środa, 24 czerwca 2020

Wielkie zatrzymanie, czyli co się stało z Wami, z Nami, w tym z profesorem Nalaskowskim?

Prof. Aleksander Nalaskowski/  / autor: Wydawnictwo Biały Kruk

Pedagogiczna ortodoksja w czasach pozorowanego przez władze chaosu? - tak brzmiał tytuł mojej blogowej recenzji książki profesora Aleksandra Nalaskowskiego, którą wydał w "Impulsie" w 2013 r. Warto powrócić do tego wpisu, by zadać nie tyle toruńskiemu pedagogowi, co sobie pytanie - Co się stało z nami w związku z profesorem Aleksandrem Nalaskowskim i co z/w nim się stało, że trzeba tak formułować pytanie?  


Nie stawiałbym tego pytania, gdyby on sam nie sprowokował do niego swoją najnowszą książką pod tytułem: Wielkie zatrzymanie. Co się stało z ludźmi? (Kraków: Biały Kruk 2020). 

Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, bo Profesor nie podjął w tej książce potrzeby wczytania i wsłuchania się w INNYCH. To, że napisał swoistego rodzaju rozliczenie się z jakąś niewidoczną, bo przez niego nieujawnioną personalnie częścią akademickiego środowiska,  niczego nie rozwiązuje. 

Przede wszystkim nie dokonał zdystansowanego wglądu w siebie, w tym w odsłoniętą przez niego po raz wtóry perspektywę światopoglądowego odczytywania zdarzeń, która -  choć zapewne jest bliska jakiejś części polskiego środowiska naukowego - to jednak nigdzie nie miała tak niezrównoważonego charakteru jak obecnie. 

Przypomnę, że prof. Nalaskowski - jako rozczarowany upadkiem rządu PiS w 2007 r., w tym przecież także swojego ówczesnego pupila - ministra edukacji Romana Giertycha,  zapowiadał w swoich esejach o ortodoksji i chaosie, że oto rozstaje się z osobistym zaangażowaniem w politykę publiczną, a zbiór jego esejów  jest - jak napisał - książkowym (...) pożegnaniem trybuny na rzecz powrotu do katedry.    

Wówczas napisałem, by tego nie czynił, by nie chował się za akademicką katedrą w UMK, bo rolą pedagoga jest dawanie czytelnego świadectwa spójności własnej wiedzy naukowej z postawą życiową. 

Tak czyni niestety niewielu, co  szczególnie jest widoczne wśród części profesorów pedagogiki, socjologii, nie wspominając o psychologach. Tym bardziej zdumiewa fakt przywoływania przez A. Nalaskowskiego na kartach najnowszej monografii niektórych z współczesnych pedagogów jako uwiarygadniających źródła jego postawy, skoro oni akurat w tym  kierunku normatywnym i ideologicznym ortodoksami nie są i wcale go nie popierali ani publicznie, ani akademicko.    

Prędzej jest niektórym do cynicznej schizofrenii akademickiej i hipokryzji, aniżeli do klarownej ortodoksji. Tym bardziej dziwi cytowanie osób, których tożsamość JA  OSOBOWEGO rozmija się z JA SPOŁECZNYM.      
Są wśród naukowców profesorowie o prawoskrętnej, lewoskrętnej czy wolnościowej/liberalnej orientacji politycznej, ideologicznej, ale potrafiący zachować tę tożsamość w sferze JA PRYWATNEGO dla siebie, by nim nie obciążać, nie zobowiązywać innych do kreowania wspólnoty politycznej, społecznej, ideologicznej czy nawet towarzyskiej. Są oni jednak wierni pewnemu systemowi wartości, które zinternalizowali i nie godzą się na to, by politycy, a tym bardziej uczeni, wykluczali ich z universitas. Tak samo, jak nie życzy sobie tego w stosunku do nich - Aleksander Nalaskowski.  

Tyle tylko, że oni nie funkcjonują inaczej w świecie naukowych katedr,  a inaczej w przestrzeni publicznej. To, co jest składową ICH tożsamości, także mojej, bo jest mi ona bliska, to jednak niewnoszenie do przestrzeni publicznej własnych, tym bardziej ortodoksyjnych, antagonizujących (dzielących społeczeństwo) preferencji i zaangażowanych politycznie wypowiedzi.  

Czym innym jest krytyka naukowa, której i tak zdecydowana większość naukowców w ogóle nie uprawia z obawy, że uderzy ona w nich samych. Tej nikt nikomu nie odmawia, a i tak jest o nią bardzo trudno. 

Być może część akademików radzi sobie z tym rozszczepieniem  postaw pedagoga ceniąc, tak jak ja, nie tylko drogę naukowego rozwoju i osiągnięć badawczych, w tym teoretycznych (także eksperymentalnych w sferze oświatowej) Aleksandra Nalaskowskiego. 

Nie można jednak stawiać im zarzutu w postaci oskarżycielskiego pytania: "Co się stało z ludźmi?" Sam przywołuje jednego z profesorów, który od lat wygłasza tezę, że pedagog nie musi być wzorem postulowanych wartości, podobnie jak ornitolog nie musi latać.   
  
Aleksander Nalaskowski napisał bardzo osobistą, w dużej części  autobiograficzną książkę, nie koncentrując w niej refleksji nad sobą, nie zastanawiając się nad tym, jak sam współprzyczynił się do tego, że stał się obiektem bardzo silnych negatywnie emocji większości środowiska naukowego - od znienawidzenia, wrogości po obojętność, a nawet lekceważenie. 

Może warto jednak napisać znacznie głębszą introspekcyjnie i autorefleksyjnie rozprawę (także z samym sobą, jak czynił to Janusz Korczak),  a nie narzekać na władze UMK, także współpracowników własnej jednostki, by nie cytować na swoją obronę odmiennych przecież od jego ortodoksji cyników, TW z okresu PRL i nie dobierać cytatów wygodnych dla umocnienia własnej postawy. 

Do tego ma Profesor jak najbardziej nie tylko prawo, ale i zyskuje wielki szacunek, kiedy potrafi w swojej pracy dydaktycznej ze studentami dzielić się mądrością własną i wybiórczo prezentowanymi im osiągnięciami minionych pokoleń.  Nie mam wątpliwości, że Aleksander Nalaskowski jako profesor pedagogiki znakomicie prowadzi swoje wykłady dla młodzieży akademickiej, zajęcia z doktorantami. Sam udaję się na konferencje z Jego udziałem, jeśli jest to tylko możliwe, bo wiem, z jaką pasją potrafi mówić o kluczowych sprawach dla pedagogiki i edukacji.  

Nie musi zatem nikogo przekonywać, że nie przez przypadek czy w wyniku pozanaukowych okoliczności został profesorem tytularnym w dziedzinie nauk humanistycznych. Dla mnie był, jest i będzie wybitnym uczonym, którego obecność w Uniwersytecie jest z tego powodu chwalebna dla UMK, a nie na odwrót. 


To, że nie istnieje już universitas, jest już inną kwestią. Doprowadziły do tego skutecznie rządy PO/PSL i  PiS wraz z giętkim przydatkiem partii Jarosława Gowina. 

Smaganie innych naukowców za brak poparcia, akceptacji, a może i zachwytu z tego tytułu, że publikuje felietony polityczne, które nie podobają się części akademickiego środowiska, jest mocno dyskusyjne. W końcu pisze i publikuje felietony na łamach ortodoksyjnego prawicowo i de facto będącego tubą propagandową dla wodza partii w tygodniku "Sieci" nie jako profesor pedagogiki tylko jako obywatel III RP. Czyż nie to doprowadziło do takich skutków?  

Sądziłem, że najnowsza książka będzie obiektywnym, naukowym właśnie rozliczeniem się także z własną, światopoglądową aktywnością polityczną, propagandową w cotygodniowej aktywności publicznej, bo taką jest bycie felietonistą politycznym, komentatorem wydarzeń. 


Sam zresztą wyraźnie odcina się  w książce od Nalaskowskiego-profesora pedagogiki w UMK, by przekonać czytelników, że jako felietonista jest tylko obywatelem, JA PRYWATNYM, kiedy stwierdza, że "prywatnie profesorowi wolno znacznie mniej niż innemu obywatelowi. Z racji profesury musi w każdym miejscu i w każdym czasie mieć włączony mechanizm blokady politpoprawnościowej" (s. 203).    

Absolutnie ma rację nie godząc się na to, by organizacje stricte ideologiczne, prowadzące z pozycji lewicowego światopoglądu, a więc radykalnie przeciwstawnego, uzurpowały sobie prawo do wykluczenia Go z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Takiego prawa organizacje te nie mają, toteż zaangażowanie władz tej Uczelni we wspomaganie pozauniwersyteckich podmiotów w podejmowanie sankcji  dyscyplinarnych wobec własnego PROFESORA - a WYBITNEGO UCZONEGO - jest dla mnie zdumiewające.  

Moim zdaniem jest to niedopuszczalne, dlatego publicznie o tym piszę od sierpnia 2019 r. doświadczając z tego tytułu pośrednio także różnego rodzaju oznak - delikatnie mówiąc - dezakceptacji.  Niech tak będzie. Z moim komentarzem autor książki też się nie zgodzi. 


Nie przypuszczam, że mamy tu do czynienia z syndromem "konia trojańskiego", chociaż kto wie?  Może komuś było na przysłowiową rękę obalenie mitu wielkiego pedagoga? Może ktoś chciał skorzystać z okazji, by "przyłożyć Nalaskowskiemu", skoro on jest w swoich felietonach bezwzględny w ocenie innych?  Być może jest to czyjaś zemsta z własnej uczelni za coś, czego sobie ów profesor nie uświadamia?  A może...?, Kto wie, czy ...?    
Profesorowi Nalaskowskiemu łatwiej jest wznosić się w politycznej publicystyce ponad innymi, często i gęsto smagając ich bolesnymi określeniami, postponując, semantycznie wykluczając i odmawiając im prawa do bycia politykami, opozycjonistami, działaczami takich czy innych organizacji społecznych, a nawet jednoznacznie, też ortodoksyjnie zaangażowanych naukowców. 

To jest jego prawo, tak samo jak mogą z nim walczyć o swoje prawa ci, którzy czują się tym dotknięci. Tyle tylko, że niech to czynią w przestrzeni publicznej, a więc z powództwa cywilnego, a nie naruszają terytorium szkolnictwa wyższego i nauki, bo Nalaskowski nie prowadzi z nikim wojen w obszarze tej czy innej uczelni.

Najnowsza książka tego Autora jest częściowo o uniwersytecie i o wyzwaniach globalnego świata. Widać, że tli się w niej troska o uniwersytet humboldtowski, który już przeszedł do historii, nie istnieje i nie powróci. Tym bardziej oburzające jest podjęcie przez kogoś (kogo?) (...) w trakcie trwania "sprawy Nalaskowskiego"   (...)  próby dowiedzenia się (...) nieformalnie od studentów, czy na wykładach nie poruszam tematów niezwiązanych z przedmiotem zajęć, a konkretnie kwestii homoseksualizmu (tamże). 

Jak widać jest to stara technika manipulacji, którą zastosowano także w obecnej kampanii prezydenckiej wobec Rafała Trzaskowskiego próbując ustalić, czy aby nie znajdzie się jakaś studentka, która mogłaby go oskarżyć o molestowanie seksualne.     
 
  

Oczekiwałbym od profesora pedagogiki, ortodoksyjnego konserwatysty szerszej analizy dotyczącej nie tylko tego, jak został skrzywdzony przez rektora UMK czy jak usiłują nadużyć wobec niego swojej "władzy symbolicznej" organizacje LGBTQ. Coś się jednak zmieniło w naszym kraju, akademickim czy oświatowym świecie, także z naszym mniejszym czy większym udziałem.    
Nadużywanie przestrzeni sacrum przez posłów i polityków z różnych partii politycznych, by utrzymać "władzę" (poselską, rządową, administracyjną, dla członków rodziny, znajomych itp.)  oraz dla dostępu do niepodzielnych dla społeczeństwa przywilejów, powinno uwrażliwiać na to każdego z nas.  

Sam zresztą o tym pisze: Rzeczywistość jest loteryjna, a nasze instrumenty jej zrozumienia i opanowania niewystarczające, niemal dosłownie wzięte z innej epoki, epoki, która jest za nami. Elity w karkołomnych piruetach przestają być elitami. Widać wyraźnie, że status quo sprzed wirusa starają się na siłę utrzymać jak wędkarz, który złowił zbyt wielką jak na narzędzie i umiejętności rybę  (s.29).     

Dobrze, że Aleksander Nalaskowski napisał książkę "Wielkie zatrzymanie" . Byłoby znacznie lepiej, gdyby w okresie  zatrzymania dokonał choć małego namysłu nad samym sobą, raz jeszcze przeczytał ponad 280 własnych felietonów i poddał je analizie pod kątem zgodności z wartościami chrześcijańskimi, z Nauką Społeczną Kościoła Katolickiego i z teoriami politologicznymi czy komunikacji publicznej, skoro  - jak twierdzi - jego publicystyka nie może usprawiedliwiać braku powszechnej dla niego akceptacji czy chociażby wsparcia akademickiego własnego środowiska. Coś tu jednak jest czegoś konsekwencją. 

Doprawdy, nikt z nas nie jest bez grzechu,  nieomylny, może i w jakimś zakresie bezinteresowny, toteż może warto sięgnąć pamięcią także do własnej polityki akademickiej, kiedy samemu było się u władzy, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czy aby zarzucane innym postawy nie miały tu także miejsca? 

Naukowcy, administracja mają swoją pamięć społeczną. Nie tylko prasa donosiła o poważnych nieprawidłowościach, błędach, niegodnych działaniach, których zamiatanie pod dywan przez część kadr zdumiewało, a jednak nie skutkowało sankcjami wobec niektórych pracowników UMK. Istotnie, rektorzy UMK działają wybiórczo.   

Przyjmuję tę książkę z autentyczną satysfakcją. Po pierwsze nastąpiła częściowa odsłona stanu refleksji Uczonego nad wydarzeniami, których sam był (współ-)sprawcą. Możemy zatem doczytać, jak musiał sam sobie z tym poradzić, skoro twierdzi, że właściwie tylko nieliczni zrozumieli i wczuli się w jego sytuację.

Po drugie, zapewne ucieszy jego zapiekłych wrogów i sojuszników, którzy będą mogli na podstawie zawartych w książce dokumentów, umocnić się w swoich postawach. Są bowiem w aneksie książki ważne dokumenty: nie tylko bulwersujący  część lewoskrętnej i liberalnej opinii publicznej felieton p.t. "Wędrowni gwałciciele", którego nie czytali, bo niby dlaczego mieliby kupować tygodnik "Sieci", ale  też postanowienia władz UMK,  listy otwarte i treść odwołania Profesora do Sądu Rejonowego w związku z zawieszeniem go w czynnościach nauczyciela akademickiego. 

Niestety, nie ma tu wszystkich, a kluczowych dla sprawy dokumentów, gdyż Autor nie ma do nich dostępu, albo nie ma prawnej możliwości ich  opublikowania. Z tego, co wiem, to odmówiono Profesorowi także wglądu w pełną opinię biegłego językoznawcy oraz podania jego nazwiska. Niedawno pisałem o tym, jak to znowu organizacje pozauczelniane usiłują "grillować" Uczonego kolejnym wnioskiem o usunięcie Go z UMK.      

Mam nadzieję, że poza gronem kompletnie niezainteresowanym uniwersytecką pedagogiką, ale za to politycznie i ideologicznie wzmacnianym przez wydawcę książki, znajdzie ona zainteresowanie właśnie wśród badaczy nauk społecznych i humanistycznych. 

Po trzecie, powinni tę książkę przeczytać pedagodzy, szczególnie ci, którzy nie lubią ortodoksji, by podjąć polemikę z zaproponowaną przez A. Nalaskowskiego typologią naszej dyscypliny. Osobiście jej nie akceptuję, bo jest potoczna, popkulturowa, pozbawiona odniesień do naukowych źródeł. 
Czyżby nagle, tak odważny w bojach propagandowo-politycznych felietonista obwiał się, że wymienienie z nazwiska autorów rzekomych typów "nad-", "od-do-", "sub-", "obok-", "oddo-"pedagogik czy pedagogicznych puzzli nie zasługuje na źródłowe odniesienie? Nie trzeba chować się za  klasyfikacją Zbigniewa  Kwiecińskiego, która miała ironiczny a nie naukowy charakter.  
Tak więc, pedagodzy - odwagi! Napiszcie, co się z wami stało? Co się stało z ludźmi? W jakim kierunku zmierza pedagogika i jej akademickie środowisko? 
Będę nadal czytał jego książki i rekomendował Aleksandra Nalaskowskiego jako recenzenta osiągnięć naukowych młodych badaczy, kolejnych pokoleń naukowców, bo jest w tej roli  bezapelacyjnie członkiem universitas i rzetelnym, zdystansowanym także do własnej ortodoksyjnej postawy ekspertem. 

Oby jak najdłużej służył On nauce i przekazowi wartości oraz duchowości pedagogiki swojego Mistrza - Kazimierza Sośnickiego. Ten, gdyby żył, nie zaakceptowałby jednak jego propagandowo-publicystycznych felietonów.  Warto wyplątać się z sieci własnej ortodoksji, by dostrzec w świecie GODNOŚĆ OSOBY LUDZKIEJ ponad światopoglądowymi podziałami i różnicami. 

Jeśli czytelnicy będą zainteresowani, to  zapraszam na łamy "Studiów z Teorii Wychowania" do dyskusji z najnowszą rozprawą Aleksandra Nalaskowskiego. Może dowiemy się, co się stało z pedagogiką i pedagogami w okresie ostatniego trzydziestolecia. Nie musimy przekonywać się o wartości lektur mistrzów z okresu II RP, bo tym poświęcamy - wbrew temu, czego nie wie Aleksander Nalaskowski - znacznie więcej uwagi i refleksji.

Porozmawiajmy o stanie polskiej pedagogiki bez personalnych uprzedzeń, bez osadzonej w tle ideologicznej ortodoksji. Do tego też inspiruje książka Profesora.