Analiza
reform edukacyjnych w strategii top-down Pierre’a Bourdieu, Basila Bernsteina i
Michaela Fullana pozwala zrozumieć mechanizmy oporu nauczycieli wobec
centralistycznych reform edukacyjnych. Każdy z tych autorów akcentuje inne
aspekty funkcjonowania szkoły, ale wnioski prowadzą do wspólnej konkluzji:
reforma narzucana z góry w imię politycznych interesów ideokracji, a
lekceważąca naukę i autonomię nauczycieli, jest skazana na niepowodzenie.
Socjolog P. Bourdieu wykazał w swoich badaniach, że nauczyciel bywa zredukowany do roli
przekaźnika arbitralnych wartości partii władzy (dominującej klasy
politycznej). Centralizm reform pozbawia nauczycieli autonomii, kapitału symbolicznego i degraduje ich pozycję zawodową do podrzędnych wykonawców
rozwiązań resortowych. Czytając wypowiedzi nauczycieli w mediach społecznościowych w latach 2025-2026, którzy mówili: „jesteśmy figurantami w populistycznej reformie”, dostrzegamy, że uświadamiają oni sobie i opinii publicznej własne miejsce podporządkowania i
marginalizowania ich pracy przez rządzących.
Bourdieu
przypomina, że profesje zachowują prestiż dzięki kontroli nad swoimi
standardami i praktykami, a więc tylko wtedy, gdy posiadają autonomię
zawodową. Gdy system władzy centralistycznej i terenowej (nadzór
pedagogiczny) ją ogranicza, dochodzi do mechanizmu „deskillingu”, czyli utraty
zawodowego autorytetu. Bourdieu pisał, że profesjonaliści działają w obrębie
pola ('field'), które narzuca swoje zasady a coraz większe naruszanie autonomii nauczycieli prowadzi do
alienacji zawodowej.
Szczególnie
wyraźnie widać ten mechanizm w kolejno pojawiających się
decyzjach/komunikatach: zakaz prac domowych, lista obowiązkowych lektur,
„godziny czarnkowe”, zakaz dyscyplinowania uczniów za niewłaściwy wygląd czy korzystywanie w kształceniu z podręczników i pomocy dydaktycznych jako godnych, bo 'dopuszczonych do użytku szkolnego", ograniczenie usprawiedliwionych nieobecności uczniów w szkole do maks. 25 proc. dni w ciągu roku szkolnego, itp., to przykłady
regulacji odbierających nauczycielom prawo decydowania o rozwiązaniach
dydaktycznych i wychowawczych.
Władza
traktująca edukację publiczną jako narzędzie do prowadzenia i utrwalania wojny
polsko-polskiej reprodukuje zarazem konflikt kodów językowych. Rządzącym wydaje
się, że mają do czynienia z nauczycielami i rodzicami jako analfabetami. Akurat ta grupa zawodowa
cieszy się w kraju wykształceniem wyższym, zaś rodzice uczniów dysponują coraz większą wiedzą na temat deform szkolnych. Nauczyciele komentują umizgi
ministerek, że wprawdzie „coraz trudniej jest im to dźwigać”, czy że „nie ma
tygodnia, żeby było spokojnie i nie wymyśliły jakiejś "kolejnej głupoty”. To tylko potwierdza, że nawet drobne centralistyczne decyzje trafiają na grunt wypalenia i
rodzą dodatkowy opór.
Bernstein zwraca uwagę na wymiar językowy władz oświatowych przez pryzmat rozpraw którego można odczytać, jak władze MEN posługują się w komunikacji publicznej abstrakcyjnymi kategoriami - „prestiż”, „strategia”, „innowacja”. Mają one propagandowo działać jak kod rozwinięty, ale są oderwane od języka codziennej praktyki szkolnej i codziennej egzystencji nauczycieli. Ci bowiem mówią o „zmęczeniu”, „pudrowaniu rzeczywistości”, "braku spokoju" czy „waloryzacji zamiast godnej płacy”.
Ta różnica kodów językowych tworzy barierę symboliczną i pogłębia brak
identyfikacji z reformą. Opór nauczycieli wobec centralizmu jest więc także
oporem wobec języka władzy, który nie oddaje ich doświadczeń.
Natomiast badacz polityk oświatowych Michael Fullan, w odróżnieniu od socjologów krytycznych, koncentruje się nie na strukturach społecznych, lecz na praktyce zmiany. Jego teza, że „zmiana edukacyjna zależy od tego, co nauczyciele robią i myślą", jest tak prosta, jak i złożona”. Wyraża tym samym przekonanie, że bez włączenia nauczycieli w proces zmian, każda reforma w strategii top-down staje się pustą fasadą.
Nauczyciele postrzegają zapowiadane przez władze MEN rzekome konsultacje jako pozorne. Z perspektywy Fullana jest to klasyczny przykład
braku „capacity building”, czyli budowania potencjału i wspólnego sensu
zmiany. Jego zdaniem centralizm i narzucanie reform z góry są
nieskuteczne, ponieważ nie angażują nauczycieli. Tym bardziej, gdy są oni tak fatalnie
wynagradzani jak w Polsce.
Zmiana
ma sens tylko wtedy, gdy nauczyciele stają się jej współautorami, są należycie
wynagradzani, a przede wszystkim szanowani przez rządzących. Muszą mieć
poczucie realnego wpływu i sensu pracy dydaktyczno-wychowawczej. Dlatego Fullan
akcentuje kategorie shared meaning (wspólny sens) i long-term
commitment (długofalowe zaangażowanie). Nauczyciele zaś są świadomi,
że za dwa lata zapewne obecne władze polityczne przegrają wybory i utracą moc
kontynuowania projektów, które z założenia są obliczone na krótki dystans ich
obowiązywania. Co jedna władza ustanawia, kolejna dewastuje.
Choć
perspektywy Bourdieu, Bernsteina i Fullana różnią się teoretycznymi
przesłankami, to jednak ich wnioski są uderzająco zbieżne. Wszyscy podkreślają,
że centralizm i brak autonomii prowadzą do oporu: u Bourdieu jako reakcja na
deskilling, u Bernsteina jako dystans wobec dyskursu, zaś u Fullana jako powód
braku zaangażowania w proces reformy. Ostateczna konkluzja jest więc wspólna:
bez realnego włączenia nauczycieli żadna reforma edukacji nie może się powieść,
a każda kolejna próba „odgórnej deformy” skazana jest na fasadowość i bierny
opór.
Jeśli tak ma wyglądać pseudo Reforma26, to przyszłość polskiej szkoły rysuje się w ciemnych barwach. Nauczycieli będzie coraz mniej, ale MEN ogłosi, że to „innowacyjna elastyczność kadrowa”. Lekcje prowadzone przez osoby z łapanki zostaną nazwane „różnorodnością edukacyjną”, a prestiż tej grupy zawodowej faktycznie wzrośnie, bo nauczyciel stanie się jak jednorożec. Wszyscy będą mówić, że kiedyś istniał, ale nikt już go nie zobaczy.
Zawód nauczyciela od lat staje się profesją dla garstki pasjonatów. Edukacja nie runie w jeden dzień, ale będzie obumierać powoli: w kolejnych nieobsadzonych etatach, w salach bez matematyków, w ramach prowadzonych przez przypadkowych zastępców lekcji informatyki czy języka angielskiego. Nauczyciele biją na alarm, ale kolejny rząd woli świętować własne sukcesy. Tymczasem to nie jest już kryzys, ale początek upadku.
Myślę, że obciążanie MEN wszystkimi grzechami polskiej edukacji jest zbyt daleko idącą konstatacją. Oczywiście, nie jest wielkim problemem znalezienie wielu przyczyn obciążających MEN, czy jak to się teraz nazywa, i poddanie ich słusznej krytyce. Psucie tego systemu zaczęło się od Anny Radziwiłł i wprowadzenia przez nią instrukcją religii do szkoły, co, koniec końców, wprzęgnęło nauczanie do politycznej walki. To był świetny pretekst to tego, aby pani minister Łybacka, podlizując się suwerenowi, skasowała matematykę z zestawu obowiązkowych przedmiotów maturalnych. Potem suweren, ochoczo wspierany przez media, reprezentowane najczęściej przez emocjonalnie zaangażowane panie redaktor, niestety, niemające wielkiego pojęcia o szkolnej rzeczywistości, walczyły o kreatywność, indywidualizm, wielorakie rodzaje inteligencji, podmiotowość ucznia rozumianą w sposób dowolny, różne nowinki metodyczne typu neurodydaktyki i temu podobne. MEN na tym polu nie mógł konkurować świeżością pomysłów - jest i była to w końcu biurokratyczna struktura - za to niesłychanie ułatwiał uczniom życie, systematycznie zaniżając poziom wymagań oraz kryteria promocji do klas następnych. Urodziwym kwiatkiem w szkolnym ogródku jest też problem uczniowskiej frekwencji - z jednej strony odpowiedzialnymi za to czyni się nauczycieli i szkołę, z drugiej strony mniej lub bardziej oficjalnie ogranicza się kompetencje wychowawcze szkoły, przyznając je rodzicom, uprawniając również KRK, a z trzeciej praktycznie zwalniając z egzekucji tego obowiązku (ustawowego przecież) wszelkie organy administracji państwowej. W sytuacji, gdy pieniądze szkoły uzależnione są przede wszystkim od ilości zapisanych uczniów niczym dziwnym jest ocenianie i promowanie uczniów o nawet kilkunastoprocentowej frekwencji, a przy tym nikt się nie dziwi, że zdarzają się uczniowie, którzy w szkołach średnich czwarty rok chodzą do pierwszej klasy, bo to wydaje im się najlepszym sposobem długotrwałego otrzymywania renty rodzinnej. Nie mówiąc już o wędrujących martwych dusza w różnego rodzaju szkołach w chmurze, czy wieczorowo - weekendowych. To świetny biznes, nic nie wytwarzający, przy tym bardzo skutecznych lobbystycznie. Oczywiście, w dobrych liceach czy technikach, nastawionych głównie na produkcję przyszłych lekarzy i informatyków, sytuacja wygląda inaczej i nieraz krytyka, mocno upraszczając, "pruskiego systemu", ma sens, ale jaki jest procent tych szkół? W taki sposób wokół szkoły, rodziców uczniów, dorosłych niezwiązanych ze szkołą tworzy się mentalna atmosfera bardzo sprzyjająca powolnej degrengoladzie systemu kształcenia. Ponadto krytykując słusznie politycznie uwarunkowane propagandowe działania ministerstwa nie możemy zapomnieć, że spotyka się ono z bezwzględną i cyniczną propagandą opozycji wykorzystującą obszar edukacji. Co nie zmienia faktu, że od rządzących wymagamy sensownych działań.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Panem, że nie można obciążać ministerstwo wszystkimi grzechami polskiej edukacji. Jednak to MEN określa warunki nie tylko brzegowe, ale też treściowe, organizacyjne, kadrowe i wyjściowe. Michel Foucault czy Erving Goffman już kilka dekad temu okreslili, jaki ma wpływ instytucja na jednostki w warunkach władztwa centralnego, w tym de facto w dużej mierze - totalnego. Pan też zaczął swoją argumentację od ... makropolityki, czyli od decyzji MEN.
OdpowiedzUsuń