Pytanie "Po co państwu nauczyciel?" ma zachęcać do refleksji. Oficjalne odpowiedzi władz resortowych brzmią bowiem jak dobry slogan: "kształcenie przyszłych pokoleń", "budowanie społeczeństwa
wiedzy", "przygotowywanie do wyzwań XXI wieku", "zadbamy o prestiż zawodu" itp. Gdy jednak przyjrzymy się uważnie
temu, jak władze państwowe wszystkich formacji politycznych traktowały i nadal traktują nauczycieli, dostrzegamy brutalną prawdę. Sloganami nauczyciele nie utrzymają swoich rodzin i nie będą inwestować we własny rozwój zawodowy.
Niemalże codziennie czytam na jednym z portali internetowych wypowiedzi nauczycieli: „Młodzi
uciekają, starsi myślą o wcześniejszych emeryturach, a my zostajemy coraz
bardziej zmęczeni i samotni w tej pracy”. W ich głosach słychać nie tylko
frustrację, ale i poczucie bezradności, a przecież to nie jest zwykłe narzekanie, ale relacja profesjonalistów, którzy czują się na granicy wytrzymałości.
Anatomia
hipokryzji w liczbach
Raport
OECD "Education at a Glance 2025" bezlitośnie demaskuje polską
rzeczywistość. Polscy nauczyciele szkół podstawowych zarabiają 15% mniej niż
inni pracownicy z wykształceniem wyższym OECD – blisko średniej OECD wynoszącej 17% mniej. Może wydawać się, że jest nieźle, dopóki nie spojrzymy na szczegółowe dane.
Młodzi
nauczyciele w wieku 25-34 lata zarabiają w Polsce jedynie 79% tego, co podobnie
wykształceni pracownicy, co plasuje tę grupę zawodową na 21. miejscu spośród 27 krajów
OECD OECD. Wniosek jest jasny, państwo polskie nie chce
młodych, ambitnych ludzi w zawodzie nauczycielskim.
Dane
są jeszcze bardziej przygnębiające, gdy spojrzymy na strukturę wiekową tej profesji. W
polskich szkołach podstawowych zaledwie 4,6% nauczycieli ma mniej niż 30 lat, toteż zajmujemy 38. miejsce na 39 krajów OECD. W klasach 7-8 (odpowiednik dwóch pierwszych klas gimnazjów na Zachodzie) jest jeszcze gorzej: tylko 3,7%
młodych nauczycieli (34. miejsce na 36), a w liceach – 3,9% (36. miejsce na
39) OECD. Nie jest to przypadkowe, ale systemową katastrofą, do której doprowadziła likwidacja gimnazjów zamiast doskonalić poprzedni ustrój szkolny m. in. wprowadzając obok gimnazjum co najmniej jeden typ szkoły ponadpodstawowej a edukującej prozawodowo (były już licea techniczne, ale też je zlikwidowano).
Ekonomia
cynizmu
Polskie
państwo potrzebuje nauczycieli tak, jak każda fabryka potrzebuje gospodarza, ale nie po to,
by edukować młode pokolenia na najwyższym poziomie, lecz by pilnować, aby nic się nie działo poza kontrolą MEN, MNiSW i prorządowych związków zawodowych.
Wydatki na edukację wynoszą w Polsce 4,1% PKB, zaś średnia krajów należących do OECD wynosi 4,7% (OECD). Różnica ponad pół punktu procentowego PKB w
przypadku Polski oznacza kilkadziesiąt miliardów złotych rocznie.
Gdy
państwo systematycznie nie inwestuje w edukację, a jednocześnie pozwala w
ustawie "Prawo oświatowe" możliwość zastąpienia wykształconego nauczyciela każdą osobą z przysłowiowej "ulicy", to komunikuje wprost, że specjalistyczne przygotowanie pedagogiczne (w tym dydaktyczne) i psychologiczne jest zbędne. Od 1993 roku jest to celowa strategia polityczna. Nie bez powodu zlikwidowano w uniwersytetach zakłady kształcenia nauczycieli, odstąpiono od zróżnicowania studiów na nauczycielskie i kierunkowe, akademickie.
Paradoks
kompetencji jest potwierdzony międzynarodowo.
Edukacja ma sens, jeśli wymaga się w szkolnictwie ogólnodostępnym i akademickim najlepszych umysłów. Singapur płaci
nauczycielom jak bankowcom i w jednym pokoleniu przeskoczył z tzw. Trzeciego do
Pierwszego Świata. Finlandia traktuje nauczycieli jak lekarzy, toteż osiągnęła najlepsze wyniki edukacyjne w Europie. Znakomicie troszczą się władze polityczne o nauczycieli w Estonii. Polska nie płaci godnie nauczycielom, więc ma rezultaty odpowiadające wycenie ich pracy.
Dane raportu OECD z 2023 roku pokazują, że w całej Europie "nauczyciele z
wykształceniem wyższym zarabiają między 81% a 95% pensji swoich odpowiedników w
innych zawodach" (Csee-etuce). W krajach takich jak Holandia, Luksemburg,
Polska i Portugalia nauczyciele na najwyższym szczeblu zarobkowym zarabiają
około 50% więcej niż młodzi nauczyciele (Csee-etuce). Logika jest nieubłagana: społeczeństwo, które
chce kształcić elity, musi samo składać się z elit.
Funkcja
rzeczywista vs. deklarowana
Po co więc polskiemu państwu nauczyciel? Na poziomie operacyjnym jest niezbędny do realizacji konstytucyjnego obowiązku zapewnienia dzieciom do 18 roku życia dostępu do bezpłatnej edukacji. Tyle i tylko tyle. Nauczyciel w Polsce to nie pedagog, ale dozorca partiokratycznego systemu, którego zadaniem jest pilnowanie, aby nauczyciele nie wyrwali się związkom zawodowym i partii władzy z przypisanej im submisyjnej roli zawodowej.
Dane OECD bezlitośnie to potwierdzają: najniższe nakłady, najgorsze warunki, najstarsze kadry w całej Europie. W świetle danych OECD działalność dydaktyczna stanowi średnio tylko 44% czasu pracy nauczycieli. W Austria, Polsce i Turcji nauczyciele spędzają około 35% całego obciążenia pracą na nauczaniu (tzw. godziny przy tablicy - Csee-etuce), resztę czasu pochłaniają zadania administracyjne, przygotowanie lekcji, sprawdzanie prac domowych, szkolenia i udział w zebraniach.
Nauczyciel stał się wykonawcą usługi publicznej o charakterze masowym, jak urzędnik w ZUS-ie
czy kontroler biletów. Na poziomie symbolicznym służy do podtrzymania
złudzenia, że państwo dba o przyszłość młodych pokoleń. Bez nauczycieli w szkołach trudno
byłoby tłumaczyć społeczeństwu, dlaczego pokrywa koszty edukacji płacąc podatki państwu.
Logika
systemu w działaniu
OECD potwierdza, że "zawód nauczyciela jest mniej atrakcyjny niż inne zawody. Utrzymuje się trend spadkowy wynagrodzeń nauczycieli na przestrzeni lat" (Csee-etuce). System działa dokładnie tak, jak został zaprojektowany. Jego celem nie jest tworzenie myślących obywateli, bo to byłoby niebezpieczne dla sprawujących władzę. Nie jest też nim rozwijanie talentów, bo to byłoby kosztowne i nieprzewidywalne. Ważniejsza jest w ustroju szkolnym jego funkcja administracyjna, niż pedagogiczna, kontrolna, niż twórcza, reprodukcyjna niż innowacyjna.
Do
realizacji socjalizacji w duchu posłuszeństwa,
opanowania podstawowych umiejętności technicznych i przygotowania do
funkcjonowania w gospodarce opartej na taniej sile roboczej nie jest potrzebny jak najlepiej wykształcony
specjalista-nauczyciel, gdyż taki jest wręcz niepożądany.
Może zadawać niewygodne pytania, inspirować uczniów do krytycznego myślenia,
wykazywać tę niebezpieczną cechę, którą Kurt Singer nazywał odwagą cywilną.
Kto
kształci prawdziwe elity?
Prawdziwą ironią jest to, że polskie elity kształcą się pomimo systemu, a nie dzięki niemu. W szkołach prywatnych, na korepetycjach, za granicą, w domach rodzinnych, gdzie część rodziców sama przejęła funkcję edukacyjną. Państwowy, bo przecież nie w pełni publiczny, system szkolny w Polsce pełni rolę nie tyle kształcenia elit, co ich selekcji. Ci, którzy potrafią się przed nim obronić, mają szansę na sukces.
Najnowsze
dane OECD z 2025 roku potwierdzają, że kryzys retencji nauczycieli dotyka nie
tylko Polski. W Anglii prawie 10% nauczycieli opuściło zawód w ostatnim
analizowanym roku. Jest to ponad trzykrotnie więcej niż we Francji i Irlandii (National Education Union). Raport OECD podkreśla, że "kadra
nauczycielska w kształceniu zawodowym starzeje się: średnio 43% nauczycieli w
kształceniu zawodowym na poziomie szkół średnich miało 50 lat lub więcej w 2021
roku, w porównaniu z 41% w 2013 roku" (Csee-etuce).
Społeczeństwo,
które systematycznie deprecjonuje wiedzę i kompetencje, płaci za to odpływem
młodej inteligencji, niską innowacyjnością, problemami z konkurencyjnością gospodarczą, a są to koszty długoterminowe, które dotkną kolejne pokolenia.
Czy nie ma alternatywy?
Czy
mogłoby być inaczej? Teoretycznie, tak, praktycznie wymagałoby to zmiany całej
filozofii państwa: od radykalnie wyższego poziomu finansowania edukacji i nauki po kulturę polityczną. Wymagałoby to uznania, że inwestycja w najlepsze umysły to priorytet narodowy, a nie zbędny
wydatek, a w związku z tym należałoby traktować nauczycieli jak architektów przyszłości, a nie
jak dozorców teraźniejszości.
Czy polskie społeczeństwo jest na to gotowe? Historia i dane OECD sugerują, że wolimy narzekać na wyniki niż płacić za dotychczasowe deformy edukacji. Być może polskie społeczeństwo ma rozwijać się nie na wiedzy, mądrości, ale na jałmużnie?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam