcy niewłaściwych zachowań: upomnienie, nagana, nagana z ostrzeżeniem, przeniesienie do innej szkoły, pisemne informowanie o niewłaściwym zachowaniu ucznia, zawarcie pisemnego porozumienia z uczniem i/lub jego rodzicami, zobowiązanie sprawcy do przeproszenia pokrzywdzonego, zobowiązanie do "wykonania określonych prac porządkowych na rzecz szkoły lub placówki" a "w przypadku ucznia niepełnoletniego wykonanie tych prac odbywa się po uzyskaniu zgody rodzica ucznia".  

Wychowanie jest możliwe tam, gdzie działalność nauczyciela, opiekuna, wychowawcy, terapeuty itp. jest oparta na autorytecie osoby (a nie władzy czy instytucji), na zaufaniu i współpracy, toteż z natury rzeczy trudno je skodyfikować. Kiedy proces kształcenia i wychowania jest regulowany procedurami, to nauczyciel staje się urzędnikiem, wychowawcą penitencjarnym, który też podlega dyscyplinowaniu. Uczeń podporządkowuje zachowania procedurom rozwijając tym samym osobowość radarową.

Nie ulega wątpliwości, że nowelizacja jest odpowiedzią na realne problemy wychowawcze w szkołach, na naruszanie przez nielicznych uczniów czy nauczycieli norm zachowań społecznych, toteż proponuje się rozwiązania mające na celu ochronę uczniów jako ofiar nieuzasadnionej arbitralności niektórych rówieśników czy nauczycieli, niereagowaniu na przemoc rówieśniczą czy brak transparentności oddziaływań. Sięga się po instrumenty administracyjno-prawne tam, gdzie problem ma charakter kulturowy i relacyjny. 

Normy zachowań społeczno-moralonych są potrzebne dla zapewnienia bezpieczeństwa wszystkim osobom przebywającym w szkołach czy placówkach publicznych, ale muszą być ustanawiane adekwatnie do danego środowiska, czemu powinna sprzyjać rada szkoły, reprezentująca prawa i interesy wszystkich stron procesu edukacyjnego.  

Są tu jednak tak sprzeczne ze sobą zapisy, jak np. powołanie rady szkoły jest obowiązkowe, natomiast Art.16 brzmi: "Rada szkoły lub placówki, do której uczęszcza uczeń, a w przypadku, gdy w szkole lub placówce nie działa rada szkoły lub placówki – rada pedagogiczna tej szkoły lub placówki rozpatruje odwołanie...". To w końcu powołanie rady szkoły obowiązuje czy nie obowiązuje? 

A tak w ogóle, po co rada szkoły, skoro wszelkie prawa, obowiązki i procedury zostały zapisane w ustawie?   Lipa. Czy nie powinno się zastąpić rzeczywistej funkcji rady szkoły jako organu deliberatywnego mianem Odwoławczy Sąd Szkolny? Po co wprowadzać w błąd uczniów, rodziców i nauczycieli? Żadna rada! 

Totalna lipa polega na zapisie, że: "Krajowy Rzecznik stoi na straży przestrzegania praw uczniowskich i podejmuje działania mające na celu zwiększenie poziomu przestrzegania praw uczniowskich w szkołach podstawowych, szkołach ponadpodstawowych, szkołach artystycznych i placówkach...".   Ile mamy tych szkół w kraju? Niezły KIT. Krajowego Rzecznika Praw Uczniowskich powołuje - jak zapisano w projekcie ustawy - minister oświaty i wychowania, a więc nie Sejm RP. Taki rzecznik ma być zatem urzędnikiem MEN wraz z kolejną biurokraturą terenową.    

Jeszcze proponuję powołanie dla równowagi Rzecznika Praw Nauczycieli i Rzecznika Praw Rodziców. Będziemy mieli samych rzeczników i rzeczników rzeczników, bowiem - jak wynika z tej ustawy - Rzecznik Praw Ucznia nie ma żadnych prerogatyw egzekucyjnych, bo jest tu uzależniony od Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Nieźle sobie wymyślili w MEN armię kolejnych "pasożytów". Ewidentnie rzecznik ma być adwokatem tylko jednej ze stron.

Niestety, pozorująca demokratyzację partia władzy sięga po instrumenty behawioralno-administracyjne, co zwalania nauczycieli z angażowania się w proce wychowania i kształcenia. James Hillman w swojej rozprawie "Władza i jej rodzaje" (Kraków, 2025) trafnie wskazuje na to, że strategia rządzenia przez zastraszanie, dyscyplinowanie, nadzorowanie i kontrolę jest w tym sensie nieskuteczna, że pozbawia prawa do samostanowienia, do autoodpowiedzialności, kreatywności i działania "po swojemu", profesjonalnie w przypadku nauczycieli, odpowiedzialnie i z troską w przypadku rodziców. 

"Kontrola jako rodzaj negatywnej władzy, która powstrzymuje i hamuje, zaczyna zdobywać coraz bardziej dominującą pozycję  w organizacjach, dominować zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Wewnętrznie, za pomocą drobiazgowych procedur sprawozdawczych i rozliczeniowych" (s.100). Nie ma to nic wspólnego ze szkołą jako samorządną wspólnotą uczniów-nauczycieli i rodziców. 

Ba, ustawodawca nie jest w stanie przewidzieć wszystkich możliwych zachowań, które wymagałyby procedur sankcjonowania zachowań uczniów, nauczycieli i rodziców. "Próby kontrolowania tego, co jest nie do opanowania, czego nie da się kontrolować, jedynie potęgują wszelkie ekscesy"(s.102).  Następstwem oddziaływań bazujących na procedurach sprawia, że uczniowie, ale i nauczyciele opanują zasady i techniki unikania odpowiedzialności za niewłaściwe zachowania. Temu służy już wypracowana zasada pozbawiania uczniów prawa do posiadania w czasie zajęć szkolnych telefonów komórkowych. Dlaczego? To oczywiste, by nie nagrali tego, co jest niepożądane.

Paradoks suwerenności polega na tym, że odbiera się także uczniom rodzaj podmiotowości. Prawa napisane w ustawie są dane z zewnątrz, a nie wywalczone i uzgodnione wewnątrz wspólnoty szkolnej. Uczeń, który uczestniczy w uchwalaniu regulaminu samorządu albo który jako przedstawiciel uczniów zasiada w radzie szkoły i głosuje nad statutem, doświadcza realnej sprawczości. Uczeń, który składa skargę do szkolnego rzecznika, doświadcza ochrony, ale ochrony paternalistycznej, a nie podmiotowości.

Co więcej, obowiązkowość rady szkoły jest w tej logice wewnętrznie sprzeczna. Rada bowiem jest obligatoryjna, ale nie do samostanowienia o tym, jakie normy mają obowiązywać w danej placówce, tylko do wymaganej ustawą struktury dyscyplinowania osób. W tym znaczeniu przymusowa rada szkoły jest jak przymusowa demokracja - organem wewnętrznie sprzecznym z istotą jego działań i funkcji. W tym ujęciu także rzecznik staje się substytutem wspólnoty, a nie jej wsparciem. 

Reasumując, rządzący popełniają fundamentalny błąd. Szkoła publiczna nie jest i nigdy nie powinna być urzędem, a tym bardziej zakładem penitencjarnym. Rolą edukacji publicznej nie jest obsługa określonych grup uczniowskich, lecz realizacja procesu kształcenia i wychowania, która z natury wymaga współpracy wszystkich stron - nauczycieli, rodziców i uczniów. Oni nie powinni być traktowani jak strony postępowania sądowego, ale być uczestnikami procesów, których sens zaistnieje wtedy, gdy między nimi jest zaufanie, a nie procedura.

Norma ustawowa w tym wydaniu jest normą zewnętrzną, która nie uruchamia woli jednostek: uczniów, ich rodziców i nauczycieli. Jest egzekwowalna przez instytucje powołane poza szkołą. Uczeń, który uczestniczy w przygotowaniu statutu szkoły, regulaminu szkolnego, doświadcza sprawczości i uczy się odpowiedzialności za regulacje, które sam współtworzył. Uczeń, który otrzymuje ustawowy katalog praw i obowiązków, doświadcza ochrony z zewnątrz, a nie własnej podmiotowości.

Zwracam wreszcie uwagę na to, że nauczyciel odpowiada za ucznia, bo takie jest sedno jego roli. Projekt ustawy sprzyja zaś utracie czegoś, czego nie da się odbudować żadną procedurą, a mianowicie pedagogicznego taktu i osobowego autorytetu, który nie jest żadnym przywilejem. Zaistnieje tylko wtedy, gdy relacja między nauczycielem a uczniem bazuje na asymetrii odpowiedzialności, a nie na symetrii uprawnień.

Nauczyciel, który wie, że każda jego decyzja wychowawcza może być zaskarżona, podejmie decyzję, by zamiast wymagać, wspierać, animować, będzie swoją aktywność dokumentował. Zamiast edukacji w wolności, będzie kształcenie podporządkowane proceduralnemu zabezpieczaniu się. Tego ignoranci MEN nioe rozumieją, że edukacja wymaga doświadczania satysfakcji, radości, ale także dyskomfortu po obu stronach. 

Zaskakujące jest to, że afirmująca się troską o demokrację partia władzy proponuje model szkoły, która ma stać się instytucją administracyjną,  dyscyplinarną, zewnątrzsterowną. Uprawnienia są stanowione odgórnie, centralnie, ideokratycznie, ich naruszenia będą procedowane zgodnioe z kpa, a relacje między podmiotami procesu kształcenia i wychowania będą regulowane za pośrednictwem zewnętrznych organów prawno-ochronnych. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie będą publikowane komentarze ad personam