W
Polsce każdy minister edukacji tylko pozornie jest przeświadczony, że zostanie zbawcą szkoły, bo w istocie walczy o to, co jest niewidoczne dla społeczenstwa. Jedni
odchudzają podstawę, inni dodają lub redukują godziny, jeszcze inni zakazują prac
domowych lub wnoszenia do szkoły telefonów komórkowych. Jedno jest wspólne: wszystkie te zmiany spadają z góry jak deszcz,
którego nikt nie zamawiał. Centralizm w edukacji to nasza narodowa tradycja –
coś jak bigos albo kolejki do lekarza.
Problem
polega na tym, że wszyscy już wiemy, jak to się kończy. Socjologowie – od
Bourdieu przez Bernsteina po Fullana – ostrzegali: narzucona reforma, bez
udziału nauczycieli, to fikcja. A jednak w Polsce nadal udajemy, że będzie
inaczej. Minister opowiada o „historycznych podwyżkach” i „odbudowie prestiżu”,
a nauczyciele w pokoju nauczycielskim kwitują: „To nie podwyżka, tylko
waloryzacja. Prestiż? To porażka”.
I
tak powstaje pułapka centralizmu. Nauczyciel wie, że jest
figurantem, ale nie może się z tej roli uwolnić. Uczeń wie, że każda nowa
reforma oznacza chaos i kolejne podręczniki, ale nie ma dokąd uciec. Rodzic
wie, że szkoła publiczna nie daje stabilności, więc ucieka w korepetycje i prywatne
placówki. A polityk? Polityk dobrze wie, że centralizm niszczy szkołę – ale nie
odda kontroli, bo szkoła to dla niego zbyt wygodne narzędzie: można nią
mobilizować elektorat, rozgrywać ideologię i udawać, że ma się plan na
przyszłość.
Tymczasem
świat dawno znalazł inne drogi. Finlandia zaufała nauczycielom, Kanada
postawiła na współpracę lokalnych społeczności, a Holandia pozwoliła szkołom
samym kształtować swoją tożsamość. Efekt? Stabilność, zaufanie, wysoka jakość
kształcenia. My natomiast stoimy w miejscu, w tej samej ślepej uliczce, w
której co kilka lat wymienia się tylko tabliczkę z nazwiskiem ministra.
Czy
z tej uliczki da się wyjść? Oczywiście – wystarczy oddać część władzy szkołom,
nauczycielom i rodzicom. Tylko że to wymaga odwagi, a tej w polskiej polityce
edukacyjnej jak na lekarstwo. Dlatego zamiast realnej zmiany dostajemy kolejne
zakazy, nakazy i konferencje prasowe. Polska szkoła przypomina pacjenta, który
od lat słyszy tę samą diagnozę, ale lekarz wciąż zapisuje mu tylko nową dawkę
witaminy C.
I
może właśnie dlatego pytanie nie brzmi już: kiedy będzie reforma
edukacji? Pytanie brzmi: czy kiedykolwiek wyjdziemy z tej
ślepej uliczki centralizmu?
(źródło: Ilustracja: „Ślepa oświata” – obraz wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam