Grafika wygenerowana i opracowana we współpracy z narzędziem AI ChatGPT (OpenAI)
Jest coś głęboko niepokojącego w utrwalanej w uniwersytecie formie i metodzie ewaluacji zajęć akademickich. Nie kwestionuję ich istnienia, bo każdy z nas potrzebuje informacji zwrotnej o własnej aktywności. Forma i metoda pozyskiwania opinii może być zawsze doskonalona.
Po raz kolejny analizowałem wyniki ewaluacji moich współpracowników, prosząc ich o odniesienie się do komentarzy studentów. Doszedłem do wniosku, że warto podzielić się z czytelnikami bloga refleksją, która wymaga dyskusji w środowisku akademickim, gdyż nie dotyczy to tylko mojej jednostki i uczelni.
Utrwalana od kilku dekad konieczność odnoszenia się studentów do prowadzonych przez ich nauczycieli zajęć ma zarazem funkcję ukrytą, bowiem coraz częściej ewaluacja nie
służy rozpoznaniu jakości kształcenia, lecz staje się narzędziem jej subtelnej deformacji. Polska Komisja Akredytacyjna traktuje ewaluację w ocenie jakości kształcenia w sposób biurokratyczny, proceduralny utrwalając patologię tego procesu.
Arkusze ewaluacyjne nie mierzą tego, czy student się rozwija, ale to czy w czasie zajęć czuje się dobrze, a więc czy jest z nich zadowolony, a to nie jest to samo. W klasycznym sensie ewaluacja miała odpowiadać na pytanie: czy zajęcia prowadzą do zmiany poznawczej? Dziś – coraz częściej – odpowiada na inne - czy zajęcia były komfortowe, jasne i „przyjazne”?
To przesunięcie nie jest niewinne. Oznacza bowiem przejście od dydaktyki wymagającej do dydaktyki adaptacyjnej, dostosowanej nie do poziomu wiedzy, lecz do poziomu oczekiwań. Nie chodzi już o to, by student przekroczył własne ograniczenia, lecz by nie odczuł dyskomfortu ich przekraczania.
Co naprawdę mierzą ankiety? Z analizy wypowiedzi nauczycieli akademickich wynika jednoznacznie: studenci najwyżej oceniają zajęcia, które:
- są przystępne i uporządkowane
- odbywają się w miłej
atmosferze
- prowadzący jest życzliwy,
dostępny i „ludzki”
- wiedza jest podawana w formie gotowych
struktur
- pojawiają się przykłady z
praktyki
A
co obniża ocenę?
- konieczność czytania trudnych tekstów
- praca projektowa wymagająca czasu
- niejednoznaczność treści
- brak „jasnych wskazówek, co trzeba
umieć”
- złożoność problemów
Innymi słowy, to, co konstytuuje uniwersytet, bywa tym, co obniża ocenę zajęć.
Ewidentnie dostrzegamy u studentów zmianę w postawach wobec prowadzących zajęcia, które można sprowadzić do tezy: dydaktyka sensu kontra dydaktyka dobrostanu. W tle tego zjawiska ujawnia się głębsze napięcie:
|
Dydaktyka sensu |
Dydaktyka dobrostanu |
|
trudność |
łatwość |
|
złożoność |
uproszczenie |
|
samodzielność |
prowadzenie
za rękę |
|
pytania
otwarte |
odpowiedzi
zamknięte |
|
odpowiedzialność |
instrukcja |
Ewaluacje akademickie coraz częściej premiują tę drugą dydaktykę, która sprowadza uniwersytet do roli szkoły zawodowej. Jest tak nie dlatego, że studenci „nie chcą się uczyć”, lecz dlatego, że zostali ukształtowani w systemie szkolnym, który nagradzał poprawność wykonania, a nie samodzielność myślenia.
Uniwersytet powinien być środowiskiem przełamania tego schematu, a coraz częściej staje się jego kontynuacją.
Ewaluacja staje się dla studiujących niewidzialną sankcją wobec wymagających wykładowców. W tej sytuacji pojawia się zjawisko szczególnie groźne, jakim jest negatywna selekcja dydaktyczna. Wykładowca, który wymaga czytania, stawia problemy zamiast podawać gotowe odpowiedzi i oczekuje samodzielności, ryzykuje niższą ocenę.
Wykładowca, który upraszcza, porządkuje świat w „gotowce do nauczenia się”, minimalizuje wysiłek poznawczy, a zarazem zyskuje wysokie noty. To nie jest już ewaluacja jakości kształcenia, ale swoistego rodzaju system nacisku na obniżenie poziomu poznawczego.
Wreszcie zwróćmy uwagę na iluzję „jasności, klarowności wiedzy”. Jednym z najczęstszych zarzutów studentów jest stwierdzenie: „nie było wiadomo, co jest najważniejsze”. Można zatem zapytać, ale co to znaczy?
W wielu przypadkach nie chodzi o brak struktury, lecz o brak redukcji trudności, uproszczeń, banalizacji treści, by można było zdać egzamin. Student nie pyta: „czy rozumiem problem?” lecz „co z tego będzie na zaliczeniu?” To nie jest deficyt intelektualny, ale racjonalna adaptacja do systemu oceniania.
Coraz więcej nauczycieli akademickich – często niechętnie – zaczyna się dostosowywać do zapewnienia studentom dobrostanu a nie ich mądrości. Ograniczają literaturę do studiowania, upraszczają przekaz, rezygnują z wartościowych (a postrzeganych jako trudne) tekstów i zmniejszają wymagania.
Czynią tak nie dlatego, że nie potrafią inaczej, ale dlatego, że system ewaluacji nagradza redukcję, a karze wymaganie. Na tym polega destrukcja uniwersyteckiej dydaktyki, którą cechuje właśnie akomodacja - cicha, rozproszona, pozbawiona decyzji systemowej, ale realna.
Uniwersytet sytuuje się tą formą ewaluacji między odpowiedzialnością wobec nauki i kultury a troską o poczucie satysfakcji młodzieży akademickiej. Powstaje fundamentalne pytanie: czy uniwersytet ma być lubiany, czy ma być potrzebny? skoro te dwie funkcje coraz częściej się rozchodzą.
Uniwersytet, który jest tylko przyjazny, przestaje być wymagający. Jeśli zaś jest tylko wymagający, to przestaje być rozumiany. Sztuka dydaktyki polega na uwzględnianiu obu stanów kompetencyjnych. Ewaluacja w obecnej formie rozwiązuje ten problem jednostronnie.
Co naprawdę powinniśmy mierzyć? Jeśli ewaluacja ma mieć sens, powinna pytać nie tylko o to, czy zajęcia były jasne, czy atmosfera była dobra, lecz także czy student musiał zmienić sposób myślenia, czy napotkał trudność poznawczą, czy nauczył się pracować samodzielnie, czy doświadczył intelektualnego niepokoju, bo bez tego nie ma uniwersytetu.
Ewaluacja, która nagradza komfort, a nie rozwój, przestaje być narzędziem jakości stając się mechanizmem akomodacji.
(we współpracy z AI. ChatGPT 5).

Przeczytałem z przyjemnością. Tekst uporządkował moje przemyślenia i odczucia. I skłonił do poszukiwań. Odchodzę z jeszcze większa liczba pytań o to jak prowadzić zajęcia dydaktyczne.
OdpowiedzUsuńSzanowny Panie Profesorze,
OdpowiedzUsuńjako studentki i studenci II roku pedagogiki szkolnej i opiekuńczo-wychowawczej chcielibyśmy odnieść się do wpisu Pana Profesora z dnia 22 kwietnia 2026 roku pt. „Ewaluacja czy akomodacja? O cichym przesunięciu sensu dydaktyki akademickiej”, który stał się dla nas punktem wyjścia do pogłębionej analizy i dyskusji.
Chcemy przy tym zaznaczyć, że nasza refleksja powstała w ramach warsztatu grupowego realizowanego na zajęciach z przedmiotu: „Ewaluacja pracy edukacyjnej”, stanowiącego element programu naszych studiów pedagogicznych. Zajęcia te prowadzi dr Jarosław Jendza z Zakładu Dydaktyki i Andragogiki Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego.
Jednocześnie chcemy doprecyzować, że analiza wpisu nie była wcześniej zaplanowanym elementem zajęć – zdecydowaliśmy wspólnie, że ponieważ w infosferze pojawił się ważny tekst autorytetu w polu pedagogiki dotyczący ewaluacji, a tak traktujemy i blog i samą osobę Pana Profesora, warto uczynić go przedmiotem naszej rozmowy. W tym sensie była to zarówno spontaniczna reakcja na aktualny głos w debacie, jak i okazja do wspólnej analizy interesującego nas na zajęciach zagadnienia.
OdpowiedzUsuńNa początku chcemy podkreślić, że dostrzegamy i podzielamy jedną z kluczowych tez zawartych w tekście: współczesne praktyki ewaluacyjne często koncentrują się bardziej na satysfakcji studentów niż na ich rzeczywistym rozwoju poznawczym, a tym samym mogą być niebezpieczne i niekorzystne dla samego procesu dydaktycznego w uniwersytecie.
Z własnego doświadczenia wiemy, że ankiety ewaluacyjne, które otrzymujemy „do wypełnienia” nie pytają o to, czego się nauczyliśmy, jak zmieniło się nasze myślenie, czy jakie trudności poznawcze pokonaliśmy. W tym sensie diagnoza dotycząca „przesunięcia sensu ewaluacji” wydaje się trafna i ważna.
Jednocześnie traktujemy ten wniosek jako impuls do aktywnego uczestnictwa w ewaluacji – zwłaszcza poprzez odpowiedzi na pytania otwarte. To właśnie w nich widzimy przestrzeń do wyrażania doświadczenia uczenia się jako procesu rozwojowego, a nie jedynie oceny komfortu zajęć. Uważamy też, że systemy ewaluacyjne powinny być projektowane w sposób bardziej transparentny – tak, aby osoby studenckie rozumiały ich cel i znaczenie, a nie traktowały ich wyłącznie jako formalnego obowiązku.
OdpowiedzUsuńJednak w toku naszej analizy (głównie w odniesieniu do przedstawionej infografiki) pojawiły się również wątpliwości dotyczące niektórych opozycji zaproponowanych w tekście, takich jak zestawienie „dydaktyki dobrostanu” z „dydaktyką sensu”. W naszym odczuciu nie są to kategorie wykluczające się. Przeciwnie – zarówno wyniki znanych nam badań pedagogicznych, jak i nasze doświadczenia wskazują, że poczucie bezpieczeństwa, dobra atmosfera i relacja z prowadzącym mogą stanowić fundament dla podejmowania wysiłku poznawczego, a nie jego zaprzeczenie.
Nie utożsamiamy dobrostanu z brakiem wymagań. Rozumiemy go raczej jako warunek umożliwiający przekraczanie własnych ograniczeń w sposób świadomy i wspierający. Trudność poznawcza nie musi być związana z napięciem, stresem czy poczuciem zagrożenia – może być przeżywana jako wyzwanie, które podejmujemy w środowisku sprzyjającym uczeniu się. W tym sensie przeciwstawienie komfortu i rozwoju wydaje nam się zbyt uproszczone.
OdpowiedzUsuńW tym miejscu chcielibyśmy również odnieść się do samego zestawienia pojęć zawartego w tytule wpisu. W trakcie warsztatów zastanawialiśmy się, czy akomodację – rozumianą
w sensie psychologicznym jako restrukturyzację struktur poznawczych zachodzącą w trakcie lub w efekcie procesu uczenia się – można rzeczywiście przeciwstawiać ewaluacji. Choć rozumiemy intencję krytyczną, jaka stoi za takim ujęciem, mamy wątpliwości, czy te pojęcia są wobec siebie opozycyjne. W naszym rozumieniu akomodacja stanowi raczej jeden
z możliwych efektów dobrze zaprojektowanego procesu dydaktycznego, który ewaluacja mogłaby – przynajmniej częściowo – uchwycić i opisać, niż jego zaprzeczenie.
Zastanowiła nas również obecna w tekście – być może nie w pełni intencjonalna – wizja uczenia się jako procesu, który dokonuje się przede wszystkim poprzez wysiłek rozumiany
w kategoriach „trudu”, „zmagania”, a nawet pewnego rodzaju napięcia. Jako grupa nie identyfikujemy się z przekonaniem, że wartościowe uczenie się musi być związane
z dyskomfortem. Doświadczamy, że równie głębokie procesy poznawcze mogą zachodzić
w atmosferze zaangażowania, ciekawości, a nawet radości.
Nasze stanowisko nie polega więc na odrzuceniu potrzeby wymagającej dydaktyki, ale na próbie jej innego rozumienia. Uważamy, że wyzwaniem nie jest wybór między „uniwersytetem wymagającym” a „uniwersytetem przyjaznym”, lecz tworzenie takich warunków kształcenia, w których wymagania i dobrostan wzajemnie się wzmacniają.
Podsumowując, wpis Pana Profesora odczytujemy jako ważny głos w dyskusji o kondycji współczesnej dydaktyki akademickiej. Jednocześnie chcemy zaproponować jego uzupełnienie: zamiast przeciwstawiać rozwój i dobrostan – oraz ewaluację i akomodację – warto poszukiwać takich form ewaluacji i takich praktyk dydaktycznych, które pozwolą uchwycić ich współzależność, a może i synergię.
Z wyrazami szacunku,
Studentki i studenci II roku pedagogiki szkolnej i opiekuńczo-wychowawczej
Instytut Pedagogiki
Uniwersytet Gdański
29 kwietnia 2026 r.
Bardzo dziękuję za tak szerokie odniesienie się do mojego wpisu. Tekst nie miał charakteru oskarżycielskiego tylko miał być zachętą do zmian sposobu ewaluowania zajęć w uniwersytecie. Proces jest jednostronny, powierzchowny, nikomu i niczemu już nie służący, bo od lat stanowi jedynie biurokratyczną formułkę, która jest potrzebna PKA do oceny rzekomej jakości kształcenia. Blog nie jest miejscem do prowadzenia szerszych analiz, ma być zaczynem do refleksji lub dzielenia się nią przeze mnie na bazie różnych źródeł wiedzy i praktyk akademickich. Wspaniale, że macie taką formę prowadzenia dialogu o ewaluacji. W uczelniach są różne komisje ds. jakości kształcenia, ale... niewiele się zmienia. Znakomicie, że w UG jest inaczej. Warto dzielić się takim doświadczeniem nie tylko w środowisku studenckim, kół naukowych, ale także na łamach czasopism akademickich.
OdpowiedzUsuń