piątek, 21 października 2016

Wszelkie zło pochodzi od władzy... List Otwarty pedagogów społecznych

Publikuję pełną treść Listu Otwartego, który - jak można przypuszczać - został przekazany kierownictwu Ministerstwa Edukacji Narodowej. Profesor Tadeusz Pilch wspomniał o tym Liście w czasie IX Zjazdu Pedagogicznego w Białymstoku oraz na posiedzeniu wyjazdowym Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN na KUL w Lublinie.

Uważam, że ten List powinien być dostępny nie tylko pedagogom społecznym, ale także szeroko rozumianym wychowawcom, politykom i rządzącym w kraju. Można nie zgadzać się z niektórymi tezami Autora, interpretacją wydarzeń czy danych faktograficznych, ale nie można odmówić racji, które spowodowały konieczność zabrania głosu w sprawie losu dzieci w środowiskach rustykalnych. Treść tego Listu była przywoływana w mediach w wersji bardzo skrótowej. Publikuję zatem jego pełną wersję za zgodą Autora:


List otwarty pedagogów społecznych na temat polityki oświatowej


Jest swoistym paradoksem, że środowiska akademickie, które cieszą się najwyższym społecznym poważaniem z własnej woli rezygnują z publicznego zabierania głosu w sprawach dla społeczeństwa najbardziej żywotnych - natomiast środowiska polityczne, które zajmują ostatnie miejsca w hierarchii społecznego prestiżu mają niczym nieograniczony głos we wszystkich doniosłych dla społeczeństwa sprawach i bez najmniejszych zahamowań z tej wolności korzystają.

Nauki i środowisko akademickie pedagogiki, oprócz twórczej aktywności na sejmie nauczycielskim w 1919 roku i incydentalnymi głosami indywidualnymi w czasach II Rzeczypospolitej nigdy więcej nie zaznaczyło swojej obecności w publicznych debatach, nawet wówczas gdy rozstrzygały się fundamentalne kwestie dla systemu nauczania i wychowania.

Ukoronowaniem tej niepojętej filozofii milczenia środowiska pedagogicznego była całkowita obojętność wobec dramatycznie nieodpowiedzialnej decyzji rządu Jarosława Kaczyńskiego cofnięcia wieku obowiązku szkolnego dla 6 – latków. Jedyny przypadek w dziejach Europy cofania dzieci w wieku obowiązku szkolnego, a nie obniżania wieku rozpoczynania nauki. W ten sposób zostaliśmy w elitarnym kręgu kilkunastu państwa w Europie i na świecie, w których dzieci rozpoczynają naukę w 7 roku życia.

Była to przecież decyzja wymierzona w szansę stopniowego usuwania barier równego startu dla dzieci ubogich, ze środowisk o niskim kapitale kulturowym, utrwalająca na długie lata nierówności społeczne między dziećmi ze środowisk upośledzonych socjalnie a dziećmi grup uprzywilejowanych. Nie był to zresztą pierwszy krok w budowaniu zróżnicowanych szans rozwojowych dzieci z nierównych kulturowo środowisk.

Przypomnieć należy równie unikalny w skali europejskiej, a w swej wymowie cyniczny "program przystosowawczy", wprowadzony pod naciskiem ministerstwa finansów, rozporządzeniami ministrów edukacji: Roberta Głębockiego w r. 1991 (Zarządzenie Ministra Edukacji nr 18 z dnia 24 08. 1991 r w sprawie realizacji zajęć ponadobowiązkowych i pozalekcyjnych w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych), oraz Zdobysława Flisowskiego w r. 1993 (Zarządzenie Ministra Edukacji nr 23 z dnia 6. 08. 1993 w sprawie warunków realizacji zajęć korekcyjno-kompensacyjnych w szkołach).

Rozporządzenia te m.in dopuszczały zajęcia rozwojowe w szkołach podstawowych pod warunkiem, że będą miały charakter międzyszkolny. Taki warunek w rzeczywistości szkół wiejskich trudno nie nazwać cynicznym, a samą nazwę programu "przystosowawczy" klasyczna kategorią orwellowską. Bo akurat zróżnicowania między szkołami miejskimi i wiejskimi są w naszym kraju szczególnie drastyczne i od dziesiątków lat nienaruszane żadną racjonalną polityką równości. I żadne tłumaczenia i pseudo naukowe racje tego faktu nie zmienią.

Jedyny głos sprzeciwu, jaki został wysłany przez Zespół Pedagogiki Społecznej przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN, po cofnięciu obowiązku szkolnego dla sześciolatków, został wprawdzie poparty przez dziesiątki profesorów i młodszych nauczycieli akademickich, ale równocześnie wywołał protesty środowisk naukowych związanych z uczelniami katolickimi, oraz zaowocował żenującymi adresami do Pani minister edukacji, informującymi, że z tym głosem sprzeciwu, nie maja nic wspólnego.

Powielono tu PRL–owski schemat rozumowania i reakcji, że władza, jakkolwiek by była głupia – to zawsze rację ma! Jedyna Rada Wydziału Pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego w bardzo umiarkowanej formie zdystansowała się wobec ekscesów edukacyjnych rządu. Reszta polskiej pedagogiki w sile kilkuset samodzielnych pracowników nauki i tysięcy młodszych akademików pozostała wierna zasadzie – Pedagogiki milczenia

Milczenie elit intelektualnych „w czasach słusznie minionych” było i pożądane i konieczne i obwarowane skomplikowanymi manipulacjami. Jak nie wystarczała łagodna perswazja, uruchomiano twardsze argumenty typu: pisarze do pióra, studenci do nauki, uczeni do książek …. , lub jeszcze twardsze, opresyjne metody.

Ten trening przeszłości tak mocno wrył się w świadomość elit intelektualnych, że dzisiaj niewinne apele nauki z zakresu np. polityki społecznej, w środowisku nauk społecznych, traktowane są jako uprawianie polityki i potępiane jako niegodne etosu nauki i naukowców. Komunistyczna władze odniosła pozagrobowe zwycięstwo nad obywatelską postawą świata nauki. Tymczasem to co dzieje się dzisiaj w polityce zmusza nas, pod rygorem utraty godności, do zabrania głosu, do postawy czynnej, do obywatelskiego sprzeciwu.

Jesteśmy zorganizowanym środowiskiem pedagogów społecznych rozproszonych w różnych placówkach pracy wychowawczej od katedr uniwersyteckich do szkół podstawowych i przedszkoli. Jesteśmy zjednoczeni w Stowarzyszeniu – Ruchu Pedagogów Społecznie Zaangażowanych oraz w Zespole Pedagogiki Społecznej działającym przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN.

Mamy poczucie zagrożenia, a zarazem powinności zabrania głosu, sprzeciwu, protestu wobec klasy politycznej; przywołania jej do opamiętania w imię interesów narodowej wspólnoty.

Omne malum ex potestas - wszelkie zło pochodzi od władzy

Ten starożytny aforyzm, a raczej rzymska mądrość ludowa pokazuje, że władza wszelkich czasów była postrzegana jako zło. Wielki doktor kościoła – św. Ambroży bardzo krytycznie odnosił się do władzy świeckiej, a jego uczniowie wręcz przypisywali jej diabelską genealogię. Przekonanie to przewija się w myśli chrześcijańskiej do czasów nowożytnych. Natomiast „uczeń”, Ambrożego, św. Augustyn dowodził i utrwalił w „Państwie Bożym”, powszechne przekonanie, że wszelka władza pochodzi od Boga. W oficjalnej praktyce kościoła ideą przewodnią jest raczej pogląd św. Augustyna, niż krytyczna postawa św. Ambrożego.

Pragniemy z naciskiem oświadczyć, że nasz apel i przekonania nie dotyczą tylko aktualnego układu sił politycznych, lecz stanowią uogólnioną ocenę degeneracji władzy w Polsce, której początki znajdujemy w pierwszej połowie XVII wieku a jej kontynuacja trwa przez całą późniejszą historię naszych dramatycznych dziejów. Ostatni okres tzw. „odzyskanej niepodległości” dobitnie pokazuje, że odziedziczyliśmy cały bagaż politycznej patologii Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej.

Obecnie trwa wyjątkowy w swej bezprecedensowej jakości i wymowie festiwal siania wzajemnej nienawiści i dzielenia Polaków przez władze polityczne, poniżających zdrowy rozsądek absurdalne oskarżenia o najcięższe zbrodnie swych przeciwników politycznych, w którym biorą udział wszystkie siły polityczne z udziałem sejmu, senatu, premiera i prezydenta, używające frazeologii i argumentacji ulicznych zadymiarzy. Polityka niżej już upaść nie mogła!

Do tragicznego upadku Pierwszej Rzeczypospolitej doprowadziła elita polityczna ówczesnego „państwa narodu szlacheckiego”, która stanowiąc 10% społeczeństwa była siłą społeczną o nieznanych w żadnym europejskim kraju prerogatywach oraz o niespotykanej gdziekolwiek w cywilizowanym świecie poziomie egoizmu i obskuranckim zaślepieniu. Szlachta gotowa była na ołtarzu swych egoistycznych i okrutnych przywilejów złożyć raczej byt i wolność ojczyzny, niż choćby jeden dzień niewolniczej pańszczyzny swoich poddanych lub którąkolwiek perłę swych klasowych przywilejów. W swych antynarodowych i egoistycznych nastawieniach znajdowała wsparcie hierarchii religijnych, głównych wówczas religii; katolickiej i prawosławnej.

I była w swym zaślepieniu konsekwentna do tragicznego końca. Wyzwolenie od niewolniczych stosunków podległości wobec rodzimych panów przynieśli chłopom polskim – zaborcy! „Z samych panów zguba Polaków. Oni zniszczyli wszystkie uszanowanie dla prawa. Oni, rządowego posłuszeństwa cierpieć nie chcąc, bez wykonania zostawili prawo. Oni zupełnie zagubili wyobrażenie sprawiedliwości w umysłach Polaków. Oni prawo zamienili w czczą formalność, która tylko wtenczas ważną była, kiedy prawo ich dumie, łakomstwu i złości służyło.” (Stanisław Staszic, Przestrogi dla Polski...) Dziś wystarczy w miejsce „Panów” wstawić „Polityków”, lub nazwy partii, aby treść manifestu S. Staszica pasowała jak ulał do naszej rzeczywistości.

Do dzisiaj nie padła prośba o przebaczenie za ówczesne winy Panów i nikt im o takim chrześcijańskim geście nie przypomniał i takiego gestu nie wymagał. Więcej – dzisiaj odradza się etos szlachectwa jako nośnika tradycji i kultury narodowej i żądanie naprawienia krzywd jakie ta klasa poniosła od rządów komunistycznych!

To zrodziło jeden z najcięższych grzechów ich politycznych następców, późniejszych klas politycznych – poczucie nieodpowiedzialności i bezkarności za ciężkie grzechy wobec wspólnoty narodowej. I jeśli chcemy szukać permanentnego źródła nawracających złych rządów politycznych, to leży ono w braku jakiejkolwiek odpowiedzialności polityków, którym na sucho uchodzą nawet uczynki kryminalne

Pierwsze odzyskanie niepodległości, znowu wykreowało klasę polityczną, w której znaczną rolę odegrali potomkowie owych twórców i obrońców „państwa narodu szlacheckiego”. W filozofii kreowania nowego ładu politycznego owi potomkowie dali się poznać jako żarliwi obrońcy stanowych porządków, z determinacją żądając, np. dwutorowego szkolnictwa: jednego dla „ludu”, drugiego dla warstw przywilejów urodzenia i majątku.

Ówczesna klasa polityczna, już bez arystokratycznych proweniencji, kazała strzelać do robotników Krakowa, do chłopów w Małopolsce. To klasa polityczna, która nazwała się: sanacją wykorzystując proceduralne okoliczności wprowadziła podstępem antydemokratyczną konstytucję kwietniową, wprowadziła wojsko na salę sejmową, a opozycji zgotowała krwawą rozprawę w Berezie Kartuskiej. Wszystkie atrybuty ówczesnego ładu politycznego który sanacja nazywała uzdrawianiem, łącznie z mistyczną funkcją Piłsudskiego, możemy dziś obserwować w aktualnej rzeczywistości. Sanacja, jej zadufane zaślepienie doprowadziło Polskę do całkowitego osamotnienia i tragedii wojny na dwa fronty.

Rządy klasy politycznej w latach zależności od Rosji Sowieckiej, tworzyły iluzję rządów „ludowych”. Miały one jednak tyle z narodem wspólnego co Rosja Sowiecka z demokracją. Gładko więc utrwaliło się po odzyskaniu niezależności w 1989 r. przekonanie, że elity polityczne, to zjawisko, które żyje obok narodu i między klasą polityczną, a narodem i państwem nie ma zasady służebności, jak w prawdziwej demokracji.

Przyjęto, że to nie polityka ma służyć narodowi, lecz na odwrót - społeczeństwo jest jednym z instrumentów i elementów rozgrywek politycznych, a rangę suwerena zyskują partie polityczne, powszechnie zresztą zarządzane autorytarnie. Ich celem działania i sensem istnienia jest „polityka łupów”, a nie polityka służby społecznej. Partia, która traci władzę, traci członków i znaczenie polityczne, bo straciła lupy.

Te trzy wielkie okresy naszej historii: pierwsza Rzeczpospolita, okres sanacji i czasy tzw. realnego socjalizmu – to klasyczne przykłady degeneracji klas politycznych, ich niewiarygodnego egoizmu grupowego, całkowitego braku zrozumienia dla dobra wspólnego i swoistej bezwzględności wobec przeciwników. Gesty solidarności lub głosy nawołujące do jedności pojawiały się tylko wówczas gdy pojawiało się fizyczne zagrożenie dla grupowych interesów rządzącej elity. Np najazd bolszewików w 1920 roku., ostatnie tygodnie przed wybuchem II. wojny światowej.

Ale już nawet manifest Kościuszki nie zawierał słowo na temat „kwestii chłopskiej”, który mógł doprowadzić do jedności narodowej wobec egzystencjalnego zagrożenia bytu państwa. Próba naprawy Rzeczypospolitej przez Konstytucję 3 Maja wywołała magnacki spisek pod patronatem carycy Katarzyny II, zwany konfederacją targowicką przy powszechnym poparciu hierarchii katolickiej, w celu obalenia reform ustrojowych. Przywileje stanowe i klasowe były cenniejsze niż bezpieczeństwo i dobro ojczyzny. Małą satysfakcją jest, że główni twórcy Targowicy, w tym biskupi zostali ukarani, przez lud Warszawy – szubienicą.

Władze w służbie władzy

Większość przemian jakie dokonały się w latach 1989 – 2016 dobitnie pokazują, że odziedziczyliśmy ideologię XVII wiecznego „państwa narodu politycznego”, oraz najgorsze wzorce polityki sanacyjnej, oraz systemu rządów komunistycznych. Pobieżna obserwacja dowodzi, że aktualne „elity” polityczne są spadkobiercami wszystkich przywar klas wyobcowanych z własnego narodu i traktują państwo i funkcje publiczne jako łup polityczny.

Przegrana kolejnej partii i okres oczekiwania na odzyskanie władzy służy nie wysiłkowi programowemu, lecz ćwiczeniu najbardziej skutecznych form eksterminacji przeciwników politycznych. Obecna władza ten proceder wykorzystała po mistrzowsku. Groteskowych i równocześnie złowrogich przykładów dostarczają marszałkowie sejmu, senatu, liczni posłowie, sam prezydent.

Wszystko wskazuje na to, że ich wzory są powielane przez aktualną opozycję. Pewien optymizm budzi strategia programowa Komitetu Obrony Demokracji, który obrał drogę budowania wizji sprawiedliwego społeczeństwa, w którym władza jest tylko organem wykonawczym woli powszechnej.

Przez ostatnie 30 lat rządziły krajem ugrupowania nazywające się: lewicowymi, konserwatywnymi, liberalnymi, prawicowymi; czyli wszelkie orientacje, które w swych celach politycznych winny gwarantować realizację zasad sprawiedliwości społecznej wywiedzionej z konwencji Filadelfijskiej z 1944 r., oraz z humanitarnego przesłania społecznej nauki kościoła zrodzonej z idei encykliki Rerum Novarum Leona XIII i utwierdzonej w przejmującej encyklice Jana Pawła II Sollicitudo rei socialis, kreślącej ideę władzy jako służby, sakralizującej solidarność wspólnoty, a na czele troski społecznej stawiając ubogiego człowieka.

Ta filozofia społecznej nauki chrześcijaństwa znajduje przejmującą kontynuację w profetycznej działalności Papieża Franciszka, tak daleko wybiegająca swą niezwykłością przed realia dzisiejszej, trudnej rzeczywistości, że nie nadąża za jego wizją znaczna część hierarchii naszego kraju.

Od połowy XX wieku Kościoły chrześcijańskie, w tym szczególnie Kościół katolicki głosi i realizuje wspaniałe ideologie solidarności, służby i wspólnoty zarówno w teorii swoich nauk społecznych jak i we wzorcach osobowych, którymi stały się osoby kolejnych Papieży od Jana XXIII, poprzez Jana Pawła II na obecnym charyzmatycznym Franciszku kończąc.

Dlatego nie możemy zrozumieć milczenia naszego Kościoła wobec tak jawnego gwałtu na zasadach sprawiedliwości społecznej, na idei służby społecznej polityki i państwa wobec narodu, na zasadach solidarności i zgody wspólnoty narodowej – jaki dzisiaj dokonuje się w naszym kraju! Z niechęcią patrzymy na różne formy sojuszu i porozumień między władzą polityczną a kościołem, które nie są zawierane w trosce o powszechne dobro, lecz raczej w trosce o wzajemne korzyści polityczne, prawne, materialne.

Przekonanie, że budujemy państwo narodu katolickiego zawiera błąd logiczny contradictio in adiecto, więcej bowiem w praktyce społecznej naszego kraju jest wątków pogańskich niż chrześcijańskich.

Żadna z formacji politycznej nie respektowała wymienionych zasad sprawiedliwości i solidarności? Mimo to żadna nie doznała dyskomfortu wytknięcia jej tego zaniedbania przez najbardziej do tego powołane władze kościoła katolickiego. Można wręcz rzec, że polskie władze różnych orientacji, po roku 1989 prowadzą politykę troski o bogatych raczej niż biednych, co uwidacznia się m.in. zniesieniem najwyższego progu podatkowego od dochodów, zniesieniem podatku od dziedziczenia i darowizn, stworzeniem wielorakich preferencji dla wielkiego kapitału i obcych korporacji, stworzeniem mechanizmów bezkarnego omijania tzw. ustawy kominowej, zapobiegającej rozwarstwieniu dochodów.

Doprowadzono więc do rozwarstwienia dochodów, czyli podziału na biednych i bogatych, na skalę znaną tylko krajom skrajnego neoliberalizmu, lub krajów skrajnej nieprawości politycznej, takich np. jak: Meksyk, Rosja, satrapie afrykańskie i arabskie...

Nie tyle jednak oburza pro-kapitałowa polityka poszczególnych rządów, ile brak troski o ubogich, mało zarabiających. Rządy wszystkich orientacji „odzyskanej suwerenności” cechuje w tym zakresie filozofia darwinizmu społecznego wywiedziona z ducha filozofii społecznej wielkiego teoretyka narodzin kapitalizmu H. Spencera. Czy taka filozofia sprawowania władzy nad społeczeństwem może być obojętna dla Kościoła, który stworzył i przez wieki respektował zasadę: res sacra miser!?

Niesprawiedliwe państwo - bezradne społeczeństwo

Z głębokim przekonaniem można powiedzieć, że Polska po tzw. „odzyskaniu suwerenności” stała się krajem niesprawiedliwym, a człowiek ubogi stał się tylko kłopotliwym problemem. Zostały uruchomione i tolerowane liczne mechanizmy, które sprzyjały tworzeniu się segregacyjnego społeczeństwa. M.in. w wyniku likwidacji PGR; jednego z najcięższych grzechów władz odrodzonej Polski, stworzone zostały enklawy permanentnego ubóstwa, a w wyniku przeobrażeń gospodarczych w centrach wielkiego przemysłu powstało zjawisko strukturalnych nierówności w których dorasta trzecie pokolenie wykluczonych. Żyją tam dzieci, o których można powiedzieć, że to „dzieci bez szans”, dzieci niczyje, dzieci ulicy. Obojętność wobec ich losu jest i okrutne i krótkowzroczne.

Wypada zapytać elity nauk społecznych, które obiektywnie mają wybitne osiągnięcia badawcze co zrobiły dla losów owych „wykluczonych” poza naukową rejestracją ich istnienia i opisem ich położenia. To właśnie przykład uprawiania nauki z klauzulą milczenia i nie wtrącania się do polityki. A my pytamy: od kiedy walka o interesy upośledzonych dzieci ze środowisk popegeerowskich jest polityką?

Wobec tych zjawisk praktykowana jest zasada milczenia i obojętności niemal wszystkich podmiotów politycznych społecznych i religijnych. Społeczeństwo, które z obojętności czyni trwała zasadę stosunków międzyludzkich – nie przetrwa. Milczenie i obojętność są formą uczestnictwa w dziejącej się nieprawości! Filantropia, która rozwija się w naszym kraju- nie jest środkiem leczenia schorzeń ubóstwa, niesprawiedliwości i wykluczenia. Jest tylko plastrem, który przykrywa jątrzące się rany, które wnet zakażą cały organizm. Wypada wobec tych faktów przypomnieć „Deklarację globalnej etyki” uchwalonej przez Światowy Kongres Religii w Chicago w 1993 r., która wśród czterech zobowiązań wymienia obowiązek stanowienia sprawiedliwego porządku ekonomicznego.

W naszym kraju, w wyniku nieudolności władzy, jej zaniechań, czasem zamierzonej winy doszło do tzw. dzikiej prywatyzacji. Wśród licznych jej skutków są m. in. sprzedawanie kamienic i mieszkań, czasem całych osiedli razem z ludźmi. Kolejnym efektem owego przywracania „świętego prawa własności”, jest powszechne wyrzucanie ludzi na bruk; często chorych i niepełnosprawnych, matek z dziećmi i kobiet ciężarnych.

Rozmiary ludzkich nieszczęść, tragedii są niewyobrażalne! Posunięto się nawet do morderstwa wobec organizatorki oporu. Morderstwa, oczywiście niewykrytego i nie ukaranego. Wszystkie te działania stanowią wg katechizmu katolickiego ciężki grzech wołający o pomstę do nieba: „uciskanie ubogich, wdów i sierot”! Niewyobrażalnym dramatem jest fakt, że proceder ten jawnie kwitnie od lat przy całkowitej bezczynności władz a niekiedy przy współdziałaniu aparatu prawniczego. Pytamy kiedy i w jaki sposób Episkopat Polski protestował przeciw takim współczesnym a jednak „średniowiecznym” praktykom i występował w obronie skrzywdzonych?

Praca odarta z godności

Ogromna część usług wymagająca niskich kwalifikacji takich jak: sprzątanie, dozór, zostały zmonopolizowane przez specjalistyczne grupy, które wynajmują robotników po niższych dla instytucji kosztach, ale przechwytują ogromną część zysków z pracy, a samym pracownikom płaca haniebne stawki godzinowe, lub czasem nie płaca w ogóle, bo wiedzą, że ubogi człowiek nie upomni się o swoje i nie znajdzie obrońcy.

O zabezpieczeniu socjalnym, emerytalnym, zdrowotnym trudno już mówić. Sprawa, choć powszechna jest mało znana, bo pokrzywdzeni to ludzie biedni, niewykształcenie, bez głosu społecznego, to dzieje się przy całkowitej obojętności władz politycznych i nie wzbudza specjalnego zainteresowania aktualnej władzy, która legitymuje się atrybutami prawa i sprawiedliwości. Owszem, w ich obronie występują anarchiści, stowarzyszenia idealistów zwących się socjalistami, czasem spontanicznie sąsiedzi.... organy państwa - nigdy.

Podobna cisza panuje wokół zjawiska szczególnie drastycznego – niewypłacanie należnych, miesięcznych zarobków. Wg szacunków Państwowej Inspekcji Pracy, grupę tak pokrzywdzonych można liczyć na 40 do 50 tys. osób miesięcznie. W naukach moralnych kościoła jest to czwarty grzech wołający o pomstę do nieba: „zatrzymanie zapłaty sługom i robotnikom”!

Beztroska kolejnych rządów doprowadziła do niesłychanego pohańbienia prawa pracy. Ok. 2,5 mln najczęściej młodych ludzi w wyniku manipulacji i nadużyć i przy całkowitej aprobacie państwa pracuje na tzw. umowach śmieciowych. Pomijając bliższą charakterystykę tego zjawiska przyjąć musimy oczywistą prawdę, że jest to praca odarta z godności. Jest to szczególny przypadek wyzysku bezwzględnej klasy kapitalistów, która stała się jedną z grup obfitego beneficjum wprowadzonego w naszym kraju ładu gospodarczego.

Praca ta nie daje żadnego zabezpieczenia socjalnego i nie prowadzi do elementarnej stabilizacji. W dramatycznej sytuacji demograficznej naszego kraju, którego ludność starzeje się najszybciej w Europie odbieranie szans młodym ludziom m. in. na stabilizację rodzinną jest dramatyczną krótkowzrocznością, której nie zniwelują nawet heroiczne ustawy zwane 500 plus. A ponadto jest to nagi wyzysk bezbronnych ludzi, często nawet dobrze wykształconych, dla którego wzorów należałoby szukać w okresie akumulacji pierwotnej czyli w pierwszej połowie XIX wieku.

I mimo to jest z przekonaniem i zaciekle broniony jako zdrowy mechanizm regulacyjnych funkcji gospodarczej państwa nazywana elastycznym rynkiem pracy. Z przekonaniem i publicznie bronią takich zasad przedstawiciele związków wielkiego kapitału i pracodawców. Tzw. Państwowa Inspekcja Pracy została ubezwłasnowolniona.

Brakuje tu znowu głosu elit nauk społecznych i polityki społecznej, które przecież musiały obserwować patologiczne kierunki przeobrażeń prawa pracy. Znowu zwyciężył model nauki milczenia zamkniętej w gabinetach naukowych i nie dostrzegających za procesami prawa i polityki – dramatu człowieka. Komu taka nauka jest potrzebna?

Dramatycznym skutkiem takich masowych form zatrudnienia jest też jeden z najwyższych w Europie wskaźników emigracji Polaków. Obecnie ponad dwa miliony często dobrze wykształconych Polaków pracuje poniżej swoich kwalifikacji w krajach Europy Zachodniej.

Jeśli kolejne rządy są mało wrażliwe na taką utratę kapitału społecznego naszego kraju, to może jednak Kościół zabrałby głos; jeśli już nie w obronie krzywdzonych, to przeciw polskim kapitalistom, którzy bez skrupułów wykorzystują sytuację chorych regulacji prawa pracy i uprawiają bezwzględny, XIX – wieczny wyzysk zniewolonych pracowników.

Etyka polskiego kapitalizmu, a w jeszcze większym stopniu praktyki międzynarodowych korporacji - nawiązują swoją bezwzględną opresyjnością do wzorców pańszczyźnianych. Są polską specyfiką i nadaje się do terapii, ale przede wszystkim do potępienia. Nb. te obce korporacje nigdy nie pozwoliły by sobie na tworzenie takich stosunków pracy w krajach zachodniej demokracji. Przekonały się jednak, że protesty pracownicze nie mają żadnego wsparcia polskich czynników oficjalnych i dlatego są powszechnie lekceważone przez centrale zachodnich krajów. Jest to nowa formuła stosunków pseudo - kolonialnych.

Brakuje nam głosu sprzeciwu i potępienia autorytetów moralnych i władz państwowych w dramacie przemocy rodzinnej, która bardzo często skojarzona jest z alkoholizmem. Alkoholizm przy pozornym potępieniu i rzekomych ograniczeniach korzysta z niezwykłej przychylności władzy dla jego upowszechnienia i niekontrolowanej dystrybucji.

Trudno znaleźć na świecie kraj, a już na pewno nie w Europie, o wyższym nasyceniu siecią dystrybucji alkoholu, zarówno w sensie przestrzennym, jak i w sensie czasowym (najwyższy wskaźnik punktów czynnych 24 h/dobę). Źródło wielkiego dramatu dzieci i kobiet. Dzieci z rodzin naznaczonych alkoholizmem i przemocą podlegają najgorszej formie zgorszenia! One już nigdy nie odzyskają równowagi emocjonalnej. Czy to za mało aby się za nimi ująć? Czy zgorszenie maluczkich nie jest jednym z najcięższych grzechów przeciwko Ewangelii? - pytamy przedstawicieli kościołów, lecz także pedagogów i psychologów, którzy rzeczywistość – owszem, badają, ale nic nie czynią aby ją zmienić!

Zgrozą napawa fakt coraz częściej zdarzających się aktów bestialskich morderstw wobec dzieci a nawet niemowląt. Zgroza obejmuje nie tylko wobec tragedii bezbronnych, ale przede wszystkim zezwierzęcenie młodych rodziców i obojętność sąsiadów! Gdzie leży źródło takich czynów i zdarzeń? Czy nie w systemie edukacji, który zostaje coraz bardziej z ideologizowany a równocześnie obojętny na zjawiska społecznej moralności i mądrego wychowania do sztuki życia rodzinnego, funkcji rodzicielskich, odpowiedzialności za rodzinę i dziecko.

Zapowiedzi „wzmożenia” wychowania patriotycznego, "umowy" między minister edukacji a prezesem IPN o "nowej" nauce historii, to groteskowe praktyki wychowania młodzieży przez zachowania i symbole, które dziś są puste i nie mają żadnej siły kreowania nowoczesnych zasad – źle wróżą zdrowiu społecznemu młodych pokoleń.

Wobec wszystkich tych dramatów społecznych i indywidualnych tragedii świat naszej polityki jest albo obojętny, albo sam je prowokuje. Za większość z nich odpowiada winą umyślną lub ciężkim grzechem zaniechania. Byłoby naiwnością żywić nadzieje, że „elity” polityczne zainteresują społeczne dramaty i losy ubogich i upośledzonych cywilizacyjnie. Całą uwagę kierują zawsze na fobie polityczne, obsesyjne walki, realizację grupowych i partyjnych egoizmów.

Właśnie jesteśmy świadkami takiego spektaklu w wykonaniu partii politycznych, które toczą ze sobą „śmiertelną” walkę, nie wiadomo o co? Bo na pewno nie o skrzywdzone dzieci, upośledzonych pracowników, perspektywy rozwojowe młodzieży, a tym samym kraju. Widzimy przecież, że kolejne ekipy, po sromotnych porażkach wracają do władzy z udoskonalonymi strategiami walki „przeciw” i „o swoje”.

Jedyne elementy optymizmu zatrzymują się na etapie obietnic przedwyborczych. Zamiast przywrócenia opieki zdrowotnej w szkole, czyni się starania o nadanie wychowaniu „narodowego, patriotycznego” charakteru – choć trudno powiedzieć co to znaczy. Zamiast starań o powszechną opiekę przedszkolną, wszak uniwersytet zaczyna się w przedszkolu, na potęgę likwiduje się małe szkoły doprowadzając do kulturowego „stepowienia” środowiska wsi. Zamiast troski o dożywianie dzieci, których przecież ok. 16% w wieku szkolnym jest niedożywionych, likwidowane są szkolne stołówki.

Taka strategia zarządzania krajem jest drogą do jego zniszczenia. Ta klęska może być inna – uwzględniając wszystkie proporcje – niż klęska w XVII wieku, inna niż w XX w., ale wyrazi się w ruinie gospodarczej, jeszcze bardziej masowej emigracji, zatraceniu wartości kulturowej i tradycji historycznej. Polska stanie się obszarem gospodarczym a nie wspólnotą o tysiącletniej kulturze, powiązanej uczuciem jedności, aprobującego uczestnictwa i kultywowania uniwersalnych wartości.

W świetle takich faktów głośne i nachalne podkreślanie „wielkości moralnej” narodu, natrętna polityka szowinistycznej dumy, odradzające się paraprzestępcze organizacje narodowościowe są żałosne i zagrażające ładowi moralnemu społeczeństwa polskiego, który i tak jest dostatecznie sponiewierany.

Obojętność, bezczynność i milczenie – to współudział

Nauka instytucjonalna naszego kraju w odniesieniu do wszelkich wielkich, społecznych problemów przyjęła milczenie jako zasadę swego funkcjonowania. Wdrukowana przez komunistyczny reżim zasada „nie mieszajmy nauki z polityką” wydaje znamienite owoce, a władzy daje wyjątkowy komfort. Jedyna postać mariażu „nauki” z polityką, aprobowaną gorliwie przez prawicę, reprezentuje kuriozalna instytucja zwana Instytutem Pamięci Narodowej, zbudowana na najlepszych wzorach totalitarnych systemów; bolszewickiego i faszystowskiego oraz pomysłach Orwella; swoiste „ministerstwo prawdy”. Jej wyłączne owoce, to krzywda niezliczonych osób i „pielęgnowanie” dorobku archiwalnego komunistycznej policji i opresyjnych instytucji podniesionych do rangi głównych źródeł prawdy o przeszłości.

Najwyższa pora przyjąć za oczywistą inną zasadę uprawiania nauki: świat należy poznawać, ale przede wszystkim należy go zmieniać na lepszy. Janusz Korczak – wielki człowiek i wielki pedagog zostawił nam piękne przesłanie: „nie wolno zostawiać świata takim jaki jest”. Tymczasem orderem Orła Białego prezydent kraju nagradza jednego z wielkich winowajców moralnego sponiewierania tysięcy ludzi przez ogłoszenie tzw. listy Wildsteina jako źródła prawdy o czasach , w których krynicą prawdy były raporty bezpieki. Czy można sobie wyobrazić większy chichot historii?

Dlatego uważamy, że największe autorytety społeczne i moralne, jakimi w naszym kraju są: nauka instytucjonalna i Kościół Katolicki, wobec nieodpowiedzialności klas politycznych, wobec ich niezdolności rozumienia zagrożeń, braku woli działania na rzecz powszechnego dobra – powinny zmienić strategię obecności w przestrzeni społecznej, domagać się w imieniu wartości których są depozytariuszami, w imieniu reguł ładu ewangelicznego, których Kościół jest strażnikiem zaniechania polityki jako walki, a prowadzenia polityki jako służby.

Nic bowiem nie przemówi już do sumienia i rozumu polityków naszej generacji, którzy do perfekcji doprowadzili sztukę politycznego oszukiwania tzw. „elektoratu”, zwanego dziś "suwerenem", poza groźbą utraty poparcia społecznego, czyli utratą władzy. Ten surrealistyczny tryb myślenia widać wyraziście w działaniach najwyższych władz państwa, w działaniach ministrów, kultury, edukacji, wojskowości...

Postulujemy więc powołanie swoistego Trybunału Odpowiedzialności polityków przed narodem, który po każdej kadencji będzie osądzał polityków rządu i najwyższych władz państwa z prawości i wywiązania się z obowiązków nałożonych konstytucją. Osobnicy negatywnie osądzeni nie będą mogli piastować żadnych państwowych i gospodarczych funkcji przez dwie kadencje.

Nie uzdrowimy państwa, nie uratujemy społeczeństwa jeśli nie wprowadzimy żelaznej zasady odpowiedzialności polityków! Sceptykom zostawiam pytanie dlaczego jest martwy tzw. Trybunał Stanu? Oraz pytanie jaki jest cel z wasalizowania Trybunału Konstytucyjnego? Jesteśmy na prostej drodze do modelu władzy autokratycznej, czyli całkowicie nieodpowiedzialnej.

A my mamy prawo oczekiwać, że Kościół przestanie być areną wygłaszanie wezwań do konfrontacji i nawoływań do mobilizacji wobec enigmatycznych wrogów, skoro największym wrogiem Polaków są sami Polacy i ich skrzywione sumienia. Przyjmujemy jako bolesną profanację udostępnianie sanktuarium częstochowskiego gromadom tzw „kiboli”, których ze sportem łączy działalność parakryminalna i nadawania im rangi „prawdziwych patriotów”.

Z niesmakiem przyjmujemy wygłaszanie z murów tego narodowego sanktuarium, przez prominentnych polityków bojowych apeli do walki „z Polakami” inaczej myślącymi. Tworzenie wokół katolickiego radia klimatu wspólnoty jedynych prawomyślnych obywateli, czyli tworzenie przesłanek do podziałów, potępienia, odbierania godności inaczej myślącym. To nie są działania kierowane duchem ewangelii i misją godną tradycji polskiego kościoła, który przez wieki bronił jedności narodu.

Czynne włączenie się do walki polsko–polskiej przez instytucje religijne jest nie do pogodzenia z misją kościoła. Zakulisowe, kameralne potępienie antysemityzmu nie przystoi kościołowi, który wydał Jana Pawła II. Szczególnie w dzisiejszej sytuacji. Nie jest zgodne ze społecznym poczuciem sprawiedliwości suspendowanie księdza zaangażowanego w ruch ekumeniczny i ojcowskie podejście do księży głoszących w Białymstoku nienawiść ideologiczną i publicznie kwestionujących magisterium Papieża – powszechnie uznany na świecie autorytet moralny.

Mamy prawo oczekiwać wsparcia w dziele zbudowania państwa jako jednej wspólnoty, państwa rządzonego zasadą solidarności powszechnej i pomocniczości w interesie ubogich i pokrzywdzonych, państwa stojącego na straży powszechnego przeznaczenia dóbr i zasady prymatu człowieka na „świętym” prawem własności , która jak powiedział Jan Paweł II zawsze obciążona jest hipoteką społeczną.

Ale pierwsza troska naszego środowiska musi być skierowana na dobrostan systemu szkolnego, bo od ponad czterech wieków narodowa prawda J. Zamojskiego: "takie będą Rzeczypospolite - jakie ich młodzieży chowanie. ...Nadto przekonany jestem, że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli" - jest znana każdemu niemal Polakowi. Czas, aby przyswoili ja także politycy!



Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowany
prof. Tadeusz Pilch - przewodniczący
Członek Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN

30 komentarzy:

  1. Bardzo dobrze, że Pan ten dokument opublikował w całości. Ten sui generis strumień świadomości, poziom wiedzy historycznej, logiki wywodów tudzież mentalności zasługuje na zbadanie przez szereg specjalistów.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Naukowcy nie są od głoszenia takich programów tylko mają prowadzić badania dociekając prawdy o interesujących zjawiskach."

    Pozwoliłem sobie przetoczyć wypowiedź Profesora pod jednym z postów. I szczerze mówiąc wszyscy mają już po dziurki w nosie prawdy o interesujących zjawiskach, bo te intersujące zjawiska codziennie, dzień w dzień przygniatają przeciętnego Kowalskiego. Czas by wiedza, nauka i wartości zaczęły zajmować im należyte miejsce. Czas pokazać sprzeciw!!! Podpisuje się pod listem prof. Tadeusza Pilcha obiema rękami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzie był i co robił działacz PSL prof. Pilch jak był w MEN wiceministrem i ten zły system budowano??? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy nie wie? Profesor został za swoją niepoprawność polityczną perfidnie odwołany ze stanowiska wiceministra przez prezesa W. Pawlaka. Naukowcom jest trudno walczyć o sprawy dobra wspólnego, kiedy rządzący chcą ich jedynie do legitymizowania polityki partii władzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ministrem EN byl wtedy tez profesor PEDAGOGIKI i tez z PSL Aleksander Luczak ... ;-)

      Usuń
  5. Od kiedy to A. Łuczak jest profesorem pedagogiki???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie historykiem czy politologiem, czyli tzw."humanistą", więc na jedno wychodzi - praktycznie jeszcze w PRL był wiceministrem oświaty i potem głównie w edukacji żerował ;-)

      Usuń
    2. W każdym razie i Pilch i on, bo to było najważniejsze, w tym samym ZSL/PSL byli ... ;-)

      Usuń
  6. Brakowało takiego głosu ze strony środowiska akademickiego. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. A zatem meritum sprawy podniesionej przez prof. Tadeusza Pilcha sprowadza się do edukacji - wciąż nadużywającej metody podającej "wiedzę" przy niedoborze metod aktywizujących, chciałoby się dodać - w której brak deweyowskiego uczenia się przez doświadczenie i działanie oraz: freinetowskiego, rogersowskiego itp. Czyli, jako nauczyciele akademiccy i inni, gdy zechcemy odpowiedzieć na apel Profesora - to aktywizujmy (siebie i uczniów, studentów)!
    Pozdrawiam Profesorów - Paweł Zieliński

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiele tez w liście budzi moje wątpliwości, nie z wszystkimi diagnozami zgadzam się, więc ... podpisuję się pod listem obiema rękami (i publikuję na Facebooku) ! Pierwszy akapit jest przejmujący. Pisałem już kiedyś tutaj, że uczeni są jak biskupi. Cóż to za biskupi, jaki to kościół, w którym najwyżsi kapłani przyjmują postawę milczenia ? Wielu nauczycieli i rodziców ma żal do uczonych, którzy w naszej Polsce są zbyt cisi.
    Krytykom listu stawiam pytania: czy autorzy listu dobrze ukazali najważniejsze obszary naszych dylematów, sporów, konfliktów i patologii ? czy wskazali właściwe kierunki myślenia i działania dla wspólnego dobra ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak nie jest pan dobrze zorientowany w tym, co dzieje się w środowisku naukowym. Uczeni-pedagodzy nie milczeli i nie milczą, tak w minionym ustroju, jak i w okresie 27 lat transformacji pseudodemokratycznej. W czasie posiedzenia KNP PAN na KUL skomentowałem wypowiedź profesora Tadeusza Pilcha jako wyraz samokrytyki, gdyż w istocie uczestniczył w rządach z udziałem PSL będąc także ekspertem dla tej formacji, więc jeśli mowa jest o milczeniu , to właśnie PSL, które zgrabnie korzystało z funduszy rządowych, jak i EFS do celów sprzecznych ze sprawami, o które tak upomina się pedagog społeczny. Wystarczy sięgnąć w bibliotekach do rozpraw profesorów: Zbigniewa Kwiecińskiego, Aleksandra Nalaskowskiego, Tomasza Szkudlarka, Marii Dudzikowej, Zbyszko Melosika, Józefa Górniewicza, Marii Czerepaniak-Walczak, Henryki Kwiatkowskiej, Ireny Wojnar, Eugenii Potulickiej, i wielu wielu innych, by przekonać się, że polska PEDAGOGIKA NIGDY NIE BYŁA NAUKĄ MILCZĄCĄ.

      Usuń
    2. Wymienił Pan Profesor, chyba niepotrzebnie, dwie osoby, które przez aktualną(!) skrajną doktrynalno-polityczną afiliację - Szkudlarka SKRAJNIE lewicową, a Nalaskowskiego - SKRAJNIE pisowską (vide publicystyka w "W Sieci"!) DZIŚ do tego grona po prostu nie pasują :-(

      Usuń
    3. Problem w tym, że NIKT po tamtej stronie tego nie czyta, nie słucha, nie komentuje... Tak samo jak setek rzetelnych ekspertyz i analiz, które - mam takie wrażenie - w MEN nawet nie są monitorowane. Aleja Szucha "wie lepiej" z zasady... MEN przypomina mi trochę te trzy małpki w słynnej rzeźbie: nie mówi, nie słyszy, nie widzi...
      Pedagogika może i nie jest nauką milczącą, ale zainteresowanie polityków i urzędników pedagogiką jest zdaje się zerowe...

      Usuń
    4. Być może przekaz polskiej pedagogiki jest dla polityków zbyt trudny do zrozumienia. Może trzeba przygotować serwis ze skrótami opracowań pedagogicznych dla polityków i urzędników. Coś takiego jak serwis Bryk (ten ze ściągami z literatury). Po to trzeba im wytłumaczyć jak analfabecie.
      Może to brzmi śmiesznie, ale moja teza jest właśnie taka - pedagogika polska nie jest milcząca, ale język naukowy, którym się pedagodzy komunikują nie jest zrozumiały, jasny, czytelny dla potencjalnego odbiorcy. Warto nad tym się zastanowić. Jako konsument tej treści uważam, że środowisko naukowe pedagogów powinno trochę jednak spojrzeć na publikowane treści z dystansem. Fajnie jest wydać dzieło 400 stronicowe, ale mniej fajnie, jeśli rzeczywiście treści jest w nim na 50 stron.

      Usuń
  9. Cyt. "Beztroska kolejnych rządów doprowadziła do niesłychanego pohańbienia prawa pracy. Ok. 2,5 mln najczęściej młodych ludzi w wyniku manipulacji i nadużyć i przy całkowitej aprobacie państwa pracuje na tzw. umowach śmieciowych. Pomijając bliższą charakterystykę tego zjawiska przyjąć musimy oczywistą prawdę, że jest to praca odarta z godności." - szkoda, że pedagodzy społeczni powielają mity i uproszczenia propagowane przez populistycznych polityków kolejnych rządów (SLD, PO, PSL czy PIS...). Praca, tak samo jak edukacja, zależy od relacji pomiędzy pracodawcą a pracobiorcą (nauczycielem - uczniem). Jeśli te relacje są złe, faktycznie, może nastąpić "pohańbienie", cokolwiek autorzy przez to by rozumieli. Jednak warto pokusić się o odrobinę głębszej analizy. Pracodawca chętnie zatrudniłby młodego niedoświadczonego pracownika na umowę o pracę, jeśli nie musiałby dołożyć ok. 30% kosztów ponad wynagrodzenie brutto pracownika. Prawo pracy jest tak skonstruowane, że pracodawcy nie opłaca się zatrudniać młodych osób na taką umowę! Pracą rządzą i powinny rządzić prawa ekonomii rynkowej, inaczej wracamy do gospodarki socjalistycznej, za którą być może tęskni wielu pedagogów społecznych. I jeszcze jedno. Praca na umowę "śmieciową", zwłaszcza na umowę o dzieło, OPŁACA się młodemu człowiekowi. Dostaje znacznie wyższe wynagrodzenie na rękę, niż w przypadku umowy o pracę (argument, że nie ma ochrony zdrowotnej jest chybiony, gdyż koszt ubezpieczenia zdrowotnego w prywatnych sieciach OZ dla młodego człowieka to miesięcznie ok. 50-70 złotych, więc go stać). Jednocześnie pracodawcy bardziej się opłaca więcej zapłacić netto pracownikowi, niż wrzucać potworne sumy pieniędzy do worka, z którego wydawane są potem pieniądze na zachcianki i idiotyzmy polityków. I jeśli obie strony są uczciwe wobec siebie - tak jest najczęściej właśnie - wszystko jest dobrze. Win-Win. Tyle, że politycy mają mniej wtedy na swoje fantazje i nie mogą się wykazać, jak "dbają" o pracowników...

    OdpowiedzUsuń
  10. @ Bogusław Śliwierski, pisze pan "Chyba jednak nie jest pan dobrze zorientowany w tym, co dzieje się w środowisku naukowym. Uczeni-pedagodzy nie milczeli i nie milczą, " jeśli nie jesteśmy dobrze zorientowani co się w środowisku naukowym pedagogiki dzieje, to jest już wystarczający powód do tego, by stwierdzić, że milczą, bo piszą do szuflady i na półki. Tak jak jest słuszny zarzut, że politycy działają dla polityków, tak tu naukowcy pracują dla naukowców. A to jest jednak milczenie, bo nie potrafili przebić się z tym co piszą do realizacji. Dopiero to jest niemilczeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. żeby być zorientowanym, trzeba chcieć. Jak jesr się malkontentem, to nic nie pomoże. Nie piszemy do zuflady i dla siebie, bo nasze publikacje są powszechnie dostępne. Zdarza się, że w III RP niepoprawne politycznie. Trudno. Problem mają tacy "krytycy", którzy chcą, by im wszystko podać pod nos, najlepiej za darmo.

      Usuń
    2. To nie krytyka, tylko prośba o znalezienie sposobów na to właśnie przebicie. Trudne - fakt, ale nie powinno być niemożliwe.
      "Trzeba chcieć"? Politycy nigdy nie zechcą, jeśli wśród nich nie będzie również WAS. Przy czym polityk to nie tożsame z partyjniakiem.

      Usuń
  11. Tyle, że nie wszyscy myślą w kategoriach zysków i strat ekonomicznych. Co z uczciwością i odpowiedzialnością pracodawców, pracobiorców, polityków, pedagogów i uczniów?
    Z pewnych badań wynika jednoznacznie, że w krajach o wyraźnie zaznaczonych dysproporcjach w podziale dochodu, patologie społeczne sięgają zenitu, jak w Polsce. A gdy ta rozpiętość jest zdecydowanie mniejsza, jak w Finlandii, Szwecji, Austrii, ilość patologii zdecydowanie spada - wzrasta wyborcza frekwencja, aktywność oparta na innych, niż pieniądz, motywach, wzrasta ogólna "chęć" czy radość życia, poprawiają się relacje między ludźmi i wzajemne zaufanie... Ostatecznie, nim bliżej grobu, tym co niektórzy bardziej sobie uświadamiają, że materialne wartości nie maja aż takiego znaczenia. A gdyby to uświadomić sobie wcześniej?

    OdpowiedzUsuń
  12. Liste Otwarty i chaos treści w nim zawartych, mimo dobrych intencji, budzi mieszane emocje. To lament a akademicy powinni, moim zdaniem, unikać lamentu. Słusznie Pan Profesor BŚ zauważa, że jest to głos "post" polityka PSL i wtedy lament, jako samokrytyka jest czytelnym epilogiem. Jakby tragedia grecka...

    OdpowiedzUsuń
  13. Osobiście nie odbieram tego jako lament czy chaos treści, a jedynie jako dosadnie wyrażone poglądy wskazujące na małą skuteczność polityczną środowiska pedagogów. I z tym właśnie czas skończyć, zwłaszcza że decydenci z rozmysłem niszczą edukację i samą pedagogikę, słusznie obawiając się, że w tym środowisku tkwi siła zdolna dokonać rzeczywistej zmiany w stronę wolności i pokoju. "Niewiedza zniewala, wiedza wyzwala".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z jednym wątkiem wypowiedzi Anonimowego: tkwi w środowisku akademickich pedagogów siła. Mam niestety wrażenie, że obecnie skutecznie podzielona przez np. Georga Sorosa...

      Usuń
  14. Aleksander Nalaskowski22 października 2016 20:45

    Do: Anonimowy22 października 2016 08:41
    Tak, wyrzućmy wszelkie skrajności. Szkudlarka, ostanie .Nalskowskiego i paru innych -wówczas uzyskamy obraz prawdziwego pluralizmu w edukacji. Wyrzucić zakały zostanie ukochane "peło", Jedynie słuszne. Szkudlarek jest tu skrajnie lwicowy, a Nalskowski skrajnie pisowski-wedle zastosowanej nomenklatury Nalaskowski winien być "prawicowy" albo "konserwartwny". I nie inaczej. Więcej konsekwencji mój anonimowy uczony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Profesorze! Pisał Pan, kiedyś, bardzo ciekawe i niezależne teksty. A teraz niech Pan sam na spokojnie poczyta swoją "zaangażowaną" publicystykę w "W Sieci" ... ;-)

      Usuń
  15. Aparat władzy od początku stosuje zasadę "dziel i rządź". A tu nawet dzielić nie trzeba... tak jesteśmy, jako środowisko, podzieleni... Co innego pluralizm stanowisk, mnogość pedagogik, co innego zajadłość i nienawiść.

    OdpowiedzUsuń
  16. Już na początku tego wywodu jest podstawowy błąd. Skuteczność edukacji nie zależy od tego, kiedy dzieci pójdą do szkoły, ale od tego kiedy trafią do przedszkola. Nie trzeba prowadzić badań (chociaż badania to potwierdzają) by dojść do wniosku, że tzw. szkolne 6-latki w klasie IV natrafiają na dużo większą barierę niż 7-lat. A, gdy są ze środowisk dewaloryzowanych to ta bariera jest po prostu ogromna. Decyzja o „zagonieniu 6-latków do szkół” była więc kolejnym przedsięwzięciem „żandarma”, który zamiast korzystać z pomocy pedagogów praktyków realizował swoje własne koncepcje wspierając się „zabobonami i przesądami”.
    Dalsza część listu jest pełna podobnych błędów merytorycznych. Ale dla mnie ten cenny, by pokazać studentom jak oderwana od codziennego szkolnego życia pedagogika jest dla edukacji nieużyteczna i łatwo ją wykorzystać w walce politycznej. W walce, której celami są: banki, pieniądze emerytów, zasoby wykształconych pracowników (ale nie ich kształcenie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Marek Piotrowski 25 października 2016 13:03
      >> Skuteczność edukacji nie zależy od tego, kiedy dzieci pójdą do szkoły, ale od tego kiedy trafią do przedszkola

      Panie Marku,
      bardzo słuszna Pana uwaga. Powiem więcej, z moich badań i postawionej hipotezy dotyczącej krzywej wiedzy dziecka, wynika że dziecko najsilniej się rozwija (ma największy potencjał rozwojowy) w okresie pomiędzy 2 a 4 rokiem życie. Ten okres powinno się najbardziej efektywnie wykorzystać w "pracy" z/nad dzieckiem.

      Pozdrawiam, Bogdan Stępień

      Usuń
  17. Jeśli tylko wychowawcy i nauczyciele sami są "dopracowani", ponadto czy rozwój poznawczy jest najistotniejszy, wreszcie - rodzina, przedszkole, szkoła wcale nie zajmie się całościowym, zrównoważonym i harmonijnym rozwojem młodego człowieka. Z badań nad studentami wynika, że mimo rozwoju (a może - niedorozwoju) poznawczego jakoś nie osiągają oni autonomicznego poziomu rozwoju moralnego... czy zatem wcześniejsze szczeble edukacji zawodzą?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.