25 października 2020

Komunikat KNP -KOMITETU NAUK PRAWNYCH a nie pedagogicznych

 


Kiedy prezesem Polskiej AkademiiNauk był profesor Michał Kleiber udało się zobligowanie ówczesnego ministra nauki i szkolnictwa wyższego do tego, by ówczesny Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych przygotował swoje propozycje do wykazu czasopism naukowych , zaś by działająceprzy PAN komitety naukowe  wydelegowały grupę ekspertów w ramach poszczególnych dziedzin i dyscyplin  naukowych, które dokonają oceny jakościowej owego wykazu. 

Pisałem o tym procesie przed laty, gdyż sam pracowałem w takim zespole ekspertów. Niestety, ówczesna minister nie wyraziła zgody, żebyśmy w wyniku ekspertyz wysuwali jakiekolwiek wnioski mające skutkować albo zmniejszeniem słabemu naukowo periodykowi przypisanej liczby punktów, albo w ogóle wykluczyli pewne czasopisma z owego wykazu.

Patologia procedur zatem trwa od lat. Kontynuowana była przez Komisję Ewaluacji Naukowej i jest podtrzymywana przez kolejne ekipy tego resortu. Doszedł bowiem do wykazu czasopism kolejny wykaz - wydawców monografii naukowych. Ponownie zachowano patologiczną ścieżkę jego tworzenia, gdyż ewidentnie widać, że znalazły się w tym wykazie oficyny, które w ogóle nie wydawały dotychczas prac naukowych, ale popularnonaukowe, publicystyczne lub też znalazły się w tym wykazie wydawnictwa szkół wyższych,  w których produkuje się także buble naukowe. 

Przykładowo w wyższych szkołach zawodowych, które nie są szkołami akademickimi podtrzymano ich rzekomą renomę naukową wpisując ich wydawnictwa do powyższego wykazu. Po co? Te wydawnictwa mogły i nadal mogą wydawać prace metodyczne, dydaktyczne, skrypty, a nawet publicystyczno-oświatowe bez potrzeby naukowego ich recenzowania pod kątem oryginalności, gdyż nie taka jest ich funkcja. 

Nic dziwnego, że Komitet Nauk Prawnych PAN opublikował komunikat, w którym apeluje do resortu o wprowadzenie ekspertów do procesu legitymizującego naukowość wydawnictw. Dlaczego ten Komitet zapomniał o czasopismach? Czyżby uważano, że tu jest wszystko w porządku?  

W dniu 29 września 2020 r. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego wydał komunikat w sprawie wykazu wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe. 

W ocenie Komitetu Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk komunikat ten stanowi przykład nagannych praktyk, jakie nigdy nie powinny mieć miejsca. Komitet Nauk Prawnych wnosi zastrzeżenia, tak co do sposobu przyjęcia wykazu wydawnictw naukowych, jak i jego zawartości.

Komunikat został wydany przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego bez konsultacji ze światem nauki. Autonomia środowiska naukowego, które ma najlepszy wgląd w ocenę jakości wydawnictw naukowych, została kompletnie zignorowana

Komitet Nauk Prawnych przypomina w tym kontekście, że jednym z ustawowych zadań komitetów naukowych Polskiej Akademii Nauk jest „ocena wydawnictw naukowych" (art. 36 ust. 1 pkt 9 ustawy z dnia 30 kwietnia 2010 r. o Polskiej Akademii Nauk; Dz. U. z 2020 r. poz. 1796 ze zm.). Dlatego też jednoznacznie krytycznie należy ocenić pomijanie tych komitetów w procedurze sporządzania wykazu wydawnictw publikujących monografie naukowe, o którym mowa w art. 267 ust. 3 ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz. U. z 2020 r. poz. 85 ze zm.). 

Komitet Nauk Prawnych PAN wzywa, aby zarówno praktyka sporządzania omawianego wykazu, jak i obowiązujące w tej sprawie rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 7 listopada 2018 r. w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych (t.j. Dz. U. z 2020 r. poz. 349) zostały uzupełnione o wymaganie zasięgnięcia opinii komitetów naukowych PAN. Zmiana taka jest niezbędna dla umożliwienia komitetom naukowym PAN wypełniania ich ustawowych zadań.

Zastrzeżenia Komitetu Nauk Prawnych PAN budzi także umieszczenie w wykazie wydawnictw naukowych nieliczących się w świecie nauki, czasami nawet w ogóle niepublikujących monografii naukowych. Tego rodzaju działanie nie daje się pogodzić z troską o jakość polskiej nauki. 

Obligatoryjne włączenie komitetów naukowych PAN w proces sporządzania wykazu wydawnictw publikujących monografie naukowe zapewniłoby należytą ekspercką ocenę wydawnictw i pozwoliłoby na uniknięcie błędów w sporządzanym wykazie. Komitet Nauk Prawnych postuluje, by udział przedstawicieli komitetów naukowych PAN został zapewniony już w toku najbliższej zmiany wykazu wydawnictw naukowych, jaka według zapowiedzi MNiSW ma rozpocząć się w grudniu br. 

Środowisko naukowe, którego reprezentantami są członkowie komitetów naukowych PAN, oczekuje od ministerstwa przejrzystości i dawania wzorca dobrych praktyk. W imieniu KNP PAN prof. dr hab. Robert Grzeszczak przewodniczący KNP PAN

 


24 października 2020

Poważny kryzys naukowy w pedagogice społecznej





 Konkurs Łódzkiego Towarzystwa Naukowego im. Profesor Ireny Lepalczyk na najlepszą rozprawę naukową z pedagogiki społecznej po raz trzeci w jego dziejach nie został rozstrzygnięty.  

Członkowie Kapituły obecni w siedzibie ŁTN (ze zdumiewającą niemożnością przeprowadzenia obrad w pełnym składzie  Kapituły, których część musiała pozostać w domu ze względu na radykalny wzrost osób objętych infekcją Covid-19), po zapoznaniu się z opiniami i przedyskutowaniu ich w węższym gronie, podjęli uchwałę o nieprzyznaniu nagrody żadnemu z autorów zgłoszonych  na Konkurs rozpraw.

Piszę o tym, przyjmując do wiadomości to rozstrzygnięcie. Od wielu lat zwracam uwagę na radykalny  spadek jakości publikacji naukowych w pedagogice społecznej. O tej dyscyplinie piszę w tym miejscu ze względu na warunki Konkursu. O kryzysie w pedagogice wczesnoszkolnej, a szczególnie w dydaktyce ogólnej, pisze od lat profesor Dorota Klus-Stańska w innych publikacjach i miejscach. 

 



Niestety, nic tak dobrze nie reprodukuje się jak niewiedza. „Analfabetyzm” naukowy - także w tej dyscyplinie - odtwarzają mierni, ale nieuctwu wierni. Niektórzy uzyskali stopnie doktora czy doktora habilitowanego - w tym jedni w kraju, inni na Słowacji, ale od jego "uzyskania" zatroszczyli się przede wszystkim o stanowiska, funkcje administracyjne. Czyżby to miało być celem ich awansu? 

Kogo kształcą, jak kształcą, skoro sami niewiele wiedzą i potrafią? Są tacy, którzy kierują nawet jednostkami akademickimi  nie mającymi nic wspólnego ani z ich wykształceniem, ani nawet z dyplomem słowackiego docenta czy doktora habilitowanego. 

Nic nie pomogą Szkoły Doktorskie, kolejne reformy i Konstytucje dla Nauki, gdyż i tak w uczelniach zarządzają niektórymi jednostkami osoby o niskich kompetencjach i miernym dorobku, a są akceptowane m.in. przez klasyków polskiej pedagogiki, także członków Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN czy rad dyscyplin naukowych na uniwersytetach.

Źle się bawią profesorowie "załatwiając" stopnie naukowe "analfabetom" akademickim, nieodpowiedzialnie pisząc pozytywne recenzje wydawnicze autorom rozpraw, które nie spełniają nawet minimalnych wymogów naukowych. Coraz częściej komisje habilitacyjne zderzają się z koniecznością dostrzeżenia i zrozumienia, z jak banalnymi, pseudonaukowymi publikacjami wystąpili niektórzy nauczyciele akademiccy z wnioskiem o uzyskanie stopnia doktora habilitowanego. 

Jeden ze znakomitych profesorów pedagogiki prosił, by już nie zlecać mu do recenzji nędzy pedagogicznej, bo przestanie wierzyć, że w naszej dyscyplinie ktoś traktuje ją odpowiedzialnie i poważnie. 

Skąd jednak mamy wiedzieć, że przyjdzie nam oceniać słabizny, mielizny. Nikt nie przewidzi, że wirus zostanie przyjęty bez maski, nawet przez szacowne uniwersyteckie rady dyscypliny naukowej. Niektórzy już nawet nie zasłaniają twarzy głosując ZA.       

Niszczenie pedagogiki trwa mimo głębokich i jakościowo znaczących zmian kadrowych. Powstały dziesiątki znakomitych rozpraw, także przekładów z klasyki zachodnioeuropejskiej, amerykańskiej, kanadyjskiej, tylko kto je czyta? 

Dlaczego brak jest rzetelnych recenzji analityczno-syntetycznych, refleksyjnych, krytycznych, polemicznych? Wiadomo. Gdyby można było je publikować pod pseudonimem, to pewnie byłby ich wysyp, tylko wówczas nie można byłoby ich wykazać we własnym dorobku.   


 

Kolejne reformy w szkolnictwie wyższym wyzwoliły pozoranctwo, także w sferze rzekomej wartości części publikacji, które ukazują się w zagranicznych czasopismach. Trwa walka o punkty, o scjentomertycznie udokumentowane wzrosty twórczości naukowej (a w części będącej tfurczością - jak pisał o tym przed laty stołeczny satyryk), powstają konsorcja "załatwiające" opublikowanie artykułu czy dopisanie współautorstwa w czyjejś publikacji za odpowiednią sumę. 

Poziom niszczenia kodu etycznego i naukowego postępuje  nie tylko w naukach społecznych, w pedagogice, psychologii, socjologii, naukach o polityce, ale i w naukach humanistycznych, bo Polak obejdzie każdy przepis, załatwi sobie na każdą okoliczność dowód bycia "przydatnym". 

Przykro jest o tym pisać, ale trzeba przypominać i pisać o tych patologiach, bo najłatwiej jest zakładać filtr "pedagogicznego raju".   

Jaki jest stan innych dyscyplin nauk pedagogicznych? Nie ma takich konkursów, które weryfikowałyby poziom publikacji. Nie pozostaje nic innego, jak zachęcać wykształconych do publikowania recenzji. Nie ma innego wyjścia. Trzeba dokumentować nie tylko to, co znakomite, ale także to, co zaprzecza nauce.  

 




           

23 października 2020

Minister edukacji Przemysław Czarnek skrytykował własny rząd za politykę oświatowego dziedzictwa "pedagogiki wstydu"


Ciekaw jestem, jak poradzi sobie nowy minister nauki i edukacji Przemysław Czarnek  z tropieniem dziedzictwa "pedagogiki wstydu" w podręcznikach szkolnych i jak będzie walczył z dyktaturą lewicową? Po raz kolejny w dziejach polityki oświatowej III RP dowiadujemy się, że istnieje takowe dziedzictwo, które należy wyeliminować z treści podręczników szkolnych.   

Jak poinformował w mediach państwowych P. Czarnek: 

- Chcemy przejrzeć te treści, które są zwłaszcza w podręcznikach do języka polskiego, do historii, do wiedzy o społeczeństwie, żeby wyeliminować te treści, które są dziedzictwem pedagogiki wstydu, która towarzyszyła naszej edukacji w III RP i z tej pedagogiki wychodzimy bardzo szybkim marszem w ciągu ostatnich lat, ale pewne pozostałości będą usuwane.  (...) resort pochyli się nie tylko nad podstawami programowymi, ale również nad ich obszernością. 

Gratuluję odwagi nowemu ministrowi w krytyce własnego rządu, w której potwierdził dominację jednej ideologii, doktryny ideologicznej (w tym przypadku lewicowej). Oznacza to bowiem, że przez niemalże pięć lat rządy prawicowej koalicji realizowały - w ich przekonaniu -  pedagogikę wstydu. 

Jak wiemy, to Prawo i Sprawiedliwość zmieniło ustrój szkolny i dostosowało do niego programy kształcenia. Wydatkowano na to miliony złotych.  Rząd zatem pod kierunkiem b. minister Anny Zalewskiej dopuścił do użytku szkolnego -  niedopuszczalne zdaniem władzy - treści kształcenia oraz akceptował zbyt obszerny zakres treści w ramach niektórych przedmiotów. 

Przypomnę jedynie zweryfikowaną już w okresie PRL normę pedagogiki dumy i przetrwania, o której doświadczeniu pisał profesor UMK Aleksander Nalaskowski.  Dotyczy ona tzw. wychowania przeciwskutecznego, a więc takiego, którego sprawcy osiągają cele wprost odwrotne do założonych,   m.in. politycznie (doktrynalnie) wymuszanych na wychowankach. Właśnie z tego powodu w pedagogice określamy indoktrynację mianem wychowania przeciwskutecznego. 

Oto jego egzemplifikacja:

Uczęszczałem do liceum, którym zawiadywał członek ważnego partyjnego gremium, zdeklarowany ateista i piewca przyjaźni polsko-radzieckiej. Ściany tej szkoły były wypełnione hasłami pro partyjnymi („Partia z nadzieją patrzy na polską młodzież”), oblepione portretami brodatych wieszczów historycznej konieczności, zbiorowej świadomości i uszczęśliwiającej ułudy. 

Czwórkę z historii otrzymałem po bezbłędnym wyrecytowaniu życiorysu tow. Edwarda Gierka. Rusycyści w tej szkole traktowani byli jak kontrolerzy z ramienia suwerena

Skutek owego molestowania erotycznego (chodziło wreszcie o to, abym coś pokochał) był – jak prosto można się domyślać – obiektywnie odwrotny

Nie stałem się fanem lewicy, nie uwierzyłem partii, Marksa odróżniałem od Lenina, a Gomułkę od Gocłowskiego, a obu od Grotowskiego. 

Szkoła, do której uczęszczałem odniosła tryumf i zwycięstwo. Wychowała bowiem niezależnego intelektualistę, odpornego na ideologiczne surmy, z rezerwą patrzącego na „jedynie słuszne drogi”. 

(…) Nie wstąpiłem do PZPR, nie uwierzyłem, że musimy poprzestać na tym, co nazwano rajem na ziemi, nie wkalkulowałem w swojej biografii wolności od „opium dla ludu. W drugim jednak bilansie ta szkoła skutecznie przygotowała mnie na zmiany roku osiemdziesiątego. Skutecznie nauczyła, czego uczyć się nie warto i czemu ulegać żadną miarą nie należy. 

Czy zatem Ministerstwo Edukacji Narodowej wpisuje się w dziedzictwo powyżej rozumianej "pedagogiki wstydu", "pedagogiki przeciwskutecznej"?