Problemy
wychowawcze i dydaktyczne nauczycieli, o których oni sami mówią i piszą w mediach
społecznościowych, sprawia, że niepotrzebnie kierują do Ministerstwa Edukacji Narodowej wniosek o zapobieganiu kryzysom wewnątrzszkolnym. Władze MEN są zainteresowane przede
wszystkim wciskaniem deformy oraz nadzorem finansowym, w tym redukowaniem kosztochłonności
kształcenia. Analiza 21 krajów OECD (1970–2020) pokazuje, że rządy o
orientacji prawicowej (często utożsamiane z nurtem konserwatywnym) zwiększają
wydatki na edukację (tylko nie w Polsce), zaś rządy lewicowe mogą je ograniczać lub
przesuwać na inne cele społeczne (tak jest głównie w Polsce).
Co
ważne, efekt ten jest statystycznie istotny i trwały, a
polityka edukacyjna okazuje się silnie „upolityczniona”, zależna od ideologii
rządzących. Zmiana polityczna może realnie zmieniać edukację w kierunku
bardziej konserwatywnym czy lewicowym w państwie, w którym nie ma przyzwolenia
centrum na samorządność, uspołecznienie, kontrolę publiczną rozstrzygnięć władz
państwowych.
W
polskiej polityce publicznej zdecydowanie ważniejsza jest funkcja ideokratyczna
władz, które wykorzystują sferę edukacji przedszkolnej i szkolnej do celów
propagandowych, by za ich pośrednictwem wzmacniać dobrostan własnego
elektoratu. Wprawdzie MEN nie należy do tych resortów, które
pomagają politykom w strukturach aparatu władzy wzbogacić się w wyjątkowym
stopniu w odróżnieniu od innych ministerstw, to jednak wyposaża swoich
urzędników w środki rekompensujące brak czy radykalne ograniczanie samorządności.
MEN
należy do czołowych tub propagandowych władzy, gdyż jego kadry mogą o byle
drobiazgach wypowiadać się codziennie, utrwalając w społeczeństwie rzekomo ich
wyjątkowe zaangażowanie i troskę o dzieci i młodzież. Tego zaś
niezorientowani w działalności pozornej nie będą kwestionować, gdyż traktują to
jako wiarygodne zaangażowanie w sprawy publiczne.
Władze
MEN mają do dyspozycji wielotysięczny aparat urzędników, którzy są zobowiązani
do adaptacyjnej, a więc niekreatywnej realizacji narzuconych im przez
politcentrum zadań. To, że semantycznie zastępuje się je określeniami z zakresu
mniej lub bardziej dyscyplinujących oddziaływań wobec podwładnych, nie ma
znaczenia. Dzieci muszą uczęszczać do przedszkola od 6 roku życia a do szkoły
do 18 roku życia, niezależnie od tego, czy im się to podoba, czy nie.
Już
nikt nie oczekuje od władz oświatowych roztropności wychowawczej i oświatowej,
która powinna wynikać z nauk o edukacji. W warunkach późnej nowoczesności jest
to koniecznością, jeśli edukacja ma służyć rozwojowi społeczeństwa a nie celom
politycznym.
Zarówno
nauczyciele jak i rodzice doświadczają kryzysu socjalizacji pierwotnej i
normatywnej stabilności. Zmieniają się dominujące jeszcze do niedawna funkcje
szkoły z przekazu i sprawdzania wiedzy na regulacje zachowań, rozwiązywanie
bieżących konfliktów i oddalanie od siebie odpowiedzialności za poziom
wykształcenia oraz inkulturacji młodych pokoleń.
Nauczyciele
sygnalizują wzrost zachowań zakłócających tok lekcji, presję
rówieśniczą (bullying, cyberbullying), podważanie ich autorytetu
oraz trudności w egzekwowaniu wiedzy i postaw społecznych. Traci znaczenie
podejście oparte na rutynie, stałym schemacie oddziaływań, przewidywalności
zachowań czy narzucanych im przez MEN rozwiązań strukturalnych np. zadawanie
prac domowych, korzystanie z telefonów komórkowych, dostosowanie ubioru do
czyichś oczekiwań itp.
Badania
psychologów społecznych od lat wykazują, że grupa rówieśnicza przestaje być
tylko środowiskiem socjalizacji, a staje się strukturą władzy w
klasie szkolnej, często nieformalnej, niewidocznej dla nauczycieli,
brutalnej a wzmocnionej cyfrowo. Normy grupowe bywają silniejsze niż normy
instytucjonalne, gdyż te są nieuzgadniane przez rady pedagogiczne z samorządem
uczniowskim, radą szkoły czy radą rodziców. Nic dziwnego, że szkoła traci
monopol na regulację zachowań.
Nauczyciele
nie chcą konkurować z ukrytym programem grup rówieśniczych, który obniża
standardy zachowań uczniów i ich motywację uczenia się. Po co mają się
angażować w ten proces, skoro niektórzy nauczyciele też nie podejmują
wysiłku w tym zakresie i nie okazują zainteresowania problemami
uczniów.
Każda
społeczność potrzebuje stabilności norm, transmisji kodów kulturowych,
przewidywalności zachowań jej członków oraz podtrzymania sensu istnienia i
uczenia się przez całe życie. W warunkach przyspieszenia technologicznego,
kulturowego szkoła staje się jednym z ostatnich miejsc, gdzie można to
podtrzymać. Zanika pamięć normatywna mimo posiadania przez większość placówek
własnego patrona (w nazwie, na szyldzie, pieczątkach i web-stronie).
W
społeczeństwie pluralistycznym szkoła musi budować minimum
wspólnoty, mimo różnic światopoglądowych. Tego jednak nie czyni, gdyż musi
co kilka lat zmieniać system wartości, ich interpretacji, źródła wiedzy, bo ma
pełnić funkcję ideologicznej transmisji zmieniającej się nomenklatury
partyjnej.
Im
słabsza jest w rodzinie socjalizacja dzieci a sama rodzina ma naruszone
struktury ładu społeczno-moralnego, tym większa jest presja na szkołę, by
ją uzupełniała, korygowała a nawet terapeutyzowała. Nie da się jednak
uporządkować codziennego świata życia uczniów w szkole z wypalonymi zawodowo
czy sfrustrowanymi niskim poziomem wynagrodzeń ich nauczycielami, w placówce,
która sama pogrążona jest w chaosie, zmienności norm, programów, środków
kształcenia, antagonizmie stosunków międzyludzkich itp.
Szkoła
zostaje więc postawiona w sytuacji paradoksalnej: ma realizować nowoczesne,
progresywne cele edukacyjne, a jednocześnie kompensować deficyty podstawowej
socjalizacji w środowisku rodzinnym czy patologie w grupach rówieśniczych. Nie
tylko nauczyciele potrzebują jasnych reguł i granic, wzmacniania i
różnicowania struktury zajęć, odwoływania się do autorytetu a nie
youtuberów oraz poszukiwania stabilnych ram relacji społecznych.
Nie
dlatego, że „skręcają w prawo”, lecz dlatego, że bez tych
elementów niemożliwe staje się samo prowadzenie procesu
dydaktycznego. W tym właśnie zakresie konserwatyzm ujawnia się jako
funkcja wychowawcza, a nie jako ideologia. Paradoks współczesnej edukacji
polega na tym, że im więcej mówi się o autonomii ucznia, tym bardziej
potrzebne są struktury, które tę autonomię umożliwiają. Bez ładu nie ma
wolności. Jest tylko chaos relacji, w którym dominują najsilniejsi.
W
debacie publicznej konserwatyzm czy liberalizm w edukacji bywa traktowany jak
projekt polityczny, coś, co przychodzi wraz ze zmianą władzy i odchodzi wraz z
jej utratą. Tymczasem taka interpretacja jest powierzchowna. Nie pozwala
uchwycić tego, co dzieje się naprawdę: nie tylko w ministerstwach, lecz przede
wszystkim w klasach szkolnych, pokojach nauczycielskich i relacjach między
uczniami oraz między nauczycielami a rodzicami uczniów.
Konserwatyzm
rozumiany nie jako ideologia, lecz jako funkcja społeczno-kulturowa nie znika
wraz ze zmianą rządu. On powraca zawsze wtedy, gdy rozpada się elementarny ład
społeczny, bowiem późna nowoczesność przyniosła nie tylko emancypację
jednostek, lecz także osłabienie struktur, które przez dekady stabilizowały
proces wychowania i kształcenia.
Michael
Fullan zwracał uwagę, że systemy edukacyjne nie rozwijają się liniowo. Każde
przechylenie, czy to w stronę centralizacji, czy skrajnej autonomii generuje
nie tylko nowe problemy, ale także oddolny opór praktyków. Nadmiar
kontroli rodzi bunt, nadmiar swobody rodzi chaos, a oba te stany
wywołują potrzebę korekty. W tym sensie konserwatyzm nie jest powrotem do
przeszłości, lecz mechanizmem przywracania równowagi systemowej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam